KRYTYKA, KRYTYKA, KRYTYKA, KRYTYKA…

by romskey

Gdyby wydawca pewnego amerykańskiego niskobudżetowego filmu grozy posłuchał opinii polskich znawców kina, odłożyłby zmontowaną za 15 tys USD „taśmę” na bok i zajął się czymś bardziej nadziejnym. Nie posłuchał. Zarobił w pierwszym tygodniu wyświetlania 9 mln USD i od tamtej pory dokręcił kolejne 3 lub 4 części. Podobnie działo się z płytą znanego zagranicznego zespołu, która została uznana przez sieciowych krytyków za największą porażkę. Album uzyskał w Polsce status złotej płyty.

Biadolenie nad biadoleniem jest mało twórcze, dlatego nie będę znęcał się nad polskim kasandryzmem. Zastanawiam się nad tym, ile dochodowych produkcji czy to artystycznych, gospodarczych czy politycznych rzucamy rok rocznie o glebę? Większość z nas nie wie o tym, że złymi ocenami dzielimy się z kilkunastoma osobami, gdy oceny dobre pozostawiamy najczęściej dla samych siebie. Nie warto wyjaśniać przy takiej statystyce wszechobecnej aktywności sektora public relations bombardującego nas durnowatym entuzjazmem. Czy powinniśmy dziwić się kosmicznym kwotom wydawanym przez polityków na „docieplanie” wizerunku, skoro powiedzieć, że ktoś jest świnią – łatwo, ale udowodnić, że jest inaczej oznacza już całkiem spore koszty?

W Polsce wykształciło się dość ponure zjawisko, które określić można mianem „krytyki ideowej”. Ofiarą tejże, może nawet paść – jak zdarzyło się niedawno – „wkręcona” przez dziennikarzy posłanka, która wyśmiała program własnej partii przedstawiony jako program konkurentów. Podobnie skutki niesie „ideowy entuzjazm”. Płacimy za to i tracimy na tym, gdy dopiero gdzieś między opiniami fatalnymi a tymi durno-optymistycznymi jesteśmy my i nasza rzeczywistość.

crc1

(graph: usatoday.com)

Reklamy