CZYLI W RYJ? ALEŻ NIE! (W.Kuczyński vs B.Barska)

by romskey

Zwykle przywala mi prawica i to tęgo. Ale ta pani z lewicy zdołała prawicowych przywalaczy pokonać. Linkuję ją by pokazać, że badziewie na lewym skraju potrafi być jeszcze bardziej parszywe niż to z prawego skraja„. Tymi słowami, W. Kuczyński skomentował ten wpis: link.

Nie jestem zwolennikiem twórczości W.Kuczyńskiego. Pamiętam, że kilka lat temu, jeden z w miarę spokojnych ludzi mediów (nazwisko umknęło mojej pamięci) oceniając stan polskiej publicystyki stwierdził, że W.Kuczyński jest dobry ale toksyczny i nie sposób go zbyt długo czytać. „Toksyczność” jako określenie przekonań o pewnej specyfice wpadło mi w ucho. Proces ich przyswajania można porównać do konsumpcji kanapki, w której kawałek pomidora okazuje się lekko zapleśniały. Można przełknąć, można wypluć, jednak niesmak pozostaje nawet gdy ogólnie kanapka była ok.

Kto winien?

W.Kuczyński, S.Bratkowski, J.Paradowska i kilkoro innych zostało wrzuconych do szufladki publicystów „prorządowych”. Nierzadko ową prorządowość trudno (było i jest) namacalnie stwierdzić, choć notoryczne krytykowanie opozycji przy całkowitej tolerancji dla kontrowersyjnych poczynań władz stawiało pod znakiem zapytania ich bezstronność. Zdarzały się uzasadnienia, które w skrócie można ująć pytaniem S.Bratkowskiego skierowanym do K. Piaseckiego z TVN: „Pan chyba jednak potrafi zauważyć różnicę między PiS i PO?”. Na dobrą sprawę, można byłoby uznać, że lepsze traktowanie „mniejszego zła” jest postawą do zaakceptowania, ale właśnie w tym punkcie tkwi błąd związany nie tylko z pytaniem o to „jakie są granice takiej tolerancji?” czy „jak daleko można posunąć się, pozostając dziennikarzem, od którego oczekuje się profesjonalizmu, rzetelnej i obiektywnej informacji?”.

S.Bratkowski napisał niedawno w swoim felietonie „Ci, którzy nas nie lubią, nie muszą nas czytać. I słusznie – bo nie ma po co: nie oddziałujemy na szeroką publiczność, w skali telewizji masowych. Możemy być interesujący tylko w pewnej szczególnej roli, jeśli ktoś odkryje, że przeglądać się w oczach ludzi przyzwoitych to przeglądać się w oczach przyszłości.”. Pamiętam, że czytając uśmiechnąłem się na myśl o tym, że gdy jedni „zabierają” mi polskość, to drudzy monopolizują już nawet przyzwoitość, jednak pozostałem sam na sam z niewyrażonym pragnieniem przeglądania się w oczach ludzi skłonnych do obiektywizmu. Celowo nie napisałem „obiektywnych”, gdyż obiektywizm jest zaledwie regułą postrzegania świata, z którą w ramach pełnionych obowiązków powinien liczyć się policjant, sędzia, naukowiec, analityk a już najpewniej dziennikarz. Marginalizowanie obiektywizmu na rzecz wyższych celów – a w poruszonym przypadku – subiektywnie uznanej i wybranej lepszej przyszłości niepokoi mnie. Ta konkretna lepsza przyszłość ma zbyt wyraźny polityczny kolor, który ostatnimi czasy nieco wyblakł.

Godzenie dziennikarstwa i powołania nie musi być niewykonalne. Nie tak dawno, poproszono W.Bartoszewskiego o skomentowanie poczynań władz Izraela wobec Palestyńczyków. Pytanie zostało przemilczane i przyznam, że nie chciałem być w skórze pytanego. Doskonale rozumiałem to, że jako zasłużony działacz na rzecz dialogu polsko-żydowskiego, udzielając rzetelnej odpowiedzi naruszyłby fundamenty swojej słusznej misji – o dokarmieniu ewentualną odpowiedzią legionów wygłodniałych antysemitów już nie wspominając. W niedalekiej przyszłości W.Bartoszewski oficjalnie (choć półżartem) przyznał, że nie jest filosemitą, co było swoistym uzupełnieniem wcześniejszej postawy. Pamiętam o tym, gdyż nie każdy potrafi podobnie posłużyć się milczeniem i sprostowaniem. Wniosek dla zwykłego śmiertelnika płynął taki, że pewnym osobom nie należy zadawać określonych pytań, skoro mogłyby być nieobiektywne. Inny walor milczenia świetnie skomentował niegdyś A.Friszke: „Nie lubię pisać o tych, których nie lubię„. Dziennikarzom często brakuje powyższych umiejętności.

Brak obiektywizmu prowokacją?

Czy brak obiektywizmu można uznać za działanie prowokujące? Zapewne i warto przypomnieć o emocjach. Niestosowna forma riposty bywa skutkiem wzburzenia – niekoniecznie wrodzonego chamstwa czy podłości. Nie sposób użyć jednolitej skali do pomiaru popełnianej z zamysłem prowokacji i emocjonalnej odpowiedzi na nią. Rozum i serce współistnieją, choć władają się własnymi prawami. B.Barska zapomniała o podaniu źródeł lub przytoczeniu treści wypowiedzi W.K., które ją wzburzyły, a pomogłaby w ten sposób czytelnikom ocenić czy jej wzburzenie miało podstawy. W.Kuczyński zaś, ujednolicając sformułowania „kalwaryjski dziad z kijami” (lewica) z „żydowski komuch którego trzeba zagazować” (prawica) – mówiąc delikatnie nie zachował się profesjonalnie, choć on również uległ emocjom.

Ta i wiele innych sytuacji ukazują, że często nieświadomie nakręcamy spiralę wrogości. Odstępstwo od podstawowych reguł pociąga za sobą kolejne odstępstwo i to zazwyczaj spotęgowane. Zawodowi dziennikarze mają swoje „ciche umowy” takie jak podgrzewanie niechęci czy preparowanie gotowych opinii. Dopóki wszystko idzie jak po maśle, jest dobrze, ale gdy pojawia się opór, choćby nieadekwatny, pojawia się lament. Kto jednak uruchamia ów mechanizm? Oldskulowi dziennikarze zdają się nie dostrzegać tego, że ich odstępstwa popełniane „w imię przyszłości” staną się usprawiedliwieniem dla adeptów dziennikarstwa, którzy wykorzystają precedens i za „wyższą konieczność” uznają np. walkę w imię boga. Zawodowcy nie dostrzegają tego, że podważają swój autorytet, że m.in dlatego spada zainteresowanie odbiorców domagających się informacji a nie opinii czy autorskiego widzenia świata (Durczok). Czy mamy dokonać pogrzebu takich pojęć jak obiektywizm lub rzetelność? Dziki rynek mediów wiele psuje, ale psuje też wiele nastawienie wywiedzione wprost z PRL, kiedy zadaniem mediów było kreowanie i narzucanie poglądów zgodnych z linią politycznej propagandy. Między propagandą a komercją powinno znaleźć się miejsce dla tzw. prawdy i nie chcę pokazywać palcami tych, od których owej oczekiwałbym. To właśnie oldskulowi dziennikarze są ostatnią deską ratunku, to oni posiadają prestiż, którego nie uda się już w obecnych uwarunkowaniach zbudować ich następcom, to oni stanowią wzór i to oni mogą udowodnić czy bardziej zależy im na ludziach czy na głosie mniej lub bardziej wpływowych mocodawców.

bilde

P.S.
Opinia otoczenia nie definiuje człowieka.

Reklamy