KRÓTKA HISTORIA KOŚCIOŁA I PAŃSTW NARODOWYCH

by romskey

Obrabianie banku, który pierze pieniądze mafii lub jest własnością gangstera byłoby działaniem na własną szkodę złodziei, dlatego przyjęto zasadę: „Nie ma banków, których nie można obrobić, są tylko banki, których się nie obrabia”. Wbrew pozorom, podobną logikę można przełożyć na pojęcie „narodu” choć obecnie najtrudniejsze wydaje się ukazanie sensu istnienia narodu jako owego nieobrabialnego banku. Tradycja – owszem, „z tradycji” mamy np. senat, służący niczemu innemu jak pełnieniu roli kolejnego biurokratycznego molocha na drodze ustaw. Tradycja bardzo łatwo zmienia się w klepany bez refleksji rytuał: Jest bo jest, ale po co? Uczestnicy procesji Bożego Ciała zapytani o co dokładnie chodzi, w większości nie znali odpowiedzi. Podobnie można zapytać: „Czemu służy naród?”. Usłyszymy: – No flaga, godło, wzniosłe hasła, nazwiska, napinanie się bohaterskie…nie, to nie tak.

Kiedy wnuczek Cesarstwa Rzymskiego – Kościół Katolicki, wprowadzał swoje porządki w całej Europie, a porządki te opierały się na krzewieniu wiary przynoszącej dochód dzięki kreatywnemu opodatkowaniu wiernych, to niczym dziwnym było powstanie szeptanej idei obniżenia podatków. Nie chcę tutaj powiedzieć, że sprzeciw wobec podatków kościelnych przyczynił się do powstania państw narodowych, choć element ten miał swoje znaczenie. Kościół nie dbał o dobro lokalnych społeczności, nad którymi posiadał zwierzchność. Dbał o swoje (cesarskie) mocarstwowe interesy. Koronując monarchów realnie ustalał jak obecnie Goldman Sachs to, kto będzie w Europie ważnym politykiem. Gdy król buntował się, stawał się średniowiecznym Sadaamem Husajnem, z tym że zamiast zarzucania mu posiadania broni chemicznej i wspierania terroryzmu, zarzucano mu herezję lub podobne przewiny. Oczywiście chwilę później następowała wojna, zbuntowany król ginął a kościół podpisywał wyjątkowo korzystne kontrakty na „wydobycie ropy” z nowym władcą. Nietrudno domyślić się, że ówcześni mieszkańcy europejskich krain czuli się wyzwoleni jak Irakijczycy po ostatniej wojnie lub skolonizowani murzyni, dlatego też, zaczęła kiełkować „myśl narodowa”. Zarówno lokalni władcy jak i lud, nie raz zastanawiali się nad tym, że skoro „żyjemy tu, mówimy jednym językiem, jesteśmy spokrewnieni, to dlaczego mamy dzielić się z ludźmi w dziwnych czapkach?”. Jednym ze sposobów rozwikłania problemu było m.in. ustanowienie kościoła anglikańskiego, czyli zerwanie więzi z papiestwem i podporządkowanie kleru królowi. Henryk VIII Tudor przejął dobra kościelne, zniósł celibat, nakazał sprawowanie liturgii po angielsku. Podobnie rzecz miała się z reformacją. Poszło jak zwykle o pieniądze i choć wiele mówiło się o rozpasaniu papiestwa, to akurat trudno reformację w pierwotnej fazie uznać za walkę o przywracanie czystości sumienia. Reformacja stała się praktycznie ruchem narodowym, dlatego kościół protestancki – dla samego swojego przetrwania – musiał bardzo mocno zaakcentować cenne dla kiełkujących narodów wartości. Wspólna praca, uczciwość, pomoc. Dlaczego chrześcijaństwo mimo wszytko trwało? Ano za rogiem czaił się Turek (i nie tylko), dziejowy spadek.

Kościół katolicki tracił na znaczeniu. Przełomowym momentem było odebranie klocków inkwizytorom przez lokalnych władców. Władcy nie mieli najmniejszego zamiaru godzić się z obecnością dwóch wymiarów sprawiedliwości na swoich ziemiach oraz trwaniem dylematu pt. „kto tu u diabła stanowi prawo?”. Odbieranie praw inkwizytorom, można uznać za chwile, w których rodziły się realne państwa narodowe, w których wszelkie instrumenty sprawowania władzy trafiały w ręce monarchów i (w mniejszym lub większym stopniu) narodów.

Początki nie były łatwe. Nie trzeba było czekać długo na geopolityczne porządki czyli odzyskiwanie jedynie słusznych pradawnych terenów. Dzieło to wymagało rąk do pracy. „Żyjemy tu, mówimy jednym językiem, jesteśmy spokrewnieni” – tylko jak ludzi zagnać do wspólnej roboty, wojowania czy obrony a do tego jak ich opodatkować? I tak właściwie XIX w. przyniósł nam wysyp legend n/t mitologicznego pochodzenia różnych nacji. Legendy te posiadały właściwość m.in. taką, że ziemie znajdujące się pod obcym panowaniem (które interesowały mieszkającego po sąsiedzku władcę) okazywały się ziemiami rdzennie narodowymi akurat tej nacji, do której mieszkający po sąsiedzku władca należał. Niemało było w tych legendach rozstrzygnięć pt. „kto jest dobry a kto zawsze był wredny”. I choć idea narodowa pełna była różnorodnych pokątnych interesów to jednak musiała opierać się na czymś co było w stanie spoić społeczeństwo ponad podziałami, coś co ludziom było naprawdę potrzebne. Ideą taką w najprostszym ujęciu, było działanie we spólnej sprawie, dla wspólnego dobra.

Dopiero w XXI w. jesteśmy w stanie sięgnąć do tych podstawowych wartości, bez uprawiania zbytecznej polityki. Zazdrościmy Niemcom czy Amerykanom kultury politycznej, tego że rywale nie pozbawiają się na wiecach obywatelstwa, że podają sobie dłonie. Podziwiamy to, że ruchy mające na celu skłócanie narodu są marginalizowane. Od wieku(ów), silne państwa narodowe doznawały rozkwitu, gdy kraje w których pojęcie narodu przybierało romantyczny wymiar (tak jak w Polsce), dostawały łupnia. Czy Polacy są w stanie zakodować sobie to, że można minąć wiele granic ale zostawić wspólną polskość w spokoju? Szanse wydają się mizerne o ile ideały partyjne lub światopoglądowe będą uznawane za najważniejsze. „Ideały” te są ukierunkowane na podział, rywalizację, marsz pod hasłem „cel uświęca środki”. Gdy myśl narodowa nakazuje widzieć konkurenta (niekoniecznie wroga) w innym narodzie, to partie czy religie sprawiają że widzimy wrogów w swoich sąsiadach zza ściany. Czy taki kraj może spokojnie rozwijać się? Bogacić? Rosnąć w siłę? Szanse marne. Ale może kiedyś…

pol
(graph:Wikipedia)

Reklamy