WIARA

by romskey

Czasem uchodzi z nas powietrze, czasem nie mamy na coś wpływu, czasem nasze źródła energii tracą moc. Jak przekonać samych siebie do tego, że to jedynie chwilowa niedyspozycja, że jutro znów pełni wiary staniemy w szranki z rzeczywistością? Umysł programuje się w takich momentach samoczynnie, nasiąka „stanem zawieszenia” i im dłużej tym gorzej. Warto od tego uciec. Ludzka świadomość jest najsłabszym ogniwem. Gdy nie mamy ochoty na nic, to co dodawało nam zawsze skrzydeł trafia (jakby) za grubą pancerną dźwiękoszczelną szybę, głowę wypełniają ponure myśli nad sensem, obwinianie siebie, innych, spod ziemi wyrastają wyrzuty sumienia i samokrytyczne oceny. „Maszeruj albo giń” – mówi znana reguła, ale dokąd, gdy zatracony zostaje kierunek? Utrata motywacji dotyka nas w różnych i nie zawsze wymarzonych momentach.

Bliska osoba, grupa wsparcia, używki, religia – to zaledwie uśmierzacze, nie leczą choroby lecz kamuflują jej objawy. Można bardzo szybko przywyknąć i przekonać się o tym, że nie sposób bez nich obejść się a wtedy – przy ich braku – będziemy straceni dla tych, którzy będą potrzebować od nas życiodajnych sił. Nie rodzimy się tytanami, jednak pamiętajmy o tym, że tylko złe sytuacje potrafią ukazać nam kondycję wewnętrznych generatorów energii.

Utrata motywacji wynika z dość abstrakcyjnego powodu. Z nie w pełni przemyślanego pompowania balonu oczekiwań. Organizm w najprostszym ujęciu nastawia się na sukces choć oparty bardziej na wierze niż trwalszych fundamentach. Nasze oczekiwania są zwykle bardzo niestabilnymi konstrukcjami. Zachwyceni chwilowymi osiągnięciami przyjmujemy, że jesteśmy skazani na powodzenie. To nieracjonalne. Szczęście, domyślność, wiara w to, że gwiazdy ułożą się w oczekiwaną przez nas konstelację to utopia. Utopią jest również planowanie powodzenia, gdyż nigdy nie uda się nam wziąć pod uwagę wszystkich możliwych czynników a szczególnie tych negatywnych.

Ludzie którzy osiągnęli sukces, nigdy nie planowali jego wielkości, nie planowali samego sukcesu, nie zaczynali nim żyć zanim wykonali pierwszy krok. Napotykając niepowodzenia, których nie byli w stanie przekroczyć, wracali do punktu wyjścia, zwracali uwagę na to, które ścieżki wyprowadziły ich w pole, analizowali słabe spoiwa-punkty które pękły, odsiewali fikcje od tego co rzeczywiście zrobili. Zaczynali od początku, pełniejsi doświadczeń i silniejsi gdyż potrafiący akceptować porażkę jako wynik rzeczywistych błędów, a nie pecha.

Zastanawialiście się pewnie nie raz nad tym, do czego niektórym ludziom potrzebne są miliardy na koncie? Otóż oni założyli sobie, że będą robić pieniądze i po prostu to lubią, nieszczególnie przejmowali się tym „ile”. Jesteś kimś do póki walczysz (grasz), a nie tylko wtedy gdy wygrywasz.

Reklamy