CENA WIZERUNKU

by romskey

Nośnych faktów jest zwykle niewiele, trzeba je z mozołem wydobywać, trudno być pierwszym, trudno nawet nimi zainteresować bo i argument „wszyscy tak robią” w wielu przypadkach ma moc wprost magiczną. Łatwiej spekulować gdyż, tu liczy się tylko wyobraźnia a ta jest bogata i płodna. Spekulując można rozdmuchać najdrobniejszy fakt, przekręt, nieprawidłowość do miary apokaliptycznego tornado i dobrze gdy na tym tylko skończy się. „Urzędniczy” zmysł podpowiada wielu, by spekulować także na temat tego czy ktoś jest złodziejem bo przecież „jak się pogrzebie to zawsze coś się znajdzie”. Tu pojawia się problem, bo takie gdybanie – wbrew logice – ma wpływ na wizerunek bohatera podejrzeń. Powie ktoś, że „prawdziwa cnota krytyk się nie boi” i owszem, samej cnocie krytyka nie jest w stanie wyrządzić szkody, ale publiczne zaufanie nie pozostanie nienaruszone. „Spekulacja z tezą” w roli niszczyciela wizerunku ma się wciąż dobrze, działa jak plotka, nie dotyczy konkretów ale wielu poziomów tła czyli: intencji, przewidywanych skutków, ukrytych dochodów, pochodzenia, powiązań z wrogimi siłami i wszystkiego tego, czego gołym okiem nie widać. Teoretycznie spekulacja jest wciąż spekulacją, świadczy o braku konkretów / argumentów ale jej moc oddziaływania może zaskoczyć.

W wolnorynkowej rzeczywistości także zaufanie stało się towarem, który można kupić, sprzedać, wydzierżawić lub pociąć w niszczarce do dokumentów. Zaufanie pozwala pozyskiwać polityczne poparcie, zdobywać środki pieniężne, pozyskiwać uwagę czytelników, widzów, słuchaczy. Ktoś kiedyś wyliczył, że kupienie zaufania wyborcy w trakcie kampanii kosztuje nieco ponad 2 zł. Ulotki, sponsorowane teksty w gazetach i portalach, czas antenowy w mediach (niekiedy w kościołach), spotkania gospodarskie z ludźmi (tworzenie komunikacji i społeczności wsparcia), kupowanie referencji i zdjęć z VIP-ami – te elementy decydują o tym, czy uwierzymy komuś kto obiecuje, że potrafi zamieniać kamienie w złoto czy nie. Podobne koszty niesie ze sobą zbudowanie zaufania do nowego medialnego tytułu, muzycznego zespołu, banku, filmu i dowolnej marki.

Pojawiła się w sieci pogłoska mówiąca o tym, że liczący się człowiek mediów powiedział do liczącego się człowieka polityki: „O tym czy jesteś ch***, decyduję ja”. Nie jest istotne kto i w stosunku do kogo użył tych słów gdyż jest to tylko obrazowy przykład działania opisywanego mechanizmu. Znamy od lat powiedzonko „Polityka i muchę, można zabić gazetą” a jednak wciąż nie wyciągamy wniosków. Powraca pytanie z bardzo starego procesu, który był przełomowy dla definiowania wolności słowa w demokracji: kim jest osoba posiadająca znaczną moc oddziaływania na opinię publiczną? Kim jest osoba publiczna, ponieważ takie osoby za niszczenie lub budowanie zaufania do innych często odpowiadają? Czy należy zliczać frekwencję odbiorców? Czy należy brać pod uwagę typ owych odbiorców? Status osoby, funkcję publiczną (np. duchowni, dziennikarze)? A gdy za budowaniem lub niszczeniem stoi niewidzialna agencja PR? Wydaje się, że współcześnie można jedynie zacząć grać tymi samymi kartami, gdyż wymuszenie odpowiedzialności, obiektywizmu, rzetelności czy szacunku dla faktów u osób publicznych jest niemożliwe a i społeczeństwo dość lekko traktuje te przymioty. Rokowania dla przyszłości są kruche, choć pewnie nie beznadziejne.

„Cena jest tym ile zapłacisz. Wartość jest tym co otrzymujesz”. Warren Buffett (inwestor)

pmk

Advertisements