Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Październik, 2013

PRAWA KORYTA

„Platforma tonie”, „Platformo nie daj się”, „Platformo, co robisz?” – czytam tytuły, widzę jakieś poruszenie w szeregach działaczy i aktywistów – „Ale, co? Co się stało?” – zachodzę w głowę, bo chyba coś przeoczyłem. Doczytuję: afery taśmowe, posady, spółki, głosy… iiiii – myślę – gdyby to było tajemnicą, to PO nie balansowałaby w okolicach 20%. Każda stara partia ma „tego” po szyję i nawet nie mam zamiaru dociekać kto zaczął lub kto jest winny.

Z subwencji, diet i premii żadna partia dziś nie wyżyje. Spółki, agencje i inne doskonale uzupełniają braki w partyjnych kiesach. Niegdysiejszy spór Bielecki-Schetyna na temat „fachowcy czy swojacy” ma tu zupełnie inny wymiar. Swojacy mogą spółkę uziemić ale karnie płacić będą do partyjnej skarbonki, a fachowcy, może i przedsiębiorstwo z udziałami państwa podniosą ale czy podzielą się nadwyżką? Nie na moją głowę. Wyborcy PO, PiS, PSL i SLD powinni właściwie cieszyć się z tych obsadzeń, bo dzięki nim ich faworyci wygrywają wybory. Bez tej kasy nie byłoby funduszy na robienie ludziom sieczki z mózgownic.

Z czysto ekonomicznego punktu widzenia, udziały państwa w zwyczajnych firmach to zwykła komuna, bo przecież państwowe znaczy znacjonalizowane, a że częściowo – niech będzie – półkomunistyczne. Oczywiście, energetyka, służba zdrowia, bezpieczeństwo – kto jednak zajrzy do wykazów i rankingów to zobaczy, że polska odmiana „dziel i rządź” (konkretnie: dziel posady) ma się świetnie. Dlaczego tego nie widać? Dlatego, że większość firm państwowych i z udziałami ma w dupie raportowanie swojej działalności (w obszarze ładu korporacyjnego, miejsc pracy, relacji społecznych czy środowiska naturalnego (źr.Crido Taxand)). Transparentność firmy Jana Kowalskiego to rzecz priorytetowa, a transparentność „spółki” – to już gospodarcza tajemnica państwowa.

korytos

WYŚCIG OPĘTANYCH czyli PLUSY I MINUSY

Przebudził mnie sen, w którym kilka drobnych postaci (dojrzałem pośród nich księdza i kilku znanych polityków) wpychało w centralną część mojego pola widzenia (od lewej strony) wielkie, marmurowe popiersie Tadeusza Mazowieckiego. Po chwili, z prawej, wybiegła osóbka zaopatrzona w wiaderko z brunatną, cuchnącą cieczą i wylała ją na pomnik. W ułamkach sekund, na plan wskoczył intelektualista i umieścił własne wiaderko z podobną zawartością na głowie profana. Mało estetyczna animacja skończyła się raptownie.

Z medialnego punktu widzenia śmierć znanej osoby jest tak samo nośnym zdarzeniem jak narodziny dwugłowej żyrafy czy sowy albinoski, dlatego zbiorowa, głośna reakcja nie dziwi, a raczej przywykłem. Gorzej, że reakcja ta przeradza się za każdym razem w wyścig, którego uczestnicy sprawiają wrażenie opętanych. Ludzie zaczynają rywalizować o szybkości reakcji i dosadność głoszonych osądów wobec spraw nie będących ich udziałem. Etyka, sens, sacrum? Sacrum od dawna nie ma w Polsce statystycznego znaczenia.

Ludzi przyzwoitych (a może tylko zrównoważonych?) dopada gorycz, gdyż nie godzą się na to, by jakiś drobny, wredny karzełek (x 10 mln) zakłócał im refleksję w takiej chwili. Jednak karzełka irytuje celebra, patos, krzyczy w niebogłosy: „winy nie zostały osądzone!”.

Magdalenka (1989), Okrągły Stół (1989), przywrócenie religii w szkołach (1990), Konkordat (1993), są tematami wzbudzającymi dyskusję. Wpływ tych zdarzeń na stan obecnej demokracji był niebagatelny, jednak łatwiej dziś ferować wyroki, gdy znamy konsekwencje. Jakie podejmowalibyśmy decyzje w tamtych czasach, gdy realia były inne, rozmowy były inne i sam kościół był inny?

Tadeusz Mazowiecki uważał, że Polska wiele Kościołowi zawdzięcza, że bez Kościoła nie byłoby wolności. Dlatego razem z ówczesnym ministrem edukacji prof. Henrykiem Samsonowiczem uznał argumenty Episkopatu, że religia powinna być w szkołach, bo gdy młodzi ludzie kończą podstawówkę i idą np. do szkół zawodowych, to zwykle tracą wszelki kontakt z Kościołem. Nie wiedział, że współcześnie kontakt z kościołem prowadzi do utraty kontaktu z kościołem.

tvp
(fot:tvp)

PRAWDZIWY FACET

Temat dzisiejszy pasuje do charakteru bloga jak wół do karety, ale to tylko pozór. Gdy zdejmiemy z siebie warstwy, którymi lubimy puszyć się lub będące powodem naszego wstydu, a więc: społeczny status (pozycja), fach, zamożność, wpływy, wykształcenie, znajomości, osiągnięcia (itd. itp.) to gdzieś w finale, po etapie pozbywania się odzieży, zostanie nam nierozbieralna już, podstawowa cząstka: mężczyzna lub kobieta. Od tego jak facet czuje się sam ze sobą, zależy praktycznie jakość tego wszystkiego co później na siebie włoży, czyli jakim będzie politykiem, mężem, ekspertem, przyjacielem, sąsiadem. Wielu uważa, że tymi zewnętrznymi warstwami można przykryć kompleksy, lecz nie warto ufać zbyt mocno temu założeniu, bo gdy fundamenty są kruche to i samodzielnie stworzoną mityczną konstrukcję łatwiej naruszyć.

Do przekonania się o swojej męskości facetowi wystarcza kilkusekundowy kontakt z lustrem nad umywalką (dlatego warto odwiedzać łazienkę). Dumy z ‚lustrzanej charyzmy’ doświadcza nie mniej niż 95% facetów – potem wystarczy jedynie podtrzymać to wrażenie dzięki opiniom z zewnątrz.
Szacunek, respekt, autorytet, wyjątkowość, podziw. Tych potrzebuje facet jak powietrza. Tzw. „męska duma” to zresztą bardzo ciekawy element osobowości, gdyż wynika zasadniczo z samego bycia facetem. Nie ma w niej nic z wywyższenia się nad kobietą, choć owszem, bywa, że takie pojawia się, ale to już patologia i zupełnie inny temat.

Dokarmianie męskiego ego jest niezwykle ważne. Kobieta zazwyczaj nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że gdy stwierdzi: „w tym domu nie ma żadnego faceta, który naprawiłby gniazdko elektryczne” to szanse na naprawę mogą zniknąć całkowicie. Zmuszenie faceta do jakiejkolwiek pracy domowej jest trudne, dlatego kobieta często sięga po szantaż ambicjonalny, choć skutek jest na dłuższą metę opłakany (dla męskiej psychiki głównie co pociąga za sobą szereg dalszych konsekwencji). Facet nie lubi rządzenia, on czuje się panem i władcą oraz najwyższym centrum decyzyjnym. Jako autorytet, widząc nieporadną próbę uporania się z wnoszeniem wersalki na trzecie piętro przez kobietę, zazwyczaj jest w stanie sam z siebie zdobyć na gest uchylenia drzwi, a nawet bardziej zaawansowaną pomoc. Nie może jednak usłyszeć doradztwa(!), gdyż to on jest autorytetem. Kiedy przy okazji wnoszenia padną słowa: „Ależ ty misiu jesteś silny” – wówczas prawdopodobnie wniesie na trzecie piętro również wielkogabarytowy regał. Musi być jednak szczerze, ponieważ facet jest także najmądrzejszy i najprzenikliwszy, więc wykazuje spore wyczulenie na manipulację lub wykorzystanie. Chwalenie za wykonanie drobnej domowej czynności może trwać nawet tydzień, gdyż facet lubi być podziwiany i brylować w towarzystwie.

Potencjalnie, każda kobieta o tym wie, gdyż uważa, że facet to proste urządzenie. Czytając pewne forum nastolatek, utwierdziłem się w przekonaniu o tym, że kobiety od najmłodszych lat uczone są manipulowania przedstawicielami męskiej części populacji. Trzeba z tym uważać. Bystry facet, wbrew pozorom intuicyjnie wykrywa różne gry i często jest w stanie je przemilczeć (skoro otrzymuje to czego oczekuje) a nawet gotów jest dać wiarę słyszanym słowom. Łowiecki zmysł nakazuje mu jednak szukać zwierzyny idąc za tropem. Pochwała czy podziw to tylko tropy. Gdy nie pojawia się zwierzyna lub trop urywa się, problemy są kwestią niedługiego czasu. Dużej rozwagi i wyspecjalizowania wymaga prawidłowe ważenie liczby rozsiewanych tropów w stosunku do liczby dostarczanych zwierzyn. Czasem po prostu nie warto rozsiewać tropów, choć wtedy trzeba brać pod uwagę ewentualność poszukiwania przez faceta bardziej obiecujących terenów łowieckich.

W pracy czy na spotkaniu z kumplami, facet chce również podtrzymać poziom składników męskiej dumy. Właściwie podziw, szacunek, autorytet, wyjątkowość również w tych miejscach może uzyskać, jednak w męskim świecie dość wysoko notowany jest: respekt. Respekt i szacunek idą praktycznie w parze. W facecie niedocenionym, upokorzonym, zmarginalizowanym, wykorzystanym, ignorowanym, zbywanym budzi się demon. Nie w każdym, ale kwestią iskry jest obudzić w niewolniku zew wolności. Niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że nawet efektywność pracy faceta, zależy od stanu jego „męskiej dumy”. Bierny bunt jest bardzo częsty a liczba leserów w Polsce jest zatrważająca. Leser jest po prostu zbuntowanym facetem, który samodzielnie określa ramy sprawiedliwości pt. „jaka płaca, taka praca”. Politycy i pracodawcy, niczym niektóre „znające facetów” kobiety próbują manipulować takimi pojęciami jak twardość czy lojalność, przekonując pracowników lub obywateli do tego, że zaciskanie zębów to cnota, szczególnie gdy obetnie się im premię lub wprowadzi podwyżkę akcyzy. Utrzymanie tego stanu rzeczy jest możliwe wyłącznie dzięki zewnętrznym czynnikom np. konieczność utrzymania rodziny, dług, bezrobocie.

Mężczyźni politycy podlegają wszystkim wymienionym wyżej czynnikom. Wybierają towarzystwo wazeliniarzy niż krytycznych mediów lub roszczeniowego społeczeństwa. Naruszany codziennie poziom męskiej dumy wyrównują alkoholem, opieprzeniem kogoś, budową pancerza ignorancji, urlopem w kurorcie, samochodem z szoferem czy BOR-owikiem, premią, medalem czy statuetką. Ich marzenia o byciu w centrum uwagi, bycie uczynnym bożyszczem tłumów zderza się z okrutną rzeczywistością. My, którzy tworzymy tą rzeczywistość, często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nasza postawa ma niebagatelny wpływ na to jak politycy traktują nas. Jak często zamieniamy się w panią domu, która doradza hydraulikowi jak założyć kolanko? Jak często stoimy nad nim pilnując by nie ukradł dezodorantu?
W polityce najwyższą cenę ma uznanie ze strony wroga, dlatego zdarza się tak rzadko. Niewielu ludzi ma świadomość tego, że obniżenie poziomu męskiej dumy, obniża polityczną wydajność i skuteczność. Osłabionego rywala pokonać też łatwiej, nawet śmieszną siłą. I powie ktoś, dlaczego o tym wszystkim mówić, dlaczego obnażać te mechanizmy? Otóż wiedza o tym, daje wiele, wszystkim, daje możliwość obrony, zbudowania dystansu. Każdy z nas szuka przyjaznego środowiska, a przyjazne środowisko to takie, które daje nam to czego potrzebujemy a my temu środowisku odwzajemniamy, niekiedy z nawiązką.

Symptomem strat w męskiej dumie jest zanik komfortu, izolowanie się (zamykanie się w sobie), spadek wydajności, nastroju, brak inicjatywy, entuzjazmu, drażliwość, cynizm czy chęć odwetu opartego na krzywdzeniu otoczenia, które zawiodło lub zaczęło zawodzić. Znajdując się w polu oddziaływania, nie musimy znać konkretnych przyczyn, wystarczy wiedzieć jak leczyć naruszoną dumę, ambicję. Warto jednak pamiętać, że znajdujący się „w dołku” facet, nie jest w stanie wykonać prac i działań, które mogłyby dostarczyć potrzebnego mu paliwa (szacunek, respekt, autorytet, wyjątkowość, podziw). Pochwały i podziw uzna za sztuczne, choć może dostrzec w nich dobrą wolę. Motywowanie przeszłymi dokonaniami uzna za kojące ale „życie wspomnieniami” wpędzi go w jeszcze większe poczucie beznadziei, gdyż facet na ogół myśli o przyszłych podbojach. Czy można mu pomóc?

Stonować wymagania – by nie czuł presji, że musi gonić. Nie dawać mu tego co lubi, by nie zaczął w to uciekać. Pozwolić mu po prostu spokojnie odnaleźć faceta przed lustrem w łazience. To nie wymaga żadnych nakładów, to jest w każdym i to jest zawsze najlepszy początek.

saaa

STUDIUM DEBILIZMU (D.S.)

Przed napisaniem tekstu zastanawiałem się przez chwilę nad tym, czy tytuł nie powinien brzmieć „Studium głupoty”? – jednak gdy kolejny raz przywołałem w myślach obrazy otaczającej rzeczywistości, doszedłem do wniosku, że przytoczona forma nie byłaby adekwatna do zakładanej treści. Przeciętna ludzka głupota oparta na daleko posuniętej naiwności, nieporadności, braku logiki, (itd.) wzbogacona o nienawiść (agresję) i prymityw – staje się głupotą groźną, przez co wykracza poza ramy podstawowej definicji. W związku z tym, że istnieje zarzucona ze względu na pejoratywny wydźwięk społeczny jednostka chorobowa zwana debilizmem* – a podmiot niniejszego tekstu uwłaczałby dotkniętym tego rodzaju niepełnosprawnością – pozwólcie, że powołam do życia pojęcie debilizmu społecznego, które jawi się jako najbardziej precyzyjne.
Wszystkie składniki owego są legalne i powszechnie dostępne. Jest z nimi dokładnie tak, jak z półproduktami ładunków wybuchowych domowej roboty, których komponenty można nabyć w sklepie nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Nikt nie zna dnia i godziny wystąpienia ostrych objawów a debilizm może wystąpić indywidualnie lub zbiorowo i przygnębiające jest to, że nikt nie wie jak reagować a nie reagować nie sposób.

Spotkaniom trzech elementów: „głupoty, prymitywu i agresji” – można teoretycznie przeciwdziałać eliminując dostęp lub łagodząc oddziaływanie pojedynczego lub kilku ze składników. Dzięki temu, możliwe stałoby się ograniczenie występowania najbardziej niebezpiecznej i pandemicznej formy. Jednak nie raz udowodniono, że zagłaskiwanie debila działa wyjątkowo doraźnie. Gdy pójdziemy na ustępstwa, to w przypadku gdy jedno z kolejnych ustępstw stanie się dla nas niewykonalne, spotka nas skumulowany atak psychopatycznej furii.

Oszacowanie skali występowania zjawiska jest niemożliwe, gdyż praktycznie każdy narażony jest na doznanie indywidualnego ataku, wystarczy że znajdzie się w polu oddziaływania lub wejdzie w posiadanie „krytycznych elementów”. Zagrożenie jest wysokie, gdyż nawet oglądanie telewizji lub czytanie prasy, może wywołać negatywną reakcję u osoby zrównoważonej(!). Uruchomieniu reakcji łańcuchowej sprzyja nierzadko „wyprowadzenie z równowagi” posiadające już status nauki ścisłej, bez której wyspecjalizowanej znajomości pracujący np. w mediach nie mieliby szans na karierę. Problemem jest także marginalizowanie problemu przez szereg postaci obdarzonych nietuzinkowymi zdolnościami scenicznymi, będących w stanie – dzięki posiadanej charyzmie – udowodnić odbiorcom to, że debilizm jest powszechną i dopuszczalną normą. Leslie Nielsen, John Cleese, Antoni Macierewicz, Józef Michalik, – różnią się jedynie tym, że jedni z nich informują publiczność o tym, że ta bierze udział w przedstawieniu a drudzy stosują technikę zaskoczenia (flash mob, happening, spontaniczny performance). Celowo ograniczyłem listę znamienitych przedstawicieli, gdyż ich pełny wykaz mógłby wyzwolić stany depresyjne, a nie jest to celem niniejszego tekstu.

Niewątpliwie najbardziej toksycznym składnikiem społecznego debilizmu jest agresja, która może prowadzić do fizycznego naruszania wolności osobistej. Kwalifikacje w podgrzewaniu agresji nabyło wiele postaci publicznych i tu również można przytoczyć kilka przykładowych nazwisk: ajatollah Ahmad Al-Bghdadi Al-Hassan, Jarosław Kaczyński, Jozef Tiso, Tadeusz Rydzyk, Joseph Goebbels, Robert Winnicki (Młodzież Wszechpolska). W przeciwieństwie do wymienionych wcześniej, nie wywołują śmiechu czy wrażeń natury artystycznej. Ich działalność może przekształcić umiarkowany debilizm w debilizm śmiercionośny. Biorąc pod uwagę to, że podatność na ataki debilizmu jest w polskim społeczeństwie dość wysoka, to krajowi siewcy zdają się nie brać pod uwagę skutków, które może przynieść ich „misja”. Interesuje ich władza, ale zastanawia, że to „niezadowolenie społeczne” a nie „masowy debilizm” prowadziło do głębokich przemian politycznych i trudno dociec na co liczą zwolennicy debilizmu sprawczego? Czy niedobór koniecznych składników zmusił ich do poszukiwania substytutów?

Polska już dzisiaj jest europejskim liderem w spożyciu antydepresantów, środków przeciwbólowych (także bólu istnienia) i pacyfistycznych polepszaczy nastroju, co przybrało rozmiar patologii. Dalsza walka polegająca na indywidualnym hamowaniu skutków wzbudzanego debilizmu staje się poważnym zagrożeniem dla publicznego zdrowia. Czy pozostaje uciec się do nie całkiem znanej prawdy? :

„Głupiec na dłuższą metę nie potrafi naśladować człowieka rozumnego, gdy człowiek rozumny jest w stanie naśladować idiotę, przebić go klasą i wzbudzonym wrażeniem”

nurtons

* – (med.) debilizm – poziom intelektualny osób dorosłych charakterystyczny dla 12 roku życia.

DLACZEGO „DOMNIEMANIE NIEWINNOŚCI” JEST WAŻNE

Okryłem, że istnieje całkiem ludzki kontekst tego prawa. My, Polacy b. często staramy się przenikać drugiego człowieka, odkrywać i demaskować jego intencje, budujemy intuicyjnie jego wizerunek. Uważamy, że daje nam to pewnego rodzaju intelektualną przewagę. Gdy budujemy wizerunek pozytywny to jeszcze pół biedy (możemy się mylić). Gorzej gdy powstaje wizerunek negatywny i idą za tym określone działania. Pojawia się uprzedzenie a skutki uprzedzeń znają głównie Ci, którzy doświadczyli ich na własnej skórze. W zwykłym życiu wyjątkowo trudno tłumaczyć się z zarzutów, które nie opierają się na czymś konkretnym (prawda materialna, siła fizycznych dowodów). Zarzuty te często dotyczą cech osobowości a nie działań. Czy potrafimy udowodnić intencje? Powiedzieć przekonująco „nie jestem rasistą” lub „wcale nie siedzę w polityce dla pieniędzy”? Tylko konkretne działania mogą to rozstrzygnąć, co oczywiście nie oznacza, że np. bratni gest wobec Żydów będzie szczery. Jednak tu mamy kolejną kwestię: nieszczery pozytywny gest wobec Żydów nie niesie ze sobą negatywnych skutków społecznych. Intencje nie są więc kluczowe, liczą się działania. W obowiązującym prawie za winę uznaje się zarówno motyw oraz czyn i pewnie stąd pomieszanie, choć nawet tu, za same intencje nie skazuje się – muszą zaistnieć oba składniki (motyw i czyn). Domniemanie niewinności w zwykłym życiu? Czy potrafimy?

Tu jeszcze jeden element. Czy negatywny czyn bez negatywnej intencji zasługuje na negatywny osąd? W prawie można liczyć na okoliczności łagodzące, w życiu… bywa różne.

haten

CZYM DZIELIMY SIĘ W SIECI – czyli „Polak malkontent”?

Skłonność Polaków do malkontenctwa i defetyzmu nie jest niczym nowym, choć rozwój internetu i mediów społecznościowych ponownie podgrzał dyskusje na temat skali zjawiska.

Początkowo, ofiarami zmasowanego ataku krytycznych ocen i osądów stały się media, publicyści, politycy, artyści i przedsiębiorcy, którzy przenosząc do sieci część swojej działalności zdali sobie sprawę z tego, co myślą o nich ludzie i jakie są tego skutki. Pozytywnie prognozowana interakcja oparta na zastosowaniu się do propozycji pt.:”napisz komentarz” okazała się sprzeczna z osiągniętymi wynikami. Zamiast pochwał i wyrazów jednomyślności posypała się krytyka. W poszukiwaniu oznak pozytywnych reakcji dostrzeżono dyskretny urok ilości kliknięć w „lubię to”, liczby odwiedzających, liczby linków udostępniających daną treść, lecz mimo wszystko wpisywane w formularze zdania wciąż zachowywały dominującą pozycję w budowaniu odbioru. Rozpacz doprowadzała do blokowania „trolli” i „hejterów” oraz usuwania komentarzy negatywnych i zastępowania ich pozytywnymi, napisanymi samodzielnie lub przez wynajętą agencję PR, ale skutek był raczej opłakany. Ludzie dość szybko odkryli machinacje i wszelkie pozytywne głosy zaczęli traktować podejrzliwie. Jedno stało się pewne: chcąc dziś obejrzeć np. dobry film trzeba zaryzykować skonsumowanie przynajmniej kilkunastu minut, gdyż recenzje, trailery, komentarze, punkty, „lajki” czy liczniki oglądalności nie dają żadnej gwarancji wiarygodności zawartych w nich treści. Zapewne część z Was stwierdzi: „…i b.dobrze! Tak powinno być!” jednak w zwałach oferowanych nam codziennie treści, zadanie nie jest takie proste i potrzebujemy drogowskazów.

Na pytanie o to „czy ludzie są z urodzenia wredni?” (skoro wciąż marudzą i wbijają szpile) starał się odpowiedzieć kilka lat temu w swojej książce D.Brown analizując reakcje Brytyjczyków. Zauważył, że pełne oburzenia „listy i telefony do redakcji” pisze i wykonuje najczęściej stosunkowo nieliczna grupa ludzi, którzy z przyczyn trudnych do ustalenia uznawani są za reprezentację demokracji. Milczący ogół nie pomaga sprawdzić czy Darren B. miał rację, jednak jego tezę potwierdza zwykła matematyka: nawet tysiąc negatywnych opinii nie może być reprezentatywnych dla milionów skoro autorzy owych opinii są praktycznie przypadkowi.

Tym co niewątpliwie rzuca się w oczy, jest to, że krytyka rzadko bywa konstruktywna. Najczęściej wyrażone w komentarzach racje są projekcją bardzo osobistych przekonań, które dość często traktowane są przez komentujących jako opinie ogółu a więc ich uzasadnianie wydaje się niepotrzebne czyli w istocie mamy do czynienia ze zwykłym „de gustibus…”. Kolejny wyrazisty element to związek rozgłosu autorów z liczbą i napastliwością komentarzy. Krytyka w podanym przypadku nosi znamiona obawy przed tym, że krytykowana treść zostanie przez ogół odbiorców „naiwnie przyjęta”. Bojkot wydaje się najlepszą metodą zablokowania zaraźliwej treści i tu również, uzasadnienie krytyki schodzi na drugi plan ustępując miejsca jak najbardziej pogardliwej formie. Oburzenie, lęk, bojkot – wydają się bardziej rzeczywistymi pobudkami komentatorów niż zawiść, zazdrość, działanie na zlecenie centrali, kompleksy, wrodzona podłość lub podobne argumenty kojące ego krytykowanych.

Odwróćmy jednak sytuację. „Wytnijmy” próbkę 24h naszej obecności w sieci. Policzmy (nawet w przybliżeniu) ile daliśmy „lajków”, ile „nie lajków”, ile komentarzy zostawiliśmy w sieci i czy przekazywały one pozytywne czy negatywne komunikaty. Jaki wygląda ich stosunek? Ku własnemu zdumieniu odkryłem, że to co zostawiam w sieci jest najczęściej wsadzaniem kija w szprychy cudzego roweru. Podważam, krytykuję, bojkotuję, atakuję i choć staram się pamiętać o uzasadnianiu, to jednak mój wizerunek sieciowy jest raczej odległy od wizerunku przyjaznego króliczka. Co ciekawe, nie jestem malkontentem gdy suma moich wypowiedzi w sieci praktycznie taki mój obraz buduje(!).

Czy stwierdzenie „Polak malkontent i defetysta” jest fikcją? Mózg nakazuje nam budować opinie o ludziach na podstawie dwóch zdań napisanych przez nich w sieci. Co gdy oba zdania będą krytyczne? Czy swoją aktywnością w internecie wspieramy obraz Polaka malkontenta czy Polaka optymisty? Zachęcam do rozważań. Niewątpliwie wpływ na obecny stan rzeczy ma uzyskana stosunkowo niedawno oraz na tak masową skalę wolność słowa. Uwolnione przy tej okazji prawo do krytyki wywołało potrzebę ciągłego udowadniania sobie jego istnienia. Obecny jest także trzeci element: być może tylko oburzenie nas jednoczy i zmusza do aktywności o czym doskonale wiedzą media i politycy? Czy powinniśmy docieplić nasz wizerunek? Zbiorowy „PR” Polaków nie jest najlepszy:)

Optymista ma również prawo do krytyki, gdy krytyka ze strony „urodzonego malkontenta” skazana jest z góry na ignorancję.

1death-face-evil-cruel
(graph:google)

PRZERWA

Nie nadążam:)

GDY PRZESTANĄ NAS BIĆ

Zdarza się, że ten, którego bicia zaprzestano sam zaczynał przypieprzać. Powstała nawet teoria, mówiąca o tym, że samo domaganie się niebicia jest motywowane chęcią przypieprzania. Pozostanę powściągliwy wobec tej racji, choć w realiach polityczno-społecznych, nie raz zdarzało się, że np. klasa wykluczonych, która przeistaczała się w klasę średnią zaczynała nagle pałać sporą niechęcią do “nieudaczników z nizin”. Znamy, stara jak świat zasada “zapomniał wół jak cielęciem był” – tylko co z tego? Nieuzbrojony chce posiadać broń, a gdy wchodzi w jej posiadanie głosi, że nieposiadający broni nie powinni zbyt łatwo jej nabyć.

Byli działacze Solidarności (tej starej, wałęsowskiej) zapomnieli najwyraźniej o co walczyli. Ustawili się dziś w pierwszym szeregu świeżo upieczonych kapitalistów zainteresowanych cięciami socjalu i wyzdychaniem cholernej, bezużytecznej biedoty. Liznęli trochę ekonomii, biznesu, stali się ekspertami d/s rynku. Ich biznesy powstawały nierzadko dzięki ustawie Wilczka, gdy dziś twierdzą, że bardzo dobrze „że jest trudniej”, bo ludzie to złodzieje i kombinatorzy. Komu zresztą potrzebna konkurencja? Dobrze jest jak jest, „młode wilki” niech zmykają do Londynu i tam jątrzą.

Czy intencją i założycielskim mitem twórców oraz działaczy dawnej Solidarności było zdegenerowanie społeczeństwa, uziemienie go, ograniczenie rozwoju, sprowadzenie do roli krów dojnych? Intencje są ukryte a realia widoczne, dlatego takie pytanie ma sens. Być może było inaczej, czyli że odbiło ludziom po fakcie. Widząc idące za plecami młode pokolenie, bardziej bystre, kreatywne, przebojowe, trzeba było coś wymyślić bo szanse rywalizacji były kruche. Być może problemem leży w warstwie etycznej, zmieniającej się w zależności od punktu siedzenia?

Tak już na marginesie, zastanawiam się, czy osiągając jakiś cel (o ile samo myślenie o tym nie jest utopią) umożliwimy osiąganie podobnych celów potomnym, czy może z uwagi na ocieplenie podłoża własnego kupra, powiemy „po nas choćby potop”?

solid

A teraz pośmiejmy się:
21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z 17 sierpnia 1980

1. Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych.
2. Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.
3. Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.
4.
a) przywrócić do poprzednich praw: – ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976, – studentów wydalonych z uczelni za przekonania,
b) zwolnić wszystkich więźniów politycznych (w tym Edmunda Zadrożyńskiego, Jana Kozłowskiego, Marka Kozłowskiego),
c) znieść represje za przekonania.
5. Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania.
6. Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:
a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej,
b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenie w dyskusji nad programem reform.

7. Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ.
8. Podnieść wynagrodzenie zasadnicze każdego pracownika o 2000 zł na miesiąc jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen.
9. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.
10. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki.
11. Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).
12. Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.
13. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej, oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnej sprzedaży itp.
14. Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat, a dla mężczyzn do lat 55 lub [zaliczyć] przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek.
15. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.
16. Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.
17. Zapewnić odpowiednią liczbę miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.
18. Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka.
19. Skrócić czas oczekiwania na mieszkanie.
20. Podnieść diety z 40 zł do 100 zł i dodatek za rozłąkę.
21. Wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy. Pracownikom w ruchu ciągłym i systemie 4-brygadowym brak wolnych sobót zrekompensować zwiększonym wymiarem urlopu wypoczynkowego lub innymi płatnymi dniami wolnymi od pracy.

NIC PEWNEGO

Oglądam sobie ostatnio serię „Finansowa Historia Świata” autorstwa BBC i z każdym kolejnym odcinkiem dochodzę do wniosku, a raczej utwierdzam się w nieznanym mi wcześniej przekonaniu, że nie istnieje żadna pewna waluta, dobro, surowiec. Złoto, diamenty, dolary, nieruchomości, ropa, dzieła sztuki. Bywają okresy, w których są w cenie, za chwilę ich wartość spada. Nic dziwnego, że największe fortuny świata budowano na wahaniach tych kursów. Weźmy przykład Nathana Rothschilda. Założył kilka banków w kilku europejskich stolicach i komunikując się sprawnie z pozostałymi kupował kiedy było trzeba lub sprzedawał kiedy było trzeba (pozostałe banki robiły to samo). Różne kraje rozwijają się różnie, są w różnej kondycji, raz przyspieszają raz zwalniają, powstają dzięki temu różnice i nic tylko brać! Rothschild zaimponował mi czymś, a dokładnie przekonaniem „Nie cierpię głupich ludzi”, nawet gdy realnie na owej głupocie zarobił krocie.

Głupotę jako element wpływający na wahania kursów ilustruje inny fragment filmu. Kowboj opowiada o stadzie rogacizny: „stado biegnie sobie prawidłowo, gdy nagle jedna z krów wpada w popłoch, powodem może być np. silniejszy podmuch wiatru. Zmienia trasę wywołując reakcję rogatych kolegów. Kolejne ogniwa biorące udział w stadnej reakcji, nie mają zielonego pojęcia o tym co wywołało strach pierwszej krowy (nawet jej nie widzieli), lecz instynkt podpowiada im, że gdy ktoś obok jest przerażony lub przed czymś ucieka to należy do niego dołączyć”. W opisany sposób zachowuje się giełda, tak zachowują się ludzie. Nie zawsze chodzi o strach, równie często występuje „irracjonalny entuzjazm” – czyli „wszyscy kupują to ja też”.

Dziwić się, że np. dyskusja o OFE i ZUS jest tak „nieskończona”. Obligacja – w powyższej perspektywie – jest z obiektywnego punktu widzenia tak samo pewna jak uśmiech ministra finansów czy pieniądz ukryty w skarpecie. Kolejna rzecz – wydaje się, że animowanie różnorodnych pozorów sprzyjających negatywnym lub pozytywnym masowym „odruchom zakupowo-sprzedażowym” (mającym wpływ na wysokości kursów) jest podstawowym mechanizmem mogącym napędzać lub hamować gospodarki, budować lub tracić fortuny. Trudno w to uwierzyć.

in-god-we-trust-dollar

CO TO K… BYŁO?

Referendum…. nie rozumiałem co ma wspólnego odwoływanie kogokolwiek ze zmianą czegokolwiek, nie wiedziałem, że zarzutami może być brak zarzutów lub powodów (kradzież, gwałt, przekręt, śmierć), których istnieniem można cokolwiek uzasadnić. Dlaczego referendum nie dotyczyło obywatelskich postulatów? Czy referendum zorganizowano tylko dlatego, że prawo pozwala je zorganizować? Koszty realizacji, batalia międzypartyjna, zapchajdziura medialna – wysoka cena. Czy finalny efekt to zwycięstwo PO, władz stolicy, porażka PiS, pozostanie u władzy PO, porażka obywatelskiego głosu, upadek czy gloria demokracji… lub cokolwiek innego? Wyjątkowo drogi i niejasny event, choć czego nie robi się dla polityki?

Gdzieś w cieniu debaty pojawiły się głosy, które Polacy chcieli usłyszeć. Coś tam ruszyło, PO walnęła się w pierś i powiedziała, że interakcja władza-społeczeństwo działa źle a raczej takiej nie było, że coś trzeba poprawić, że „żółta kartka”, ale czy to znaczy, że cicha urzędnicza robota straci na renomie a wychodzenie do ludzi nie jest już populizmem? Czy tylko w stolicy? Czy coś z tego wyniknie?

Czy dyscyplinowanie władzy wymaga postawienia na ostrzu noża losu dziesiątek rozpoczętych inwestycji, planów na przyszłość itd. itp.? To co zdarzyło się przypomina angielski dowcip, w którym głowa domu zgadza się wreszcie pozmywać naczynia, gdy terroryści, grożą pozbawieniem życia i gwałtem żony oraz córki (głowa domu uznaje następujące po sobie nieprzewidziane sytuacje za szantaż spreparowany przez żonę). Nie stać nas, tym bardziej, że nie wymaga bystrości to, że „referendalna argumentacja” może przynieść skutek stokroć poważniejszy.

Tym razem udało się, ale powinien to być kubełek zimnej wody dla premiera i PO, wyraźna sugestia, że dłuższe ignorowanie społeczeństwa choćby stosunkowo niewielkich grup zainteresowanych jak najbardziej bytowymi problemami może uwolnić lawinę. Kolejnej awantury PO może nie przetrwać. To co zdarzyło się mówi jedno: najwyższy czas porzucić staro-partyjną zasadę rozpatrywania napływających na „szczyty” wniosków na podstawie tego „kto za nimi stoi?” by zastąpić ją bardziej wartościowym pytaniem „czego chcą?”. Być może argumenty są warte uwagi. Być może warto monitorować „watch’e” i podobne inicjatywy, może warto po prostu słuchać.

HGW