BYDŁO, NARÓD CZY NEOFASZYŚCI?

by romskey

Niewątpliwym plusem internetu jest możliwość nadrabiania „dokumentalnych” zaległości. Dziesiątki tysięcy filmów, zdjęć, wywiadów, wizualnych rekonstrukcji. Getto Warszawskie, lubelskie, Einsatzgruppen… Wiele materiałów niepublikowanych wcześniej lub ocenzurowanych, pozwala poczuć atmosferę przeszłych epok, daje sposobność spojrzenia w oczy ludziom których już nie ma, odczytania emocji z ich twarzy, posłuchania lubianej przez nich muzyki, zapisania w pamięci wyglądu ulic. Łączenie tych elementów z tym co wiemy o historii tworzy naprawdę niezwykłą układankę a w odtwarzany świat można niemal wejść, by lepiej go zrozumieć.

Obserwując współczesność, żyjąc w niej, pojawia się myśl: „To już kiedyś było”: zwalczanie lewicowych bojówek i sympatyków komunizmu, ochrona wieców partyjnych przez agresywnych ludzi, popychanie dyplomatów, szykanowanie dziennikarzy… pomimo szczerych chęci, działalności polskich NOP-ów i podobnych tworów nie sposób nie skojarzyć z aktywnością niemieckich Freikorpsów (później SA).
Zastanawiam się nad tym, czy ludzie takie postawy mają w genach czy potrzebna jest do tego jakaś ideologia? Pytanie nie jest bezzasadne, gdyż trudno porównać dotkliwość obecnej sytuacji w Polsce do realiów Niemiec po I Wojnie Światowej. Nie grozi nam pochód komunizmu ze wschodu niosący widmo zniesienia własności prywatnej, kościoła, nie przegraliśmy wojny, nie straciliśmy ziem, nie zostaliśmy „oszukani i poniżeni” międzynarodowymi traktatami.
Zarówno Ruch Narodowy jak i Freikorpsy wykorzystały ten sam słaby punkt demokracji. Niemiecka armia – Reichswehra – zgodnie z ustaleniami „niesprawiedliwego traktatu” mogła liczyć zaledwie 100 tys. członków, natomiast paramilitarna SA, w 1934 liczyła ponad 3 mln działaczy. Jeżeli nie istnieje zainteresowanie lub możliwość realizowania się w armii, można skorzystać z „prawa zgromadzeń i stowarzyszania się”. Dyscypliny nie ma, kule nie świszczą, zadania do wykonania typu: wybuczenie czy obicie lewackich pysków – jak najbardziej proste, no i za Ojczyznę przecież. Wieczorem na piwo.

Polskich Freikorps nie tworzą pozbawieni pracy przegrani żołnierze jak to miało miejsce w Niemczech. Polskie Freikorps tworzą poszukujący dumy i tożsamości młodzi ludzie, niestety zapomniani przez system. Zasłużenie się, docenienie, działanie w słusznej sprawie, zjednoczenie – tym chcą karmić swoje serca.
Tylko dlaczego chcą zaczynać od naśladowania akurat żołnierzy wyklętych w końcowej fazie ich działalności? Czy kradzenie kur i samodzielnie wykonywane wyroki śmierci nie zdradzają niezbyt ambitnych zapatrywań? Parawan bogoojczyźnianego pięknosłowia, ma zastąpić honor wojskowego munduru?
Polacy to urodzeni partyzanci, kochają „polską złotą wolność” a jednocześnie chcą by opiewano w pieśniach ich wojenne zasługi. Partyzantka wydaje się być konsensusem między wojskową dyscypliną a swobodą. Tylko w przybudówkach Ruchu Narodowego nie widać nawet 1% ducha armii. Widać ludzi wychowanych na komputerowych strzelankach i ustawkach, których wojenny ubaw skończyłby się po pierwszym postrzale lub widoku konającego druha z oberwaną kończyną. Czy można zasłużyć się nokautując niebroniącego się geja czy przyćpanego anarchistę? Czy można zasłużyć się głośno krzycząc „raz sierpem, raz młotem…”? Gdyby ci ludzie wsłuchali się w słowa Baumana zamiast wertować jego drzewo genealogiczne, dostrzegliby że właśnie o ich tę bardziej ziemską sprawę mu chodziło i wcale nie trzeba być komunistą by z człowiekiem zgodzić się. Niestety, w Polsce nie liczy się co kto mówi tylko kto mówi. Żyd, pedał czy ateista z założenia mówią źle. Prawdę mówi tylko biskup.

Trwa wojna ideologiczna wykraczająca nieco poza ramy salonowej dyskusji. Czy może wyjść z tego jakiś hitleryzm? Trudno być wróżką – pewne klocki muszą do siebie pasować by powstał domek, jednak gdy naruszane są prawa obywatelskie to kończy się dyskusja o ideologii a zaczyna twarde prawo. Nie napawa optymizmem to, że niektóre aspekty działalności współczesnych żołnierzy wyklętych spotykają się z bierną akceptacją władz i czynną kościoła. Gdy słyszę m.in. z ust Korwina Mikke o potrzebie tolerancji dla nietolerancji, otwiera się w mojej kieszeni scyzoryk. Przestępca nawet gdy dwadzieścia razy okręci się polską flagą i łańcuchem z różańców pozostanie przestępcą. Zbyt wiele też w tym wszystkim polityki, gdyż spora część Polaków, zaczyna interesować się przestrzeganiem prawa dopiero wtedy, gdy można dzięki niemu dokopać politycznym konkurentom. Największym zaś społecznym cieniem jest to, że wielu rodaków tak naprawdę nie boi się emitowanych przez „prawą stronę” z niezwykłą częstotliwością zagrożeń, lecz boi się podpaść tym, którzy ową nienawiść i lęki sieją. Czy dająca święty spokój ducha tolerancja zaczęła wymagać dziś niezwykłej odwagi? Chyba tak.

Ernst_Röhm copy

Reklamy