CZYM DZIELIMY SIĘ W SIECI – czyli „Polak malkontent”?

by romskey

Skłonność Polaków do malkontenctwa i defetyzmu nie jest niczym nowym, choć rozwój internetu i mediów społecznościowych ponownie podgrzał dyskusje na temat skali zjawiska.

Początkowo, ofiarami zmasowanego ataku krytycznych ocen i osądów stały się media, publicyści, politycy, artyści i przedsiębiorcy, którzy przenosząc do sieci część swojej działalności zdali sobie sprawę z tego, co myślą o nich ludzie i jakie są tego skutki. Pozytywnie prognozowana interakcja oparta na zastosowaniu się do propozycji pt.:”napisz komentarz” okazała się sprzeczna z osiągniętymi wynikami. Zamiast pochwał i wyrazów jednomyślności posypała się krytyka. W poszukiwaniu oznak pozytywnych reakcji dostrzeżono dyskretny urok ilości kliknięć w „lubię to”, liczby odwiedzających, liczby linków udostępniających daną treść, lecz mimo wszystko wpisywane w formularze zdania wciąż zachowywały dominującą pozycję w budowaniu odbioru. Rozpacz doprowadzała do blokowania „trolli” i „hejterów” oraz usuwania komentarzy negatywnych i zastępowania ich pozytywnymi, napisanymi samodzielnie lub przez wynajętą agencję PR, ale skutek był raczej opłakany. Ludzie dość szybko odkryli machinacje i wszelkie pozytywne głosy zaczęli traktować podejrzliwie. Jedno stało się pewne: chcąc dziś obejrzeć np. dobry film trzeba zaryzykować skonsumowanie przynajmniej kilkunastu minut, gdyż recenzje, trailery, komentarze, punkty, „lajki” czy liczniki oglądalności nie dają żadnej gwarancji wiarygodności zawartych w nich treści. Zapewne część z Was stwierdzi: „…i b.dobrze! Tak powinno być!” jednak w zwałach oferowanych nam codziennie treści, zadanie nie jest takie proste i potrzebujemy drogowskazów.

Na pytanie o to „czy ludzie są z urodzenia wredni?” (skoro wciąż marudzą i wbijają szpile) starał się odpowiedzieć kilka lat temu w swojej książce D.Brown analizując reakcje Brytyjczyków. Zauważył, że pełne oburzenia „listy i telefony do redakcji” pisze i wykonuje najczęściej stosunkowo nieliczna grupa ludzi, którzy z przyczyn trudnych do ustalenia uznawani są za reprezentację demokracji. Milczący ogół nie pomaga sprawdzić czy Darren B. miał rację, jednak jego tezę potwierdza zwykła matematyka: nawet tysiąc negatywnych opinii nie może być reprezentatywnych dla milionów skoro autorzy owych opinii są praktycznie przypadkowi.

Tym co niewątpliwie rzuca się w oczy, jest to, że krytyka rzadko bywa konstruktywna. Najczęściej wyrażone w komentarzach racje są projekcją bardzo osobistych przekonań, które dość często traktowane są przez komentujących jako opinie ogółu a więc ich uzasadnianie wydaje się niepotrzebne czyli w istocie mamy do czynienia ze zwykłym „de gustibus…”. Kolejny wyrazisty element to związek rozgłosu autorów z liczbą i napastliwością komentarzy. Krytyka w podanym przypadku nosi znamiona obawy przed tym, że krytykowana treść zostanie przez ogół odbiorców „naiwnie przyjęta”. Bojkot wydaje się najlepszą metodą zablokowania zaraźliwej treści i tu również, uzasadnienie krytyki schodzi na drugi plan ustępując miejsca jak najbardziej pogardliwej formie. Oburzenie, lęk, bojkot – wydają się bardziej rzeczywistymi pobudkami komentatorów niż zawiść, zazdrość, działanie na zlecenie centrali, kompleksy, wrodzona podłość lub podobne argumenty kojące ego krytykowanych.

Odwróćmy jednak sytuację. „Wytnijmy” próbkę 24h naszej obecności w sieci. Policzmy (nawet w przybliżeniu) ile daliśmy „lajków”, ile „nie lajków”, ile komentarzy zostawiliśmy w sieci i czy przekazywały one pozytywne czy negatywne komunikaty. Jaki wygląda ich stosunek? Ku własnemu zdumieniu odkryłem, że to co zostawiam w sieci jest najczęściej wsadzaniem kija w szprychy cudzego roweru. Podważam, krytykuję, bojkotuję, atakuję i choć staram się pamiętać o uzasadnianiu, to jednak mój wizerunek sieciowy jest raczej odległy od wizerunku przyjaznego króliczka. Co ciekawe, nie jestem malkontentem gdy suma moich wypowiedzi w sieci praktycznie taki mój obraz buduje(!).

Czy stwierdzenie „Polak malkontent i defetysta” jest fikcją? Mózg nakazuje nam budować opinie o ludziach na podstawie dwóch zdań napisanych przez nich w sieci. Co gdy oba zdania będą krytyczne? Czy swoją aktywnością w internecie wspieramy obraz Polaka malkontenta czy Polaka optymisty? Zachęcam do rozważań. Niewątpliwie wpływ na obecny stan rzeczy ma uzyskana stosunkowo niedawno oraz na tak masową skalę wolność słowa. Uwolnione przy tej okazji prawo do krytyki wywołało potrzebę ciągłego udowadniania sobie jego istnienia. Obecny jest także trzeci element: być może tylko oburzenie nas jednoczy i zmusza do aktywności o czym doskonale wiedzą media i politycy? Czy powinniśmy docieplić nasz wizerunek? Zbiorowy „PR” Polaków nie jest najlepszy:)

Optymista ma również prawo do krytyki, gdy krytyka ze strony „urodzonego malkontenta” skazana jest z góry na ignorancję.

1death-face-evil-cruel
(graph:google)

Reklamy