Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Wrzesień, 2013

GDY SEJM POMYLI SIĘ Z KOŚCIOŁEM

Tadeusz Woźniak (SP) apelował do sumień posłów. – Za chwilę będziemy zdawać egzamin z naszego człowieczeństwa, egzamin z naszej wrażliwości, a ludzie wierzący – także będą zdawać egzamin ze swojej wiary. Przykazanie piąte mówi: nie zabijaj i niech nikomu na tej sali nie wydaje się, że jest mądrzejszy od Pana Boga. (…) Apeluję do wszystkich państwa, nie zamykajcie pod kluczem w swoich domach swojej wiary – mówił. (za Onet)

Mówi się, że prawo zawsze musi być osadzone w jakiejś zbiorowej, powszechnej moralności, lecz nawet konstytucjonaliści głowią się nad tym, czy owa powszechna moralność jest moralnością katolicką czy może świecką – humanistyczną?

Pismo święte oddziela „prawo karne” od dekalogu. Wykonujący prawo ziemskie w bardzo określonych przypadkach mogli złamać nakazy boskie o ile służyłoby to powszechnemu dobru.

Pozostaje pytanie „czyje dobro jest ważniejsze?” – spełnienie egoistycznych oczekiwań grupy fanatycznych posłów czy ogółu obywateli, których ścieżki życiowe mogą poprowadzić także w dramatyczne zakątki? Czy nakaz zabicia syna, który porywa się z pięściami na rodziców, zawarty w biblijnym prawie karnym miał chronić wiarę czy może społeczność? Syn rzucający się z pięściami na rodziców może wyrządzić im szkodę, szkodą dla kobiety-matki może być zagrażająca jej życiu lub zdrowiu ciąża. Kogo należy chronić ziemskim prawem?

law-and-religion
fot:worldfinancialreview.com

Reklamy

TRUDNE PISANIE O POLSCE

Na podstawie doświadczeń własnych oraz wnikliwych obserwacji otoczenia ustaliłem, że przeciętnemu polskiemu blogerowi wydaje się, że jest (jeszcze niedocenionym, choć wybitnym ale skromnym) publicystą kształtującym przekonania mas. Bloger, bez żadnego przygotowania uciera sobie w duchu jakieś pseudo lub nie-pseudo reguły, choć nigdy nie wie czy są zgodne z zasadami profesji czy nie. Skoro ludzie czytają i czasem chwalą to chyba dobrze, więc niby jest ok. Bloger w swoim odczuciu reprezentuje przekonania Polaków (bo jest Polakiem) a w związku z przekonaniem o swojej istotnej roli w przepływie opinii czuje się odpowiedzialny za losy Polski a nawet całej ludzkości. Prawdy gładzi, kalkuluje czy dane zdanie nie wyrządzi komuś szkody lub pożytku, wsłuchuje się w medialne nastroje społeczne i zachowuje jak strateg, od którego decyzji zależą losy cywilizacji. Ktoś powiedział, że w internecie mówimy więcej niż jesteśmy w stanie powiedzieć w realu, ale to tylko jedna strona medalu. Druga jest taka, że w sieci mówimy mniej od tego co mówimy w realu. Prywatna rozmowa o Polsce z zaufanym znajomym znacznie różni się od wyważonych tez stawianych np. w blogu. Powstaje jedynie pytanie: „Kto jest tym idiotą, odbiorcą końcowym?”.

Prawda o Polsce może być bolesna, choć zauważyłem, że wiele zależy od postawionego pytania. Gdy zapytamy ze zwieszonym na kwintę nosem: „No i jak ci się żyje Polaku?”, to Polak zacznie poszukiwać argumentów za sugerowaną tezą i odpowie: „Aj, daj spokój”. Gdybyśmy zapytali a raczej stwierdzili „Widzę, że sobie nie radzisz, no cóż, nie każdy ma jaja” to niezależnie od stanu rzeczywistego usłyszymy długą listę osiągnięć (+30%). Prawda o Polsce jest więc kwestią postawionego pytania i nie tyle treści, co zawartej w nim sugestii.

W blogach prawdy prawdziwej o Polsce – jak na lekarstwo. Prawda może szkodzić lub pomagać, więc z uwagi na taki skutek, różnie się ową prawdę formuje – zresztą, pisałem już o tym wcześniej. Piszemy o innych, rzadziej o sobie, a gdy już o sobie to oczywiście z uznaniem. Zamiatamy prywatne problemy pod dywan w imię prania brudów we własnych domach, gdy to właśnie one składają się na nasze stanowisko w temacie rzeczywistości. Gdy nie układa się w pracy, w domu czy innej działalności, przelewamy frustracje na chłonne obiekty typu władza, Żydzi lub cykliści. Podłączamy się pod takie nurty licząc na to, że może ktoś kiedyś domyśli się co nas osobiście gniecie i to zmieni. Jedynie statystycznie liczony poziom zbiorowej frustracji ukazuje, że jakieś problemy istnieją, więc nic dziwnego, że politycy starają się je odgadywać metodą „chybił trafił”, licząc na wykrycie bardziej zbiorowych, dających poparcie.

Gdyby tak zrzucić te blogowe „publicystyczne” pozory, stałą obecność na elitarnych bankietach, zorientowanie zbudowane na medialnym przekazie, stabilność która przystoi osobie statecznej – zobaczylibyśmy Polaka prawdziwego. Nie całkiem ogolonego, nie całkiem pewnego swojego losu, nierozumiejącego podstawowych pojęć, zręcznie manipulowanego przez tych, którzy swoją wersję znaczeń pojęć kreują. Oczywiście mamy swoje sukcesy, ale to takie drobne, naprawiliśmy kran, kupiliśmy coś do komputera. Zasadniczo widząc droższe pojazdy czy domostwa zastanawiamy się „skąd ci ludzie biorą pieniądze?”. ZUS wchłonie 12% PKB? 60 mld. pożyczki a nie dotacji z budżetu kreatywnie nie wpłynie na zwiększeni długu publicznego? Coś tam nam świta, ale co z tego? Możemy nie zapłacić? W ramach buntu mamy przejść do szarej strefy ale wiadomo czy te dane to prawda?

Jedną z dość istotnych reguł dziennikarstwa, o której słyszałem, jest docieranie do źródeł. Dla blogera „źródła” to zasadniczo media, czyli źródła, do których ktoś w imię redakcyjnych interesów już dotarł. Spekulujemy, oceniamy, chwytamy się na zarzucony haczyk dyskusji a kiedy kolej na nas? Chyba nigdy, bo co w nas medialnego, co jest medialnego w normalnym człowieku? Dopiero gdy dach się nam na łeb zawali lub kogoś zabijemy znajdziemy swoje 5 minut. W trakcie procesu Katarzyny W. zginęło ok. trojga bardzo małych dzieci, bitych, głodzonych, torturowanych – ale to proces Katarzyny budzi dyskusję. Jak wygląda rzeczywistość wokół nas? Wieś spokojna a może nie wszystko widzimy? Może sąsiad jednak przetrzymuje kogoś w piwnicy?

Konkluzja dzisiejszej notki jest taka, że źródła do których jesteśmy w stanie dotrzeć omijamy szerokim łukiem bo i niemedialne te źródła, zaś źródła, o których rozmawiamy to nie nasze źródła i realnie nie nasze sprawy.
… a życie się toczy się dalej.

poland

HAPPENING

Każdy już słyszał i szeroko omówił sprawę obrazów skradzionych z wystawy ART.eria w Częstochowie. Oczywiście było trochę jak z radiem Erewań, gdyż nie obrazy a reprodukcje sieciowych memów, nie kościół ukradł a jedynie otoczył opieką tajemniczych złodziei, wartość dzieł była trudna do ustalenia więc nikt nie wezwał policji a władze miejskie dotujące wystawę schowały głowę w piasek. W efekcie, ludzie podzielili się ze sobą oburzeniem lub aprobatą, po czym sprawa została przekazana do wydziału zamieceń.

Zainteresowało mnie jednak „Wychodzenie z kulturą na ulicę” – czyli idea założycielska częstochowskiej ART.erii. Siedzimy sobie w sieci, tryskamy pomysłowością taką, że niektórym w boki idzie, wygadujemy rzeczy, których nikt na żywo nie wypowiedziałby, a przecież to nasza kultura i tworzywo (żywa!), dlaczego nie wyjść z nią na ulicę? Wyobraźcie sobie wielką aleję, po obu stronach której, wyeksponowano wielkie reprodukcje co ciekawszych wypowiedzi z FB, Twittera, blogów i portali. Komentarze doradzające co z kim należy zrobić, kto jest winien, co politycy myślą czasem o nas, kto jakie ma pochodzenie, jak trzyklasowy tłumok ocenia doktorat politycznego przeciwnika, jakie kary niebieskie spadną na nas za grzechy w internecie – wszystko w pisowni oryginalnej – czyli ogólnie całą tę skalę sieciowego obłędu. Obcowanie z żywą kulturą jest przecież energią duchową społeczeństwa – to nasza duma.

krk

ELASTYCZNOŚĆ! J.PALIKOCIE – o żabie, studni i zmianach

Wybrałem Janusza Palikota jako adresata dzisiejszego tekstu, ponieważ ogłosił chęć wprowadzenia zmian czym zdecydowanie wyróżnił pośród pozostałych ugrupowań a epokowość jego postanowienia podkreśla to, że zmiany chce rozpocząć od własnego ogródka. Nie chcę niniejszym tekstem pójść w ślady J.Hartmana i napisać „Januszu, Polska potrzebuje tego i owego, zrób to i to, bo to czy tamto wypaliło się”, nie mam również zamiaru dołączyć do rzeszy samodzielnych życzliwych doradców, którzy wielbią meblowanie tego co nie całkiem do nich należy, a w razie oporu obrażają się sromotnie i na wieki. Prowadzenie samochodu z tylnego siedzenia zupełnie mi nie odpowiada i oczywiście nie mam też ambicji przejęcia stanowiska szefa RP. Widzę w Ruchu Palikota (nie wiem jak zabrzmi nowa nazwa) pewien potencjał. Partia jest młoda, nieuwikłana, nieskostniała i nawet niedoświadczona – co w obecnych realiach oznacza wyłącznie plusy. Mam także nadzieję, że RP jest wciąż otwarta.

Rodacy ulegają utartym czyli sprawdzonym wieki temu założeniom, twierdzą że czegoś potrzebują a potem wcale tego nie kupują. Ilekroć słychać o konieczności powstania „konstruktywnej zwartej polskiej lewicy”, trzeba mieć pełną świadomość tego, że obraz takowej jest tak różny w umysłach postulatorów, że zbiorcze spełnienie ich oczekiwań jest niemożliwe. Wszystkich potencjalnych punktów spornych nie warto wyliczać, choć dla przykładu można wspomnieć o tym, że znaczenie będzie miał m.in. stosunek (nowej) RP do innych partii, kościoła czy ludzi o nieheteroseksualnej preferencji płciowej. W czasach, w których pojedyncze zajrzenie do internetu może zmienić świadomość historyczną*, warto postawić na większą elastyczność. Realia mamy szybkie i zmienne, dlatego lewicowość (pojmowana po staremu) może być w styczniu zbawieniem a w lutym ciężarem (podobnie inne polityczne filozofie). Większość Polaków nie interesuje się ideowym kolorem sprawujących władzę ale własną koszulą i jej bezpieczeństwem. Gdy polityka jest daleko a życie przyzwoite, mało kogo zajmuje to czy ich polityczny faworyt pije kawę z papieżem Franciszkiem czy sekretarzem Kim Zon Unem. Znaczenie ma to, czy ludzie posiadają przekonanie o tym, że ich reprezentant wciąż jest ich reprezentantem i wszystko co robi, robi w ich interesie.

Kierunek: Człowiek

Klasa robotnicza – utożsamiana dotychczas z lewicą – przestała istnieć w znanej „specjalistom” formie (umknęło też to najwyraźniej związkowcom). Dziś „robotnikiem” jest samozatrudniający się właściciel własnej firmy jak i pracownik fabryki a więc każdy kto para się pracą. Nie sposób stworzyć genialnych rozwiązań problemów ogółu. Pojęcie „socjalizm” zostało w Polsce wypaczone na tyle, że samo jego wymienienie grozi infamią, choć gdy dołączymy tłumaczenie – (ang.) social czyli SPOŁECZNY, może uniknę gromów. Możemy ewentualnie powiedzieć o „demokracji społecznej”, „humanizmie” czy socjokracji (Auguste Comtenao: socjokracja – system społeczny, w którego zarządzaniu biorą udział wszyscy uczestnicy tego systemu).

Współczesna demokracja okazała się ustrojem nieodpornym na wpływy silnych grup interesów pozbawiających jednostkę znaczenia i czyniących z niej bezwolnego trasata** (kryzys). Socjokracja proponuje przywrócenie szacunku zwykłemu człowiekowi, który nie zostanie wypchnięty poza nawias przez grupy religijne, korporacje, banki, upartyjnione władze – choć pozostawia tymże pełną możliwość współistnienia i współdecydowania. Współcześnie zarówno pracownik jak i pracodawca posiadają poważne argumenty za stwierdzeniem „to zagraża moim interesom” lecz jak okazało się, demokracja w obecnym kształcie słucha głównie tych drugich gdy sprawiedliwa uwaga należy się obu stronom. To tak na marginesie nowoczesności, nawet gdy idea socjokracji powstała w XIX w. Socjokracja jest potrzebna jako przeciwwaga dla obecnej korpokracji. Uzyskanie tej równowagi może demokrację uzdrowiłoby.

Żaba i studnia czyli poziom życia i normalność

Nie raz powoływałem się na starą dalekowschodnią opowiastkę o spotkaniu żaby mieszkającej w studni z żabą zamieszkałą nad morzem. Żaba studzienna starała się wyobrazić sobie morze, dlatego pytała: „- Czy morze jest większe od mojej studni? Czy jest dwa razy takie jak moja studnia, a może trzy razy większe?”. Słysząc ciągły sprzeciw, żaba studzienna zaniechała dalszych pytań, gdyż nie była w stanie wyobrazić sobie większego akwenu wodnego niż dziesięciokrotność studni, w której mieszkała. Podobnie wygląda w Polsce ocena poziomu życia. Wielu ekspertów stara się pocieszać społeczeństwo tym, że nasza studnia powiększa się. „Nasza studnia w ciągu ostatniego ćwierćwiecza powiększyła się aż trzykrotnie a za rządów PO nawet pięciokrotnie” – wołają zachwytem. I owszem, to prawda. Jednak dostępne i równie poważne wyliczenia mówią o tym, że namiastką morza staniemy się za lat 20 lub 30.
Starałem się dotrzeć do źródeł propagandy klęski, z którą dyskutują wspomniani eksperci jednak jej nie znalazłem. Wyczytałem i usłyszałem jedynie o tym, że dzieje się za wolno, ludziom wciąż mało, że władza nie ta. Dwa pierwsze argumenty przez kolejne ćwierć wieku (jak dobrze pójdzie) będą zasadne i aktualne a więc oczekiwanie normalności na poziomie europejskim będzie nas jeszcze przez jakiś czas trochę uwierać. To nie statystyka daje ludziom spokój ducha, lecz subiektywne odczuwanie stabilizacji życiowej czy przynajmniej dostrzeganie przez władze ludzkich problemów. Lepsze samopoczucie można budować dostępnością rozwoju, ograniczaniem danin, leczeniem patologii – w imię prostej reguły „NIE LICZĘ NA TO ŻE WŁADZA MI DA, LICZĘ NA TO ŻE BĘDZIE MI MNIEJ PRZESZKADZAĆ”.

Dialog = sukces

Nie pisałbym tego tekstu, gdyby nie moje osobiste osiągnięcie, którym była przyjacielska zgoda z dość twardym i zapiekłym zwolennikiem J.Kaczyńskiego i Gazety Polskiej w tym, że wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej jest współcześnie niemożliwe, gdyż Rosja uniemożliwiła nam dostęp do dowodów. To był mały sukces. Większym sukcesem było to, że osiągnęliśmy zgodę w tym, że jeżeli państwo pozwoliłoby nam spokojnie funkcjonować (chodziło m.in. o obciążenia składkowe /ZUS/ firm, które notują przestój) to polityka mało obchodziłaby nas. Gdybyśmy mogli spokojnie funkcjonować, to aborcja czy prawa gejów byłyby naszym czterdziestym na liście problemem i wcale niekoniecznie rozpatrywanym negatywnie. Polityka jest zbyt blisko ludzi i ich codziennych spraw byśmy mogli ją ignorować. Obecność państwa odczuwamy za sprawą namnażanych opłat, kontroli, nowych zakazów, biurokracji, braku rzetelnej informacji.

Zgoda:

NARODOWY INDEKS DOBROBYTU
(pomysł niemiecki jako konkurencja dla PKB)
EMERYTURA OBYWATELSKA
(tworzenie podstaw i przyszła reforma ZUS)
POLSKA KARTA SEKULARYZACYJNA
(tolerancyjne państwo przeciwne wykluczeniom)
INNOWACJE I TANIA ODNAWIALNA ENERGIA
(tańsze i szybciej rozwijające się państwo)
ROZWÓJ SPOŁECZNY
(mniej schodów i dostęp do informacji)
MNIEJ MANDATÓW WIĘCEJ FIRM
(nowe miejsca pracy, więcej polskich firm)
EDUKACJA OD PODSTAW
(podstawy ekonomii, prawa, nowych technologii, praca zespołowa od najmłodszych klas)
c.d.n.

Do dzieła
dodziela
fot:wyborcza.pl

*zmiana świadomości historycznej to np. to: (klik).
** trasat: osoba wskazana przez wystawcę czeku do wypłaty kwoty wskazanej na czeku

NATASCHA KAMPUSCH 3096

W znudzonym weekendowym świecie sięga się po różne familijne rozrywki o ile kino w tym przypadku można nazwać rozrywką. Jeszcze przed dokonaniem wyboru, wpatrując się w plakat reklamujący produkcję próbowałem sobie przypomnieć: „Czy to ta dziewczyna od Fritzla?”. Nie śledzę tabloidowych sensacji na tyle uważnie by spamiętać kogo, gdzie i kiedy porwano, więc nie miałem pewności. Opis „film oparty na biografii” posiadał jednak ów nie całkiem zdrowy magnetyzm. Czyli „pedofilia, gwałt, przemoc, pełnia władzy i niewola”? – zadałem sobie w duchu ironiczne pytanie wierząc, że nikt z pełnią władz umysłowych nie odważyłby się takiego tematu zekranizować. Ważyłem wybór i ciekawość brała powoli górę. Pełnometrażowy film o 8 latach spędzonych w klitce wielkości łazienki, może być dziełem osoby psychicznie upośledzonej lub… sporym wyzwaniem, któremu reżyser sprostał. Z wiarą w to, że ewentualne erotyczne fragmenty z udziałem małoletnich zostaną pominięte ogłosiłem: „zobaczmy to”.

Pierwsze sceny ukazujące życia małej Nataschy w rozbitej rodzinie skłoniły mnie do do rozważań nad ludzką seksualnością. Przyglądając się głównej bohaterce, zastanawiałem się nad tym, czy my faceci odrzucamy pedofilię instynktownie czy ją tłumimy? W dobie piętnowania ludzi prezentujących zdjęcia pociech w Facebooku gdy witryny przedszkoli są wypełnione całymi galeriami, takie pytanie wydało się mi zasadne. Czy widok dziecka może skusić potencjalnego pedofila? Wewnętrzny głos przywoływał mnie do porządku: „Nie no, daj spokój, niemożliwe, trzeba być chorym”. Głos był przekonujący, choć doskonale wiedziałem o tym, że to okoliczności czynią złodzieja. Gdy zdejmiemy z człowieka odpowiedzialność i damy mu nieskończoną władzę nad życiem i śmiercią, ujawni swoje najgłębsze i zarazem najmroczniejsze instynktowne potrzeby. Nie wymyśliłem zresztą pedofilii czy kazirodztwa. One są, były i będą, gdzieniegdzie prawie legalne, gdyż umocowane w „kulturze”.

* pedofilia to pociąg seksualny do osób przed(!) okresem dojrzewania a nie osób w danym wieku. *

Z własną domniemaną ukrytą pedofilią radzę sobie w sposób dość banalny. Po pierwsze nie uznam za kobietę kogoś kto nie wygląda jak kobieta, po drugie nie wyobrażam sobie czerpania przyjemności z gwałtu. Jako człowiek ceniący wolność własną i cudzą, odrzucam formy osiągania siłą czyjejś uległości lub oddania. Odrzucam konserwatywny model postrzegania świata, który zakłada, że tylko strach przed karą daje ludzkości uporządkowanie i dobrostan. Uważam, że możemy nie mieć ochoty wymuszać czegokolwiek, po to by własne zadowolenie powiększać zadowoleniem innych.

Przemoc wobec kobiet (kontrolowana?)
Przypomniałem sobie coś z naszej przewrotnej jak na nasze wyobrażania natury. Typ macho, biorący dziewkę szturmem ma statystycznie większe powodzenie u pań, niż człek cichy i pozostawiający wolny wybór. Być może natura zakodowała w kobiecie konieczność własnoręcznego i ciągłego sprawdzenia czy potencjalny partner lub partner jest zdrowy, silny, zdecydowany, potrafi pokonywać przeszkody oraz zapewnić bezpieczeństwo. Zgrywamy nierzadko takich, po kieliszku już całkiem często i stąd pewnie wiele rozczarowań ‚po czasie’. Dla faceta osiągnięcie seksualnego celu, czyni go zwycięzcą więc „ciąg dalszy” znajomości można wg. niego pozbawić zbędnych formalności. Kobiety okazują się mieć inne zdanie w tej materii. Polki ogólnie narzekają na Polaków, zakompleksionych, stłamszonych, mało przebojowych. Stawiają bardzo wysoko poprzeczkę, choć gdy spoglądam na niektóre okazy zastanawia mnie czy nie powinny skłonić się do autorefleksji nad tym czy są warte facetów, których modelowy wzorzec opisują?

Niewątpliwie szeroko rozumiana męska przebojowość pomaga w udanym związku i tu pojawia się zagadkowy problem z przemocą związany. Domowy kat, terrorysta, siejący strach, czyniący z rodziny jednostkę wojskową, stosujący głównie system kar, bo nagrody są rzadkie – potrafi dokonać realnego cudu. Jego „ofiary” potrafią go kochać. Oczywiście nie w chwilach w których bije, ale w chwilach, w których jest dobry i o tym aspekcie wspominają nawet badacze wielkich procesów społecznych, którzy dostrzegli, że lud potrafi kochać dyktatorów, gdy nie szanuje przywódców dobrych, mądrych i sprawiedliwych. Oczywiście, istnieją trudne do określenia granice, których przekroczenie może spowodować to, że ofiara pokona strach i zaatakuje oprawcę lub ucieknie (także w tą najtragiczniejszą z ucieczek), jednak sytuacje takie są rzadkością. Historia Holokaustu jest wymownym przykładem wyniszczania narodu przy jego niemal całkowitej bierności.

Władza i posłuszeństwo
O satysfakcji wynikającej bardziej z łamania oporu ofiar niż kontekstu seksualnego mówiło wielu odsiadujących wyroki pedofilów. Czerpanie zadowolenia z panowania nad kimś dotyczy szerokich kręgów populacji i jest kolejną zagadką naszej natury. Jakkolwiek ambicja osiągnięcia fizycznej dominacji dorosłego faceta nad dzieckiem wywołuje moje obrzydzenie, to jednak w społeczeństwie, w pewnych zakresach, takie zachowania są powszechnie tolerowane. Wymuszamy posłuszeństwo w bardzo różny sposób i niejednokrotnie uzasadniamy rzecz miłością.

Natascha
W pierwszych latach niewoli Nataschy Kampusch, Wolfgang Priklopil wydawał się bardziej zainteresowany zdobyciem absolutnej władzy nad porwaną i sprowadzeniem jej do roli urządzenia AGD niż realizacją seksualnych zachcianek. W jej biografii pojawiają się zastanawiające fragmenty, w których Natascha wyznaje m.in. że media zniekształciły jej historię. Choć chciałaby część zdarzeń zachować tylko dla siebie, to stwierdziła, że Priklipoil zabierając ją (14-letnią) do swojego łóżka, gładził i przytulał, „nie chodziło o seks” – wspomina. Wcześniej na jej własną prośbę całował ją po matczynemu przed snem, czytał bajki, grał w gry. Katował i wielbił. Wraz z odkrywaniem kolejnych kart, historia Natashy wydaje się zupełnie różna od tego „co wiemy z mediów”. Gdy Natasha odzyskała wolność i dowiedziała się o tym, że jej oprawca popełnił samobójstwo zalała się łzami i zwyzywała policjantów od morderców. „To była chora miłość” – pisze w innym fragmencie. W dniu porwania gdy zapytała W Priklopila o to czy ją wykorzysta, odpowiedział: „jesteś zbyt młoda, nigdy bym tego nie zrobił”. Czy mamy do czynienia z najkoszmarniejszym patologicznym romansem XXI w?

Film i historia N.Kampush zasługuje na uwagę z bardzo ważnej przyczyny. Polecałbym raczej historię niż film tym, którzy wiedzą o tym jak powinni zachować się ludzie dotknięci nagłą tragedią, którzy po rysach twarzy odkrywają charaktery i uchodzą za znawców zachowań osób porwanych – czyli ludziom, którzy bardzo łatwo dokonują osądów i których gusta oraz opinie najchętniej dokarmiają brukowce. Gdy wyzwolimy historię porwania N.K. z aury sensacyjności i medialnych nadinterpretacji, dojrzymy proces, który wszak w mniej ekstremalnych formach nie jest obcy naszej kulturze.
Atawizmy…

Porwanie Nataschy Kampusch pozostaje wciąż jednym z najbardziej niejasnych w historii Austrii.

poster

UWAGA! PRZEKAZ ZAWĘŻONY

Drzewiej, jak mawiają najstarsi mieszkańcy naszej planety, była kawiarnia czy teatr. Ludzie obcujący z kulturą innych zmieniali się, stawali się we właściwy kulturze sposób obyci, uczyli się rozmawiać nie krzycząc, jak wyglądać, jak słuchać z uwagą, gdyż chłonęli rzeczy przydarzające się raz w życiu. Szybko teatr i kawiarnię wyparła telewizja. Bliżej nosa, szybciej, wygodniej, taniej, z powtórkami. Już wtedy, ci którzy zauważyli płaszczenie tzw. „dorobku ludzkości” postanowili go ratować tworząc m.in. teatr telewizji czy telewizyjne kawiarnie. Tylko czy efekt był choćby podobny, skoro na przedstawienie można było „przyjść” w gaciach? Nie minęła chwila, gdy telewizję wyparł internet. Jeszcze bliżej nosa, jeszcze wygodniej, na jeszcze mniejszym ekranie, jeszcze większa oferta, jeszcze bardziej osobiście. Telewizja umierała wraz z gazetami. Internet miał w sobie wszystko, koncert z wersalką, wiadomość bliżej niż pod drzwi czy w kiosku, film jeszcze bliżej niż w gościnnym pokoju z rodziną, kontakt z człowiekiem z poziomu legowiska. W dobie internetu wszelkie wytwory ludzkich myśli zyskiwały nieznaną dotychczas wiekopomność przez fakt powszechnej i wiecznej dostępności. Prasa i telewizja w akcie przetrwania – jak niegdyś teatr telewizji – przesiadły się do sieci notując podobny czyli średnio oczekiwany zysk. Wyjątkowość zatarła się, upadły monopole, budowanym przez lata kolosom zaczęli zagrażać zwykli ludzie. Przestało liczyć się przygotowanie, wartości nabrała pomysłowość skierowana na zwrócenie masowej uwagi z prędkością światła. Kultura, czy to budowana przez osobisty kontakt z odbiorcami czy samą żywą, unikalną kulturą stały się przeszłością. Rolę nośników przejał autobus, zakład pracy lub hipermarket. Tam właściwie można już tylko zobaczyć jak wyglądają inni ludzie. Również tu podjęto próbę ratowania Czegoś przez rekonstrukcje historyczne, eventy, flash moby a efektem niezauważeni genialni skrzypkowie mijani bez uwagi na dworcach. POP kultura.

W jakimś sensie, przesyt wszystkiego przypomniał nam o czymś. O tym, że jednak brakuje nam czasem tego wyjątkowego zawładnięcia wyobraźnią, wypełnienia duszy unikalną energią, która pozostanie w nas na dłużej. Wbrew najczarniejszym scenariuszom upadku, docieramy do źródła, najbardziej pierwotnej potrzeby tworzenia, obcowania z kulturą w wersji live, wydarzającej się w chwili tworzenia, niejednokrotnie własnego. Nie potrafimy jeszcze zrzucić z siebie warstw utartych, gwiazdorstwa, autorstwa, własności, wieczności, kulturowego misjonarstwa ale inflacja tychże dokona się sama. Czy staniemy się Aborygenami lub Tybetańczykami tworzącymi piaskowe dzieła palcami, które nazajutrz rozwiewa wiatr, dzieła powstające tylko dla samego tworzenia, obcowania z wszechświatem „tu i teraz”? Co pozostawiamy po sobie skoro zwykliśmy uważać, że kultura jest dorobkiem ludzkości? Prawdopodobnie przetrwają piramidy.

arti

KARCENIA CHŁOPCU NIE ŻAŁUJ

Dotarły do mnie echa pogadanki dla rodziców zorganizowanej w marcu tego roku przez bieszczadzkiego katechetę ks.dr.egzorcystę Marka Wasąga. Edukujący przedszkolaków i uczniów młodszych klas podstawówki duchowny zasłynął nie tylko z zaliczenia konika Pony, Hello Kitty czy Batmana do kręgu postaci piekielnych ale też radą skierowaną do rodziców: „Karcenia chłopcu nie żałuj, gdy go rózgą uderzysz, nie umrze” (w innej wersji: „Nie kocha syna, kto rózgi żałuje, kto kocha go – w porę go karci”. autor: Salomon, źródło: Prz 13, 24 Biblia Tysiąclecia).

Lęk kościoła przed konkurencją ze strony japońskich kreskówek nie dziwi mnie. Obie „instytucje” reprezentują podobny poziom realizmu a monopol na grzebanie w dziecięcych umysłach jest dla KRK zbyt dochodowy by łatwo z niego rezygnować. Poważniejsze argumenty pierwszej ze stron można oczywiście zrozumieć. Religia zanieczyszczona obcymi wpływami przybiera dziwaczne formy vide chrześcijaństwo w Meksyku, gdzie pomieszano elementy euro-katolickie z lokalnymi wierzeniami. Warto też pamiętać, że religia to nie tylko rytuały ale i moralność, która ma się najlepiej gdy pozostaje w formie czystej. Tu jednak pojawia się problem, gdyż jak okazuje się moralności mamy kilka. Gdy moralność katolicka uznaje np. bicie dzieci za wynikający z miłości element wychowawczy, to jak jest z moralnością przeciwników tego założenia?

Myślałem, że zdefiniowanie „demoralizacji” jest proste gdy w poruszonym kontekście widać strome schody. Bój o moralność wiodącą jest dość stary. Ustalenie „uniwersalnej” wersji kończyło się zazwyczaj określeniem kilku zgodnych punktów, gdy lista pozostałych pozostawała wciąż długa. Nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć jednoznacznie czy jezuicka zasada „cel uświęca środki” jest moralna, czy założenie „historia/bóg mnie rozliczy” usprawiedliwia działania podłe. O demoralizacji świadczą odstępstwa od obowiązującej normy, jednak co w sytuacji gdy takich norm jest kilka? Potencjalnie prawo świeckie (państwowe) wydaje się zajmować dominującą pozycję, jednak nie reguluje stosunku do wielu postaw. Zastanawiamy się nie raz nad działaniami ugrupowań lub instytucji religijnych, które powołując się na mechanizmy demokratyczne, chcą najwyraźniej demokracji zaszkodzić. Zastanawiamy się nad granicami, których przekraczać nie należy lub przekraczania których należałoby zakazać. Prawo sprzeciwia się np. obalaniu demokracji siłą ale nie wspomina już o tym, że ten sam cel można osiągnąć kłamstwem, podłością, manipulacją, strachem. Gdzieś w tle takich dylematów pojawiają się elementy pozornie błahe jak dopatrywanie się działań wrogich w bajkach, żartach czy działalności artystycznej. Czy jednak są błahymi istotnie, skoro autorzy w efekcie umownego zaistnienia tychże mogą trafić za kraty?

Gdy prawo świeckie wyraźnie zakazuje wzajemnego naruszania nietykalności osobistej przez obywateli (także uczniów przez nauczycieli), zaś przedstawiciele kościoła uczestniczący w systemie edukacji deklarują zasadność i propagują wśród rodziców stosowanie kar cielesnych w ramach optymalizacji procesu ochrony dzieci przed konikiem Pony, to czy mając pod opieką np. przedszkolaków nie powinni stać się przedmiotem głębszego zainteresowania państwa? Osoby takie stoją w wyraźnej opozycji do obowiązującego prawa, więc czy powinny w ogóle mieć kontakt z dziećmi lub w ogóle ze społeczeństwem?

BGT

Dla chętnych: Wartości rodzinne w biblii (źródło: link klik)

1) Wychowanie dzieci
Przede wszystkim dzieci trzeba bić. Jeśli kochamy – bijmy; w końcu od tego nie umrą. Biblia w tym względzie jest jednoznaczna i wielokrotnie tę kwestię omawia.
„Nie kocha syna, kto rózgi żałuje, kto kocha go – w porę go karci.” Prz 13, 24
„Karcenia chłopcu nie żałuj, gdy rózgą uderzysz – nie umrze.” Prz 23, 13

Kiedy bijemy – uczymy dzieci mądrości.
„W sercu chłopięcym głupota się mieści, rózga karności wypędzi ją stamtąd.” Prz 22, 15
„Rózga i karcenie udziela mądrości; chłopiec pozostawiony sobie jest wstydem dla matki.” Prz 29, 15
„Karć syna: kłopotów ci to zaoszczędzi i pociechą twej duszy się stanie.” Prz 29, 17

Pamiętajmy, robimy to dla naszych dzieci, by nie sprawiały kłopotów. Gdy będą sprawiały kłopoty, oto co należy uczynić:
– Jeśli nam złorzeczą – zabić: „Kto by złorzeczył ojcu albo matce, winien być ukarany śmiercią.” Wj 21, 17
– Jeśli nas uderzą – zabić: „Kto by uderzył swego ojca albo matkę, winien być ukarany śmiercią.” Wj 21, 15
– Jeśli będą nieposłuszne – zabić: „Jeśli ktoś będzie miał syna nieposłusznego i krnąbrnego, nie słuchającego upomnień ojca ani matki, tak że nawet po upomnieniach jest im nieposłuszny, ojciec i matka pochwycą go, zaprowadzą do bramy, do starszych miasta, (…) Wtedy mężowie tego miasta będą kamienowali go, aż umrze.” Pwt 21, 18-21

ŚWIAT BEZ PISU

Czytając czasem o wychodzeniu piszewii z sali obrad zastanawiam się, dlaczego na sali pozostający nie zaryglują drzwi albo nie pomodlą się o to aby ta banda pajaców nie wracała? Co z tego, że RP nie modli się, może po prostu pomarzyć, a gdy marzy wielu ludzi to pewne myśli czasem spełniają się. Nie żartuję. Obecność pis-ekipy z moralnym ADHD pod wodzą nierozgarniętego gnoma doprowadziłaby każdego do szału, nawet kamienie. Dziw bierze, że to mieści się w jakimś prawie, a może tego prawa nikt nie rozumie. Ich dzieła: jak nie z mównicy to kalumnią w gazecie, jak nie kalumnią to marszem, jak nie marszem to kościołem. Polityka? Chlew rodem z zapomnianych epok. Jak oni dostali się do szkół? Jak trafiali do drzwi, skoro wszystko co służy większości jest dla nich za ciasne?

Obwieszone symbolami sępy unoszące się nad milionami zdezorientowanych ludzi. „Aby do koryta”, koszty nieważne: „Oni zmienią, oni naprawią, oni się troszczą i pochylają”. Gdy brakuje argumentów może być bóg lub ojczyzna, brzmią tak dostojnie, można napuszyć się niczym balon, ach jak ta polskość rozpiera, a czym właściwie jest? Nieważne, ważne że chwyta, „ludzie to kupią”.

Ile to już lat? Osiem, osiem lat od pierwszej prezentacji polskości wyrzuconej na śmietnisko w 2007. Nie pozwolili o sobie zapomnieć. Wyleźli, przecież padli ofiarą spisku, zbrodni i fałszerstwa – tylko pytanie powstaje: dlaczego im bóg sprawiedliwy i prawy nie pomaga i nie pomógł? Może wolał Tuska niż zajoba? Może wolał Palikota? Lud pisowski nie zauważa niebiańskiego olewstwa, wierzy jak tępak w zgrane brednie, bo one łatwe takie jakieś. Jedzcie z Kaczyńskiego wszyscy.

Władza zamknęła swoje umysły na maniaka w depresji i przestała słyszeć zwykłych ludzi. Nic dziwnego właściwie, skoro ktoś wpycha się flagą czy łokciem i staje pierwszy w każdej kolejce. To że „tak nie robi się”, co z tego? Maniak udowadnia, że robi się, bo co mu zrobicie? Nie rusza go to, że obrzydzenie wzbudza, ustąpcie głupiemu (liczy w duchu) – lecz czy aż tak głupiemu można ustąpić? To wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej.

Do PiS nie można przywyknąć, tak jak nie można przywyknąć do agresywnego menela tracącego świadomość po setce w spokojnym domu. Złe jest to, że on tylko udaje, bo wódka rozgrzesza, zdejmuje z niego ciężar odpowiedzialności za to, że lubi obić domownikom gęby. Sposób jest jakiś na takich? Odciąć od wódki. PiS to zakażenie na zaniedbanej ranie żywiące się energią ludzkiej naiwności i kapitulacji władzy. Nie potrzebuje ludowego mesjasza-protektora silny i myślący obywatel. Tylko walcząc o takiego może stać się ŚWIAT BEZ PISU, bo PiS to jednostka chorobowa rozwijająca się w określonych warunkach a nie konkretny pacjent.

apteczka_fotolia_209416

WZROST, DOBROBYT, JAKOŚĆ ŻYCIA

W jaki sposób polskie władze mierzą poziom życia obywateli? Za pomocą PKB. W najprostszej definicji PKB to: wartość wytworzonych rocznie dóbr i usług w danym kraju (w Polsce w roku 2012 wyniósł on 489.7955 mld USD – źródło: Bank Światowy). Dzieląc tą wartość przez liczbę mieszkańców można wyliczyć ile (lub o ile w stosunku do lat mienionych czy innych krajów) statystycznie każdemu obywatelowi polepszyło się lub pogorszyło (tzw. PKB per capita). Wciąż przyjmuje się, że PKB/na głowę jest najlepszym miernikiem jakości życia. Czy jest takim w istocie?

Nie wszyscy wiedzą o tym, że przy obliczaniu PKB nie ma znaczenia np. własność przedsiębiorstw czy kapitału. Oznacza to, że gdy sieć Biedronka lub Lidl wypracują jakiś zysk to zostanie on wliczony do PKB, choć tego, że gotówka bardzo szybko wyjedzie z Polski do właścicieli z Niemiec i Portugalii, PKB już nie ujmuje. Co w takim razie dzielilibyśmy między mieszkańców? Ano wartość, której w Polsce nie ma. PKB nie ujmuje też przychodów szarej strefy.

PKB/na głowę, jako statystyczny miernik poziomu życia, nie rozstrzyga czy ów dochód rozkłada się na całe społeczeństwo czy trafia tylko do określonych grup społecznych. Jest jak w każdej statystyce: gdy jeden pracuje i zarabia 100 zł a drugi nie, to statystycznie obaj zarabiają po 50zł.

Ekonomiści już w latach 50-60 zauważyli, że PKB dzielone na głowę nie jest dobrym miernikiem dobrobytu, jednak ich spostrzeżenia znikały tak szybko jak pojawiały się. Działo się tak dlatego, że wzrost PKB daje państwu większą wiarygodność kredytową, inwestycyjną, może być powodem dumy czy wewnętrznej propagandy. Jeżeli Chińczyk usłyszy o wzroście chińskiego PKB o 7.7% to przecież nie zaprzeczy. Prawdopodobnie uzna się za niewydajnego gamonia, który nie stara się tak jak inni. Polak słysząc o wzroście o 0.8%, nie zaprzeczy temu, że kraj rozwija się. Podobnie jak Chińczyk uzna, że skoro nie stał się o owe 0.8% zasobniejszy lub lepiej traktowany, to prawdopodobnie za bardzo obija się, nawet gdy tyra od świtu do nocy. Chiny to dobry przykład gospodarki rozwijającej się w tempie szalonym, gdy obraz życia zwykłych Chińczyków i dóbr dostarczanym im przez państwo nie napawa już tak wielkim optymizmem.

Nie musimy zarzucać kłamstwa ekonomistom kreującym wizję świetlanego rozwoju Polski pod wodzą premiera Tuska. Opierają się na PKB gdyż tak ich uczono w szkole. PKB nie miał w założeniu służyć mierzeniu poziomu życia jednostki i dopiero gdy zaczęto taki dochód na głowę obliczać, pojawiły się głosy krytyczne. Powstała nawet specjalna komórka przy ONZ – (UNRISD Instytut Badawczy Narodów Zjednoczonych dla Rozwoju Społecznego) która stworzyła nową koncepcję obliczania poziomu życia. W latach 60-tych w Polsce zakazano używania ‚nowej metody’ (stosowała ją IGS SGPiS), gdyż okazało się, że mierzony za jej pomocą dobrobyt nie rośnie tak szybko, jak obliczany za pomocą PKB.

Warto zwrócić uwagę na to, że starano się rozdzielić czynniki składające się na pojęcie ogólnego dobrobytu:
dobrobyt ekonomiczny (kondycja gospodarki)
dobrobyt społeczny (zyski społeczne m.in. dostęp do edukacji, służby zdrowia itd.)
dobrobyt psychiczny (subiektywne odczucia obywateli)

Co interesujące, w kilku krajach (Niemcy, Francja) pojawiały się dyskusje dotyczące zmiany sposobu wyliczania poziomu życia, ale postulaty te były miażdżone przez władze zainteresowane głównie szybkim i wysokim wzrostem dla których PKB jest niezastąpiony.

Temat jest praktycznie zegarową bombą, gdyż kwestią czasu jest to, że ktoś napisze lub powie o tym prościej, mądrzej, lepiej, dzięki czemu zauważymy m.in. to, że pompowanie PKB za sprawą sprowadzania inwestorów zagranicznych ma się ‚średnio’ do wzrostu zadowolenia obywateli. Praktycznie nie ma tu wielkiej ekonomii, choć wielu propagandystów stara się kneblować, a nawet kastrować społeczeństwo sloganami „nieznajomości podstawowych pojęć ekonomicznych”, przemycając w ten sposób sugestię pozostawienia rządowi oceny tego jak żyje się ludziom. Rozwój gospodarczy państwa nie równa się rozwojowi społeczeństwa – to nie jest trudne. Należy jedynie wypracować rzetelniejsze techniki pomiaru jakości życia (niekoniecznie tylko portfelowego), wiedząc o tym, że dyskusja na ten temat może stać się twórcza i zrobić coś dla nas wszystkich lub może przeistoczyć się w narzędzie dochodzenia do władzy PiS czy innych Dud. Dłuższe milczenie nie ma jednak sensu, gdyż za dużo brudów zbiera się wokół sprawy by móc swobodnie oddychać.

Polecam wartościowy tekst z portalu Forsal, który warto zmęczyć, gdyż mówi szerzej o propozycjach sposobów mierzenia poziomu życia społeczeństwa. Narodowy Indeks Dobrobytu (NID) – niemiecka alternatywa dla PKB

Time_Bomb
(graf:exper-e-mental.blogspot.com)

P.S. Pomyślałem o tym, że warto może tym razem zacząć od pojęć: dobrobyt, dobrobyt społeczny, poziom życia, jakość życia, warunki bytowe – można to nieźle zaplątać, gdy chodzi zasadniczo o to samo. J.polski jest okrutny:) Warto także pamiętać o tym, że pytania „czy zauważa pan/pani poprawę?” oraz „czy jest pan/pani z owej poprawy zadowolony/a?” – nie są jednakowe.

BUZIAK OD SZEFA

„Co oni chcą od umów śmieciowych?” – zapytał znajomy grafik – „Kto mi da umowę na 6 tys.zł/miesięcznie? Raz tu, raz tam i wyrabiam, nawet na spłatę kredytu”. S80 i OPZZ oczywiście nie postulują o likwidację ale ograniczenia, lecz samo grzebanie przy temacie irytuje tych, którym stan obecny odpowiada. Postulaty podniesienia płacy minimalnej, obniżenia wieku emerytalnego czy zmiany elastycznego czasu pracy – wszystko zależy od okoliczności, Polska A, Polska B, różnice wieś – miasto, koniunktura – zły czas na centralne planowanie. Nie ma dobrych rozwiązań dla wszystkich a wciąż mowa o ludziach pracujących. Skąd w programie związków zawodowych życzenia o referenda, walkę z ubóstwem i rozwarstwieniem społecznym, finansowaniem szkół przez samorządy, dostępem do bezpłatnej edukacji? Szuflada jakby nie ta choć bardzo polskie jest z pewnością to, że mamy lewicowe i prawicowe związki zawodowe. Tu mamy jasność, czyli ciemność.

Kilku znajomych pracujących w mniejszych i większych firmach, żaliło się mi z problemu, którego związkowcy nie poruszyli. Chodziło konkretnie o zapłatę za nadgodziny w postaci wolnego. „W-o-l-n-e z-a p-r-a-c-ę” – tłukło się to za mną kilka dni. Skoro wycena pracy mięśni czy umysłu jest raczej skomplikowana, to nic prostszego jak skomplikować też zapłatę za nią. Właściwie dlaczego nie wypłacać pensji w postaci dni wolnych? Dlaczego nie gromadzić dni wolnych w OFE? Dlaczego wolnym nie płacić w sklepach? Przypomniała się mi fabryka Fiata, gdzie przy bardzo podobnej produkcji i zbycie (na eksport), polski pracownik za tę samą pracę zarabiał ileś tam mniej od swojego włoskiego odpowiednika. Weźmy murzyna z Kongo na plantacji kakao – on dostaje dolara za miesiąc pracując 14 godzin dziennie. Jak widać cena pracy jest płynna, tylko gdzie znajduje się element pośredni między gotówką a czasem wolnym? A gdyby tak szefowie mogli wypłacać pieniądze w buziakach? Niezłe, gdyby tak jeszcze wolnym można było zapłacić podatki…

vacations