KATECHEZA

by romskey

Problem ze szkolną katechezą przypomina nieco problem z „szarą strefą”. Stwierdzono oficjalnie istnienie ponad 90% ogółu legalnych zainteresowanych i bliżej nieokreśloną liczbę żydów, komunistów oraz podobnych wywrotowców. Odszczepieńcom zaproponowano alienację a racje tych, którzy maskują się dzielnie nie budzą niczyjego zainteresowania. Ci ostatni na ogół milczą, więc nic dziwnego, że w dyskusji o szkolnej religii wciąż brakuje autentyzmu. Dla jednych temat stał się narzędziem przywalenia kościołowi, dla drugich testem ideologicznego wpływu na edukację, dla kolejnych to jeden z budzących zainteresowanie medialnych tematów. Dużo słów, mało zmian.

– Dziecko nie jest zabawką! – grzmiała teściowa – swoje zapatrywania światopoglądowe realizuj sam na sobie a nie krzywdź dziecka!
– Mama chyba o czymś zapomina – ripostował zięć – to nie ja skrzywdzę dziecko.
– Ale sam opowiadałeś jak było z tobą, czy chcesz tego dla córki?
– Wtedy to bywało trudne, ale dzięki temu wiele zrozumiałem. Dziś wiem, że nie można ulec. Nie można podporządkować się strachowi. Na tym polega ta gra. Inaczej nic się nie zmieni.
– Ja tego nie popieram w każdym razie, koniec kropka, to za małe dziecko.

Szpital dziecięcy. Do łóżka, w którym leży sześciolatek podchodzi mała dziewczynka.
– Nie modlisz się przed snem?
– Nie – odpowiada sennie chłopiec
– hmmm? …ale przecież pójdziesz do piekła… – kwituje zdziwiona i oddala się.
Chłopiec zamyśla się. Nie przesypia nocy. W jego rozgrzanej głowie powstają wizje czegoś strasznego, nawet nie zapamiętuje co dokładnie widział. Kotły, smoła, diabły, płomienie, wieczny ból. Nie chce tam iść.
Gdy po kilku dniach szpitalny oddział odwiedza ksiądz, chłopiec udaje się do niego ze skomplikowanym i wstydliwym pytaniem:
– Czy pójdę do piekła? – pyta nieśmiało
Duszpasterz bierze malca na kolana:
– Dlaczego tak myślisz?
– Nie chodzę do kościoła… nie modlę się…
Ksiądz zastanawia się.
– Porozmawiam z twoimi rodzicami, wszystko będzie dobrze – na odchodne daje chłopcu „święty obrazek” z Jezusem.
Rozmowa z matką jest mniej wdzięczna. „Nieochrzczony? Bez kościelnego ślubu? Przecież pani krzywdzi własne dziecko, czy wie pani jak on płakał?”. Pada kilka zdań o bożej miłości, opiece, wielkości wiary. Matka jest wściekła, nie często zdarzało się jej usłyszeć o tym, że nie kocha.

Przyłączyć się do „grupy” i mieć święty spokój… bo w imię jakich wartości można nie chcieć stać się katolikiem lub nie chodzić na religię? Komunistyczny ateizm? Fochy? Wiara daje przecież tak wiele. Leczy strach, samotność, daje odpowiedzi, zawsze jest z kim porozmawiać. Niewierzący są tacy biedni, nie mają boga. „No ale komunizm miał nie upaść, niewierzącym byłoby łatwiej, rodzice chcieli dobrze”. Tak, ale po zmianach można na łono kościoła powrócić, jakie istnieją przeciwwskazania?

Wrócić? Po przejściach? Czy kościół stanowią także ludzie zaszczepiający w dziecinnej wyobraźni trudny do udźwignięcia niepokój? Czy chodzi o tych, którzy chwaląc się komunijnymi prezentami sprawiali, że człowiek czuł się biedny i niekochany? A może chodzi o tych, którzy dowiadując się o „niechodzeniu do kościoła” patrzyli na człowieka jak na jakiś osobliwy okaz zoologiczny? Może chodzi o tych, którzy na obozie harcerskim dali do zrozumienia, że harcerz, który nie idzie do kościoła ze wszystkimi jest jakiś inny, wybrakowany? Czy może chodzi o tych, którzy sprawili, że tę lekcyjną godzinę, podczas której mówiono o jakichś dziwnych rzeczach trzeba było przesiedzieć samotnie w korytarzu lub na pobliskim cmentarzu?

Jak powiedzieć rodzinie dziewczyny, że ślub kościelny to nie jest najlepsze wyjście? Jak opisać towarzyszące takim zdarzeniom emocje? Jak przekazać, że nie miały niczego wspólnego z poczuciem doznawania miłości, troski, opieki, bezpieczeństwa, wspólnoty? Wiara jest dobra dla wierzących, nie dla „innych”. Zasklepiony w umyśle spór myśli „wejść w to i mieć spokój lub żyć ze świadomością wyobcowania, o której ktoś zawsze przypomni…”.

Czy winny jest kościół? Nie on właściwie. Kościół jedynie milczy. Złe chwile były i są udziałem garstki tych bardziej wierzących, którzy poznali prawdę. Czy wszyscy są tacy? Kilka dokonanych testów nie zachęca do kolejnych. Lepiej udawać, omijać temat, wymigiwać się, kluczyć, mataczyć, z uśmiechem przekazywać krążącym od drzwi do drzwi tlenionym paniom jakieś pieniądze na budowę nowej świątyni, instytut, opłatek – cena względnego spokoju. W szkole czy przedszkolu jednak nie uda się. Już tam można dowiedzieć się o tym, że coś jest z człowiekiem nie tak. Konstytucyjne organy państwa nie mają prawa domagać się informacji o wyznawanej religii, ale czy ten przepis dotyczy także dzieci w placówkach publicznej edukacji?

Nie ma chyba sensu przytaczanie wyników psychologicznych eksperymentów i historii ukazujących to, że podział rodzi patologię, bo przecież „kościół jednoczy a nie dzieli”. „Kościół daje moralność” choć w opinii wielu wiernych, niemoralność to brak boga a nie niemoralność, z panem bogiem wszystko jest ok. Nietolerancja? Jak to? „Kochamy bliźnich”, tak bardzo, że powinni zawiesić krzyż w pokoju gościnnym, to tak wiele mówiący symbol, wystarczy spojrzeć by wiedzieć, że ktoś nie jest komunistycznym zbrodniarzem, żydem, złym człowiekiem, niepolakiem czy jehowym. W dorosłym życiu jakoś idzie, ale w szkole? Czy rodzice powinni eksperymentować na dzieciach? Kim był katolik w PRL? Kim może być katolik w szkole, w której większość stanowić będą muzułmanie? Empatia… Dzięki.

Władze PRL w 1945 roku wypowiedziały Konkordat a w 1961 sejm definitywnie usunął religię ze szkół. Współcześnie postulat ten nie ma podtekstu wojny ideologicznej. Zwolennicy wycofania katechezy z placówek edukacji publicznej powołują się na prawa człowieka, potrzebę dostosowania dostarczanych treści do poziomu rozwoju emocjonalnego dzieci, naukę, decydowanie o wydatkach państwa.

hell

Reklamy