ROZMOWA Z BOGIEM

by romskey

Gdy miałem lat mniej niż 10, babcia ze zdziwieniem i wyraźną troską pytała mnie: „Nie modlisz się?”. „Nie” – odpowiadałem a starając się nie naruszać babcinego światopoglądu dodawałem – „Nie chcę mu zabierać czasu, pewnie ma do siebie długą kolejkę bardziej potrzebujących”. Babcia wzruszała zazwyczaj ramionami choć lubiła dodać coś o tym, że boga nie tylko się prosi ale można – a nawet trzeba – dziękować mu za zdrowie, piękno stworzenia. Miałem mniej niż 10 lat, więc ogólnie nie lubiłem słów „proszę” lub „dziękuję”, dlatego zachęta do dziękowania komuś kogo istnienie wydawało się mi mocno podejrzane nieszczególnie mnie przekonywało. Bóg zawiódł mnie kilka lat wcześniej, gdyż nie zamienił szabli z klocków w szablę prawdziwą choć szczerze i gorliwie go o to prosiłem. Takich wpadek związanych z jego wszechmocą odnotowałem więcej, dlatego chyba już wtedy zaczęła dojrzewać we mnie idea życia obok religijnych centrów.

Zasadniczo nie negowałem istnienia boga, odpowiadałem mu jedynie adekwatnie do łask otrzymanych z jego strony czyli pogodną obojętnością. Uzasadniałem swoją postawę tym, że gdyby bóg miał jakieś plany wobec mnie, ukazałby się, zrobił jakiś cud, a skoro milczy to ja również sobie pomilczę. W życiu nie pomyślałem o publicznym kwestionowaniu jego istnienia, obrażaniu wierzących czy profanowaniu obiektów kultu – były mi te obszary zupełnie obojętne. Zdarzało się nawet, że siedząc gdzieś na przystanku i wpatrując się w kościół akademicki po drugiej stronie ulicy czułem, że jest w nim coś nieuchwytnego, lecz po wejściu do środka „czar pryskał” i podobnie działo się z wieloma przybytkami, nie tylko katolickiej religii. Być może urodziłem się z wewnętrznym urazem do sztucznej celebry, nieestetycznych plastikowych stroików czy wymalowanych niechlujnie złotą farbą elementów architektonicznych. Prawdopodobnie zdawałem sobie sprawę z tego, że nie wszystko jest złote co się świeci i czynienie pozorów bogactwa, świeżości czy prawdy udokumentowanej wysoką frekwencją działało na mnie raczej zniechęcająco.

Przełom dokonał się gdy, czy to z młodzieńczego buntu czy przypadku, kilkakrotnie dałem wyraz swoim przekonaniom. O dziwo, moja niereligijność nie spotkała się z tolerancją, którą przejawiałem w stosunku do religii i wierzących. Zaczynałem rozumieć, że do póki niewierzący milczy lub nawet udaje wierzącego, to jest do zaakceptowania, natomiast gdy zapragnie – tak jak ludzie wierzący – wyrazić swoje przekonania, staje się zagrożeniem i toksycznym źródłem zamętu, które należy w miarę szybko nawrócić lub zakneblować. Powoli upadały w mojej świadomości mity wiązane w kościołem: miłość bliźniego, jedność, skromność, pojednanie, etc. Kościół zaczynał jawić się jako centrum nieudolnie maskowanej nienawiści, pychy, zabobonu, nacisku, strachu.

Co z moimi prawami? – zastanawiałem się nieco później widząc rozmiary religijnego wpływu na otaczającą rzeczywistość i całkowity brak narzędzi pozwalających zachować bezstronność.

Kościół widziany z zewnątrz jest daleki od obrazów tworzonych z przekonań wiernych. Egoizm, strach czy niepewność nakazują sporej grupie wyznawców odwracać się od niewierzących, choć tak ładnie kreowane apostolstwo czy skłonność do pouczania nakazywałyby zupełnie inną postawę. Wyrażenie wątpliwości lub krytyka niegodziwości kościoła zostają nazwane atakiem a sam krytykujący może usłyszeć jak to mu podobni mordowali i prześladowali katolików. Na dobrą sprawę – słuchając wielu wypowiedzi hierarchów czy przyglądając się działalności licznych wiernych – czasem trudno się dziwić.

church-in-field-of-lupines-1600x900

Reklamy