Powstał Kościół Ateistów

by romskey

Spełniają się moje proroctwa i choć inicjatywa Pippy Evans i Sandersona Jones’a z Londynu ma wymiar raczej humorystyczny, to fakt pozostaje faktem. Okazuje się, że nawet tego typu żart potrafił doprowadzić do wrzenia brytyjskie duchowieństwo. Działania dwójki założycieli Atheist Church określono mianem „zbyt daleko posuniętych” stwierdzając przy tym, że ateiści zamierzają w ten sposób brutalnie indoktrynować katolików.

Współcześnie, zakładanie związków wyznaniowych służy głównie orżnięciu urzędu podatkowego, choć w przypadku kościoła ateistycznego np. w Polsce istniałaby głębsza treść. Ateizm jako wyznanie zacząłby cieszyć się podobnymi prawami (przywilejami) co inne – a szczególnie jedno, wyjątkowo chciwe i pchające się z butami w każdą dziedzinę społecznego bytu. Obraza uczuć ateistycznych, kwestia symboli religijnych w szkołach, nauka religii w państwowym procesie edukacji, stosunek do aborcji, eutanazji, in-vitro, różnorodnych preferencji płciowych, zapisy w konstytucji o treści religijnej – to wszystko (i pewnie trochę więcej) stałoby się przedmiotem bardziej wyrównanej dyskusji. Obecnie, ateistów traktuje się w Polsce jak powietrze. Nie są zrzeszeni (bo jak zrzeszyć indywidualistów, którymi ateiści zazwyczaj są?), nie posiadają sensownego przedstawicielstwa, nikt tak naprawdę nie wie ilu ich jest. Wpływ na taki stan rzeczy ma niewątpliwie strach przed publicznym „samookreśleniem się”. Ateista, dopóki na temat swoich przekonań trzyma „mordę w kubeł”, chrzci dzieci, posyła je na religię i spełnia kilka innych norm porządnego „Polaka Patrioty Katolika” jest „ateistą do przyjęcia”, zaledwie podczas tajnych wyborów może dać upust swoim przekonaniom, choć jak wiemy, wybory zmieniają jedynie scenę polityczną a nie ludzi wokół.

Dla dojrzałego ateisty spełnieniem snów i powodem radości bywa wykluczenie ze społeczności zdominowanej przez lokalne koło różańcowe. Dzieciom jest jednak zdecydowanie trudniej. W szkole, w gronie rówieśników, niewierzące dziecko jest automatycznie traktowane jako „inne” i skazane na obecność pośród „bardzo wierzących”, którzy swój fanatyzm wynoszą z rodzinnych domów. Bycie innym jest wstępem do wielu patologicznych zachowań ze strony otoczenia. Skala uciążliwości jest większa na prowincji, choć i w miastach istnieją narzędzia „upiększania życia wyróżniającym się” (zapewne dlatego, że pojęcie mieszczaństwa w Polsce jest wciąż dyskusyjne). Nie pomoże prawo, gdyż nie można zakazać nielubienia kogoś, niezatrudnienia go czy omijania szerokim łukiem. Udawanie katolika może pomóc przetrwać okres szkolny, choć skutki bycia „ukrytą opcją” doskonale poznali m.in Żydzi w czasie okupacji, co odbiło się na psychice powojennych pokoleń. Strach przed zdemaskowaniem, izolacja, wygórowana ambicja „bycia kimś”, silna potrzeba akceptacji i depresja w przypadku dowolnego rodzaju odrzucenia nie zapewniają psychicznego komfortu. W skrajnych przypadkach traumatyczne przeżycia prowadzą do postaw agresywnych, autodestrukcyjnych. Można powiedzieć, że w wielu przypadkach nasilenie tzw. „nienawiści do kościoła” jest proporcjonalnym skutkiem upokorzeń i napiętnowania doznawanych w przeszłości pod szlachetnym hasłem „miłości bliźniego”. Kościelna hierarchia nie reaguje na tę „rozmodloną” presję, wszak dołączenie zagubionej owieczki do stada przynosi profity.

Gdyby tak wierni kościoła ateistów sięgnęliby po techniki rodem z zakrystii i uznawali wierzących za biednych idiotów, których należy miłować (nawet wbrew ich wyraźnej woli); każdą niezaradność czy nałóg wierzącego określaliby skutkiem urojonego bożego wpływu, wreszcie podjęli działalność misyjną związaną z nawracaniem na zdrowy rozsądek – można byłoby zacząć mówić o równowadze.

Na zdjęciu:
Sanderson Jones i Pippa Evans – założyciele londyńskiego kościoła ateistów.

Sanderson-Jones-Pippa-Evans

Rzuci Michalik fatwę?

Reklamy