Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Sierpień, 2013

CZYLI W RYJ? ALEŻ NIE! (W.Kuczyński vs B.Barska)

Zwykle przywala mi prawica i to tęgo. Ale ta pani z lewicy zdołała prawicowych przywalaczy pokonać. Linkuję ją by pokazać, że badziewie na lewym skraju potrafi być jeszcze bardziej parszywe niż to z prawego skraja„. Tymi słowami, W. Kuczyński skomentował ten wpis: link.

Nie jestem zwolennikiem twórczości W.Kuczyńskiego. Pamiętam, że kilka lat temu, jeden z w miarę spokojnych ludzi mediów (nazwisko umknęło mojej pamięci) oceniając stan polskiej publicystyki stwierdził, że W.Kuczyński jest dobry ale toksyczny i nie sposób go zbyt długo czytać. „Toksyczność” jako określenie przekonań o pewnej specyfice wpadło mi w ucho. Proces ich przyswajania można porównać do konsumpcji kanapki, w której kawałek pomidora okazuje się lekko zapleśniały. Można przełknąć, można wypluć, jednak niesmak pozostaje nawet gdy ogólnie kanapka była ok.

Kto winien?

W.Kuczyński, S.Bratkowski, J.Paradowska i kilkoro innych zostało wrzuconych do szufladki publicystów „prorządowych”. Nierzadko ową prorządowość trudno (było i jest) namacalnie stwierdzić, choć notoryczne krytykowanie opozycji przy całkowitej tolerancji dla kontrowersyjnych poczynań władz stawiało pod znakiem zapytania ich bezstronność. Zdarzały się uzasadnienia, które w skrócie można ująć pytaniem S.Bratkowskiego skierowanym do K. Piaseckiego z TVN: „Pan chyba jednak potrafi zauważyć różnicę między PiS i PO?”. Na dobrą sprawę, można byłoby uznać, że lepsze traktowanie „mniejszego zła” jest postawą do zaakceptowania, ale właśnie w tym punkcie tkwi błąd związany nie tylko z pytaniem o to „jakie są granice takiej tolerancji?” czy „jak daleko można posunąć się, pozostając dziennikarzem, od którego oczekuje się profesjonalizmu, rzetelnej i obiektywnej informacji?”.

S.Bratkowski napisał niedawno w swoim felietonie „Ci, którzy nas nie lubią, nie muszą nas czytać. I słusznie – bo nie ma po co: nie oddziałujemy na szeroką publiczność, w skali telewizji masowych. Możemy być interesujący tylko w pewnej szczególnej roli, jeśli ktoś odkryje, że przeglądać się w oczach ludzi przyzwoitych to przeglądać się w oczach przyszłości.”. Pamiętam, że czytając uśmiechnąłem się na myśl o tym, że gdy jedni „zabierają” mi polskość, to drudzy monopolizują już nawet przyzwoitość, jednak pozostałem sam na sam z niewyrażonym pragnieniem przeglądania się w oczach ludzi skłonnych do obiektywizmu. Celowo nie napisałem „obiektywnych”, gdyż obiektywizm jest zaledwie regułą postrzegania świata, z którą w ramach pełnionych obowiązków powinien liczyć się policjant, sędzia, naukowiec, analityk a już najpewniej dziennikarz. Marginalizowanie obiektywizmu na rzecz wyższych celów – a w poruszonym przypadku – subiektywnie uznanej i wybranej lepszej przyszłości niepokoi mnie. Ta konkretna lepsza przyszłość ma zbyt wyraźny polityczny kolor, który ostatnimi czasy nieco wyblakł.

Godzenie dziennikarstwa i powołania nie musi być niewykonalne. Nie tak dawno, poproszono W.Bartoszewskiego o skomentowanie poczynań władz Izraela wobec Palestyńczyków. Pytanie zostało przemilczane i przyznam, że nie chciałem być w skórze pytanego. Doskonale rozumiałem to, że jako zasłużony działacz na rzecz dialogu polsko-żydowskiego, udzielając rzetelnej odpowiedzi naruszyłby fundamenty swojej słusznej misji – o dokarmieniu ewentualną odpowiedzią legionów wygłodniałych antysemitów już nie wspominając. W niedalekiej przyszłości W.Bartoszewski oficjalnie (choć półżartem) przyznał, że nie jest filosemitą, co było swoistym uzupełnieniem wcześniejszej postawy. Pamiętam o tym, gdyż nie każdy potrafi podobnie posłużyć się milczeniem i sprostowaniem. Wniosek dla zwykłego śmiertelnika płynął taki, że pewnym osobom nie należy zadawać określonych pytań, skoro mogłyby być nieobiektywne. Inny walor milczenia świetnie skomentował niegdyś A.Friszke: „Nie lubię pisać o tych, których nie lubię„. Dziennikarzom często brakuje powyższych umiejętności.

Brak obiektywizmu prowokacją?

Czy brak obiektywizmu można uznać za działanie prowokujące? Zapewne i warto przypomnieć o emocjach. Niestosowna forma riposty bywa skutkiem wzburzenia – niekoniecznie wrodzonego chamstwa czy podłości. Nie sposób użyć jednolitej skali do pomiaru popełnianej z zamysłem prowokacji i emocjonalnej odpowiedzi na nią. Rozum i serce współistnieją, choć władają się własnymi prawami. B.Barska zapomniała o podaniu źródeł lub przytoczeniu treści wypowiedzi W.K., które ją wzburzyły, a pomogłaby w ten sposób czytelnikom ocenić czy jej wzburzenie miało podstawy. W.Kuczyński zaś, ujednolicając sformułowania „kalwaryjski dziad z kijami” (lewica) z „żydowski komuch którego trzeba zagazować” (prawica) – mówiąc delikatnie nie zachował się profesjonalnie, choć on również uległ emocjom.

Ta i wiele innych sytuacji ukazują, że często nieświadomie nakręcamy spiralę wrogości. Odstępstwo od podstawowych reguł pociąga za sobą kolejne odstępstwo i to zazwyczaj spotęgowane. Zawodowi dziennikarze mają swoje „ciche umowy” takie jak podgrzewanie niechęci czy preparowanie gotowych opinii. Dopóki wszystko idzie jak po maśle, jest dobrze, ale gdy pojawia się opór, choćby nieadekwatny, pojawia się lament. Kto jednak uruchamia ów mechanizm? Oldskulowi dziennikarze zdają się nie dostrzegać tego, że ich odstępstwa popełniane „w imię przyszłości” staną się usprawiedliwieniem dla adeptów dziennikarstwa, którzy wykorzystają precedens i za „wyższą konieczność” uznają np. walkę w imię boga. Zawodowcy nie dostrzegają tego, że podważają swój autorytet, że m.in dlatego spada zainteresowanie odbiorców domagających się informacji a nie opinii czy autorskiego widzenia świata (Durczok). Czy mamy dokonać pogrzebu takich pojęć jak obiektywizm lub rzetelność? Dziki rynek mediów wiele psuje, ale psuje też wiele nastawienie wywiedzione wprost z PRL, kiedy zadaniem mediów było kreowanie i narzucanie poglądów zgodnych z linią politycznej propagandy. Między propagandą a komercją powinno znaleźć się miejsce dla tzw. prawdy i nie chcę pokazywać palcami tych, od których owej oczekiwałbym. To właśnie oldskulowi dziennikarze są ostatnią deską ratunku, to oni posiadają prestiż, którego nie uda się już w obecnych uwarunkowaniach zbudować ich następcom, to oni stanowią wzór i to oni mogą udowodnić czy bardziej zależy im na ludziach czy na głosie mniej lub bardziej wpływowych mocodawców.

bilde

P.S.
Opinia otoczenia nie definiuje człowieka.

CHCĘ TO ZMIENIĆ

Nie ma sensu ukrywać tego, że Polacy znaleźli się w nieciekawym położeniu. Przy nierosnących zarobkach, administracyjnych obciążeniach i innych kłopotach nasze nadzieje napotkały punkt graniczny. Przestaliśmy wierzyć w poprawę sytuacji, uznaliśmy, że skoro przez 10 lat nic nie zmieniło się, to szanse na poprawę losu są nikłe. Owszem, zauważamy to, że nad naszymi głowami lata więcej samolotów, droga przebyta nową autostradą skraca się, ulice i chodniki są coraz bardziej zadbane, nowe elewacje – to wszystko warto docenić, tylko co z nami? Co z naszym życiem?

Media wypełniają nas codzienną dawką zgorzknienia, oburzenia, niezadowolenia, sporów. Kłamstwo goni kłamstwo, afera aferę, niegodziwość niegodziwość a przestępstwo kolejne przestępstwo. Politycy pochłonięci swoją wojną zobojętnieli na nas, narzucili nam obraz świata wyłącznie w barwach ich własnej bieli i otaczającej czerni. Dostępny powszechnie optymizm stał się niemal wyłącznie tworem coraz mniej użytecznych agencji marketingowych oraz domorosłych mentorów motywacji podpierających się nieodzownym ostrzeżeniem „może być gorzej”.

Tam gdzie rozmawiamy prym wiedzie bezsilność prowadząca niekiedy do gniewu, nienawiści czy pogardy. Najinteligentniejsi przy pytaniu o przyszłość wzruszają ramionami. Pesymiści z satysfakcją stwierdzają „a nie mówiłem/mówiłam”. Optymiści wierzą, że coś się ruszy choć może dopiero w przyszłym pokoleniu. Bezrobocie, niedostatek, długi. Piętrzący się strach o jutro tu i na świecie. Wszelkie perspektywy rozwoju spowija mgła. Filozoficzne stwierdzenie „to nie jest czas dla uczciwych i szukających stabilności ludzi, wygrywają bezwzględni drapieżcy” pogłębia zbiorowe przygnębienie, także tym, że owi drapieżcy budzą raczej śmiech niż podziw i respekt. Czy to mało, by zwiesić nos na kwintę i odłożyć na bok marzenia, dążenia, cele?

Wiemy więcej a zarazem czujemy się bardziej bezradni. Odkrywamy jak niewiele znaczymy i szukamy ucieczki. Poddać się, wyjechać lub umrzeć. Trzy dostępne alternatywy. Wpaja się nam, że od wymiany czy roszad politycznych nazwisk mogą nastąpić zmiany, gdy podświadomie czujemy, że te zmiany nie nastąpią. Nie wiemy czy okoliczności niszczą tych, którym zaufaliśmy i którym powierzyliśmy swoje nadzieje. Nie wiemy czy wchodzi w grę ich brak kompetencji, nasza naiwność, łatwowierność.

Trudno pogodzić się ze świadomością bycia niepełnowartościowym narodem, który nie jest w stanie uczynić kroku naprzód swoimi decyzjami. Może ktoś chce byśmy tak myśleli i upatrywali win wyłącznie w sobie? Setki teoretycznych rozwiązań, żadnej praktycznej aktywności. Konflikt racji, prognoz i danych a tuż obok marsz tych, którzy wybierają drogę na skróty. Dostrzeżona już przez Machiavellego utopijna wiara ludu w to, że będzie lepiej, połączona z krótkotrwałością zaufania dawanego politykom i ideom, nie ułatwia zadania. Nieumiejętność skupienia się na konkretnym problemie, nieumiejętność dialogu, różnorodność uznawanych podstaw, zasad, reguł. Sprzeciw wobec czegoś, zamiast zdefiniowania i poparcia „za”. Każdy człowiek – inne potrzeby. Chaos.

Z bagażem powyższego, mimo wszystko zachęcam Was do poznania człowieka, który odwiedzi nasz kraj w październiku, choć nikłe są szanse na to, że będzie stać go na wynajęcie Stadionu Narodowego. Chcę zmian i mam serdecznie dość udzielania szczerej odpowiedzi „nie wiem, jak to rozwiązać”. Może zmiany musimy znaleźć najpierw w sobie? Spróbujmy. „Módl się tak jakby od boga zależało wszystko i pracuj tak jakby wszystko zależało od ciebie” – te i inne mądre słowa odnajdziecie poniżej. Zapraszam.

REGUŁA MILCZENIA

Zmuszony wczoraj do zdobycia jakiegoś fajnego filmu na wieczór, natrafiłem na „Regułę milczenia” z Robertem Redfordem. Nie to, że cenię go bardziej niż Roberta de Niro, ale pewne nazwiska gwarantują jako taki intelektualny poziom produkcji oraz ich autentyzm. Trzeba mieć wyjątkowy niefart, by po napisaniu kilkanaście godzin wcześniej notki o sporze człowieka i systemu, natrafić dziełem przypadku na film, który mówi praktycznie o tym samym. Nie pierwszy raz zdarza się mi taki „ciąg dalszy”, dlatego „Paranormal Activity” (wszystkie kilka milionów części) i podobne obrazy o tematyce nadprzyrodzonej traktuję z dużym zaciekawieniem. To chyba zdrowe, gdyż nie popadam jeszcze w obłęd misji darowanej z niebios, choć może powinienem.

Nie zamierzam recenzować filmu, gdy zechcecie obejrzycie. Kolejny strumień mojej świadomości odzwierciedlający nawałę myśli, które dopadły mój łaknący relaksu umysł w trakcie seansu. „Jak ja wszystko rozumiałem, jak nie chciałem uronić ani kropli…”.

Z pewnością zauważyliście to, że amerykańskie kino z wyższej półki nafaszerowane jest jak Facebook złotymi myślami, radami, spostrzeżeniami oraz cholernie szybkimi dialogami wymagającymi od osób dialogujących jak i odbiorców ponadprzeciętnej inteligencji, wiedzy historycznej, politycznej, prawniczej, medialnej, ekonomicznej czy socjotechnicznej. Z uwagi na taki stan rzeczy, fabuła prosta jak stalowy drut może zejść na dalszy plan, ustępując miejsca dziełu wyłapywania „smaczków”, które w postaci szyfrogramów warto zapisać sobie ukradkiem na jakimś karteluszku – „do późniejszego rozpatrzenia”.

Smaczki wyglądać mogą tak: „Jeżeli władza uzna, że należy przyciąć socjal w ramach sojuszniczego programu pożerania globu przez finansjerę (czyli spiskowo-mitologiczny neoliberalny masońsko żydowski rząd światowy), to tzw. ‚podniesienie wieku emerytalnego’ wpisuje się w ten proces”.
Rozpatrywanie wyglądać może tak:
Teoretycznie uspokojono ludzi tym, że ich składki gdzieś tam trafią i urosną, powołano się na demografię, budżet i działania innych krajów. Jednak fakt przycięcia świadczeń socjalnych nastąpił a takie świadczenia uchodzą w biznesie za straty czyli pieniądze, które nie trafią do kieszeni człowieka interesu. No i dylemat. Czy wiek emerytalny podniesiono dla ratowania sytuacji ekonomicznej kraju, czy dla wydrenowania zdobytych w ten sposób środków przez zachłanną władzę działającą pod dyktando ściśle tajnej organizacji zainteresowanej przejęciem władzy nad światem o czym oczywiście nie dowiemy się oficjalnie? (Podobne kwestie możemy rozpatrywać w odniesieniu do udziału w wojnach, kredytowaniu inwestycji przez bank światowy, programy pomocowe itd. itd.)

Można za przeproszeniem „ochujeć” od takich pytań, bo wszystko zależy od przyjęcia określonego punktu widzenia a najlepiej z gotową tezą. Jeżeli przyjmiemy, że „rząd jest zły” to teoria spiskowa wyda się nam bliższa. Gdy przyjmiemy, że „rząd jest dobry” to upowszechnione formalne uzasadnienia, będą dla nas wyczerpujące i jasne. Co gorsza znajdziemy racjonalne argumenty pasujące do uzasadnienia dowolnego wzorca. Jak jest naprawdę? To pytanie spędza sen z powiek wielu, ale też wywołuje społeczne procesy, które z uwagi na chwiejny „mit założycielski” (umożliwiający zależną od punktu widzenia interpretację) należałoby wrzucić do szamba. Demokraci i republikanie. W obiektywnym ujęciu, jako członkowie społeczeństwa, pierwsi łaknący wolności lecz obsesyjnie podejrzliwi, drudzy wyjątkowo naiwni i zniewoleni. Jedni zadający pytania, drudzy objęci zakazem udzielenia odpowiedzi. Gubię się w tym.

the-company-you-keep

CZŁOWIEK I SYSTEM (dobro i zło)

Kiedyś pewien prawicowy polityk stwierdził pół-oględnie, że ludzie są z natury źli. P.Tymochowicz uważa, że mają mentalność debila. Zarząd BBC uważa, że są zaopatrzeni w umysł nastolatka i tak należy się do nich zwracać. Urzędnicy upatrują w ludziach złodziei. Służby specjalne szpiegów. Kościół owce. Ilekroć o tym słyszymy, wołamy „PRZECIEŻ NIE JA!”. Jak to jest z tym „dobrem i złem”?

Prawdę mówiąc, całkiem niedawno zdałem sobie sprawę z tego, że ocena „dobra” lub „zła” zależy od punktu przyłożenia. Handlarz narkotykami wg. systemu i sporej liczby lekarzy szkodzi obywatelom. Jest jednak moralnie usprawiedliwiony, gdyż trudniąc się procederem nie zamierza działać na szkodę swoich klientów , wręcz przeciwnie. Podobnie dzieje się w wielu innych dziedzinach, w których działanie na szkodę systemu, wcale nie jest podparte zamysłem szkodzenia ludziom. Czy „dobro i zło” są względne (pomijając aspekt osobisty, w którym funkcjonuje prawo Kalego)?

System postrzegamy jako pełny zestaw stadnych reguł, począwszy od tradycji, obyczajów, savoir-vivre, przez prawo, religię, patriotyzm po ustrój. System gwarantuje m.in. zbiorowe bezpieczeństwo, choćby przed innymi systemami. Taka była idea ich powstania – gromadna obrona, przed gromadnymi zagrożeniami (tu osiągnięto konsensus, gdyż ochrona wspólnoty jest jednocześnie ochroną jednostek). Czy podobnie jest w przypadku innych wymienionych składników systemu? Czy brak religii oznacza zagładę cywilizacji? Czy bez polityki historycznej, przestaniemy być narodem a w skutkach czego czeka nas zagłada? Czy nie będąc obnośnymi patriotami staniemy się głodniejsi? Ile takich pseudo-nieodzownych składników systemu sprawia, że gubimy się?

Nierzadko stajemy przed dylematem pt.: „czy postępujemy dobrze, czy nie przeholowaliśmy?”. Wedle powyższych tez, dylemat pojawi się, gdy napotykamy granicę między naszym dobrem (dobrem człowieka) a dobrem systemu (bezpieczeństwa wspólnoty). Ta granica bywa pozorna, gdyż nasze postulaty praw i wolności, stają często w sprzeczności z elementami systemu, które jedynie za takie uchodzą. Humanistycznie pojmowana lewica zasadniczo atakuje obyczaj, gdy prawica atakuje człowieka, który obyczaj stara się naruszyć. Czy obyczaj jest składnikiem zbiorowego bezpieczeństwa, nieodzownym spoiwem wspólnoty?

hs

CO BLOKUJE ROZWÓJ?

Zasypał mnie ktoś wczoraj pytaniami: „No ale dlaczego jakieś przepisy, które mają chronić państwo przed dużymi przekrętami, walą też a może głównie w nas, małe żuczki.. czy robimy coś złego? Nie chcemy milionów i kombinacji, chcemy normalnie żyć. Czy to się zmieni?”.

Zestaw pierwszy: „Słabi, niezdyscyplinowani, bez siły przebicia, niewykwalifikowani, niekreatywni”. Zestaw drugi „obciążenia podatkowe, bez kapitału, silna konkurencja, brak dostępu do dotacji”. Te i podobne wyjaśnienia pojawiają się najczęściej a to dlatego, że są najprostsze. Pierwszy zestaw wpędza ludzi w poczucie winy, drugi w nienawiść do państwa i rodaków, którym wiedzie się. Tak źle i tak niedobrze.

Zmiany zaczęły się od Lutra. To wtedy różnica między wschodem a zachodem stawała się z wieku na wiek wyraźniejsza. Luter właściwie nie zrobił nic wielkiego, przetłumaczył pismo święte i postanowił dać je ludziom. Epokowość tego kroku nie dla wszystkich jest jasna, dlatego warto podkreślić pewien fakt. Kiedy w Polsce, msze odbywały się po łacinie (języku dla większości niezrozumiałym) a posiadanie biblii dane było nielicznym, duchowni mogli powołując się na biblijne zapisy stawiać dowolne tezy i mówić dokładnie to na co mieli ochotę. Nikt nie był w stanie sprawdzić, czy rzeczywiście ich racje znajdują potwierdzenie w świętych pismach czy może są czystą fikcją. Na zachodzie zaś, praktycznie każdy piśmienny człowiek, był w stanie samodzielnie korzystać z religijnego podręcznika, nie tylko odnajdować w nim rady ale i weryfikować wypowiedzi powołujących się na ‚słowo boże”. Oczywiście cała reformacja była potężnym wielopłaszczyznowym procesem wiążącym się ze zmianami w wielu dziedzinach życia: szkolnictwo, patos pracy, prawo do szczęśliwości i radości, zupełnie nowe podejście do nauki, zmiany w liturgii, bardziej narodowy charakter wiary, jednak to wszystko wyrosło głównie na prostym fundamencie:
powszechnym dostępie„.

Powszechny dostęp daje możliwość osobistego wypróbowania wielu rzeczy, sprawdzenia się. Im większa liczba ludzi próbuje, tym zwiększa się liczba tych, którzy odniosą sukces. Gdy do powszechnego dostępu dodamy doświadczenie budowane i przekazywane z pokolenia na pokolenie, otrzymamy bardzo rozwojową miksturę. Tego w Polsce zabrakło. Bycie przedsiębiorcą w pierwszym pokoleniu jest trudne. Bycie kolejnym pokoleniem ale czerpiącym z doświadczeń np. rodziców którzy próbowali „prywatnie” w PRL, nie rokuje dobrze, gdyż jest to forma walki z systemem.
W szkołach uczymy się o idealnym państwie, lecz zetknięcie ze zwykłym życiem wywołuje szok. Nie mamy doświadczenia. Wszelkich reguł uczymy się od podstaw, metodą własnych prób i błędów. Kiedy osiągamy wiedzę praktyczną strzeżemy jej jak oka w głowie, bo przecież nie zależy nam na wspieraniu konkurencji lub pobycie w więzieniu. A system wciąż zmienia się, transformuje. Rywalizacja staje się coraz ostrzejsza, na granicy wytrzymałości. A przecież… Gdy wielu ludzi „wie jak to działa”, pojawiają się tendencje naprawcze. Przyjmując dla przykładu mroczne założenie pt. „wszyscy kradną” zostaniemy zmuszeni do uregulowania skali indywidualnych kradzieży. Gdy wszyscy walczą pojawia się idea zawieszenia broni, skupienia się na czymś bardziej twórczym niż wzajemne wyrzynanie. Tego wszystkiego wciąż w Polsce nie ma. Rozrastają się toksyczne podziały, wzajemne zwalczanie i ograniczanie jest normą.

Odpowiedź na pytania ze wstępu wydaje się prosta jak puenta angielskiego dowcipu. Gdy uruchomimy powszechny i łatwy dostęp do prowadzenia różnorodnej działalności, realizowania się, gdy zaczniemy zdobywać i dzielić się doświadczeniami wprawiając też w ruch maszynę praktycznej edukacji, to gdy rozłożymy ten proces na kilka pokoleń prawdopodobnie ruszymy naprzód.

progress

DUDA, NIE PIE….L

Jestem Polakiem nie w pełni zadowolonym. Wiele spraw w tym kraju nie idzie tak jak powinno. Jednak ty, który p…lisz o braku dialogu, tak naprawdę nigdy nie chciałeś z nikim rozmawiać! Choćby Palikota ci przypomnę. Pamiętasz? Przeszkodziły wówczas względy religijne, o których dziś nie wspominasz. Dziś wygładziłeś slogany: „Więcej wolności dla Polaków”, „Dość lekceważenia społeczeństwa” – kto ma to kupić mistrzu lekceważenia i wolności spod znaku bp. Hosera? Próbowałeś dogadać się kiedyś z Polakami? Od tego należałoby zacząć.

Ufasz w to, że lud-frajer kupi słowo „wolność” bo u Le Bona pisało, że zawsze chwyta? Wolność Dudy? Czy chodzi o wycofanie religii ze szkół dające rodzicom wolność wyboru, wolność godła w komisariacie, wolność po „skręcie”, bezpieczną aborcję, wolność słowa Lemańskiego, tolerancję, możliwość przeprowadzenia spokojnego wykładu przez Baumana? O jakiej ty wolności pleciesz? Pewne sprawy mógłbyś uściślić. Mamy XXI w. Komunikacja międzyludzka stoi na zaawansowanym technologicznie poziomie. Kto nie gada z ludźmi, to znaczy, że nie chce. No ale ty bardziej prowadzić chcesz niż gadać. Nie wiem czy nęci cię „koryto”, nie wiem co obiecał ci prezes lub ten z Torunia, ale może powiedz o tym, bo jak ludzie sami domyślą się to odmówią sprzątania śmieci po twoich występach.

To co proponujesz nie ma niczego wspólnego z gniewem ludu, z protestami w Grecji czy Hiszpanii, nie ma niczego wspólnego z ruchem oburzonych na Wall Street, nie ma nawet niczego wspólnego z ACTA. Kolejna szopka, w której celem jest zbiorowe zdjęcie z podpisem „jest nas wielu” i dlatego tak zależy ci na statystach. Ludzie są znużeni władzą, ale gotowi są ją pokochać za każdym razem, gdy wespół z wąskim kręgiem buczących znajomych prezentujecie jak rozumiecie wolność, uwagę i dialog. Naprawdę wolę lamentować w internecie i wolę głosować przez internet właśnie dlatego, że ty zapowiadasz, że będziesz na ulicy.

walker

MYŚLENIE BOLI?

Czy potrafisz analizować? Samodzielnie oddzielać plewy (fałszu) od ziarna (prawdy)? Czy potrafisz zostawiać w poczekalni umysłu wiadomości, które wymagają potwierdzenia? Czy potrafisz wyciągać wnioski? Czy potrafisz określić różnicę między „realizmem a racjonalizmem”? Czy wiesz czym jest „prawda materialna” a czym jest „wierzenie”? Czy potrafisz posługując się logiką określić szanse powodzenia lub porażki? Czy dzieląc się pozyskaną wiedzą, potrafisz powściągnąć pokusę zamieszczenia w niej autorskich dodatków? Czy wytwarzając wiedzę, potrafisz nie myśleć o przyszłym zysku i nie ukierunkowywać swojego przekazu? Czy potrafisz obiektywnie mówić o plusach i minusach, ryzykując to, że odbiorca będzie miał kłopot z ustaleniem tego, czy jesteś „swój” czy „ich”? Czy potrafisz nie ulegać presji otoczenia? Czy potrafisz zachować otwartość na przedstawiane Tobie racje, niezależnie od tego kto je głosi lub jaka o nim panuje opinia i potrafisz ocenić je samodzielnie?

Większość ludzi bierze wolne od myślenia, pozostawiając to dzieło innym. Powody są różne: lenistwo, przyzwyczajenia, brak gruntownej wiedzy pozwalającej oceniać problemy samodzielnie. Samodzielne myślenie bywa w wielu przypadkach niepożądane, np. w wojsku.
Ciekawe jest to, że ludzie samodzielnie myślący osiągają identyczne wnioski, które okazują się bardzo różne od tych obiegowych. Dopada ich rozgoryczenie, czują, że są w mniejszości, przytłoczeni zwałami kłamstw, przeinaczeń, nadinterpretacji (także definiujących pojęcie „samodzielnego myślenia”).

Szukanie i odnajdowanie bratnich dusz wywołuje niekiedy radość podobną epokowemu odkryciu. Chwilę później pojawia się idea „zróbmy coś razem!” i tu pojawiają się schody. Znajdujemy tysiąc argumentów przeciwko temu by zjednoczyć siły (bardzo łatwo wynajdujemy kwestie, które nas dzielą). Zresztą, zakładając, że większość ludzi, których chcielibyśmy skaptować (w ramach praw demokracji) to ci, którzy dali swoim umysłom wolne co oznacza, że zarażenie ich ideą nie powinno opierać się na rozmowie o podstawach i prawdzie, ale manipulacji, strachu, emocjach, (dywersji). Nie jesteśmy do tego zdolni i dlatego tkwimy w punkcie wyjścia. Co przygnębiające, metody, które odrzucamy decydują o kształcie przekonań i otaczającej nas rzeczywistości. Wybrać więc „cel uświęca środki”, „wyższą konieczność” a może „w obronie własnej”? Pozostaną pytania: „Czy zwolnieni z myślenia, nie czują się z tym dobrze? Czy nie chcielibyśmy przypadkiem uszczęśliwić ich na siłę? Po co im wolność, równouprawnienie, samodzielność, szacunek, możliwość rozwoju i decydowania, skoro tego nie chcą, nie potrzebują?”. Swoim działaniem wejdziemy w paradę tym, którzy ze stanu obecnego czerpią zyski. Jesteśmy niewątpliwie NIEBEZPIECZNI.

nw

GRA

Dzisiejszy tekst nie jest mojego autorstwa. Od siebie dodam jedynie 2 pytania do Was: w jakim kraju ten tekst powstał i kto jest autorem?

Odpowiedź (?) w komentarzach
(gdzieś w końcówce).


1. ODWRÓĆ UWAGĘ

Kluczowym elementem kontroli społeczeństwa jest strategia polegająca na odwróceniu uwagi publicznej od istotnych spraw i zmian dokonywanych przez polityczne i ekonomiczne elity, poprzez technikę ciągłego rozpraszania uwagi i nagromadzenia nieistotnych informacji. Strategia odwrócenia uwagi jest również niezbędna aby zapobiec zainteresowaniu społeczeństwa podstawową wiedzą z zakresu nauki, ekonomii, psychologii, neurobiologii i cybernetyki. „Opinia publiczna odwrócona od realnych problemów społecznych, zniewolona przez nieważne sprawy. Spraw, by społeczeństwo było zajęte, zajęte, zajęte, bez czasu na myślenie”.

2. STWÓRZ PROBLEMY, PO CZYM ZAPROPONUJ ROZWIĄZANIE

Ta metoda jest również nazywana „problem – reakcja – rozwiązanie”. Tworzy problem, „sytuację”, mającą na celu wywołanie reakcji u odbiorców, którzy będą się domagali podjęcia pewnych kroków zapobiegawczych. Na przykład: pozwól na rozprzestrzenienie się przemocy, lub zaaranżuj krwawe ataki tak, aby społeczeństwo przyjęło zaostrzenie norm prawnych i przepisów za cenę własnej wolności. Lub: wykreuj kryzys ekonomiczny aby usprawiedliwić radykalne cięcia praw społeczeństwa i demontaż świadczeń społecznych.

3. STOPNIUJ ZMIANY

Akceptacja aż do nieakceptowalnego poziomu. Przesuwaj granicę stopniowo, krok po kroku, przez kolejne lata. W ten sposób przeforsowano radykalnie nowe warunki społeczno-ekonomiczne (neoliberalizm) w latach 1980 i 1990: minimum świadczeń, prywatyzacja, niepewność jutra, elastyczność, masowe bezrobocie, poziom płac, brak gwarancji godnego zarobku – zmiany, które wprowadzone naraz wywołałyby rewolucję.

4. ODWLEKAJ ZMIANY

Kolejny sposób na wywołanie akceptacji niemile widzianej zmiany to przedstawienie jej jako „bolesnej konieczności” i otrzymanie przyzwolenia społeczeństwa na wprowadzenie jej w życie w przyszłości. Łatwiej zaakceptować przyszłe poświęcenie, niż poddać się mu z miejsca. Do tego społeczeństwo, masy, mają zawsze naiwną tendencję do zakładania, że „wszystko będzie dobrze” i że być może uda się uniknąć poświęcenia. Taka strategia daje społeczeństwu więcej czasu na oswojenie się ze świadomością zmiany, a także na akceptację tej zmiany w atmosferze rezygnacji, kiedy przyjdzie czas.

5. MÓW DO SPOŁECZEŃSTWA JAK DO MAŁEGO DZIECKA

Większość treści skierowanych do opinii publicznej wykorzystuje sposób wysławiania się, argumentowania czy wręcz tonu protekcjonalnego, jakiego używa się przemawiając do dzieci lub umysłowo chorych. Im bardziej usiłuje się zamglić obraz swojemu rozmówcy, tym chętniej sięga się po taki ton. Dlaczego? „Jeśli będziesz mówić do osoby tak, jakby miała ona 12 lat, to wtedy, z powodu sugestii, osoba ta prawdopodobnie odpowie lub zareaguje bezkrytycznie, tak jakby rzeczywiście miała 12 lub mniej lat”.

6. SKUP SIĘ NA EMOCJACH, NIE NA REFLEKSJI

Wykorzystywanie aspektu emocjonalnego to klasyczna technika mająca na celu obejście racjonalnej analizy i zdrowego rozsądku jednostki. Co więcej, użycie mowy nacechowanej emocjonalnie otwiera drzwi do podświadomego zaszczepienia danych idei, pragnień, lęków i niepokojów, impulsów i wywołania określonych zachowań.

7. UTRZYMAJ SPOŁECZEŃSTWO W IGNORANCJI I PRZECIĘTNOŚCI

Spraw, aby społeczeństwo było niezdolne do zrozumienia technik oraz metod kontroli i zniewolenia. „Edukacja oferowana niższym klasom musi być na tyle uboga i przeciętna na ile to możliwe, aby przepaść ignorancji pomiędzy niższymi a wyższymi klasami była dla niższych klas niezrozumiała.

8. UTWIERDŹ SPOŁECZEŃSTWO W PRZEKONANIU, ŻE DOBRZE JEST BYĆ PRZECIĘTNYM

Spraw, aby społeczeństwo uwierzyło, że to „cool” być głupim, wulgarnym i niewykształconym.

9. ZAMIEŃ BUNT NA POCZUCIE WINY

Pozwól, aby jednostki uwierzyły, że są jedynymi winnymi swoich niepowodzeń, a to przez niedostatek inteligencji, zdolności, starań. Tak więc, zamiast buntować się przeciwko systemowi ekonomicznemu, jednostka będzie żyła w poczuciu dewaluacji własnej wartości, winy, co prowadzi do depresji, a ta do zahamowania działań. A bez działań nie ma zmian.

10. POZNAJ LUDZI LEPIEJ NIŻ ONI SAMYCH SIEBIE

Przez ostatnich 50 lat szybki postęp w nauce wygenerował rosnącą przepaść pomiędzy wiedzą dostępną szerokim masom a tą zarezerwowaną dla wąskich elit. Dzięki biologii, neurobiologii i psychologii stosowanej „system” osiągnął zaawansowaną wiedzę na temat istnień ludzkich, zarówno fizyczną jak i psychologiczną. Obecnie system zna lepiej jednostkę niż ona sama siebie. Oznacza to, że w większości przypadków ma on większą kontrolę nad jednostkami, niż jednostki nad sobą.

gra

PRZEWAŁ UŚWIĘCONY

Setki razy słyszałem i pisałem o tym, jak „doświadczeni życiowo Polacy” tłumaczyli mi, że jak się ma władzę to się bierze, kręci, za ryj trzyma, bo wszyscy tak robią i tak już jest. Nie wiem skąd czerpali doświadczenia, bo u władzy nigdy nie byli (już prędzej w domu trenowali), wiadomo jednak, że rodacy znają się na wszystkim. Zamiatanie pod dywan jest pragmatyczne, cel uświęca środki, historia nas rozliczy – można wymieniać długo. Poszukując odpowiedzi na pytanie o przyczyny zbiorowego olewstwa dla ‚obory’, ktoś z komentujących bloga, wspomniał, że to taki nasz parasol ochronny, bo co my możemy? Nic właściwie. „Gdy nie potrafisz pokonać silniejszego przyłącz się do niego”, chociaż w tym przypadku, ludzie zwalczający prostytucję od dawna powinni pracować w burdelach. Z drugiej strony, po co napinać się, złościć, nerwy tracić, dziwić? Przyjąć świat dziadowski takim jaki jest i robić swoje – czyli dupy dawać.

Nie chciałem przywalać premierowi, bo notowania by mi spadły a tam gdzie mogłyby mi wzrosnąć to za bardzo nie chcę, jednak milczenie działałoby na mnie szkodliwie. Natrafiłem na ślady nagrania w „na temat” kilka dni przed rozpętaniem burzy przez Gowina. Uważam, że gdyby nie Jego Świątobliwość sprawa przyschłaby samoistnie, bo lud doświadczony nie dostrzegłby żadnej anomalii. Mleko rozlało się jednak. W pierwszym odruchu po odsłuchaniu (jeszcze przed Gowinem), mój stosunek do głównego bohatera nagrań nie zmienił się. Mam taką wyrobioną osobistą opinię, ani złą ani dobrą, do której większość nieformalnych działań premiera pasuje. Polska powiatowa, związek „wójt, pleban i komisarz” załatwiający sprawy wagi gminnej przy flaszce. Polskie to bardzo, umocowane historycznie, dlaczego miałbym wpaść w szok? Pomyślałem nawet, że gdy tak stary wróbel na trociny się chwyta, to wysiadł mu całkowicie instynkt. Właściwie tyle, rozmowa nieformalna, „koleżeńska”, wywlekać nie ma sensu, wycinek, swoje wiedzieć i zostawić.

Niestety, możliwość przemilczenia odebrał mi – nie pierwszy już raz – aktywny w sieci elektorat PO. Nie będę serwował nicków, jednak gdy przeczytałem jedną czy drugą pochwałę działania szefa szefów, to scyzor otworzył się w mojej kieszeni. Rozumiem wszystko, rozumiem A. Szejnfelda, który w Studio Opinii opisuje arkana siły partii i piętnuje gowini występek, rozumiem Marcinkiewicza, który stwierdził w TVN że „premier to tak obiecuje ale potem zostawia” (Brawo Kaziu! Cenne spostrzeżenie!), rozumiem milczących. Jednak pochwały syfu „nie zniesę”. Zagotowało się we mnie. To, że polityka jest taka jaka jest, kij- innej na razie nie mamy, jednak gdy zaczynają kurwić się ludzie, nie mając z tego żadnego zysku lub władzy… to znaczy, że jest źle, a tym bardziej, gdy osoby takie postrzegane są w pewnych kręgach za autorytety.

Aktyw zadziałał szeroko. W Facebooku, głos zdawkowo zabrał nawet Ryś Kalisz ale i on oberwał za „opluwanie premiera”. O kurwa! – pomyślałem – to już całkiem definicje zmieniają się. Czy te matoły spod gwiazdy PO nie rozumieją, że ich męczeński heroizm, robi ze sprawy większe gówno niż było? Nie ma tu żadnej dyskusji o tym, że wstyd jest i milczenie złotem, ale nie! – trzeba się zasłużyć, aktyw to naród, to media, dalejże bić w bębny.

Aktyw jak zwykle niezgrał się z linią polityczną, bo premier zwyczajowo i rozsądnie zniknął, Sienkiewicz mówi, że nikogo nie zwolni, smród wietrzeje. Dla aktywu jednak smród stał się już zapachem, a nie raz sieciowe żłoby PO obrywały od swojej ideowej góry: „za dużo politykujecie, zostawcie to nam!” Co tam jednak wierchuszka, trzeba tkać opinię publiczną, choćby pierdoleniem, że gówno jest papu. Oż wy w mordę.

Gdy gnoi się „moherów” to trzeba się jakoś odróżnić. Dziś z ubolewaniem stwierdzam, że świętą rację mają ci, którzy twierdzą że PiS i PO to jeden chuj. Na poziomie partyjnego aktywu obywatelskiego, śmierdzące szambo. Ten sam paraliż mentalny, ten sam heroizm ślepo zapiekły.

Premier popełnił dwa zasadnicze błędy:
– dał się przyłapać na deklaracji tego, że potrafi nie słyszeć argumentów, co trochę nie licuje ze zbudowanym wizerunkiem
– dał do zrozumienia, że „procedura to stara rura”

Nic więcej. Jedyne pocieszenie dla zainteresowanych jest takie, że za tydzień nikt już o sprawie nie będzie pamiętał, bo ruszą medialne młyny przynosząc nam jakąś Madzię czy innego utopionego. Pamięć o reakcji aktywu jednak pozostanie, bo tak już człowiek ma, że zapamiętuje ludziom to co wredne. Od kilku już lat, uważam że PO i rząd, nie robią tyle dla zasrania swojego wizerunku co ich elektorat, a szczególnie ten „nad-aktywny”. Do polityki można mieć dystans, ale do ludzi, którzy są tuż obok – już nie.

pos

.. a teraz czekam na dźwięk nożyc

PROBLEM Z NAZIZMEM

Spotkałem niedawno znajomego, który kolejny raz zafascynował się skrajną prawicą. Argumentował – „Proste hasła, proste rozwiązania, polskie sklepy, sensowni goście, dobrze mówią”. O ile często wcześniej udawało się mi gasić jego entuzjazm (zazwyczaj gdy wdawaliśmy się w szczegóły), to tym razem wprawił mnie w zakłopotanie. Zapytał wprost: „No ale dlaczego nie oni?”. Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy to „dyskryminacja” (geje, antysemityzm, ksenofobia), druga „władza siły, totalitaryzm, kontrola, kłamstwa, terror wobec politycznych przeciwników i wszystkich inaczej myślących”, trzecia „zawsze na początku mówią to co ludzie chcą usłyszeć lecz nie mówią o tym czego ludzie nie chcą usłyszeć”…. jednak ku własnemu zdumieniu zrozumiałem, że większość tych argumentów, albo nie dotyczy mnie bezpośrednio, albo wybiega w przyszłość lub opiera się na domysłach. Szanując normy cywilizacji w której żyję, nie mogłem z pełną odpowiedzialnością „skazać kogoś bez dowodów winy”. Dać wiarę pozorom? Znany Harry założył w trakcie imprezy nazistowski mundur – czy to znaczy, że jest nazistą? Konsternacja.

„Dlaczego nie oni?”. Najszersze uzasadnienie, które przemknęło mi przez myśl było takie, że głosowałem na kogoś innego i szkoda byłoby gdyby znajomy wspierał konkurencję. Szczęśliwie, rozmówca nie był rozmiłowany w kościele i jeszcze tym razem osiągnąłem statystyczny efekt. Argumentacja: „narodowcy od siedmiu boleści bredzący o suwerenności w obliczu konkordatu, zwolennicy początku historii w 966 roku” (itd. itp) odniosła skutek. Jednak, gdyby był rozmiłowany w kościele? Miałbym krzywiąc z odrazą twarz mówić o odradzającej się pleśni i szantażować go tym, że nie podam mu ręki? Jak przekonać kogoś do tego, że obecny „niedoszły” narodowy socjalizm jest gorszy od reprezentowanego przez władzę nadgniłego gospodarczego liberalizmu, lewicy biegającej po mieście z gołymi cyckami, demokratów myślących dużo i mądrze bez efektów, peeselu kolesi?

W przewidywaniach, nacjonalizm może prowadzić do hitleryzmu tak samo jak lewica do stalinizmu, anarchia do prawa dżungli, demokracja do bezpłodnego gadulstwa, liberalizm do kryzysu, kolesiostwo do Grecji a religijność do inkwizycji czy szariatu. Może przyszedł czas na remont uzasadnień, na dostrojenie ich do czasów obecnych zanim zaczną wzbudzać już jedynie gromki śmiech? Powojenne pokolenia wzięły sobie za punkt honoru zwalczanie wszelkich symptomów odradzającego się skrajnego nacjonalizmu. Z upływem lat argumenty te słabły. Zbiorowa pamięć wojennych zbrodni ulegała zatarciu, głośne przewidywanie skutków w oparciu o podobieństwa przestało być dla wielu przekonujące.

Teoretycznie – negatywne zachowania, których doświadczamy takie jak: zastraszanie, dyskryminacja, tępota, bandytyzm, są szkodliwe niezależnie od tego, kto po nie sięga. Prawo reguluje te kwestie (choć nierzadko opornie). Czy potrzebne są do egzekwowania kar lub zwrócenia uwagi Temidy metki: nazistów, lewicy, prawicy, moherów, pisiorów, peowców czy palikociarni? Może właśnie te metki budzą powątpiewanie, upolityczniają to, co polityczne nie jest. Czy silne prawo nie powinno chronić nas przed rozkwitem dowolnej epidemii? Jako ludzkość mamy spore doświadczenia w doznawaniu ich skutków. Doskonale wiemy o tym, że większość tego co złe zaczynało się od łamania podstawowych praw.

nazi

P.S.
Zachęcam do pozostawiania propozycji odpowiedzi na pytanie „Dlaczego nie oni?”.