PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA

by romskey

Kiedyś zastanawialiśmy się w gronie dobrych znajomych nad tym, dlaczego spotykamy się, rozmawiamy, o Polsce, świecie? Pytanie padło z mojej strony, gdyż górę wzięła zwykła praktyczność. Stwierdziłem, że gdybyśmy podczas tych rozmów produkowali cokolwiek, to stalibyśmy się szybko produkcyjnym lokalnym mocarstwem. Usłyszałem sporo mniej lub bardziej wiarygodnych domysłów odnoszących się do poruszonej kwestii, dlatego dorzuciłem propozycję odpowiedzi: „Może po prostu rozmawiając, realizujemy instynktowną potrzebę stadnego (społecznego) życia?”. Zapadło milczenie a interlokutorzy pokiwali głowami – jak sądzę – pozytywnie ważąc mój argument. Życie staje się prostsze, skoro „stadne życie” to ok, po prostu spędzenie wspólnie czasu – oczekiwanie efektów z rozmów jest w takim razie bez sensu.

Byłem zrezygnowany bezpłodnością polskich dialogów pełnych emocji, plotek, zabobonów i górnolotnych haseł. Zastanawiałem się nad tym, dlaczego tak łatwo nas Polaków poróżnić (zwykle sprawami oderwanymi od podjętego wątku), dlaczego mamy kłopot w odróżnianiu „faktu” od „spekulacji”, dlaczego nie zachowujemy kultury dialogu i podnosimy głos lub przegadujemy nie dopuszczając do głosu rozmówców, dlaczego nie zależy nam na osiąganiu wspólnych wniosków (wyłanianiu prawdy, która nie wzbudza już dyskusji)? Wniosek był zawsze moim celem. Osiągamy wniosek i idziemy dalej, szukamy dalej. Chyba warto odnaleźć jakiś słaby punkt problemu by powstało rozwiązanie?

Ku mojemu zdziwieniu, o ile często udawało się mi przekonać rozmówców do przychylniejszego potraktowania zreferowanego przeze mnie (niekoniecznie mojego autorstwa) uniwersalnego punktu widzenia (godzącego strony, racjonalnego i nieoskarżycielskiego), to wystarczyło nie widzieć się kilka dni podczas których miało miejsce obejrzenie 5 minut wystąpienia Korwina Mikke w YouTube, by kolejna rozmowa zaczynała się od podstaw. Zawsze słyszałem, że pędzę, ale w tych sytuacjach zdawałem się dublować rozmówców. Uważałem, że coś przyjęliśmy jako pewnik (miałem przecież słowa potwierdzenia) i możemy iść dalej. Niestety.

Czy takie przytakiwanie wynika również z niepisanych reguł stadnego instynktu? Czy zgadzamy się ze sobą wyłącznie po to aby nie powstawał konflikt (groźny dla stada) a chwilę potem i tak wiemy swoje? Czy ludzie rzeczywiście nie zmieniają swoich „fundamentalnych” przekonań, czy argumenty nie mają znaczenia? Czuję się „wykluczony”, gdyż argumenty zmieniają mnie, nie dyskutuję z faktami, nie uznaję spekulacji za fakty, nie ujednolicam siły głosu z siłą argumentu, czasem jedynie staram się bronić linczowanych by wskazać na ich „trudne dzieciństwo”.

Poszukując odpowiedzi znalazłem się po drugiej stronie lustra. Czytałem gdzieś o tym, że człowiek najlepiej i najtrwalej przyswaja to co sam zgłębi i to byłoby najlepsze dla wszystkich, jednak źródła przytaczane nierzadko przez rozmówców raczej wywoływały trwogę. Stawały mi przed oczami zdania wygłaszane przez ludzi bez dwóch zdań światłych, którzy twierdzili, że umiejętność oddzielania plew od ziaren u obecnych studentów leży i kwiczy. Skoro u studentów (elity), to jak z resztą narodu?

Jak tworzono podstawy? Aleksander Wielki nie zapraszał na rozmowy przy herbacie przedstawicieli podbijanych barbarzyńskich plemion. Czynienie z cudzoziemców Greków, zachodziło podobnie do chrystianizacji, potem wystarczyło 200 lat trzymać lud za mordę (edukować, więzić, karać) by w efekcie lud sam z siebie zaczął czuć dumę, czyli czuć się Grekiem bez bicia. Owszem, nie było tak gładko, wystarczyło że bat pokrył kurz a Greckość stawała się passe. Mimo wszystko, trudno uwierzyć w to, że to dzięki batowi zachowała się pamięć starożytnej zaawansowanej kultury, z tym drobnym defektem, że sama kultura nie przetrwała.

Czy naprawdę nie da się bez bata? Przynajmniej w kwestii podstaw? Istnieją dwie sprawdzone metody osiągania efektów. Bat lub zarabianie na głupocie. Bat – odstawiono do lamusa, zaś zarabianie na głupocie ma się dobrze. Druga metoda jest prawdopodobnie naturalnym skutkiem, uświadomienia sobie przejścia na drugą stronę lustra. Zwykle samotnego przejścia, choć miało być masowe, przecież wszyscy kiwali głowami.

Miewam czasem wrażenie, że wyrywam ludziom ziemię spod stóp, że pozbawiam ich czegoś trwałego, w co wierzyli, bez czego nie potrafiliby w swoim mniemaniu istnieć. Na nic zdaje się widoczny przed nimi argument w postaci mnie, który doskonale sobie radzi bez różnorodnych „niepodważalnych mitów”. Czy lęk wzbudzany cynicznie u tych ludzi jest silniejszy od rozumu? Chętnie ukatrupiłbym tych, którzy ów lęk w nich zaszczepiają. A może chodzi też o coś innego? O wyjątkowo zaawansowaną wśród Polaków niechęć przyznania się do błędów (np. niecelności w doborze obiektów zaufania lub fuszerki), co może wiązać się z natychmiastowym rozstrzelaniem? Szczerość i otwartość na dłuższą metę sprawdza się jako antidotum (przywyklibyśmy po prostu), ale gdyby trzeba było też podejmować decyzje? Chętnych do rozliczania, jeszcze przed ich podjęciem nie brakuje.

ccc1

Przejść na drugą stronę lustra to być widzianym przez innych w zupełnie odwrotnej perspektywie. Po drugiej stronie lustra mogą znaleźć się także przekonania, które w odbiciu nie są tym samym.

Advertisements