Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Listopad, 2013

BIEDA vs WZROST?

Niesamowicie prostym przykładem wzrostu opartego na biedzie jest niewolnictwo. Plantacje generowały ogromne dochody kosztem głodu, podłych warunków i nierzadko śmierci darmowych pracowników. Tam gdzie niewolnicy otrzymywali wolność lub/i ustanawiano prawa pracownicze upadało wiele prężnych przedsiębiorstw – ale nie wszystkie. Błędem byłoby ustalenie prostej zależności pomiędzy ekonomicznym wzrostem a biedą. Pozwólcie na krótką historię świata, kapitalizmu, rozwoju i chciwości, gdyż bez niej trudno ruszyć z miejsca, nawet gdy ją znacie.

1. ZABURZENIE RÓWNOWAGI (NAKŁAD PRACY A DOCHÓD)
Struktury plemienne trwały w jako takim dostatku tysiące lat. Niewielkie społeczności wykorzystywały dostępną w otoczeniu żywność, którą dzieliły się – powiedzmy – po równo. Sielanka trwała do czasu gdy do samowystarczalnych osad nie przybyli zbrojni goście, którzy proponowali mieszkańcom ochronę (najczęściej przed samymi sobą). Życie okazywało się cenniejszą wartością od kilku worków zboża czy niedźwiedziego sadła (które należało oddać wojakom zajętym ostrzeniem mieczy i ochlejstwem). Dochód mieszkańców wiosek ze stałego dotychczas poziomu zmieniał się. W zależności od obfitości dóbr wokół, utrzymanie wojaków mogło skończyć się katastrofą głodu dla mieszkańców lub mogło zostać w ogóle nie zauważone, choć jak nietrudno domyślić się – w tym drugim przypadku – zdobywanie żywności wymagało zwiększenia czasu i wydajności pracy tubylców (nie pracowali już tylko na siebie).

2. WZROST PRODUKCJI, UPRZEMYSŁOWIENIE, DOCHODY
Ktoś musi pracować aby lenić się mógł ktoś, dlatego pasożyty nie były zainteresowane uśmierceniem żywicieli co wiązałoby się z ich naturalną katastrofą. Gdzieś w tym punkcie dziejów rozpoczęły się badania naukowe mające na calu wynalezienie pokojowych metod zwiększenia dochodów i produkcji przy zachowaniu kosztów na stałym poziomie (czyli: pracujcie tyle samo lub nawet mniej ale produkujcie więcej).

3. NA KREDYT
Zwiększanie produkcji wiązało się z kosztami. Wymyślenie i budowa kolei łączącej zachodnie wybrzeże USA ze wschodnim, rozbudowa kopalni, plantacji, budowa wielkich tam i podobnych gigantycznych inwestycji, wiązała się z koniecznością zakupu drewna, stali, narzędzi, których nie udałoby się zdobyć nawet handlując organami zmarłych z głodu pracowników. Tak pojawił się na scenie drugi ważny element: KREDYT (także technologiczny). O ile kredytodawcy lub technologiodawcy nie udało się zabić lub pognać, zobowiązania należało spłacać. Skutek był taki, że część uzyskanego wzrostu szła w przysłowiowy gwizdek.

4. REALIA WZROSTU
Czemu służy wzrost ekonomiczny? Obecnie, wzrost zasadniczo nie służy polepszaniu bytu obywateli czy pracowników. Wzrost służy głównie przekonywaniu banków do tego, że potrzebujący kredytu będzie w stanie go spłacić. Od tego czy skredytowane inwestycje będą trafione czy nie, zależy nie tylko to czy kredyt zostanie spłacony ale i to, jak ewentualnie polepszą się warunki pracy i płace obywatelom. Czy prężna gospodarka może istnieć bez prężnej infrastruktury? Na dwoje babka wróżyła. Autostrady, stadiony, lotniska, nowe elewacje budynków – średnio wiążą się z powszechnym rozwojem – ale kto wie? Gdy staniemy się węzłem komunikacyjnym Europy, turystyczna perłą, sportowym wulkanem – skorzystają na tym wszyscy. W mniej pozytywnym przypadku skorzystają tylko budowniczowie zwolnieni z obowiązku spłaty zaciągniętych zobowiązań – owe zobowiązania będą spłacać… wszyscy.

Stoimy na etapie gdybania czy inwestycje przyniosą zysk. Zdania są podzielone, ale trudno na etapie budowy sklepu uzasadnić czymś argument braku pracy i płacy kasjerek. Wszystko po kolei. Na pewno argument polepszenia wyglądu kraju jest dość tanim argumentem. Inwestycje nie służą walce ze wstydem, gdyż gdyby tak było, każdy obywatel otrzymałby 100 tys. USD na zakup najlepszych ciuchów i wyposażenia domów i wstydzenie się kraju-rudery obchodziłoby nas jak cygańskich królów warunki bytowe romskich żebraków. Tak rozdane pieniądze nie byłoby zresztą inwestycją i nikt nie dałby na takową kredytu.

5. ZRÓWNOWAŻONY WZROST

Nie wiem czy ekonomiści relacjonujący polski rozwój celowo podają wzrost PKB w procentach a wzrost płac w wartościach nominalnych, jednak posiliłem się o zestawienie (źródło Bank Światowy i polskie ustawy).
Wybrałem poglądowo okres 2000 – 2012 (dla wyrazistości zaokrągliłem sumy).

Wzrost PKB
2012 – ok. 500 mld zł
2000 – ok. 170 mld zł

Wzrost płac
2012 – 1500 zł
2000 – 700 zł

Nietrudno zauważyć, że płaca w tym okresie wzrosła dwukrotnie a PKB trzykrotnie. Oznacza to, że zrównoważony rozwój (społeczny i ekonomiczny państwa) jest zaburzony. Tak całkiem na chłopski rozum, oba słupki powinny rosnąć w podobnym a najlepiej takim samym tempie. Takie równe tempo ostudziłoby emocje wielu. Częściową odpowiedź na temat nierówności daje nam to, że skoro inwestycje nie przynoszą jeszcze dochodu, a odsetki należy spłacać już dziś, to czynią to obywatele.

6. STAN ROZWOJU

Być krajem rozwiniętym, to znaczy być krajem zadowolonych ludzi. Wg. wskaźnika rozwoju społecznego ONZ nie musimy się już rozwijać, gdyż Polska znajduje się w kręgu krajów bardzo wysoko rozwiniętych. HDI bierze pod uwagę takie elementy jak „długie i zdrowe życie” (long and healthy life), „wiedza” (knowledge) i „dostatni standard życia” (decent standard of living). Każdy z tych punktów ma swoje podpunkty i z nich powstaje ogólny wynik. Skoro jest tak dobrze to dlaczego chcemy więcej? Pewnie dlatego że ostatni element, czyli standard życia bierze pod uwagę PKB per capita co oznacza tyle, że gdy wśród 100 nieosiągających dochodu znajdzie się jeden Jan Kulczyk, to PKB per capita wykaże że wszyscy zarabiają po 100 tys. miesięcznie (oczywiście nie wiem ile zarabia pan Kulczyk).

7. BIEDA
Pojęcie biedy tak jak pojęcie niedożywienia są względne. Nie sposób wyliczyć norm indywidualnych potrzeb, można użyć ewentualnie średniej – czyli takiej, która powie ile potrzebujemy do przeżycia. Doświadczenia Auschwitz ukazują, że niewiele. Żyjemy jednak w rozwijającym się świecie i chcemy temu rozwojowi towarzyszyć. Kraje rozwinięte realnie, zainteresowane są walką z biedą poprzez tworzenie mechanizmów ułatwiających szybkie dołączenie biednych do rynku pracy, dzieci do szkół a starszych do spokojnej starości. Dla uniknięcia niewłaściwych skojarzeń, ludzi którzy z dołączeniem do rynku pracy, edukacji czy emerytury mają problem określono mianem „wykluczonych społecznie”. Przeciwdziałanie wykluczeniu opiera się na dostarczeniu każdej z tych grup narzędzi służących zintegrowaniu się z niewykluczonymi.

Parametry wykluczenia są różne w różnych krajach, choć w najprostszym przykładzie chodzi o to, że bezrobotny, który nie ma gdzie mieszkać, gdzie się umyć, gdzie zdobyć kwalifikacji, co zjeść, w co ubrać się i nie stać go na jazdę autobusem w poszukiwaniu pracy, to tej pracy najprawdopodobniej nie znajdzie. Zapewnienie minimum socjalnego okresowego lub stałego staje się przedmiotem działań i dyskusji. W Polsce ta dyskusja jest o tyle trudna, że średnio zarabiającego Polaka (ok. 1200 zł nie ponad 3 jak mówi średnia) stać praktycznie akurat na minimum socjalne, dlatego gdyby niepracujący otrzymali takie pakiety za darmo, to pracujących wziąłby wkurw. Nie możemy również stosować metodologii krajów realnie rozwiniętych z dość banalnej przyczyny. Wykształcamy więcej pracowników niż kraj może ich zatrudnić. 2 mln za granicą, 2 mln w kraju – to skutki najbardziej widoczne. Rozwój przedsiębiorczości jest mizerny w stosunku do popytu na pracę na godziwych (dających coś ponad minimum socjalne) warunkach. Wydaje się, że optymalnym rozwiązaniem byłoby realne uruchomienie rynku pracy ale praca dopiero ma być, gdy Polska stanie się już perłą turystyki, węzłem komunikacyjnym Europy i centrum światowego sportu.

Uruchomienie przedsiębiorczości w stylu ustawy Wilczka przeraża najbardziej tych, którzy z ustawy skorzystali. Tak już Polacy mają, że bardzo szybko z solidarnych robotników stają się lwami kapitalizmu. Istnieje jednak dodatkowy defekt. Podobna ustawa, wpłynęłaby niewątpliwie na szybkość naszego wzrostu a czy dodatnio czy ujemnie, tego nie wie nikt a rząd nie chce ryzykować – dziś ma rozwój w miarę pod kontrolą. Mamy tu oczywiście ogromne pole do dyskusji od argumentów rzeczywistych po teorie spiskowe. Czy niechęć do realnego wzmocnienia społecznego rozwoju wynika z niechęci do ryzyka władz, czy z tajemnego działania zachodnich gigantów, którzy nasz rynek chcą przejąć i nie są zainteresowani rodzimą konkurencją.

Czynnikiem wpływającym bezpośrednio na społeczne niezadowolenie jest pogłębiające się rozwarstwienie społeczne. Ludzie myślą „skoro uczciwie pracujemy, to dlaczego inni zarabiają fortuny, robiąc rzekomo to samo, a już całkiem politycy i urzędasy, które nie robią nic?”. Poczucie niesprawiedliwości jest najbardziej psychicznie niszczące i człowieka zawijającego cukierki krówki w papierki na śmieciowej umowie nie przekona to, że pół miliona premii wręczonych gdzieś na wyżynach jest europejską normą. Czy winne są media, które nagłaśniając przypadki(?) stwarzają sztuczną(?) normę, czy winni są sami obywatele puszący się ostentacyjnie majątkiem? Nierówności istnieją i są widoczne, uboższa od zachodniej ściana wschodnia również istnieje.

8. FINAŁ CZYLI REZYGNACJA
Nad zebraniem opisanych i nieopisanych czynników do kupy i wypracowaniem rozwiązań głowi się nie jeden. Niejeden głosi hasło: „gdy przejmę władzę to będziecie mieli jak u mamy”. Kompleksowych pomysłów jednak brak, choć kto wie? – może socjalizująca się UE narzuci nam coś siłą i dobrze na tym wyjdziemy? Spór o to, kto nam wreszcie wysmaruje dupy miodem zdaje się całkowicie eliminować prace nad pomysłem na produkcję miodu. Japonia odbudowałaby się dziesięć razy po „Fukushimie” w czasie gdy Polacy debatują nad tym, która władza zrobi coś podobnego lepiej. Nie potrafimy inwestować, także swojego zaangażowania. Dużo krzyku i nerwów a efekty dyskusyjne bardzo.

bwzr

CENA WIZERUNKU

Nośnych faktów jest zwykle niewiele, trzeba je z mozołem wydobywać, trudno być pierwszym, trudno nawet nimi zainteresować bo i argument „wszyscy tak robią” w wielu przypadkach ma moc wprost magiczną. Łatwiej spekulować gdyż, tu liczy się tylko wyobraźnia a ta jest bogata i płodna. Spekulując można rozdmuchać najdrobniejszy fakt, przekręt, nieprawidłowość do miary apokaliptycznego tornado i dobrze gdy na tym tylko skończy się. „Urzędniczy” zmysł podpowiada wielu, by spekulować także na temat tego czy ktoś jest złodziejem bo przecież „jak się pogrzebie to zawsze coś się znajdzie”. Tu pojawia się problem, bo takie gdybanie – wbrew logice – ma wpływ na wizerunek bohatera podejrzeń. Powie ktoś, że „prawdziwa cnota krytyk się nie boi” i owszem, samej cnocie krytyka nie jest w stanie wyrządzić szkody, ale publiczne zaufanie nie pozostanie nienaruszone. „Spekulacja z tezą” w roli niszczyciela wizerunku ma się wciąż dobrze, działa jak plotka, nie dotyczy konkretów ale wielu poziomów tła czyli: intencji, przewidywanych skutków, ukrytych dochodów, pochodzenia, powiązań z wrogimi siłami i wszystkiego tego, czego gołym okiem nie widać. Teoretycznie spekulacja jest wciąż spekulacją, świadczy o braku konkretów / argumentów ale jej moc oddziaływania może zaskoczyć.

W wolnorynkowej rzeczywistości także zaufanie stało się towarem, który można kupić, sprzedać, wydzierżawić lub pociąć w niszczarce do dokumentów. Zaufanie pozwala pozyskiwać polityczne poparcie, zdobywać środki pieniężne, pozyskiwać uwagę czytelników, widzów, słuchaczy. Ktoś kiedyś wyliczył, że kupienie zaufania wyborcy w trakcie kampanii kosztuje nieco ponad 2 zł. Ulotki, sponsorowane teksty w gazetach i portalach, czas antenowy w mediach (niekiedy w kościołach), spotkania gospodarskie z ludźmi (tworzenie komunikacji i społeczności wsparcia), kupowanie referencji i zdjęć z VIP-ami – te elementy decydują o tym, czy uwierzymy komuś kto obiecuje, że potrafi zamieniać kamienie w złoto czy nie. Podobne koszty niesie ze sobą zbudowanie zaufania do nowego medialnego tytułu, muzycznego zespołu, banku, filmu i dowolnej marki.

Pojawiła się w sieci pogłoska mówiąca o tym, że liczący się człowiek mediów powiedział do liczącego się człowieka polityki: „O tym czy jesteś ch***, decyduję ja”. Nie jest istotne kto i w stosunku do kogo użył tych słów gdyż jest to tylko obrazowy przykład działania opisywanego mechanizmu. Znamy od lat powiedzonko „Polityka i muchę, można zabić gazetą” a jednak wciąż nie wyciągamy wniosków. Powraca pytanie z bardzo starego procesu, który był przełomowy dla definiowania wolności słowa w demokracji: kim jest osoba posiadająca znaczną moc oddziaływania na opinię publiczną? Kim jest osoba publiczna, ponieważ takie osoby za niszczenie lub budowanie zaufania do innych często odpowiadają? Czy należy zliczać frekwencję odbiorców? Czy należy brać pod uwagę typ owych odbiorców? Status osoby, funkcję publiczną (np. duchowni, dziennikarze)? A gdy za budowaniem lub niszczeniem stoi niewidzialna agencja PR? Wydaje się, że współcześnie można jedynie zacząć grać tymi samymi kartami, gdyż wymuszenie odpowiedzialności, obiektywizmu, rzetelności czy szacunku dla faktów u osób publicznych jest niemożliwe a i społeczeństwo dość lekko traktuje te przymioty. Rokowania dla przyszłości są kruche, choć pewnie nie beznadziejne.

„Cena jest tym ile zapłacisz. Wartość jest tym co otrzymujesz”. Warren Buffett (inwestor)

pmk

KURKA NIE PRZEPRASZA NIGDY

Lata temu, Matka Kurka opisywał swoje spotkanie z rottweilerem czy podobnym psem. W akcie desperackiej obrony zaczął wymachiwać plecaczkiem czy koszyczkiem ze swoją małoletnią córką. Skończyło się happy endem – wszyscy (łącznie z psem) przeżyli. Wtedy jeszcze Matka Kurka był zdziwiony swoją postawą a i komentatorzy ulegli kontrowersyjnym rozważaniom. Cóż, nikt kto nie znalazł się w podobnej sytuacji nie jest w stanie przewiedzieć swoich reakcji, zaś publiczne gdybanie bywa najczęściej pękiem głęboko moralnych fantasmagorii na temat heroicznej obrony najwyższych wartości (w praktyce bywa różnie).

Przypomniałem sobie ten epizod gdyż dość ciekawie ilustruje wolę przetrwania chłopaka z Chojnowa. We własnej obronie wykorzysta wszystkie dostępne środki a w kontekście opisanego wyżej zdarzenia słowo „wszystko” ma znaczenie szczególne. Czy wepchnięcie do narożnika takiej osoby nie sprawi, że poświęcimy zbyt wiele jako „ludzkość”, że tak humanitarnie rzecz ujmę?

Konfrontacja z ludźmi pokroju „Kuraka” nigdy nie będzie zwycięstwem jednej ze stron. „Poleje się krew” obu, a wiedzą o tym choćby terroryści z Biesłany. Właściwie dziwi, że nie stworzono jeszcze instytucji mediatora czy negocjatora, który zajmowałby się wstępna przepierką internetowych rzygów. Pod warstwą emocji i masowego ludowego gadania, kryją się zawsze bardzo konkretne interesy, które z całą swoją otoczką mają średni związek. Można więc działać wcześniej nie dla zwycięstw ale ograniczenia strat.

Kurka – nieaktywny zawodowo socjolog – poznawszy swoją naturę, postanowił własne ambicje realizować wszelkimi sposobami łącznie z tymi przynależnymi rozpaczliwej obronie koniecznej. Takie mamy czasy, że każde kurewstwo lub napaść potrafimy uzasadnić cnotliwymi celami i ludzie to kupują. Zamieszczenia ankiety na temat rodzaju śmierci matki jednego z polityków, została opisana przez pomysłodawcę ze znanego tabloidu jako działanie na rzecz prawdy, informacji itd. itp. Podobnie Kurka powie o wolności słowa, poszukiwaniu prawdy i innych pozornie słusznych sprawach. W razie niekorzystnych rozstrzygnięć stwierdzi, że sądy są ruskie, on jest ofiarą, a w ogóle to korzystał z internetowych wpisów. Gdy wyjdzie ze sprawy zwycięsko, powkleja sobie do albumu wycinki z gazet, w których o nim pisano, po czym z zadowoleniem zauważy, że oglądalność portalu wzrosła o 100%. Oczywiście gdy oglądalność zacznie z czasem spadać, przywali komuś innemu kto akurat coś planuje i zależy mu na wizerunku.

Matka Kurka choć uwodzi formą swoich tekstów, to nie ma poglądów. Jego szczerość nie ma niczego wspólnego z mówieniem prawdy. Jest jak Kaczyński, którego można słuchać i zgadzać się z wyrażanymi racjami, by w którymś momencie pojawiła się logiczna cofka pt. „rany, co ty człeku pierdolisz????”. Gdy mówimy o „politycznych zwierzętach”, to Kurka jest „zwierzęciem medialnym”. Tylko wysoko ceniona przez niego niezależność sprawia, że tkwi w niszy. Gdyby zaczął jeść z ręki dowolnej partii czy medialnemu magnatowi, to jego sława i chwała szybko urosłyby. Przebić się z niezależnością w Polsce nie sposób, dlatego dla osiągania tego celu postanowił działać na granicy anarchii i rynsztoka czerpiąc z bogatych wzorców do naśladowania ze szczytów najwyższych. Powodzenie jego działań jest średnie, choć chyba tylko dlatego, że Kurka nie poszedł na 100%.

Gdyby Jurek Owsiak nie zabierał głosu w sprawach politycznych, to konkurowałby jedynie z Caritasem i Radiem Maryja. Udział w politycznym komentatorstwie przypłacił standardowym grzebaniem w fakturach przez oponentów. Kierując sprawę Kurki do sądu uległ prowokacji i zaczął grać kartami prowokatora nie w pełni rozumiejąc, że jako człowiek z natury pozytywny znalazł się w mniej komfortowej sytuacji. Dzieje się tak, gdyż wzbudzanie głośnych kontrowersji w Polsce przyczynia się zarówno wzrostowi liczby przeciwników jak i zwolenników a to, że nie mamy w zwyczaju szanować decyzji sądów sprawi, że dowolny wyrok nie rozwieje wątpliwości. Jurek Owsiak (na swój sposób) wszczynaniem procesów również o sobie przypomina i istnieje jedynie różnica w tym czemu ten rozgłos służy. Skoro przy okazji zakupu maszyn do szpitali, może organizować jeden z największych festiwali w Europie, a robi to w kraju, w którym kultura leży i kwiczy, to ma moje poparcie, nawet gdy jeździ Land Roverem. Rozgłos Matki Kurki zaś, służy wyłącznie Matce Kurce.

agweyb

PLOTKA
Czy ktoś wymyślił metodę zwalczania plotki? Plotka gdy umocowana w lokalnie wyznawanych stereotypach i zabobonach zaczyna żyć własnym życiem. Skazanie plotkarza nie usunie z niej podtekstu, nada jej nawet wiele nowych.

(ja)

WAŁ – PARADOKS – SYSTEM

Kilka lat temu, posłanka Kidawa_Błońska, przekonywała polskich palaczy do kupowania papierosów rodzimej produkcji, twierdząc, że to uczciwe. Wg. niej, złotówka wydana na papierosy przemycone jest złotówką ukradzioną państwu – a więc wszystkim – i w ogóle korzystanie z przemytu jest nieetyczne. Słuchałem jej z uwagą, starając wyobrazić sobie buszującego po śmietniku zbieracza jadła, który pod wpływem przytoczonej porady doznaje moralnego olśnienia i decyduje: „od dziś palę tylko polskie!”. Nie kalkulując długo doszedłem do wniosku, że skutek, dla rodzimego przemysłu tytoniowego (a więc i dochodu państwa), niezależnie od wyboru podjętego przez śmietnikowego zbieracza, będzie taki sam czyli tragiczny. Gdy zbieracz stanie się uczciwy to przestanie kupować ponieważ nie będzie go stać, zaś gdy pozostanie na bakier z prawem kupi pety z przemytu zasilając mołdawski czy ukraiński budżet.

Schemat działania władzy w zakresie zwalczania dowolnego problemu składa się z dwóch punktów i trzeciego opcjonalnego:
1. moralizatorskie pogadanki i rugania z ekranu, gazety czy billboardu
2. kosztowna mobilizacja niezliczonych służb paraliżujących zdrowy ruch w dziedzinie dotkniętej patologią (np. zwiększona kontrola TIR-ów na granicy, opóźniająca odprawy a więc generująca ogromne straty dla przewoźników, producentów i odbiorców)
3. (opcjonalny) – zmuszenie służb do zmniejszenia wykrywalności w celu ogłoszenia zminimalizowania problemu lub zwiększenia wykrywalności w celu wykazania że problem istnieje i wciąż potrzebuje środków

Trudne czasy hartowały nasz naród, uczyliśmy się obchodzić przepisy zagrożone znacznie sroższymi karami niż te, na które może zdobyć się demokratyczne państwo. Mało kto zdaje się dostrzegać, że jest to pewnego rodzaju wskazówka i argument za tym, że „nie tędy droga” bo im trudniej tym Polak bardziej pomysłowy. Owszem, można wierzyć w to, że w końcu uda się dogonić patologicznego króliczka i ładować w to sporo grosza ale na wierze kończy się zazwyczaj. Prawo nie wygra z wolą przetrwania, nawet gdy „przetrwanie” wydaje się w tym miejscu słowem nieco przerośniętym. Pośród wymienionych wcześniej punktów nie ma najmniejszej refleksji nad przyczyną, zastępuje ją pewnik w postaci przekonania o tym, że rodacy „kradną bo lubią”.

Tuż po powołaniu CBA mającego zwalczać korupcję, pojawiło się nowe: „zmowa przetargowa” wobec której CBA okazało się bezradne. Musiało wkroczyć ABW, ale to okazało się całkowicie bezbronne w tropieniu powiązań biznesu z polityką, bo jakże kontrolować lub podsłuchiwać własnych szefów?

Przekręty na VAT, akrobacje podatkowe czynione przez geniuszy kreatywnej księgowości w potężnych firmach – wymieniać można długo – a pieniądze państwu uciekają. Tworzenie kolejnych służb, departamentów, zabezpieczeń, etatów i przepisów pochłania astronomiczne sumy a co najgorsze, przekręty trudno nawet nazwać przestępstwami, gdyż zazwyczaj dzieją się w przestrzeni, której prawo nie reguluje ściśle a nawet jeśli, to po szkodzie, kiedy wymyślono już coś nowego. Skutkiem ubocznym jest to, że cały ten system, zaczyna przypominać demokratyzację Afganistanu, gdzie walka z Talibami okazała się świetnym pretekstem do załatwiania prywatnych porachunków m.in przez lokalnych przedsiębiorców. Działa to tak, że np. producent materiałów budowlanych donosi żołnierzom koalicji na swojego konkurenta, jakoby ten posiadał związki z Talibami. Wojsko działa szybko i o ile nie zbombarduje konkurenta to sparaliżuje jego pracę na tyle, że efekt i tak zostanie osiągnięty. Czyż nie działają w Polsce podobne mechanizmy czyli nierzadko „nasyłowe” kontrole skarbowe, sanitarne, czy w podobny sposób nie wykorzystuje się służb do rozgrywania politycznych czy partyjnych wojenek?

Walka z patologią wykształca nie tylko kolejne patologie ale nie przynosi skutku. Wystarczyłoby zastanowić się nad przyczyną. Wystarczyłoby zadać sobie szczere pytanie, czy na polskie papierosy stać śmietnikowego zbieracza jadła ze wstępu? Czy polskie firmy w obecnej sytuacji ‚fiskalnej’ stać na rozwój czy innowacje? Niestety, „stać” w rozumieniu urzędniczym, to znaczy zarabiać więcej niż wynosi dany wydatek a mówiąc krócej: jeżeli ktoś zarabia dziennie 20 zł, to stać go na zakup papierosów za złotych 14. A koszty życia? Koszty zakupu maszyn czy promocji w przypadku przedsiębiorców?

Państwo jest w trudnej sytuacji, zasysa więcej niż otrzymuje, ale pewną kwestię naprawdę łatwo wyliczyć. Weźmy choćby fotoradary. Miało być dużo dochodu a skończyło się na tym, że ludzie zaczęli bardziej uważać. Fotoradar symbolizuje tu każdą możliwą służbę kontroli. Zanik mijania się z prawem lub kreatywność Polaków może sprawić, że dana instytucja nie będzie miała żadnych wyników a kosztuje sporo. Ile kosztuje CBA a jakie ma wyniki? Ile kosztuje ABW a jakie ma wyniki? Ile kosztuje UKS a jakie ma wyniki? Ile kosztuje Urząd d/s bezrobotnych a jakie ma wyniki? Włodarze tych instytucji ścigają się o słupki tłukąc niemiłosiernie w każdego najdrobniejszego cwaniaka albo i istotę niewinną i coś tam ciurka, ale ich deficytowość nie spada. Państwo do nich dopłaca.

Naprawdę żenujące jest to, że najprostszym sposobem obalenia systemu w Polsce jest uczciwe i zdrowe życie. Gdyby Polacy stali się uczciwcami i abstynentami to budżet państwa runąłby w ciągu roku, nastąpiłby gospodarczy paraliż i nie pomogłyby unijne dotacje. Czy masowa uczciwość jest mrzonką? Nie, po prostu stworzono system, który generuje przestępczość i nieprawidłowości. Paradoksalnie, dzięki nim to państwo trwa.

crime
(graph:money.howstuffworks.com)

TYLE ŁASK

Niechcący wdałem się w rozmowę o nominacjach ministerialnych i wysłuchawszy z uwagą interlokutora – choć ścierpła mi noga – uciąłem: „Pewien stary Palestyńczyk zapytany o wybory w Izraelu odparł: zmiany w Izraelu nic nie zmieniają.”. Rozmówca rozentuzjazmowany zrobił zdziwione oczy, gdyż jak to? Tak wspaniałe twarze, opinie, sam Rosati chwalił, a to bankowiec. „Ależ nic do nich nie mam” – zacząłem wyjaśniać uspokajająco – „pytam co nowego?” Czy przedstawiono jakieś programy czy tylko pokaz mody?”. Milczenie. „No właśnie” – skwitowałem.

Media ogłosiły, że nie będzie religii na maturach! – wprost nie mogłem uwierzyć. Prawdziwa łaska. Wertując niedawno papiery doczytałem, że nauka religii jest bezpłatna i nikt nie śmie nawet wyciągnąć ręki po pieniądze od rodziców. Ot niewdzięczność, by biedni katecheci poświęcali się za darmo krzewiąc wiarę wśród rozwydrzonych bachorów, które nawet nie wiedzą z kim nie chciałyby spać w pokoju na wycieczce a o siostrze opętanej przez złego ducha nawet nie chcą słyszeć. Zły czas dla wiary, zły czas. Jest jeszcze troska o sześciolatki w szkołach, bo kilka procent placówek nie spełnia wymogów. Moim zdaniem należałoby je zlikwidować i byłoby 100% gotowości.

Media ogłosiły, że gdyby polscy przedsiębiorcy zamiast wykorzystywać swoją kreatywność do obchodzenia podatków skupili się na innowacjach to byłoby lepiej. Dziękujemy za radę panie ministrze. Niestety nie skorzystamy – gdy przestaniemy oszukiwać to przestaniemy istnieć. Prosimy o wyrozumiałość.

Media ogłosiły, że najlepszy minister jest najlepszym ministrem i może nawet będzie premierem. Pozostali będą a notowania giełdowe firm produkujących zegarki spadły raptownie. Nie mogę zrozumieć jednego: czy starzy byli źli? Czy rzeczywiście poszło o wygryzanie Schetyny i wreszcie premier ma swój rząd Bieleckiego? Powiem Wam szczerze, te kulisy przestały mnie interesować tak jak to, jaką metodą Chevron za unijne środki w porozumieniu z Sorosem sfinansują czyjąś kampanię wyborczą. Zainteresował mnie znajomy, który po latach pracy dostał ofertę od pracodawcy by skoczył na zasiłek a potem znów do pracy, bo dofinansowanie będzie. To pewnie nowy model walki z bezrobociem za unijne pieniądze. Same łaski.

Knights-castle-queenside

AGRESJA

Naukowe opracowania mają to do siebie, że są długie, nudne i skomplikowane, natomiast forma „telegraficznego skrótu” jest jak potrawa bez smaku i zapachu. Ponoć średnie poziomy – tak jak i w przypadku tematu dzisiejszej notki – są z medycznego punktu widzenia najwłaściwsze, dlatego też, postaram się Was nieco uwieść. Zapewne słyszeliście dowcip o matematyku, którego spotkał na pustyni zbłąkany człek podróżujący balonem? Widok matematyka był dla niego najsłodszym widokiem pod Słońcem, gdyż tak zazwyczaj działa widok człowieka na pustyni. „Panie, panie!” – zaczął wykrzykiwać pilot – „gdzie ja jestem???”. Matematyk, który obliczał coś w swoim małym notesiku uniósł głowę w poszukiwaniu źródła wołania i dostrzegł wycieńczonego pilota. „G-d-z-i-e- j-e-s-t-e-m ?” – wykrzyczał kolejny raz pilot. Matematyk pochylił się nad notesem, nakreślił kilka wzorów, coś podsumował, po czym oznajmił: „W balonie!”. Do tego żartu dołączany jest zwykle komentarz: „Matematyk jest osobą, która potrafi udzielić bardzo precyzyjnej odpowiedzi nie służącej zupełnie niczemu”. W przypadku niniejszej notki ta reguła nie sprawdzi się całkiem, gdyż to właśnie precyzyjna odpowiedź okazuje się najbardziej istotną.

Pytani o źródła agresji czy przemocy wymieniamy całe tuziny przyczyn: podżeganie, polityka, religia, frustracja, niesprawność umysłowa, złe wychowanie, prowokacja, brak pozytywnego upustu dla młodzieńczej energii itd. itp. W większości pomijamy wymienioną na końcu „energię”, przyjmując fizyczną jej wykładnię mówiącą o tym, że energia po prostu jest, nie powstaje i nie zanika, jest z niczego i najpewniej jej istnienie jest skutkiem samorództwa. Otóż jesteśmy w błędzie. Wspomniana energia powstaje z czegoś. Oprócz przyczyn zewnętrznych, nie możemy pomijać wewnętrznych i to bardzo wewnętrznych – praktycznie fundamentalnych, bez których nie byłoby tematu.

Przemoc, agresja, palenie, picie, niebezpieczny seks, udział w bójkach i wypadkach, wyróżnianie się siłą pośród rówieśników, dominacja w grupie. Wbrew pozorom, nie jest to charakterystyka znanych ostatnimi czasy grup społecznych. To tylko niektóre skutki działania narkotyku produkowanego przez nasz organizm. Jego nazwę znamy dobrze (choć wiemy o nim znacznie mniej), a użyłem pojęcia narkotyk gdyż tak jak wszystkie inne środki odurzające przeprogramowuje ludzkie postrzeganie siebie i rzeczywistości. Ten jak najbardziej naturalny i legalny dopalacz możemy produkować w ilościach dowolnych, musimy jedynie dostarczyć sobie kilku składników.

Całkiem niedawno oficer CBŚ w jednym z telewizyjnych programów stwierdził, że kibice stają się agresywni, gdyż jedzą surowe mięso. Kibole parsknęli śmiechem, wyprodukowano nawet jadło stadionowe pt „tatar kibica”, choć oficer CBŚ tylko nieznacznie minął się z prawdą. Opowiadanie o syntezach, lipidach i szkieletach węglowych byłoby raczej zawiłe i nudne, dlatego dostarczmy organizmowi wraz ze strawą m.in: cynk, cholekalcyferol, witaminę D3 … w przełożeniu na język ludzki, najbogatsze w konieczne składniki: żółtka jajek, oliwę z oliwek, czerwone surowe mięso… – czyli… – tatar! Opowieść zaczyna się mniej więcej tak: „Pierwotnym materiałem do syntezy androgenów jest cholesterol. Jest on wstępnie syntetyzowany z glukozy i kwasów tłuszczowych…..itd. itd„. Efektem finalnym jest nasz główny bohater testosteron, którego posiadaniem i możliwością produkcji szczycą się nie tylko mężczyźni, ale również kobiety i dzieci (choć w mniejszych ilościach).

Nadmiar wywołuje zwiększone pobudzenie, agresywność, aspołeczność (niechęć współpracy). Kiedy część kiboli faszeruje się przed ustawką nawet ośmioma tatarami a konsumpcja tej energetycznej strawy poprzedzona zostaje zwiększającym wyniki na siłowni zastrzykiem z wyciągu z byczych jąder (umownie: najczystszy testosteron), to można śmiało powiedzieć, że gdyby własnym testosteronem można było dzielić się lub dilować, to wystarczyłoby go dla kilku osób. Tatar jako surowiec wyjątkowo przydatny w produkcji i nadprodukcji testosteronu jest żywieniowym strzałem w dziesiątkę i chylę tu czoła przed wynalazcami potrawy, którzy o lipidach i innych błonach komórkowych nie mieli zielonego pojęcia. Zamyślając się nad podobnym menu, można dostrzec to, że obywatele krajów znanych z imperialnych ambicji jedzą na śniadania: Niemcy – jajka i parówki, Brytyjczycy – jajka i bekon – czyli w skrócie: jajka, tłuszcz i mięso – generalnie podstawowe komponenty. Polacy z powodów historycznych preferują „chleb i wodę, płatki owsiane na mleku oraz kapustę z kartoflami” i zapewne dlatego szczycimy się antyimperializmem.

Z naszych badań wynika, że testosteron wpływa także na podejmowanie decyzji. Zwykle motywuje do poszukiwania najlepszego rozwiązania, ale zbyt duży poziom tego hormonu czasami powoduje, że przestajemy się liczyć z innymi ludźmi – dr Nick Wright (neurolog, University College of London)„.

Niedobór testosteronu objawia się gorszym samopoczuciem, wahaniami nastroju, drażliwością, skłonnością do depresji, nieśmiałością, niezdecydowaniem, nerwicami, brakiem siły do pracy i ćwiczeń fizycznych, anemią, zawrotami głowy, sennością, trudnościami z koncentracją, pamięcią, niskim pożądaniem, niską wrażliwością na bodźce seksualne takie jak fantazje erotyczne czy spontaniczne erekcje (źródło: Men’s Health). Nie należy jednak bić na alarm a przynajmniej histerycznie. Testosteron przypomina trochę w naturze kota chadzającego własnymi ścieżkami. Rano jest go więcej, wieczorem mniej, dużo zależy od diety, której poświęciłem już kilka zdań, aktywności, trybu życia, w grę wchodzą uwarunkowania genetyczne, wiek itd. itd. Badania m.in. dr. Jamesa M. Dabbsa (prof. psychologii Uniwersytet Stanowy Georgia, doktorat Yale) wykazały, że obniżeniu testosteronu sprzyja zawarcie małżeństwa i ukończenie studiów: „Im dłużej się uczysz, tym mniej chaosu, związanego z nadprodukcją testosteronu, robisz wokół siebie„. Żonaci faceci są zdrowsi i żyją dłużej. W innych badaniach odkryto, że za niższy poziom hormonu odpowiada ojcostwo oraz bliski kontakt z dziećmi. Niski poziom testosteronu gwarantuje również dieta wegetariańska lub np. spadek osiągnięć sportowych(!) czyli mówiąc najprościej „wyników”. W ostatnim przypadku, chęć podbijania podium może zmienić się w chęć przeczekania, rezygnację, które są symptomami niedoboru testosteronu.

Większość badaczy zgadza się z tym, że testosteron jest swoistym dopalaczem silnie związanym ze sferą seksualną człowieka, ma zapewnić widoczność, sprawić, że osiągnięte zostanie zwycięstwo w konkurach, decyduje o tym „że mężczyzna wygląda jak mężczyzna”. W dzieciństwie uśpiony, w trakcie dojrzewania rosnący i kipiący, poważnie oddziałujący w wieku 20-35 lat, potem stopniowo zanikający (1% na rok).

Tematu nie sposób wyczerpać w formie blogowego wpisu, jednak pytając o skłonność do przemocy i agresji nie możemy pomijać podstawowego jej składnika. Na jego nadmiar nie cierpią wegetarianie słynący z pacyfistycznego podejścia do świata („jesteś tym co jesz” – nie jest tak całkiem oderwane od prawdy), na nadmiar testosteronu nie ciepią osoby ustabilizowane życiowo i osoby, które nie stroniły od edukacji. Po drugiej stronie mamy ludzi w wieku o najwyższym poziomie tego hormonu, wcinających maszynowo tatary i faszerujących się testosteronem na siłowniach, wiodących żywota singli niezainteresowanych edukacją, maksymalistów wykazujących wzmożone zapotrzebowanie na używki i awantury (pomagające rozładować napięcia). Walka o zauważanie i zwycięstwa są coraz trudniejsze, start życiowy pozostawia wiele do życzenia. Wysoki poziom testosteronu i słabe wyniki, frustracja – to realna bomba.

Tak więc zgodnie z zapowiedzią udzieliłem dość precyzyjnej matematycznej odpowiedzi, z którą pozornie nie za bardzo wiadomo co zrobić. Niepewność zwiastuje jednak niedobór testosteronu, dlatego możemy wybrać kilka opcji:
1. Zadbać o to, by ludzie uczyli się, zakładali rodziny, mieli osiągnięcia a nawet zainteresowali się wegetarianizmem, lub….
2. Wpłynąć na podwyżkę VAT na jaja, olej i surowe mięso w celu ograniczenia dostępu
3. Zjeść 8 tatarów i przestać się szczypać z otaczającą agresją

Centrum badań autyzmu Cambridge University w 2002 roku wykazało związek wysokiego poziomu testosteronu u płodów z cechami autystycznymi występującymi we wczesnym dzieciństwie. Analizą objęto badanie płynu owodniowego i monitorowanie zachowań społecznych w trakcie rozwoju dziecka. Z badań wynikało, że wysoki poziom testosteronu w łonie matki wpływa na mniejsze umiejętności społeczne i werbalne dzieci. Czy podobnie warto zastanowić się nad owianym tajemnicą ADHD?

hard-reset-banner-540x276
(graph:Hard_Reset)

NORWEGIA BEZ KRZYŻA

„Zasady są jasne, prezenterzy powinni być ubrani neutralnie i zachęcamy ich do tego, aby unikali korzystania z biżuterii o znaczeniu religijnym lub politycznym”. Tymi słowami, szef regionalnego oddziału norweskiej telewizji publicznej (NRK) Anders Sarheim uciął spekulacje na temat możliwości eksponowania na wizji małego krzyżyka przez jedną z prezenterek. Nie byłoby rozmowy, gdyby nie skargi od widzów. Siv Kristin Saellmann – właścicielka religijnej ozdoby – była zaskoczona reakcją: „Nie chciałam być prowokacyjna. Jestem chrześcijanką ale widzę krzyże wszędzie, są częścią mody, nie tylko chrześcijanie je noszą. Nie sądziłem, że ludzie zareagują. Nie chciałam nikogo zrazić do siebie. Chcę być neutralna, jak to tylko możliwe”. (źródło: agencja UPI 4 listopada 2013 r.)

Fronda, pch24.pl i inne o tym samym zdarzeniu: „Dziennikarka zwolniona z pracy za noszenie krzyżyka! (Zwolniona? Czy stąd bierze się teza o prześladowaniu katolików? – przyp. Romskey) Zaraz po emisji serwisu informacyjnego prowadzonego przez Seallmann, stacja NRK dostała setki telefonów i maili, w których zwracano uwagę na „niestosowny” krzyżyk zdobiący szyję dziennikarki. Bardzo wiele maili i telefonów pochodziło od czujących się dyskryminowanymi muzułmanów. W jednym z maili możemy przeczytać: Telewizja, a co za tym idzie jej pracownicy muszą być neutralni światopoglądowo. Nie mogą w żaden sposób przedkładać jednej religii nad drugą. Tak wyglądająca prezenterka telewizyjna w świeckim kraju jakim jest Norwegia dyskryminuje wyznawców Islamu” (szeroka wiedza Frondy wskazuje na to, że jej redaktorzy mają wgląd w większość maili i telefonów przychodzących do NRK – przyp. Romskey).

Pojęcie „islam” podnosi ciśnienie nie tylko katolików i skrajnej prawicy. Tym razem jednak, Fronda i reszta internetowych szmatławców przebiły kołtuństwem okupacyjne gadzinówki oraz aparat propagandy PRL. Nie pierwszy raz zresztą. W podobny sposób wszystkie gwałty w Szwecji przypisano ‚islamistom’, a nawet odnaleziono norweskie miasteczko, w którym liczba gwałtów dokonanych przez cudzoziemców była wyższa od dokonanych przez krajowców. Pomijano dość skrupulatnie źródłowe wyjaśnienia o innych metodach mierzenia skali przemocy seksualnej, o zmianach trybu życia młodzieży lub o tym, że cudzoziemcy to także Hindusi, Polacy czy Chińczycy, którzy (w owym miasteczku) byli sprawcami ok. 20 gwałtów w okresie 3 lat. Anty-Islam okazał się doskonałym narzędziem promocji katolicko-prawicowej propagandy skoro strach przed szariatem ogarnia ateistów, żydów, protestantów i zwolenników wielu innych przekonań (dziś sojusznicy, jutro niewolnicy). Podrasowane wieści niosą się szybko a zawarty w nich potencjał emocjonalny (lęki) nie skłania odbiorców do sprawdzania źródeł. Zresztą, jak uzasadnia się: „Źródła ulegają poprawności politycznej (zamiatają prawdę pod dywan), dlatego nie potrzebujemy ich w upowszechnianiu treści oczywistych”.

We wszystkich przypadkach, zgodnie ze starymi i sprawdzonymi metodami nawracania pogan, podważone zostają wszelkie idee obecne w skandynawskim prawodawstwie nieuznawane przez polską kato-prawicę. Neutralność światopoglądowa i polityczna państwa, prawa kobiet (feminizm), humanizm, demokracja, czyli – mówiąc najprościej – idee określane mianem „lewackich”, dzięki którym Skandynawia pozostaje obiektem westchnień wielu poszukujących normalności Polaków. Strach przed islamem ma być argumentem świadczącym o porażce niekatolickich filozofii, z tym małym logicznym defektem, że dotknięci „islamskim problemem” Skandynawowie, wciąż wybierają partie liberalne i lewicowe, które niejednokrotnie proponują wprost sprowadzanie jeszcze większej liczby obcokrajowców. Czy jak niegdyś gezowie „wolą być Turkami niż papistami”?

Liczba cudzoziemców w Polsce wynosi 0.1%, dlatego manipulowanie kłamstwem i strachem przed nieznanym jest tak proste. Nie chcemy popełnić błędów innych? – słusznie, jednak czy to nie dziwne, że nawet Niemcy (9.1% cudzoziemców) chcą je nadal popełniać? Nie zrozumcie mnie źle. Cudzoziemskie i obce kulturowo getta stwarzają problemy w Europie. Po zamachach 9/11 lęk i brak zaufania do śniadych współmieszkańców znacznie wzrosły, problem istnieje i warto o nim rozmawiać. Jednak w Polsce, to nie 0.1% cudzoziemców stwarza kłopoty. Znacznie częściej spotykamy problem kato-prawicowego kłamstwa, bandytyzmu i nienawiści. Islam czy katolicyzm? Nie musimy wybierać. Pod ochronnymi skrzydłami kościoła, nigdy nie staniemy się Norwegią. To akurat jest pewne. Co do samych zagrożeń, to kraje skandynawskie a nawet Niemcy (9.1% cudzoziemców) okazują się mieć dość niski współczynnik zabójstw. Czyżby świeckie prawo, policja i społeczna tolerancja były skuteczniejsze niż kościół powszechny?

zaboj

MESJASZ KIBOLSKI czyli SAMI MĄDRZY

Gdy dana sytuacja regularnie powtarza się a ludzie, których zadaniem jest podejmowanie decyzji zaklinają los słowami: „nie… tym razem będzie spokojnie”, to bez trudu można osiągnąć wyjątkowo złośliwy wniosek: „Dupa nie politycy, dupa nie doradcy, dupa nie publicyści”. Puszenie się wiedzą i intelektem w czasie spokojnym to łatwizna, gdy umiejętność przewidywania skutków lub reagowania w czasie niepokojów są umiejętnościami o zdecydowanie wyższej wartości. Tych jakby trochę brakuje. Gdy youtubowi pół-komicy w południe mówią „będzie zadyma” i zakładają się nawet o 50zł z przechodniami mającymi inne zdanie, oznacza to, że raczej oni powinni zajmować się bezpieczeństwem narodowym a nie ci, którzy czynią to obecnie. Nie twierdzę, że jestem jasnowidzem, myślałem: „zadyma będzie albo i nie będzie” i nie kreuję się na wyrocznię.

Mesjasz kibolski

Po 11.11, „media reżimowe” standardowo zajęły się wiązaniem genealogii Kaczyńskiego z Röhmem i innymi, zaś „media prawicowego wzmożenia” zajęły się głaskaniem najebanych debili. Dała o sobie znać polska zaradność, która nakazuje Polakom wybierać jak najbardziej pokrętną drogę do celu, bo tak jest mądrze, pragmatycznie i chuj wie jak jeszcze. Efekt jest taki, że sama zadyma staje się trzeciorzędna, bo trzeba najpierw przypierdolić pisowi albo peo a przy okazji kościołowi i pedałom. Efektem jest to, że rola dyżurnego piłkarskiego zadymiarza nabiera spekulacyjnej wartości i pewnie 90% wyrywaczy palików od drzewek nawet o tym nie wie. Dopisywanie filozofii – a to nazistowskiej a to patriotyczno-bohaterskiej – do działań wesołego towarzystwa po kracie piwa śmieszy. Chętnie posłuchałbym zatrzymanych, co mają do powiedzenia na temat wielkiej polityki, historii i wszystkiego tego co im przypisuje się. Nie chcąc abyście popadli w zagubienie podsumuję ten akapit małą analogią: Sprawa z dyżurnym zadymiarzem, wygląda dokładnie tak jak z głównym bohaterem filmu „Żywot Briana” (Monty Python „Life of Brian” 1979). Syn Żydówki i rzymskiego centuriona, na swoje szczęście i nieszczęście rodzi się w tym samym czasie i podobnym miejscu co Jezus. W wyniku tych i kilku innych zbieżności, zostaje omyłkowo uznany za Chrystusa, co pociąga za sobą szereg konsekwencji, łącznie ze znaną finalną. Filmu opowiadać nie będę, gdyż pewnie oglądaliście, w każdym razie o to dokładnie chodzi. Niezależnie jak potraktujemy Briana (ukrzyżujemy czy ustanowimy królem Polski) to i tak on nie jest Jezusem. Rzymianie ścigający Jezusa również nie popiszą się wynikami. Dzięki „mądrym głowom” urządza się coś jak polowanie na wielbłądy na Antarktydzie. Skutki do przewidzenia.

Rozgrzeszacze

Kolejna sprawa to głęboka psychologia. Wyobraźcie sobie, że jestem np. Andrzejem Mleczką czy Mają w Ogrodzie i piszę u siebie w Fejsbuku: „Gdyby tak ktoś rozkurwił siekierą czerep Cejrowskiemu na środku ulicy to byłby porządny obywatel, gdyż obywatele mają prawo nienawidzić Cejrowskiego” (można zastosować zamiennie Pietrzaka, Michalika czy innych dewiatów). Nie chcę wgłębiać się w ewentualną reakcję odbiorców takiego komunikatu, gdyż nie to jest w tym akapicie istotne. Żałuję, że psychologia nie jest nauką ścisłą, na której można byłoby oprzeć materiał dowodowy. Przytaczany niekiedy przeze mnie Philipe Zimbardo bardzo klarownie wyjaśniał jak zniesienie odpowiedzialności wpływa na ludzkie zbydlęcenie. Zimbardo nie jest teoretykiem, jego eksperyment więzienny czy analizy patologicznych zachowań amerykańskich żołnierzy wobec jeńców w irackich więzieniach, potwierdziły a raczej budowały jego twierdzenia. Czytając lub słuchając Cejrowskiego (pochwała ataków na ruską ambasadę) czy Pietrzaka (bredzącego o zamieszkach zorganizowanych przez policję) a swojego czasu Kaczyńskiego, Brudzińskiego, Kempę, Romaszewskiego i.in. opowiadających o tym jak wspaniałymi młodymi ludźmi są zadymiarze, jak właściwym było ich postępowanie i jak podle niektórzy zostali sprowokowani przez policję, powinniśmy przestać zajmować się badaniem ich IQ, lecz zwrócić uwagę na efekt. Wymienieni niosą rozgrzeszenie bandyctwu i nawet gdy czujemy to przez skórę, to pozwólcie dokończyć. Dla naszego piłkarskiego „Briana” tacy rozgrzeszacze mogą być autorytetami, dlatego dzięki ich poparciu, dostając nawet 3 miechy bez zawiasów będą czuć się co najmniej jak zesłańcy syberyjscy czy Mahatma Gandhi lub Nelson Mandela. Po wyjściu oczywiście, przepełnieni misją „odnawiania oblicza ziemi tej ziemi” wyprodukują zapobiegliwie więcej koktajli Mołotowa na kolejną ustawkę niepodległości. Gdyby psychologia była nauką ścisłą, to takie wrzody mentalne jak Cejrowski czy Pietrzak trafialiby do więziennych izolatek bez możliwości pisania listów choćby do rodzin. Zwróćcie uwagę na różnicę: nie stosują oni ‚mowy nienawiści’ (za co potencjalnie mogliby dostać jakiś wyrok) lecz rozgrzeszają przemoc i bezprawie. Za to póki co nie skazuje się, bo trudno nawet powiedzieć, że to podżeganie. Stosownym zmianom w przepisach przeszkadza niewątpliwie wyjątkowo uprzywilejowana instytucja powiązana z mafią pedofilską, która od lat ma problem z publicznym potępieniem pogromów i innych zacnych zjawisk.

Genesis

Gdzieś u podstaw całego cyrku, kolejny raz pojawia się sam uczestnik. Zwykle młody, bezrobotny, bez perspektyw. Człowiek taki, zamiast realizować się w pracy, oddziałach specjalnych czy na treningowych matach, realizuje się na osiedlowych ławkach i ulicach, gdzie może liczyć na jakieś zauważenie. Wiem, że o tym wiecie, tyle że piętnowanie przyczyny idzie marnie, bo jest nie po linii. Otóż trzeba powiedzieć wyraźnie, im bardziej PO będzie pierdolić los Polaków, tym więcej Brianów doczeka się ulica.
Czasem dziwi mnie to, że eksperci wyspecjalizowani w mierzeniu słupków polskiego wzrostu nie potrafią wyliczyć, że w stan społecznego wykluczenia popada coraz więcej ludzi. To takie niepiarowe i źle wpływa na rating, ale obecne pokolenie wychowa kolejne pokolenie i nie będzie już „warsaw shore” w MTV a „Mortal Combat” na ulicy i nie tylko w święta. Nie będzie nazizmu, będzie Hackney, Peckham, Islington, Brixton (to gościnne dzielnice Londynu wymieniane przez otłuczonych polskich emigrantów). Wątek ten celowo umieściłem na końcu, gdyż mówi o poważnej przyczynie i w pewnym sensie o „trudnym dzieciństwie” ludzi w antypoparzeniowych osłonach twarzy dla kierowców F1. Trudne dzieciństwo nie rozgrzesza czynów, ale nie musi być zawsze trudne, tym bardziej, że już płyną na leczenie stanu rzeczy miliony euro, niknące w przepastnych kieszeniach urzędników administracji państwowej (realizatorów programów wirtualnie naprawczych).

ef

PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA

Kiedyś zastanawialiśmy się w gronie dobrych znajomych nad tym, dlaczego spotykamy się, rozmawiamy, o Polsce, świecie? Pytanie padło z mojej strony, gdyż górę wzięła zwykła praktyczność. Stwierdziłem, że gdybyśmy podczas tych rozmów produkowali cokolwiek, to stalibyśmy się szybko produkcyjnym lokalnym mocarstwem. Usłyszałem sporo mniej lub bardziej wiarygodnych domysłów odnoszących się do poruszonej kwestii, dlatego dorzuciłem propozycję odpowiedzi: „Może po prostu rozmawiając, realizujemy instynktowną potrzebę stadnego (społecznego) życia?”. Zapadło milczenie a interlokutorzy pokiwali głowami – jak sądzę – pozytywnie ważąc mój argument. Życie staje się prostsze, skoro „stadne życie” to ok, po prostu spędzenie wspólnie czasu – oczekiwanie efektów z rozmów jest w takim razie bez sensu.

Byłem zrezygnowany bezpłodnością polskich dialogów pełnych emocji, plotek, zabobonów i górnolotnych haseł. Zastanawiałem się nad tym, dlaczego tak łatwo nas Polaków poróżnić (zwykle sprawami oderwanymi od podjętego wątku), dlaczego mamy kłopot w odróżnianiu „faktu” od „spekulacji”, dlaczego nie zachowujemy kultury dialogu i podnosimy głos lub przegadujemy nie dopuszczając do głosu rozmówców, dlaczego nie zależy nam na osiąganiu wspólnych wniosków (wyłanianiu prawdy, która nie wzbudza już dyskusji)? Wniosek był zawsze moim celem. Osiągamy wniosek i idziemy dalej, szukamy dalej. Chyba warto odnaleźć jakiś słaby punkt problemu by powstało rozwiązanie?

Ku mojemu zdziwieniu, o ile często udawało się mi przekonać rozmówców do przychylniejszego potraktowania zreferowanego przeze mnie (niekoniecznie mojego autorstwa) uniwersalnego punktu widzenia (godzącego strony, racjonalnego i nieoskarżycielskiego), to wystarczyło nie widzieć się kilka dni podczas których miało miejsce obejrzenie 5 minut wystąpienia Korwina Mikke w YouTube, by kolejna rozmowa zaczynała się od podstaw. Zawsze słyszałem, że pędzę, ale w tych sytuacjach zdawałem się dublować rozmówców. Uważałem, że coś przyjęliśmy jako pewnik (miałem przecież słowa potwierdzenia) i możemy iść dalej. Niestety.

Czy takie przytakiwanie wynika również z niepisanych reguł stadnego instynktu? Czy zgadzamy się ze sobą wyłącznie po to aby nie powstawał konflikt (groźny dla stada) a chwilę potem i tak wiemy swoje? Czy ludzie rzeczywiście nie zmieniają swoich „fundamentalnych” przekonań, czy argumenty nie mają znaczenia? Czuję się „wykluczony”, gdyż argumenty zmieniają mnie, nie dyskutuję z faktami, nie uznaję spekulacji za fakty, nie ujednolicam siły głosu z siłą argumentu, czasem jedynie staram się bronić linczowanych by wskazać na ich „trudne dzieciństwo”.

Poszukując odpowiedzi znalazłem się po drugiej stronie lustra. Czytałem gdzieś o tym, że człowiek najlepiej i najtrwalej przyswaja to co sam zgłębi i to byłoby najlepsze dla wszystkich, jednak źródła przytaczane nierzadko przez rozmówców raczej wywoływały trwogę. Stawały mi przed oczami zdania wygłaszane przez ludzi bez dwóch zdań światłych, którzy twierdzili, że umiejętność oddzielania plew od ziaren u obecnych studentów leży i kwiczy. Skoro u studentów (elity), to jak z resztą narodu?

Jak tworzono podstawy? Aleksander Wielki nie zapraszał na rozmowy przy herbacie przedstawicieli podbijanych barbarzyńskich plemion. Czynienie z cudzoziemców Greków, zachodziło podobnie do chrystianizacji, potem wystarczyło 200 lat trzymać lud za mordę (edukować, więzić, karać) by w efekcie lud sam z siebie zaczął czuć dumę, czyli czuć się Grekiem bez bicia. Owszem, nie było tak gładko, wystarczyło że bat pokrył kurz a Greckość stawała się passe. Mimo wszystko, trudno uwierzyć w to, że to dzięki batowi zachowała się pamięć starożytnej zaawansowanej kultury, z tym drobnym defektem, że sama kultura nie przetrwała.

Czy naprawdę nie da się bez bata? Przynajmniej w kwestii podstaw? Istnieją dwie sprawdzone metody osiągania efektów. Bat lub zarabianie na głupocie. Bat – odstawiono do lamusa, zaś zarabianie na głupocie ma się dobrze. Druga metoda jest prawdopodobnie naturalnym skutkiem, uświadomienia sobie przejścia na drugą stronę lustra. Zwykle samotnego przejścia, choć miało być masowe, przecież wszyscy kiwali głowami.

Miewam czasem wrażenie, że wyrywam ludziom ziemię spod stóp, że pozbawiam ich czegoś trwałego, w co wierzyli, bez czego nie potrafiliby w swoim mniemaniu istnieć. Na nic zdaje się widoczny przed nimi argument w postaci mnie, który doskonale sobie radzi bez różnorodnych „niepodważalnych mitów”. Czy lęk wzbudzany cynicznie u tych ludzi jest silniejszy od rozumu? Chętnie ukatrupiłbym tych, którzy ów lęk w nich zaszczepiają. A może chodzi też o coś innego? O wyjątkowo zaawansowaną wśród Polaków niechęć przyznania się do błędów (np. niecelności w doborze obiektów zaufania lub fuszerki), co może wiązać się z natychmiastowym rozstrzelaniem? Szczerość i otwartość na dłuższą metę sprawdza się jako antidotum (przywyklibyśmy po prostu), ale gdyby trzeba było też podejmować decyzje? Chętnych do rozliczania, jeszcze przed ich podjęciem nie brakuje.

ccc1

Przejść na drugą stronę lustra to być widzianym przez innych w zupełnie odwrotnej perspektywie. Po drugiej stronie lustra mogą znaleźć się także przekonania, które w odbiciu nie są tym samym.

TARGOWISKO OBŁUDY

Nie tylko publicyści czy blogerzy zajmujący się wielką polityką zastanawiali mnie jako źródła dość szczególnych danych. Wiedzę przez nich propagowaną często powielali ludzie z ulicy i znajomi, zaś ja, jako człek obdarzony naturą poleskiego chłopa (do póki nie zobaczy to nie uwierzy) nie byłem w stanie pojąć, jakim sposobem osoby wiodące z gruntu spokojne życie wchodzą w posiadanie najpilniej strzeżonych tajemnic obcych państw? Czy Rosja gra na podział w Polsce? Czy Wiosna Arabska była animowana przez Iran? W pierwszym odruchu myślałem o tym, że ta międzynarodowa otoczka dla znanych – często wewnątrzkrajowych – treści ma charakter czysto populistyczny. Nie jest wszak tajemnicą to, że na rynku plotek zwycięża ten kto „wie więcej (zna więcej tajemnic)” a z uwagi na to, że takich racji nie sposób w żaden sposób sprawdzić, podważyć czy udowodnić, polemika z nimi jest bezcelowa (niestety ku radości zwolenników milczenia jako dowodu braku argumentów czyli ustąpienia pola). Szczęśliwie nie zawsze użyta manipulacja wymagała żmudnej weryfikacji. W zdolność przenikania ludzkich umysłów wierzą jedynie naiwni i tu popełniano dość wymowny błąd. Kiedy te same źródła mówiły o intencjach, którymi kieruje się polityk X czy Y odkrywałem bałamuctwo głoszonych z arcy-przekonaniem teorii. Czy Palikot poszedł do polityki dla pieniędzy? Czy Ikonowicz chciał jedynie zwrócić na siebie uwagę idąc do więzienia? Nawet gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywałyby na to, to realnych motywacji nie jesteśmy w stanie zdemaskować. Nawet ustna deklaracja ich nie zdradza a nie pisałbym o tym, gdybym nie widział jak znany polski szpieg oszukał wariograf.

Ciekawym aspektem aktów ujawniania rzekomo tajnych lub niemożliwych do sprawdzenia danych było to, że zbyt wyraźnie zarysowywał się cel ich przedstawiania. Nie była nim informacja a spreparowanie gotowego stanowiska, nastawienia, wzbudzenie nieufności, bądź wprost przeciwnie – zaufania. Propaganda w obiegu opinii miała od początków prasy i mediów wyjątkowe znaczenie. Chłonni wiedzy i ciekawi świata ludzie, zapewniani o tym, że dostarczane im materiały mają jedynie informacyjne znaczenie niejednokrotnie stawali się silnie zmotywowanymi żołnierzami danej sprawy. Badający korzenie barbarzyństwa w Ruandzie dopiero niedawno zauważyli, że najpoważniejszym nośnikiem nienawiści było lokalne radio, którego słuchali wszyscy. Podobnie historycy nie pozostawiają złudzeń co do kontroli mediów przez Josepha Goebbelsa, bez których nazizm miałby nikłe szanse dotarcia do masowego odbiorcy. Czy epoka propagandy odeszła wraz z historią i ucywilizowaniem? W moim przekonaniu zmieniła jedynie formę.

/…/
W trakcie kampanii wyborczej miało miejsce wiele ataków na Stanisława Tymińskiego, m.in. UOP i Krzysztof Kozłowski (ówczesny minister spraw wewnętrznych w rządzie Mazowieckiego) oskarżyli go o to, że ma związek z Libią (krajem wiązanym wówczas z terroryzmem) oraz z Kolumbią (gdzie silne były wpływy handlarzy narkotyków) – oskarżenia okazały się fałszywe. Tuż przed końcem kampanii wyborczej Telewizja Polska podała, że stosuje on przemoc wobec żony – po wyborach telewizja przegrała prawomocnie proces o pomówienie. Gazeta Wyborcza opublikowała opinię psychologa Andrzeja Samsona, mówiącą o tym, że Tymiński jest chory psychicznie. (źródło: Wikipedia)
/…/

Cui bono fuerit? czyli „Komu to miało przynieść korzyść? Komu to wyjść miało na pożytek?”. Wracając do wcześniejszych wątków, zwrócenie uwagi na Rosjan jako źródła mącenia w Polsce, jest korzystne dla Stanów Zjednoczonych uchodzących za naszych największych przyjaciół (podobnie zwrócenie uwagi na Iran jest korzystne dla aspiracji Izraela na Bliskim Wschodzie). Wielka polityka łączy się ściśle z wielkimi interesami, więc idea ustanowienia z Polski przyczółka amerykańskich oddziaływań w Europie jest więcej niż wiarygodna (patrz. ACTA). Oczywiście, nie oznacza to, że Rosja nie ma u nas swoich interesów, chodzi wyłącznie o to, że interesy mają wszyscy, przez co zwycięstwa jednych partii mogą być korzystniejsze dla Rosji czy Chin a innych dla USA czy Holandii. Istotne jest to, że walka o te interesy niejednokrotnie potrafi przyćmić naszą uwagę nad tym, co opłaca się konkretnie nam Polakom (nie Amerykanom, Rosjanom, Chińczykom, Izraelowi czy W.Brytanii). Podobnie rzecz ma się z naszymi wewnętrznymi sprawami, kiedy nie zastanawiamy się nad tym czego realnie potrzebujemy a tym, która partia jest naszym najprawdziwym przyjacielem.

abc