Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Lipiec, 2013

ZWOLNIENIE Z MYŚLENIA

Wszyscy słyszeliśmy prawdę mówiącą o tym, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nie zawsze traktujemy rzecz ironicznie. Takich porzekadeł krąży w Polsce wiele, stały się tak popularne, że uznajemy je niemal za dziedzictwo narodowe, godne naśladowania wzorce etnicznej odmienności od reszty świata czy obowiązujące normy decydujące o kształcie rzeczywistości. Wielokrotnie spotykałem się z proroczą myślą o treści: „Gdybyś był u władzy, sam przyznawałbyś sobie premie i nagrody czy budował lepszy los krewnym i znajomym”. Przyznam szczerze, że słysząc takie słowa czuję się jakby ktoś mnie obrzygał a w dodatku prewencyjnie. Nie znam przyszłości, nie jestem bez grzechu poczęty, dziwi mnie skąd bierze się ów spolegliwy stosunek dla przewałów i dymania w biały dzień? Przecież to także autorzy owych jasnowidzeń są obiektem tych zabiegów, to oni ponoszą główne konsekwencje. Czy zrozumienie i ślepota są skutkiem zmian w nazewnictwie? Gdy zwykły człek kradnie to urzędnik państwowy otrzymuje premię lub nagrodę, gdy zwykły człowiek przegina pałę w dyspucie, to polityk używa hiperboli, gdy zwykły człek bierze w łapę, to poseł przyjmuje korzyść majątkową, gdy zwykły człek gardzi, to wypowiedź dziennikarza jest niefortunna. Jest kultura, jest legal, jest porządek. Obywatel zwolniony z myślenia.

zwolnienie_lekarskich
(fot:www.kobieta.pl)

PODATEK SOCJALNY

Z uwagi na to, że po czasach PRL pozostały nam właściwie tylko długi, utrzymanie rzeszy emerytów wymagało podjęcia decyzji nazwanej ładnie „umową społeczną”. Niestety, byłaby ona słuszna, gdyby obecnie pracujący zapewniali wyłącznie socjalne minimum emerytom a nie pokrywali koszty emerytur b. wysokich.

Podatek, który chodzi mi po głowie funkcjonuje m.in. w USA (tzw. podatek federalny). Jego wysokość to ok. 10% i jego celem jest zapewnienie minimum egzystencji w przypadku gdy życie obywatela nie potoczy się najlepiej.
Oczywiście docelowych składowych tego podatku jest więcej, lecz przy liczącym kilkaset milionów społeczeństwie można powiedzieć, że podstawowe problemy mogą być rozwiązane.

tools
(graph:angelapaige.com)

O! POLITYKA! – świat wg. mediów

Właśnie przebrnąłem przez wywiad z K. Duroczkiem w Gazecie i przyznam, że polubienie go jak i jego programów jest mimo koncyliacyjnych chęci trudne. Autorskie widzenie świata, intuicyjny dobór tematów, które mogą (mają) zainteresować ludzi, ucieczka od nudnych analiz czy transmisji na rzecz krótko ujętych ciekawostek. W ramach auto-testu K. Durczok powinien zostać blogerem anonimem i sprawdzić jak rozbuduje zainteresowanie wokół swojego przekazu. Czy głupiejemy od niego i innych?

Sieć dała nowe perspektywy zwykłym ludziom, choć z wykorzystaniem tej epokowej szansy idzie tak sobie. Bloger – a już z całą pewnością polityczny – zaczął żyć dzięki mediom choć prawdopodobnie tylko dlatego, że media są. Istnienie mainstreamu jest dla blogera w miarę wygodne, gdyż zwalnia go z trudu pozyskiwania informacji a pozostawienie autorskiego lub obiektywnego komentarza jest dość proste. Gorzej gdy medialne informacje dobiera np. K.Durczok zainspirowany lifestylem (dowiedziałem się właśnie, że tak określa się newsy z Pudelka). Skutek jest taki że i przekaz blogowy spłyca się, podporządkowuje narodzinom royal baby czy przyłapanemu na parkingu posłowi, który myli samochody. Na każdej bzdurze można oprzeć jakąś wartą uwagi myśl i w tym bloger może zrobić coś dla szarych komórek, ale od „newsu dnia” do czegoś „coś dającego” droga wydłuża się. Jak połączyć proces Katarzyny z jakimś bliższym ciału tematem? Medialne kości są coraz chudsze i coraz rzadziej zawierają szpik.

Z twórcami autorskiego widzenia świata w mediach można zgodzić się w tym, że wyznają zasadę S.Jobsa „Ludzie nie wiedzą czego chcą do póki im tego nie pokażesz”. S.Jobs różnił się jedynie od większości z nich tym, że chciał coś zrobić dla ludzi, dać im produkt o szerokiej używalności, gdy wykorzystanie polskiego medialnego papu jest dość problematyczne. Nie warto już wspominać o „medialnych ideałach”, choć o odpowiedzialności można. Autorskie widzenie problemów wychodzi Polakom bokiem. Prawda Wyborczej, prawda Gazety Polskiej czy prawda TVN? Gdzieś w środku ogłupiały obywatel, który musi zdecydować, która prawda jest prawdziwsza. Owszem, istnieje nisza dla telewizji publicznej, choć ta zdaje się być bardziej zainteresowana egzekwowaniem abonamentu niż tym, czy jej przekaz w ogóle ktoś ogląda i co ów przekaz zawiera.

Zastanawiająco, nikt z mainstreamu nie chce być prorokiem i przewidzieć tego jak obieg informacji będzie wyglądał za 10 lat, a jest w tym punkcie widzenia pewien „zgrzyt”. Czyżby nasze nowoczesne i kreatywne media opierały swój byt wyłącznie na żerowaniu, naśladownictwie, sprowadzaniu i zrzynaniu sprawdzonych na świecie komercyjnych wzorców? Przecież o przyszłości decydujemy już dziś, tym co robimy, jak pracujemy. Przyszłość nie jest sferą niezależną od nas, to my ją stwarzamy, będzie dokładnie taka jaką sobie wypracujemy jako odbiorcy i jako nadawcy. Jaka przyszłość może powstać w oparciu o dostarczane nam współcześnie informacje? Od ich poziomu całkiem sporo zależy.

media page cameras_630x250
(fot:www.brookings.edu)

Powstał Kościół Ateistów

Spełniają się moje proroctwa i choć inicjatywa Pippy Evans i Sandersona Jones’a z Londynu ma wymiar raczej humorystyczny, to fakt pozostaje faktem. Okazuje się, że nawet tego typu żart potrafił doprowadzić do wrzenia brytyjskie duchowieństwo. Działania dwójki założycieli Atheist Church określono mianem „zbyt daleko posuniętych” stwierdzając przy tym, że ateiści zamierzają w ten sposób brutalnie indoktrynować katolików.

Współcześnie, zakładanie związków wyznaniowych służy głównie orżnięciu urzędu podatkowego, choć w przypadku kościoła ateistycznego np. w Polsce istniałaby głębsza treść. Ateizm jako wyznanie zacząłby cieszyć się podobnymi prawami (przywilejami) co inne – a szczególnie jedno, wyjątkowo chciwe i pchające się z butami w każdą dziedzinę społecznego bytu. Obraza uczuć ateistycznych, kwestia symboli religijnych w szkołach, nauka religii w państwowym procesie edukacji, stosunek do aborcji, eutanazji, in-vitro, różnorodnych preferencji płciowych, zapisy w konstytucji o treści religijnej – to wszystko (i pewnie trochę więcej) stałoby się przedmiotem bardziej wyrównanej dyskusji. Obecnie, ateistów traktuje się w Polsce jak powietrze. Nie są zrzeszeni (bo jak zrzeszyć indywidualistów, którymi ateiści zazwyczaj są?), nie posiadają sensownego przedstawicielstwa, nikt tak naprawdę nie wie ilu ich jest. Wpływ na taki stan rzeczy ma niewątpliwie strach przed publicznym „samookreśleniem się”. Ateista, dopóki na temat swoich przekonań trzyma „mordę w kubeł”, chrzci dzieci, posyła je na religię i spełnia kilka innych norm porządnego „Polaka Patrioty Katolika” jest „ateistą do przyjęcia”, zaledwie podczas tajnych wyborów może dać upust swoim przekonaniom, choć jak wiemy, wybory zmieniają jedynie scenę polityczną a nie ludzi wokół.

Dla dojrzałego ateisty spełnieniem snów i powodem radości bywa wykluczenie ze społeczności zdominowanej przez lokalne koło różańcowe. Dzieciom jest jednak zdecydowanie trudniej. W szkole, w gronie rówieśników, niewierzące dziecko jest automatycznie traktowane jako „inne” i skazane na obecność pośród „bardzo wierzących”, którzy swój fanatyzm wynoszą z rodzinnych domów. Bycie innym jest wstępem do wielu patologicznych zachowań ze strony otoczenia. Skala uciążliwości jest większa na prowincji, choć i w miastach istnieją narzędzia „upiększania życia wyróżniającym się” (zapewne dlatego, że pojęcie mieszczaństwa w Polsce jest wciąż dyskusyjne). Nie pomoże prawo, gdyż nie można zakazać nielubienia kogoś, niezatrudnienia go czy omijania szerokim łukiem. Udawanie katolika może pomóc przetrwać okres szkolny, choć skutki bycia „ukrytą opcją” doskonale poznali m.in Żydzi w czasie okupacji, co odbiło się na psychice powojennych pokoleń. Strach przed zdemaskowaniem, izolacja, wygórowana ambicja „bycia kimś”, silna potrzeba akceptacji i depresja w przypadku dowolnego rodzaju odrzucenia nie zapewniają psychicznego komfortu. W skrajnych przypadkach traumatyczne przeżycia prowadzą do postaw agresywnych, autodestrukcyjnych. Można powiedzieć, że w wielu przypadkach nasilenie tzw. „nienawiści do kościoła” jest proporcjonalnym skutkiem upokorzeń i napiętnowania doznawanych w przeszłości pod szlachetnym hasłem „miłości bliźniego”. Kościelna hierarchia nie reaguje na tę „rozmodloną” presję, wszak dołączenie zagubionej owieczki do stada przynosi profity.

Gdyby tak wierni kościoła ateistów sięgnęliby po techniki rodem z zakrystii i uznawali wierzących za biednych idiotów, których należy miłować (nawet wbrew ich wyraźnej woli); każdą niezaradność czy nałóg wierzącego określaliby skutkiem urojonego bożego wpływu, wreszcie podjęli działalność misyjną związaną z nawracaniem na zdrowy rozsądek – można byłoby zacząć mówić o równowadze.

Na zdjęciu:
Sanderson Jones i Pippa Evans – założyciele londyńskiego kościoła ateistów.

Sanderson-Jones-Pippa-Evans

Rzuci Michalik fatwę?

MONEY & JUSTICE

Prokuratura Generalna postanowiła wydać na ‚PiaR’ nieco ponad 40 tys. zł – to psie, niewarte darcia szat pieniądze, lecz jeżeli wystarczą na zrealizowanie zakładanego celu, to złoty biznes i wielkie dzieła. Piarowcy mają podszkolić pracowników Temidy w kwestii mówienia ludzkim głosem. Byłby to wielki postęp, gdyż między regulaminem oszukańczej promocji na kilkanaście stron (spisanej drobnym maczkiem i prawniczym ‚bełkotem’) a trzema prostymi zdaniami istnieje zasadnicza różnica. Gdyby ludzie mogli zrozumieć uzasadnienia śledczych byłoby zdecydowanie lepiej. Pojawia się jedynie wątpliwość, czy owa społeczna przystępność ma służyć bardziej ludziom czy prokuraturze? PR jak wiadomo nie jedno ma imię a takie pojęcie jak „lewarowanie wizerunku” (a konkretnie przelewarowanie) nie jest niczym nowym. Dobry ‚lewar’ pozwala złej firmie uzyskać publiczny status zaufanej i rozwijającej się a w przypadku np. sądów: złym wyrokom może nadać cechy ich niebywałej i pozytywnej epokowości. Pomimo ryzyka popieram ten pomysł. Jeżeli będzie jaśniej i prościej to będzie tylko lepiej, nawet gdy ktoś z tego powodu awansuje, zrobi karierę lub nie całkiem zasłużenie zwiększy się zaufanie do organów tzw. wymiaru sprawiedliwości.

W medialnym przekazie pomysł ten przypomina zachętę do kolejnej nagonki pt.: „znów wydatki! Rabują, łapaj złodzieja i marnotrawcę!!”. Zajrzawszy do komentarzy pod informacją znalazłem sporo wyrazów świętego obrzydzenia owym zbrodniczym pomysłem PG, za którym – kto wie? – czy nie stoją masoni. No cóż, co kraj to obyczaj.

money_justice

Jak uratować taki kraj?

Zaparzcie sobie kawę albo nalejcie coś w szklankę z lodem. Gotowi? Ok, zaczynam: Jeżeli sam dochodzę do jakiegoś wniosku, to jeszcze nic. Gdy podobny wniosek osiągają osoby z różnych części kraju (niezależnie od siebie), to znaczy, że coś jest na rzeczy. Wnioskiem takim okazało się to, że drenowanie społeczeństwa (podatki, kary, ceny / stałe zawężanie lub utrzymywanie niskiego standardu swobód obywatelskich) i jednoczesne mrożenie rodzimej przedsiębiorczości, jest bardzo negatywną wróżbą na przyszłość. Gdybyśmy byli Niemcami, Holandią czy USA – szukalibyśmy źródeł dochodów w dawnych koloniach czy w strefach okupowanych (czyt. wyzwalanych, demokratyzowanych, odbudowywanych). Nie mając znaczenia w owym globalnym rynku, resort finansów skupił się na eksploatacji rodzimych złóż i nie chodzi o surowce naturalne, ale o ludzi, którzy nawet mając niewiele są w stanie zapłacić a raczej muszą.

Pojęcie „kapitał ludzki” brzmi w tym kontekście dość ironicznie, ale taka jest prawda. Kapitałem w Polsce jest niemal 40 mln. obywateli. Nasz kapitał jest kapitałem typowo afrykańskim, choć co ważne, nie posiadamy cennych złóż naturalnych mogących być obiektem wewnętrznego czy zewnętrznego zainteresowania i nie za bardzo chcemy się mordować dlatego nie interesuje się nami światowy przemysł zbrojeniowy. W takich ubogich w złoża a bogatych w liczbę mieszkańców regionach świata, doskonale radzi sobie kościół nauczający o potrzebie dzielenia się „wdowim groszem”, operatorzy telekomunikacyjni, przedsiębiorstwa zajmujące się energetyką, banki oferujące niespłacalne warunki kredytowe i chętnie wyciągające ręce po nieruchomości, ziemię czy dobytek dłużników.

Jak uratować taki kraj? Pojawia się oczywiście sporo domysłów typu: J.V.Rostowski siedzi w garści globalnej finansjery, ale być może jestem naiwny gdyż w taką teorię nie wierzę. Nie wierzę w nią, gdyż podobnie spekuluje się o wielu problemach na świecie zadając pytanie „czy odczuwane działania są celowe, czy są po prostu skutkiem okoliczności (w tym mentalności ludzkiej)?” – dowodów w obu przypadkach brak. Ta druga możliwość (skutki okoliczności) wydaje się mi bardziej prawdopodobna i nie tylko dlatego, że nie chcę wierzyć w cynizm władzy. Współczesna władza wydaje się mocno oderwana od społecznych realiów, dlatego moim zdaniem nie wykazuje choćby względnej wrażliwości. Każda ekipa zastaje w Polsce określone warunki i próbuje sobie radzić. Sądzę, że obejmując urzędy, odkrywa to jaki jest realny stan państwa i że nie jest to stan dobry. Walka o polityczne przetrwanie we miarę wygodnych warunkach jakie polskie prawo zapewniło politykom daje większe szanse osobistego rozwoju niż zrobienie czegoś dla ludzi – wiążącego się z prawdopodobnym załamaniem gospodarki. Przetrwanie u władzy zapewnia budowa dróg czy pomników będących widzialnymi dla społeczeństwa symbolami robienia czegokolwiek. Obywatele otrzymują dobra widzialne a budowniczowie materialne. To bardzo „korzystny” stan, w którym obywatele nie pytają o koszty, które sami pokrywają. Nic dziwnego, takie pojęcia jak „prawo” czy „ekonomia” dla większości rodaków to terminy rodem z horrorów. Edukacja w tej materii stoi na dość niskim poziomie i czasem można zdziwić się, gdy użycie tych słów natychmiast wywołuje uwagi typu „o! rozmawia intelektualna elita kraju”. Rany, o kulisach globalnego handlu bronią w polityczno-społecznym kontekście potrafi opowiedzieć prosty film z Nicolasem Cage’em.

Władza nie jest kreatywna, obawia się eksperymentów – może słusznie może nie, ale sprawy nie idą w dobrym kierunku. Ostatnio zatrzymałem się gdzieś w mieście i zauważyłem, że na polskich ulicach nie ma polskich samochodów, wokół ulic nie ma polskich sklepów a jeżeli już to mikre zieleniaki. Ludzie na chodnikach nie korzystają z polskich telefonów a dziatwa w domach z polskich komputerów. Nawet operatorzy dostarczający telewizję czy internet nie są polscy. Nie są polscy główni udziałowcy wielu polskich mediów i portali. To co jeszcze polskie utrzymuje głównie rozrośnięty niemożliwie aparat administracji (1 urzędnik na 80 Polaków w tym ok. 20 pracujących a więc urzędnika utrzymujących). Oczywiście na podobnych spostrzeżeniach urósł kapitał polityczny PiS, choć proponowane przez tę partię (wespół z kościołem) kierunki „prorodzinnej polityki” wydają się skierowane głównie na wyż demograficzny, a więc powiększanie „kapitału ludzkiego”, który choćby ze szczawiu i mirabelek będzie można formalnie ograbić.

To co dzieje się w Polsce, trudno nazwać kryzysem. To raczej stan totalnego braku pomysłu na leczenie sytuacji. Nie da się ukryć, że lata 90-te, były złotym okresem dla Polaków z inicjatywą, choć obecnie uwolnienie rynku byłoby jak wpuszczenie kilku chrześcijan na arenę, po której pałętają się niezbyt miło nastawione lwy czy słonie. Wyjazd wydaje się optymalnym rozwiązaniem, gdyż nawet pracujący na czarno Polak zbliża się w zarobkach do średniej europejskiej. Tylko ta ojczyzna umiłowana – jest jak garb. Ci którzy wyjechać z patriotyzmu nie chcą, mówią: „przepędźmy obcych, będzie lepiej”. Szkoda że statystyki ukazują, że owych obcych w Polsce mieszka ok. 70% i nawet nie każdy popierający patriotów zalicza się. Tu zgoda: odgrodzona zasiekami od świata Polska z 30% populacją mogłaby nawet sobie radzić. Kozy, szczaw, mirabelki – wielu ludzi czuje sentyment do takiej rzeczywistości.

Pozostaje opcja buddyjska. Pogodzić się z losem, choć wtedy na frekwencję wyborczą raczej trudno byłoby liczyć. Na pewno dobrym rozwiązaniem ze strony PO przed kolejnymi wyborami byłoby wprowadzenie ustawy nakazującej obowiązkowe posiadanie broni przez wszystkich polskich Żydów, homoseksualistów, ateistów, liberałów, ludzi o lewicowych przekonaniach, przedstawicieli mniejszości religijnych, narodowych, intelektualistów, artystów i wszelkich wolnomyślicieli.

guns

czyli: PORZĄDEK

Nie jestem noblistą, a jednak całkiem dobrze rozumiem i wykorzystuję to o czym wspominało kilku z nich. Niektóre problemy można porównać do warstw cebuli: skoro zdejmując pierwszą, drugą, trzecią i czwartą zauważamy, że są podobne, to możemy śmiało – choć teoretycznie – założyć, że 5 i 6 (jeszcze nie odkryte) również będą podobne. Powstaje w ten sposób dość prosty wzór, który zawiera cechy owych podobieństw i pozwala przewidzieć wynik tego co jeszcze nie jest znane. Naszą cebulą może być działalność człowieka, teoretycznie wydająca się niebywale kreatywna. Działalność człowieka to oczywiście uogólnienie – bo mamy m.in. noblistów – ale np. działalność Polaka prowadząca do spieprzenia wszystkiego za co się weźmie, jest już pewnego rodzaju uściśleniem. Należy jedynie stwierdzić w badanym przypadku istnienie kilku najistotniejszych tradycyjnych polskich cech (pasujących do wzoru), by przewidzieć skutek wszelkich podejmowanych działań.

Zaczęło się całkiem mądrze, ale będzie całkiem prosto. Co łączy tablicę ogłoszeń i wolny rynek? Otóż wiele. Opisywałem jakiś czas temu przypadek kobiety, która rozwiesiła kilka ogłoszeń w miejscach niedozwolonych (bez wiedzy o tym, że są niedozwolone) za co miejscowa straż miejska nałożyła na nią dość wysoką karę. Spotkałem właśnie tę osobę, dzięki czemu poznałem dalszy ciąg jej historii. Zgodnie z zaleceniami straży miejskiej postanowiła rozwieszać swoje anonse na legalnych tablicach ogłoszeń. Któregoś dnia, po przypięciu swojej mizerniutkiej karteczki przysiadła na pobliskiej ławce by odpocząć, gdy do tablicy ogłoszeń podjechał młody człowiek na rowerze z wielkim zszywaczem i – mówiąc delikatnie – zasrał tablicę sporymi jednakowymi reklamami: „Tanie kredyty – gotówka od ręki” (nie muszę oczywiście dodawać, że wszystkie wcześniej pozostawione ogłoszenia zostały dokładnie zasłonięte). Straż miejska nie zareagowała, bo przecież wszystko jest legalnie, prawda? Opowiadająca mi historię kobieta, kolejny raz złamała prawo, gdyż wściekła zerwała część reklam „kredytów” by odsłonić swój anons, szczęśliwie straż miejska jej desperackiego czynu nie widziała.

Ustalenie tego „gdzie i czego nie wolno” idzie stróżom polskiej praworządności idealnie. Jeszcze lepiej idzie ustalenie „ile” za działania nielegalne należy zapłacić. Natomiast miejsca, w których „wolno” stróżów praworządności nie obchodzą w ogóle, tam uczciwcy mogą się powyrzynać. Związek tablicy ogłoszeń z wolnym rynkiem w Polsce jest taki, że tam gdzie „wolno” praktycznie tylko wolno, bo niewiele z tego korzyści a nawet wcale.

tk

PALIKOT DOBRZE KOMBINUJE – TYLKO JAK TO RUSZYĆ?

Przypierdalanie w Tuska przez Palikota nie kręci mnie i nie dlatego, że Tuska kocham. PO stała się partią z innej i wcale nie europejskiej rzeczywistości. PO nie wzbudza już moich i nie tylko moich emocji, kojarzy się z rozczarowaniem, naczyniem z dziurawym dnem, pogorzeliskiem, bramą, której spokojne minięcie daje radość płynącą z faktu, że nie wyskoczył z niej i nie zaczął nas ścigać jakiś komornik. Takie miejsca omija się szerokim łukiem a nie krzyczy w ich kierunku, prowokując. Atakowanie Tuska przysporzyło Palikotowi wrogów. Tak już bywa, że ludzie potencjalnie myślący wolą rozmowę z inteligentnym esesmanem niż tępym esesmanem kanalią, nawet gdy globalne skutki obu rozmów są identyczne. Tusk robi wrażenie istoty rozumnej a nawet obytej. Nie na pięści więc z nim, nie na inwektywy. Z takimi ludźmi konkuruje się na innych płaszczyznach. Wizerunkowo walenie w intelektualistę zawsze wygląda fatalnie, nawet gdy bywa słuszne. Mamy zresztą w Polsce speca od chamowatego obsrywania wszelkiego istnienia wokół. Potrzebujemy dublera?

W czym Palikot może konkurować z Tuskiem? Okazuje się, że istnieje taka płaszczyzna, należałoby jedynie obniżyć nieco poziom społecznego szumu wokół formy by skupić się na treści. Doskonale wiem o tym, że Polska nie jest krajem ludzi dialogu, lecz areną zapasów w błocie, dlatego kto głośniejszy, dosadniejszy lub głupszy ma szanse zyskać uwagę stosując się do marketingowych założeń typu: „na tysiąc odbiorców reklamy jeden klient”. Na zachodzie to działa, ale warto dbać o to, by tych 999 pozostałych nie chciało reklamującego zabić.

Kto mnie czyta wie, że duchem najbliżej mi do demokracji. Jestem zwolennikiem demokracji opartej na dwóch filarach – dobrym prawie i szacunku dla obywatela. O ile wykazuję niekiedy brak należytej uwagi pobratymcom, to zasadniczo dzikusom kreującym się obnośnie na cywilizacyjne zaplecze kraju. Jeżeli coś jest demokratyczne – doceniam to, zauważam i to jest ów poziom konkurencji, o której wspomniałem.

Niby nic wielkiego, lecz Palikot zrobił ostatnio coś dobrego. Na swojej stronie internetowej wymienił kiść postulatów, na które można zagłosować. Pozostawiając na boku otoczkę z klimatu fantasy, to sensowny ruch, nie tylko pozwalający ustalić to, co powinno być priorytetem aktywności partyjnej jego ugrupowania, ale także przypominający o tym, że istnieje w Polsce ugrupowanie, któremu jeszcze zależy na byciu „bliżej ludzi”. To ważne, szczególnie w czasach gdy polityczny mentoring i dyktat stały się powszechnie obowiązującą normą. Widząc tego rodzaju inicjatywy, zaczynam zastanawiać się nad dyskusjami o JOW-ach czy referendach, bo przecież tak właśnie powinny działać partie: „daliście nam głosy, współdecydujcie o kierunkach”. Szkoda, jedynie że np. ankieta ukazująca to, że wszyscy Polacy w mniejszym lub większym stopniu zgadzają się z J.Gowinem, zyskuje większy rozgłos i uwagę niż demokracja zaproponowana przez Palikota. No, ale ludzie są ludzie. Gdy spojrzymy na niektóre okładki Faktu czy Superekspresu (wysokonakładowe), to ocena sprawności obywatelskich mózgownic krytycznie zjeżdża w dół. TV człowiek nie wybiera, opłaca pakiet kablówki, ale płacić za lichy papier toaletowy? Skoro obywatele płacą, to znaczy, że potrzebują, skoro potrzebują, to znaczy, że wolą wypełnić czaszki sianem niż poszukać czegoś regenerującego neurony. Wiem, że Palikot nie jest zbyt wyszukaną terapią, ale czasem coś „błyska” i stąd dzisiejszy tekst.

ankieta Palikota

jpalikot
FOT. BARTOSZ BOBKOWSKI / AGENCJA GAZETA

BYĆE PATRIOTOM (uncensored version)

Tym razem natchnienie przyniósł mi sam premier Rzeczy Pospolitej, który kilka dni temu wyraził zdanie godne uwiecznienia. Zdanie padło w kontekście sejmowego głosowania na temat poruszony we wczorajszej notce i brzmiało następująco: „To był spór o politykę wewnętrzną, kto kogo bardziej przekrzyczy, że jest patriotą”.

O ile zjawisko nirwany znane jest głównie buddystom, to jestem nielicznym wyjątkiem, który łaski owego objawienia doświadczył. „K***a!” – pomyślałem – „Jak to wszystko pasuje!”.

Jakim cudem wnikliwy lud to przeoczył? – nie wiem. Dziwimy się spektaklom ulicznym autorstwa ostatniego z braci mniejszych, jego cudom na kiju, mocnym i głośnym słowom. Widząc i słysząc to, lud polski czuje obawy, gdy raczej powinien ryczeć ze śmiechu. Nie popadnę w przesadę twierdząc, że mózg przeciętnego pisowca funkcjonuje jak mózg przedszkolaka. Dlaczego? Otóż w tej grze chodzi dokładnie o to samo co w przedszkolnych przekomarzaniach na temat np. tego czyj tata przyjedzie większym pojazdem. Dla dziecka – jak wiadomo – wielkość ma poważne znaczenie w ocenie wartości i podobnie przeciętny zwolennik pis podchodzi do życia. Jeżeli zwykły Polak wywiesi na balkonie flagę w święto narodowe, to sympatyk pis wywiesi dwie. Jeżeli ktoś stwierdzi spokojnie „jestem Polakiem” to sympatyk pis zacznie wrzeszczeć to samo i to dużymi literami. Gdy za element polskości zostanie uznana niechęć np. do komuny, to sympatyk pis ogłosi wszem i wobec, że jutro wymorduje milion wrednych komuchów a cztery trupy już trzyma w wersalce.

Jak zakompleksionym i tępym błaznem trzeba być, by w dorosłym życiu stosować takie miary, trudno pojąć. Gdy ktoś powie o tragedii i lud polski spojrzy nań przychylniej, to za chwile wściekły Jaru ogłosi (trzy razy głośniej) wystąpienie wyjątkowo okrutnej i brutalnej tragedii. Zwróćcie uwagę, że opisywany wzór pasuje do wszelkiej aktywności publicznej „Najprawdziwszych”. Dowolna racja, krytyka, temat, które zwrócą publiczną uwagę a co gorsza uznanie, zostają natychmiast wyostrzone i napompowane. Gdy Tusk załatwi 200 czegoś, to Kaczyński ogłosi, że załatwiłby 400. 30% Polaków-gamoni tę paranoję łyka.

Ponoć Hitler też był zakompleksiony i nic dobrego z tego nie wyszło. Jak więc bronić się przed pisowskim pudłem rezonansowym, skoro jesteśmy zwolennikami redukcji hałasu? Logicznie rzecz biorąc należałoby unikać wyrażania patriotyzmu jak ognia. Unikać upamiętniania czegokolwiek. Zamieszkać w piwnicy i nie odzywać się by piszewika nie zmotywować. Trochę to jednak kłopotliwe, gdyż przeciętny adresat tych starań (choć i niemała część narodu), napędza się tego rodzaju konkurowaniem. Gdy nie ma konkurencji będą prowokacje by wykazać, że coś ma się lepsze, droższe, większe, głupsze lub mądrzejsze. Ważne jest jednak to, że ów piszewik nie ma władzy, nie ma majątku, nie ma niczego i dlatego czuje, że musi zaistnieć. Oni naprawdę są biedni. Ponoć niedowartościowanych należy chwalić, bo niechwaleni mogą pogryźć. No ale za co pochwalić pis???

patr

WĄTPLIWOŚCI NIE DEPCZĄ PAMIĘCI

Strach przed niestosownością piętnowałem nie raz. Nie raz łamałem tabu i bynajmniej dla widoczności czy podobnych trofeów. W swoim mniemaniu walczyłem o ludzki rozsądek nie chcąc być chłopcem, który czeka pokornie w kolejce na odpowiedni moment do wyrażenia racji. Doświadczenia (nie tylko własne) ukazały, że taki „dobry moment” nie następuje nigdy, w związku z czym przyjąłem, że warto stawiać na szczerość i liczyć się z konsekwencjami wynikającymi nierzadko (i niestety) z ludzkiej naiwności czy ludowej kołtuńskiej układności. Do wyłamania się z szeregu popycha ludzi zazwyczaj jakaś idea. Gdy jej brakuje wolimy święty spokój i poddajemy się przeróżnym dyscyplinom, patosowi, zaryglowanym bramom historii. Nawet gdy zauważamy w pewnym momencie, że ktoś cynicznie nasze „milczenie i szacunek” wykorzystuje, posiłkujemy się krzepiącym: „nie będę zniżać się do jego poziomu”.
Wtedy przegrywamy.

Przetoczyła się przez Polskę dyskusja o Rzezi Wołyńskiej. Wstrząśnięci obywatele nie mogli zrozumieć postawy przeciwników nazwania „czarnego czarnym” i sceptycyzm tychże natychmiast zakwalifikowano jako przejaw braku ludzkich uczuć, nierozumienia pojęć czy otwartego bolszewizmu. Rzecz nie jest jednak tak prosta. Już na tym etapie, można byłoby zadać kilka pytań: Czy zwolennicy użycia terminu „ludobójstwo” rozumieją, że w prawie międzynarodowym otwiera ono drogę do roszczeń? Czy ogół współczesnych obywateli Ukrainy powinien być obciążony grzechami swoich przodków? Czy zwolennicy zdają sobie sprawę z tego, że przyjmując uchwałę w proponowanym brzmieniu Polska wystąpiłaby we własnej sprawie, gdy właściwym działaniem byłoby wpływanie na przyjęcie ewentualnej ustawy przez parlamenty innych krajów a szczególnie Ukrainy?

Rzeź Wołyńska, tak jak Rzeź Ormian czy Holokaust, noszą wszelkie znamiona ludobójstwa i choć pojęcie „ludobójstwa” brzmi niezwykle klarownie, to jest terminem prawnym a nie potocznym. Uznanie „Rzezi Wołyńskiej” przez polski sejm za ludobójstwo byłoby oskarżeniem bez procesu burzącym fundamenty demokratycznego, zachodniego prawodawstwa. Zachodni system prawny odrzuca możliwość karania za czyny popełnione przed powstaniem przepisów zakazujących.

Termin „ludobójstwo” (ang. genocide) wprowadził do prawa międzynarodowego polski prawnik żydowskiego pochodzenia Rafał Lemkin pod koniec 1948. Sam termin ukuł w roku 1944. Oznacza to, że każda zbrodnia nosząca znamiona ludobójstwa dokonana przed rokiem 1948, nie może zostać uznana prawnie za ludobójstwo gdyż nie funkcjonowała tego rodzaju definicja. Nie oznacza to, że winowajcy są bezkarni. W ówczesnym systemie prawnym istniało m.in. pojęcie „zbrodni przeciwko ludzkości”, które w najmniejszym stopniu nie blokuje procesu mającego na celu pracę na rzecz zadośćuczynienia krzywdom. Gdybyśmy usankcjonowali omawiane pojęcie powagą sejmu (przepraszam za oksymoron) równie dobrze moglibyśmy uznać rudych za przestępców i osadzać ich w zakładach karnych. Moglibyśmy uznać Żydów za naród wrogi Polsce i rościć sobie prawa do żydowskich majątków. Moglibyśmy uznać, że każdego rodzaju aborcja jest zbrodnią i skazywać wszystkie kobiety, które dokonały aborcji przed ustanowieniem zakazu. Moglibyśmy uznać, że ateizm jest przestępstwem i skazywać ateistów, którzy uznali taki światopogląd wcześniej ciesząc się wolnością sumienia i wyznania. Prawo nie działa wstecz (Lex retro non agit).

Rzeź Ormian doczekała się w wielu krajach uznania za noszącą wszelkie znamiona ludobójstwa, czyli w największym skrócie „ideologicznego podżegania do/i popełnienia zbrodni na całych grupach etnicznych, rasowych, wyznaniowych, etc.” (wg. kilku badaczy „barbarzyńską ideologią” był dżihad – choć nad tą tezą nadal dyskutuje się). Turcja nie poczuwała i nadal nie poczuwa się do odpowiedzialności, co stanowi przeszkodę w jej procesie integracji z UE. Istotne jest jednak to, że nie chodzi tu tyle o roszczenia ze strony Ormian, ale samo uznanie przez Turcję zaistnienia historycznego faktu eksterminacji Ormian (Turcja utrzymywała, że Ormianie wyginęli z powodu epidemii). Społeczność międzynarodowa wyraziła głównie sprzeciw wobec polityki zaprzeczeń.

Jaka ideologia zobowiązywała ukraińskich narodowców do mordowania Polaków? Tego rodzaju ideologia pozwalałaby na stwierdzenie nie znamion lecz faktu ludobójstwa, choć proces nadal nie byłby możliwy z powodów wymienionych wcześniej. To kolejna przeszkoda. Czy zabijanie w imię sąsiedzkiej zawiści, zemsty lub „genetycznej wrogości” można uznać za ludobójstwo? Niestety nie.

Ostatnia istotny problem ma wymiar najbardziej dla Polaków trudny. Nie byliśmy jedynie ofiarami. Termin „ludobójstwo” nie określa skali lecz charakter czynów. Jeżeli mamy na sumieniu zabicie lub prześladowanie choćby 10 Ukraińców w imię idei nakazującej dokonać zbrodni tylko z powodu ich ukraińskiej narodowości, to nasze działanie również należałoby nazwać ludobójstwem.

Szafowanie dowolnym terminem prawnym przez polski sejm nie leży w interesie naszej wiarygodności, nie jesteśmy ponad prawem. Sejm nie jest międzynarodowym trybunałem sprawiedliwości i podobnie nie możemy dowolnie interpretować takich pojęć jak kradzież, terroryzm, korupcja czy kazirodztwo. Warto pamiętać, że w Norymberdze nawet Holokaustu nie uznano za ludobójstwo, gdyż takie pojęcie nie istniało w prawie narodów. Przywódców III Rzeszy skazano w zgodzie z obowiązującymi ówcześnie przepisami. Rafał Lemkin zabiegał o wykorzystanie terminu i definicji swojego autorstwa, ale jego wysiłki, zapewne ze względów politycznych zakończyły się fiaskiem.

genoc2