Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Czerwiec, 2013

KRYTYKA, KRYTYKA, KRYTYKA, KRYTYKA…

Gdyby wydawca pewnego amerykańskiego niskobudżetowego filmu grozy posłuchał opinii polskich znawców kina, odłożyłby zmontowaną za 15 tys USD „taśmę” na bok i zajął się czymś bardziej nadziejnym. Nie posłuchał. Zarobił w pierwszym tygodniu wyświetlania 9 mln USD i od tamtej pory dokręcił kolejne 3 lub 4 części. Podobnie działo się z płytą znanego zagranicznego zespołu, która została uznana przez sieciowych krytyków za największą porażkę. Album uzyskał w Polsce status złotej płyty.

Biadolenie nad biadoleniem jest mało twórcze, dlatego nie będę znęcał się nad polskim kasandryzmem. Zastanawiam się nad tym, ile dochodowych produkcji czy to artystycznych, gospodarczych czy politycznych rzucamy rok rocznie o glebę? Większość z nas nie wie o tym, że złymi ocenami dzielimy się z kilkunastoma osobami, gdy oceny dobre pozostawiamy najczęściej dla samych siebie. Nie warto wyjaśniać przy takiej statystyce wszechobecnej aktywności sektora public relations bombardującego nas durnowatym entuzjazmem. Czy powinniśmy dziwić się kosmicznym kwotom wydawanym przez polityków na „docieplanie” wizerunku, skoro powiedzieć, że ktoś jest świnią – łatwo, ale udowodnić, że jest inaczej oznacza już całkiem spore koszty?

W Polsce wykształciło się dość ponure zjawisko, które określić można mianem „krytyki ideowej”. Ofiarą tejże, może nawet paść – jak zdarzyło się niedawno – „wkręcona” przez dziennikarzy posłanka, która wyśmiała program własnej partii przedstawiony jako program konkurentów. Podobnie skutki niesie „ideowy entuzjazm”. Płacimy za to i tracimy na tym, gdy dopiero gdzieś między opiniami fatalnymi a tymi durno-optymistycznymi jesteśmy my i nasza rzeczywistość.

crc1

(graph: usatoday.com)

Reklamy

DZIEŃ DOBRY ZŁO

Internet a szczególnie „polityczny” wciąga. Łatwo wpaść w wir bieżących zdarzeń i raczej rzadko nachodzi nas refleksja nad tym, czym tak właściwie karmimy swoje myśli, czym nasiąkamy. Powódź, wypadek, morderstwo, zagrożenie, ewakuacja, zamach, proces, eksces, gwałt, marnotrawstwo i przekręt. Znałem osoby, które postanawiały przeciwstawić się temu nurtowi publikując wyłącznie informacje pozytywne, jednak ich teksty nie cieszyły się wzięciem. Czy nie odczuwamy zapotrzebowania na „dobro”? Myślę, że po prostu, trudno odwrócić uwagę widzów groźnego wypadku ofertą posłuchania muzyki. Pozytywne treści – o ile takie pojawiają się – bywają dla mediów jedynie chwilową odskocznią, wentylem. Akcentem dodanym w końcówce newsów i jak cały apokaliptyczny wcześniejszy przekaz, sprowadzonym do poziomu najprostszych emocji: błąd językowy na opakowaniu, narodziny pandy w chińskim zoo, 15 sekundowy występ performera w YT.

Strach jest bardziej magnetyczny. Przyciąga do miejsc, które o jego źródłach mówią. Gdy w czasach (niemal) zamierzchłych sprzedaż gazecie zapewniał trup na pierwszej stronie, to dziś możemy spokojnie sparafrazować stare powiedzonko i stwierdzić: „Nic tak nie ożywia wiadomości tv, jak masowe ludobójstwo w porannym wydaniu” (wieczorem powinno być już nowe). Jeden z byłych więźniów Auschwitz starający się przekazać młodym prawdę o obozie mówił: „zwykły człowiek potrafi wyobrazić sobie i przyjąć do wiadomości nagłą śmierć 10, 15 może 20 ludzi. Jednak gdy dowiaduje się o następującej w ciągu jednego dnia śmierci 10 tysięcy, to jego umysł nie jest w stanie tego ogarnąć”. Człowiek pozbawiony swojego jednostkowego znaczenia, staje się częścią szarej wielkiej masy. Pojawia się nieunikniona znieczulica, rezygnacja wobec niemożliwej do ogarnięcia umysłem skali. Nasz sprzeciw ulega metamorfozie. Pierwsze przestępstwo oburza, kolejne mniej a informacja o stu podana jednocześnie, najwyżej tylko przygnębi. Czy warto dziwić się frustracjom, poczuciu bezsilności, niemocy? Kim jest ów nieugięty i jeszcze walczący bloger lub publicysta ze znanej gazety wobec istnej nawały grozy i zniszczenia? „Kropla nie drąży tej skały”.

Bardzo pragnąłem by ten tekst przyniósł nieco optymizmu:) choć jak widać przy tym temacie to niemożliwe. Mam jednak nadzieję, że kilka powyższych zdań przyniesie Wam coś dobrego. Skopanie ogródka, wypad za miasto z rodziną czy wyjście ze znajomymi na piwo (lub mleko) dla wielu ludzi to świetna sprawa i co ważne a zarazem zaskakujące: świat nie wali się w czasie, w którym takim zajęciom oddajemy się:)
Miłego weekendu Wam i sobie Życzę:) Więcej pozytywu!:)

OKRUCIEŃSTWO W GENACH?

Czy wzburzenie na cudze okrucieństwo może uczynić nas okrutnymi? Oczywiście. Nie tylko w sieci roi się od pokaźnych list najbardziej zwyrodniałych kar dla dewiatów mających na sumieniu cierpienia zwierząt lub ludzi. Tworzą je często całkiem spokojne jednostki. Dzieje się tak, gdyż zwykłym śmiertelnikom wydaje się, że w ramach zemsty okrucieństwo jest usprawiedliwione, choć czy torturowanie zaspokaja naszą potrzebę sprawiedliwości? Tylko chwilowo. Początkowo zadawanie cierpienia wydaje się nam uzasadnione, szczególnie wtedy gdy wcześniej sami, osoby bliskie lub osoby, z którymi łączy nas emocjonalna więź padły ofiarą okrutnych działań. Odpowiedzi o źródło satysfakcji z odwetowego, choćby dopiero planowanego sadyzmu można szukać w naszym dość prostym instynkcie. Chcąc ocalić własne życie lub sprzeciwić się zadawanemu bólowi, musimy pozbyć się wszelkich skrupułów by unicestwić zagrożenie i biochemiczna fabryka działająca w naszym organizmie daje nam taki komfort. Gorzej gdy buzujące hormony i enzymy przestają działać i przychodzi chwila refleksji nad dokonaniami. Czy spoglądając na swoje dzieła pojawi się pytanie o to czy sami staliśmy się sadystami? Czy zastanowimy się nad tym, czy zemsta na osobie upośledzonej psychicznie była właściwa? Czy zawsze mamy pewność, że dokonaliśmy sprawiedliwej zemsty na kimś kto szkodził nam z premedytacją (mógł szkodzić nieświadomie, np. urzędnicy)? Dlaczego, zbrodniarze, którzy wpadali w ręce policji wypowiadali niekiedy słowo „Nareszcie”? Sumienie dość często przypomina o swoim istnieniu.

Skoro okrucieństwo może wywołać okrucieństwo, to skąd bierze się to „pierwsze”, pozornie nieuzasadnione niczym? O problemie napisano tomy. Seryjni mordercy, gwałciciele, pedofile – w ogromnej części przypadków byli okrutnie traktowani w dzieciństwie i nie należy tu rozgraniczać okrucieństwa fizycznego od psychicznego. Osobnicy ci, biorą odwet za własną przeszłość. Okrucieństwo może być również skutkiem systemu co wykazał m.in. Philipe Zimbardo w „eksperymencie więziennym”. Podzielenie ludzi na lepszych i gorszych prowadzi do nie zawsze uświadomionego okrucieństwa ze strony lepszych wobec tych gorszych. Istnienie systemom zapewniają nierzadko autorytety, nakazujące dokonywanie okrutnych działań, usprawiedliwiający, rozgrzeszający, stwierdzający, że działania podejmowane są w wyższym celu. Kolejna przyczyna to słabość. Dlaczego dostrzeżona słabość jednych prowadzi do okrutnych zachowań drugich, silniejszych? Na to pytanie lepiej odpowiedzi nie znać. Odzywa się w nas instynkt nakazujący eliminować jednostki słabsze, niepełnowartościowe.

Okrucieństwo rozumiemy jako zadawanie bólu bez konkretnej przyczyny, choć warto zastanowić się czy istnieje jakakolwiek konkretna przyczyna zadawania bólu? Czy ból zmienia? Ból jedynie dyscyplinuje, ale wystarczy chwila w której dyscyplinujący strażnik zniknie, by poprawność wywołana bólem i strachem przed karą prysły jak mydlana bańka. Gdy nikt nie widzi, popełniamy wiele paskudnych rzeczy (internet dowodem). Bywamy okrutni z zazdrości, strachu, z poczucia misji, z chęci ukrycia własnych kompleksów, chciwości, z poczucia niesprawiedliwości, braku samorealizacji. Czy istnieją granice, których w krzywdzeniu innych nie można przekroczyć? Dotychczas ustalono, że taką granicą jest fizyczność drugiej osoby, dlatego tak wysoko rozwinęły się formy krzywdzenia psychicznego, wobec którego sądy są najczęściej bezradne. Okrucieństwo psychiczne stało się narzędziem osiągania przewagi nad rywalami w sporcie, polityce i innych dziedzinach, w których liczy się dający spore korzyści cel i tzw. skuteczność.

Czy osoby skazane za okrucieństwo, po odbyciu kary powinny być trwale izolowane od społeczeństwa? Czy nauczyciele, którzy dopuścili się okrutnych czynów na nieletnich ale ich wyroki zostały zatarte powinni tracić prawo wykonywania zawodu? Tu nasza logika musi skapitulować, gdyż nie istnieje podstawa prawna by taki przepis mógł zaistnieć. Pewien wyjątek stanowią przypadki działania w ramach recydywy, gdzie prawdopodobieństwo ponownego wkroczenia na ścieżkę bezprawia jest b. wysokie. Skazywanie kogoś za domniemanie tego, że może popełnić przestępstwo było od wieków narzędziem tyranów, którzy eliminowali w ten sposób tych którzy byli dla nich niewygodni. Życie straciły miliony niewinnych ludzi a pamięć o nich sprawiła, że karzemy tylko za czyn popełniony w chwili obowiązywania danego przepisu.

Przeciwdziałanie okrucieństwu rozpisano na pokolenia. Zakazano okrucieństwa wobec dzieci – by nie tworzyć ludzi okrutnych w przyszłości. Zakazano dyskryminacji by nie tworzyć podziałów na lepszych i gorszych. Zakazano istnienia systemów politycznych i religijnych, w których okrucieństwo jest wynoszone na piedestał. Niestety proces ten nie obywa się bez zgrzytów. Kościół katolicki dzieli ludzi na wierzących i niewierzących (lepszych i gorszych) a czym jest wiadomość o piekle dla 5-cio latka niechodzącego do kościoła wie tylko taki pięciolatek. To samo dzieje się w islamie. Przeciwdziałanie okrucieństwu oparto na eliminacji przyczyn, których jak widzicie jest dość sporo. Regulacje wciąż omijają media, sport, biznes, nawet gdy pojawiło się pojęcie „granic dopuszczalnej prowokacji”. Media i politycy szczują, poniżają, straszą i dzielą – w imię wielkich idei lub dla pieniędzy a w społeczeństwie emocje bywają silniejsze niż zakazy, reguły, rozum. Dość łatwo ulegamy nienawiści, chęci zemsty, potrzebom radykalnego rozwiązania problemów w obliczu różnych zagrożeń. Jednak możemy starać się panować nad sobą w chwilach, w których mamy ochotę krzywdzić innych. To staranie ma najprostszą pod Słońcem podstawę: w ten sposób odróżniamy się od prymitywnych bestii i zyskać możemy miano cywilizowanych istot. Nie pozostajemy bezbronni. Potrzeba krzywdzenia nie jest nieodzownym elementem uśmiercania czy zadawania bólu w „słusznej sprawie” np. w obronie. Różnica polega na tym, że wymierzając nawet surową karę nie powinniśmy odczuwać satysfakcji, nie piać z zachwytu ze śmierci innych, z ograniczania ich praw. Tylko wtedy można mówić o „wyższej konieczności”, gdy nasze czyny jedynie noszą znamiona okrutnych ale takimi nie są bo okrucieństwo nie jest intencją, nie przynosi satysfakcji, jest przykrą koniecznością, z której najlepiej korzystać jak najrzadziej.

leonardo2

GDY BĘDZIEMY SZWAJCARAMI

Polak potrafi. Porzekadło o lataniu na drzwiach od stodoły kojarzymy z kreatywnością, zaradnością, gotowością mierzenia się z trudnymi wyzwaniami. To że „Polak potrafi” jest dla nas powodem do dumy. Nie mieć nic a zrobić coś – to wyczyn, wyczyn nieznany w świecie zachodu, gdzie o osiągnięciach wciąż decydują: praca, upór, wiedza a najlepiej hojny sponsor. W Polsce wystarczą pomysł i wiara: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele i? – jakoś to będzie !„.

Pomimo wartych uwagi zastrzeżeń dotyczących sposobów rozdysponowywania funduszy, Polska zmienia się. Nie przypominamy już zapuszczonych błotnistych miasteczek wschodniej Europy. Warto tu jednak przytoczyć włoskiego polityka Massimo d’Angelio, który po zjednoczeniu Włoch w 1861 stwierdził: „Mamy Włochy, teraz trzeba nam stworzyć Włochów”. Z tworzeniem Polaków-Europejczyków idzie nam jak po grudzie.

JOW, referenda… wszystko jak najbardziej dla ludzi. Tylko czy najpierw należałoby stworzyć ludzi czy referenda? Rzucamy się na różne pomysły zakładając, że gdy coś udało się w Szwajcarii to wyjdzie i u nas. Proponujący rozwiązania zazwyczaj nie są w ciemię bici ale przyjmują jako pewnik to, że skoro oni rzecz pojmują to masowy konsument jest w stanie nadziejne rozwiązania przyswoić i wykorzystać. Powiedzieć „głupi naród” – byłoby błędem, po prostu inaczej do tego wszystkiego podchodzimy, inaczej mentalnie. Kolejny raz spoglądamy w kierunku drzwi od stodoły i myślimy „jakoś to będzie”, gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że „jakoś” może nie całkiem być zgodne z naszymi zamysłami. Gdy przeciętny Polak nie zna prawa, ba! swoich praw, wie o ekonomii tyle co uczeń podstawówki, nazwy ideologii kojarzy z rozkładem siedzeń w sejmie, to co u licha może zbudować? O jakiej polityce może zdecydować? Możemy referendami nadawać tytuły naukowe.

Brakuje przy wielu proponowanych rozwiązaniach refleksji nad tym, kto z światłych zdobyczy demokracji będzie korzystał. Owszem, możemy realizować się za sprawą prób i błędów, uczyć się potykając – ale czy mamy na to czas, zdrowie i cierpliwość? Czy możemy pozwolić sobie na ryzyko? Czy stać nas na nie? Nie zbudowaliśmy jeszcze demokracji a już krzyczymy, że jest zła. Jest zła, ma sporo wad – to fakt, ale jesteśmy dopiero na początku drogi gdy wielu chce już rezygnować, bo miało być „za chwilę”. Korzystając z demokratycznych metod wielu z nas chce zbudować państwo kościelne, totalitarne czy zastąpić ideę państwa anarchią. To trochę nieuczciwe. Czy Polacy chcą umacniać demokrację za sprawą demokratycznych metod czy może dostrzegli w demokracji luki, które można narzędziowo wykorzystać do budowy czegoś zupełnie innego, do jej zniszczenia? Co przeciętny Polak wie o mechanizmach funkcjonowania społeczeństwa? Czy jest skłonny do przeanalizowania tego, kto okazuje się najsilniejszym graczem gdy naród w pospolitym ruszeniu odzyskuje wolność i czy jest to gracz oczekiwany? Czy zdajemy sobie sprawę z mechanizmów kształtowania opinii publicznej?

Głupcy mogą stworzyć demokrację głupców – czy taka będzie nadal demokracją? Demokracja to władza obywateli, bo władza ludu to najczęściej lincz. Jaka jest różnica między ludem a obywatelem? Gdy będziemy „Szwajcarami” łatwiej przyjdzie nam na to pytanie odpowiedzieć. Doskonale rozumiem to, że nie jest tak jakbyśmy sobie tego życzyli i powyższy tekst niemal utrwala stan obecny, ale może być gorzej – czy nie warto wziąć tego pod uwagę? Dlaczego ucząc się obsługi pilota do telewizora nie lubimy zaglądać do instrukcji obsługi?

swiss_flag_TiltShiftGenerator

BYDŁO, NARÓD CZY NEOFASZYŚCI?

Niewątpliwym plusem internetu jest możliwość nadrabiania „dokumentalnych” zaległości. Dziesiątki tysięcy filmów, zdjęć, wywiadów, wizualnych rekonstrukcji. Getto Warszawskie, lubelskie, Einsatzgruppen… Wiele materiałów niepublikowanych wcześniej lub ocenzurowanych, pozwala poczuć atmosferę przeszłych epok, daje sposobność spojrzenia w oczy ludziom których już nie ma, odczytania emocji z ich twarzy, posłuchania lubianej przez nich muzyki, zapisania w pamięci wyglądu ulic. Łączenie tych elementów z tym co wiemy o historii tworzy naprawdę niezwykłą układankę a w odtwarzany świat można niemal wejść, by lepiej go zrozumieć.

Obserwując współczesność, żyjąc w niej, pojawia się myśl: „To już kiedyś było”: zwalczanie lewicowych bojówek i sympatyków komunizmu, ochrona wieców partyjnych przez agresywnych ludzi, popychanie dyplomatów, szykanowanie dziennikarzy… pomimo szczerych chęci, działalności polskich NOP-ów i podobnych tworów nie sposób nie skojarzyć z aktywnością niemieckich Freikorpsów (później SA).
Zastanawiam się nad tym, czy ludzie takie postawy mają w genach czy potrzebna jest do tego jakaś ideologia? Pytanie nie jest bezzasadne, gdyż trudno porównać dotkliwość obecnej sytuacji w Polsce do realiów Niemiec po I Wojnie Światowej. Nie grozi nam pochód komunizmu ze wschodu niosący widmo zniesienia własności prywatnej, kościoła, nie przegraliśmy wojny, nie straciliśmy ziem, nie zostaliśmy „oszukani i poniżeni” międzynarodowymi traktatami.
Zarówno Ruch Narodowy jak i Freikorpsy wykorzystały ten sam słaby punkt demokracji. Niemiecka armia – Reichswehra – zgodnie z ustaleniami „niesprawiedliwego traktatu” mogła liczyć zaledwie 100 tys. członków, natomiast paramilitarna SA, w 1934 liczyła ponad 3 mln działaczy. Jeżeli nie istnieje zainteresowanie lub możliwość realizowania się w armii, można skorzystać z „prawa zgromadzeń i stowarzyszania się”. Dyscypliny nie ma, kule nie świszczą, zadania do wykonania typu: wybuczenie czy obicie lewackich pysków – jak najbardziej proste, no i za Ojczyznę przecież. Wieczorem na piwo.

Polskich Freikorps nie tworzą pozbawieni pracy przegrani żołnierze jak to miało miejsce w Niemczech. Polskie Freikorps tworzą poszukujący dumy i tożsamości młodzi ludzie, niestety zapomniani przez system. Zasłużenie się, docenienie, działanie w słusznej sprawie, zjednoczenie – tym chcą karmić swoje serca.
Tylko dlaczego chcą zaczynać od naśladowania akurat żołnierzy wyklętych w końcowej fazie ich działalności? Czy kradzenie kur i samodzielnie wykonywane wyroki śmierci nie zdradzają niezbyt ambitnych zapatrywań? Parawan bogoojczyźnianego pięknosłowia, ma zastąpić honor wojskowego munduru?
Polacy to urodzeni partyzanci, kochają „polską złotą wolność” a jednocześnie chcą by opiewano w pieśniach ich wojenne zasługi. Partyzantka wydaje się być konsensusem między wojskową dyscypliną a swobodą. Tylko w przybudówkach Ruchu Narodowego nie widać nawet 1% ducha armii. Widać ludzi wychowanych na komputerowych strzelankach i ustawkach, których wojenny ubaw skończyłby się po pierwszym postrzale lub widoku konającego druha z oberwaną kończyną. Czy można zasłużyć się nokautując niebroniącego się geja czy przyćpanego anarchistę? Czy można zasłużyć się głośno krzycząc „raz sierpem, raz młotem…”? Gdyby ci ludzie wsłuchali się w słowa Baumana zamiast wertować jego drzewo genealogiczne, dostrzegliby że właśnie o ich tę bardziej ziemską sprawę mu chodziło i wcale nie trzeba być komunistą by z człowiekiem zgodzić się. Niestety, w Polsce nie liczy się co kto mówi tylko kto mówi. Żyd, pedał czy ateista z założenia mówią źle. Prawdę mówi tylko biskup.

Trwa wojna ideologiczna wykraczająca nieco poza ramy salonowej dyskusji. Czy może wyjść z tego jakiś hitleryzm? Trudno być wróżką – pewne klocki muszą do siebie pasować by powstał domek, jednak gdy naruszane są prawa obywatelskie to kończy się dyskusja o ideologii a zaczyna twarde prawo. Nie napawa optymizmem to, że niektóre aspekty działalności współczesnych żołnierzy wyklętych spotykają się z bierną akceptacją władz i czynną kościoła. Gdy słyszę m.in. z ust Korwina Mikke o potrzebie tolerancji dla nietolerancji, otwiera się w mojej kieszeni scyzoryk. Przestępca nawet gdy dwadzieścia razy okręci się polską flagą i łańcuchem z różańców pozostanie przestępcą. Zbyt wiele też w tym wszystkim polityki, gdyż spora część Polaków, zaczyna interesować się przestrzeganiem prawa dopiero wtedy, gdy można dzięki niemu dokopać politycznym konkurentom. Największym zaś społecznym cieniem jest to, że wielu rodaków tak naprawdę nie boi się emitowanych przez „prawą stronę” z niezwykłą częstotliwością zagrożeń, lecz boi się podpaść tym, którzy ową nienawiść i lęki sieją. Czy dająca święty spokój ducha tolerancja zaczęła wymagać dziś niezwykłej odwagi? Chyba tak.

Ernst_Röhm copy

CZY TUSK JEST KRĘTACZEM

Polityka medialna przestała mnie interesować głównie z powodu, który celnie ujął za czasów swojej prezydentury L.Wałęsa prosząc obrażonego B.Geremka o powrót do grona doradców. B.Geremek opierał się: „…po tym co naopowiadałeś ludziom?” – na co ówczesny prezydent odparł: „A co tam ludzie? Za dwa dni zapomną.”*. Geremek wrócił a ludzie zapomnieli. Tak już jest, że gdyby rodacy twardo trzymali się swoich ocen, to sondaże nie przypominałyby warunków żeglugowych w trakcie sztormu.

Janusz Palikot napisał w portalu „na temat” głęboki esej następującej treści:
Tusk jest krętaczem, oszustem.
Jest małym krętaczem.
Tusk jest zgrany.
Jest krętaczem.

Wpis został przyjęty przez komentatorów w adekwatny sposób: „bluzgi Palikota”, „kompromitacja partyjki (RP)” itd. itp. Ja natomiast, jako człek dociekliwy, odczułem brak choćby szczątkowego uzasadnienia. Owszem, przypomniałem sobie, że lider RP coś tam kiedyś uzasadniał, tyle że nie posługując się plastikowym penisem lub świńskim łbem sprawił, że nic mi w głowie nie zostało.

Nie wymaga nad-inteligencji dostrzeżenie tego, że „ataki na Palikota i RP” są odpowiedzią na jego „ataki na Tuska i PO”. Wszelkie poważne argumenty obu stron trzeba analizować czego lud nie lubi, więc lepiej oceniać formę. Jak większość przedstawicieli gatunku, D.Tusk minął się kilka razy z prawdą, z prawdą minął się kilka razy J.Palikot, powstaje jednak pytanie: jaka liczba kłamstw może przesądzić o tym, że nazwanie kogoś per „krętacz” stanie się uzasadnione i pożądane? O dziwo odpowiedź nie jest skomplikowana, gdyż to zależy od lubienia: np. Kaczyński może skłamać raz i zyskać wiekuiste miano „cynicznego szubrawego łgarza”, natomiast gdy kocopoły opowiadać będzie ktoś w PO, to od ‚machania ręką’ mogą zmęczyć się wyborcom PO (także publicystom) nadgarstki.

Obszar „public relations” osiągnął tak wysoki poziom dewiacji, że nawet nie mam ochoty zastanawiać się nad tym jaki ukryty i dalekosiężny cel wyznaczył sobie J.Palikot godząc okrutnie w premiera w taki a nie inny sposób. Być może po prostu wstał lewą nogą, „połknął leki, lecz nadal czuł, że ktoś musi dzisiaj zginąć”? Domyślam się, że chodzi o sprawę obietnic i autorstwa projektów związanych z dotowaniem partii z budżetu, do czego pozwoliłem sobie niedawno nawiązać ukazując nie tylko to, jak rzecz wygląda od strony technologicznej ale i komu owa technologia służy (niezależnie czy partie są dotowane czy nie). Hasło jest populistyczne a proponowane rozwiązania pozorne, dlatego nie będę poświęcał im czasu, pozostanę przy krętactwie Tuska.

Żal do J.Palikota mam nie o to, że wytknął lecz o to, że nie uzasadnił (kolejny raz zresztą). Przedstawiając równie krótkie uzasadnienie pomógłby co wnikliwszym ustalić czy ma słuszność czy nie. W przytoczonej formie rzecz wygląda koślawo, bo wywnioskować można tyle, że D.Tusk takim urodził się i kręci mówiąc nawet „Dzień Dobry”. Choć z drugiej strony, wielka polityka w wydaniu masowym nie na tym polega.

palikot_tusk_sejm_pap
(fot:PAP)

*cytaty z pamięci, na podst. filmu „Bilans dwóch dekad”

HODOWLA NARODU

Gdy dowiedziałem się o śmiałym projekcie Ministerstwa Finansów mającym umożliwić podglądanie przez organy skarbowe tego co obywatel ma na swoim koncie, gdzie i co przelewa, gdzie się ubezpiecza, itd. zadałem sobie pytanie o to, czyją własnością jest obywatel? Pytanie nie jest w najmniejszym stopniu dziwne, gdyż w taki sposób nie traktuje się ludzi. Pomysł ministerstwa wskazuje na to, że obywatele muszą do kogoś należeć, być jakąś kolonią bezwolnych bakterii hodowanych przez naukowców. Kilka lat temu, przyjmowałem z pewnym zrozumieniem działania J.V.Rostowskiego, skoro rolą ministra finansów jest odnaleźć i opodatkować ostatnią schowaną koszulę obywatela, ale warto pamiętać też o tym, że rolą sejmu jest, by ewentualnie obywatelowi prawo do nieopodatkowanej koszuli zostawić. Gdy pojawia się propozycja „legalizowania” kontrowersyjnych metod śledczych łapię się za głowę. Zaglądanie do kont czy śledzenie transferów można podeprzeć uzasadnionym podejrzeniem np. o to, że obywatel kręci spore lody lub np. wspiera terroryzm, ale ot tak? Kościół chce kontrolować sypialnie a minister finansów szuflady?

Prawdopodobnie koncept nie przejdzie, gdyż trudno spodziewać się by obywatele i ich reprezentanci zaczęli do ministra J.V.R. mówić „tato” i pokornie zgodzili się na to, by ten przeglądał kieszenie kurtek wiszących w przedpokoju. Jednak w samym pomyśle wciąż tkwi pytanie o to kim dla państwa jest obywatel? Mamy wolne media – które robią co chcą, mamy niezależną prokuraturę – która działa jak chce, mamy immunitet poselski – dający spore swobody, nawet banki mają jakąś niezależność. Kiedy u licha przyjdzie czas na wolność obywatela? Dziś obywatel wydaje się być hodowlaną krową, z tym że krową która sama ma się wykarmić by państwo mogło w odpowiednim momencie podejść do niej z pustym wiaderkiem.

cow2 copy

więcej:
Fiskus chce zajrzeć na nasze konta? Powinien udowodnić, że to niezbędne!

FINANSOWANIE PARTII – teoria niespiskowa nr.1

Pojawił się kolejny raz (widmowy bo jeszcze nieistniejący) projekt likwidacji finansowania partii politycznych z budżetu państwa. Skoro PiS jest przeciw to znaczy, że projekt jest piękny i szlachetny – lud zawył ze szczęścia. Rzecz w tym, że gdyby rządził PiS na takie cofnięcie nie zgodziłaby się PO. Mam dziś dla Was schemat pt. „Jak finansować partię rządzącą z budżetu, przy braku finansowania partii z budżetu”. Brzmi nielogicznie, ale chcąc zrozumieć politykę, należy zapomnieć o logice a zacząć liczyć pieniądze.

system1

LEGENDA:
Grosiku wróć do mnie
Do działania schematu należy mieć władzę. Władza ustala na co wyda podatki obywateli. Dla klarowności opisu, użyjemy nieistniejącego przykładu inwestycji, np. budowę bazy kosmicznej pod Warszawą choć mógłby to być Orlik, lotnisko, autostrada czy muzeum Powstania Warszawskiego. Naszą budowę nazwijmy „Budowa czegoś” i przeznaczmy na nią 3 mld. z budżetu (realny koszt 1.5mld). Budowa czegoś musi mieć społeczne poparcie i zapotrzebowanie – bo wtedy ludzie nie patrzą na ręce tylko chcą mieć (kosztów też nie liczą i nie sprawdzają). Rozpisujemy przetarg na budowę ale tak by mogły przetarg wygrać wybrane firmy. Ustawienie takiego przetargu może polegać np. na postawieniu warunku umiejętności wykonania podobnej inwestycji za sumę 2 mld. w ciągu ostatnich pięciu lat – czyli nikt obcy nie pojawi się. Do przetargu startują firmy lub jedna firma, która spełnia warunki i za to, że zrobi interes życia ma odpalić działkę swoim dobroczyńcom. W luźnym ujęciu wpłaci bezpośrednio na konto partii politycznej lub (większe sumy) konto firmy piarowej rodziny polityka zbierającego na swoją kampanię.

Opis konkretnego przypadku zamydliłby sprawę tak, że nikt nie wiedziałby o co chodzi. Dla zamydlenia, ważne jest stworzenie sieci podwykonawców, podziału kosztów np. z samorządami, powołanie administracyjnego zarządu budowy, pod zarządu i pod-pod zarządu oraz sporządzenie ton dokumentacji, której przekopywanie zniechęciłoby buddyjskich mnichów. Tych ogniw może być od groma a wszystko po to, by ktoś kto węszy pogubił się w tropach a już na pewno nie natrafił na odpowiedzialnych, którzy są na szczytach. Nic praktycznie nie pada wprost, czasem pojawia się 200 tys. „nadwyżki”, z którymi któreś ogniwo nie wie co zrobić a gdy nie domyśli się ominie je udział w kolejnych budowach.

Jak widzicie rzecz polega na tym, że jeżeli korupcją nazwiemy konkretnie „osobiste wręczenie koperty z łapówką osobie A przez osobę B”, to gdy kopertę przekaże listonosz albo pieniądze dotrą dzięki 20 pośrednikom to już znamiona korupcji nie będą takie klarowne. Stwierdzenie „zwalczyliśmy korupcję” wcale nie będzie tak nieprawdziwe. Nie ma tu żadnych czarów czy magii. Obcięcie finansowania partii z budżetu oznacza gorsze czasy dla partii nierządzących, ale w najmniejszym stopniu nie likwiduje takiego finansowania (zastępuje je ‚finansowanie kreatywne’). Mechanizm jest niezwykły bo całkowicie legalny. Nie wiem czy zauważyliście to, że np. NIK nie bada tak bardzo czy coś było warte przeznaczonych na to pieniędzy a jedynie sprawdza, czy przeznaczone pieniądze zostały we właściwy sposób rozdysponowane. Dlaczego inwestycje w Polsce bywają sporo droższe od podobnych inwestycji na zachodzie Europy? Myślcie sobie dalej sami. Czy stać nas na taką metodę walki z pisem i opozycją?

Uszczelnienie systemu finansowania partii z budżetu jest potrzebne, bo wydatki są niekiedy skandaliczne. Jednak kto zyska na likwidacji i czy ona rzeczywiście będzie miała miejsce – mam nadzieję że powyższa rozprawka o tym mówi.

Materiał powstał w oparciu o dostępne źródła, m.in. książki i wypowiedzi polityków, którzy topili żal wywołany oddaleniem od koryta. W podobny sposób wypompowywano pieniądze ze spółek Skarbu Państwa.

SEANS MAKABRY

„Nie drżała jej ręka gdy słodziła herbatę – winna. Nie łamał się jej głos – winna. Oglądała zdjęcia trumienek – winna. Nikt tak nie zachowałby się – winna”. W społecznych oskarżeniach tkwi potrzeba napiętnowania czynu haniebnego, nieludzkiego. Tłum zdaje się wołać „każdy kto podniesie rękę na swoje dziecko, pozna piekło tu na ziemi, nikt nie może poczuć się bezkarny”. Uzasadnienie ze wszech miar szlachetne, choć ten akurat przypadek… ta pewność tłumu… przerażająca i przygnębiająca… czas trwania procesu ukazujący to, że ustalenie rzeczywistego przebiegu zdarzeń graniczy z niemożliwym.

Ów przekonany o wartości swojej intuicji tłum oglądał matkę przez lata. Nie dostrzegł w niej niczego podejrzanego. Gdzie był ten tłum? Gdzie jest teraz? W Polsce ginie rocznie około 30-tu bardzo małych dzieci. Czego nauczyliśmy się oprócz poznania anatomicznych szczegółów śmierci?

Przepraszam że „nie na temat”.

pilate

Gdyby nie było zainteresowania nie byłoby sprawy. Nie twierdzę że ludzie żyją tym codziennie, ale „swoje wiedzą” i z każdym newsem przypominają sobie o tym co myślą – czyli w zależności od tego czy usłyszą adwokata czy prokuratora. Jednak czas… forma … – pastwienie. Na naszych oczach rozgrywa się psychologiczny lincz, kuriozalne bezprawie w świetle prawa. To nie ma niczego wspólnego ze sprawiedliwością, prawami człowieka, czymkolwiek. To jakaś gra prokuratury, mediów – a to, że na wzniesionego kija nadziano czyjąś jeszcze żywą głowę… cóż. W Polsce zdarzały się takie procesy, przed wojną.. kładły się cieniem na naszą świadomość. Wzmacniały narodową traumę, potęgowały martyrologiczny zaduch. W obliczu takich przypadków poklepałbym T.Grossa po ramieniu i rzekł: Masz rację chłopie, coś w tym kraju nie gra, coś unosi się w powietrzu.

TO MNIE WKURWIA

Wczytałem się w wiadomości o wystąpieniu premiera na Kongresie Kobiet i jego sceptycyzm wobec zmian w ustawach o aborcji i związkach partnerskich nie zdziwił mnie a nawet nie wkurzył. Kato-norma. Doczytałem jednak coś o „Świetlikach” i musiałem uruchomić systemowy kalkulator. Dla niewiedzących „Świetliki” to drugi krok po „Orlikach”. Mają to być świetlice dla dzieci. Premier stwierdził, że nie znajdzie w budżecie 1.5 mld na ten cel – a konkretnie stworzenie 500 ośrodków. Choć rachunek nie był trudny, wolałem zaufać elektronice. 1.5 mld. podzielić na 500 szt. = 3mln zł/szt.

A teraz kilka obrazków:
Poniżej dom Basia i Adam za 893 tys. zł / stan pod klucz. Ponad 200 m² itd. Ceny gruntu nie wliczałem, nie tylko dlatego że są różne i w każdej gminie jest jakaś remiza czy kawałek ziemi we władaniu gminy. Dorzućmy jednak do równego rachunku 100 tys. zł. Czyli razem milion.
basia_i_adam

W każdym Świetliku mają być – bilard, komputery, siłownia, gry planszowe, sprzęt multimedialny.

Na dzieciach oszczędzać nie należy. Niech mają stół Gothic za 30. tys zł.

gothic

Komputery (pełny zestaw) niech będą LENOVO ThinkCentre Edge 72 za 2.5 tys/szt. Kupmy dzieciom 20. Daje nam to 50 tys.zł.
zestaw

Siłownia: 6-stanowiskowy GW6 za 20 tys zł ale dorzućmy hantle i komplet ręczników za 10 tys. Razem 30 tys. zł

zest

Gry planszowe. Tu ceny są raczej zabawne gdy kupimy coś od Chińczyków ale nie bądźmy skąpi. Wydajmy 50 tys. zł

gry-planszowe

Zestaw multimedialny, czyli jak rozumiem nagłośnienie, projektory. 50 tys.zł wystarczy na całkiem dobry.

mult

Podsumujmy: otrzymujemy sumę ok. 1 200 000 zł. (milion dwieście tysięcy). Dorzućmy 100 tys na ekipy malarskie, mebelki i klimatyzację czyli 1.300.000 zł. Świetlicami mogą opiekować się fundacje np. „Wioski dziecięce”. Nie mam pojęcia kto wtedy płaci ale dorzućmy 60 tys/rok. na wypłaty dla dwóch pracowników z dydaktycznym przygotowaniem i 40 tys/rok dla sprzątaczek. Dorzućmy 100 tys za wodę, prąd i internet (wydatki związane z utrzymaniem pokrywać chyba będzie gmina). Celowo zawyżyłem wszystkie koszty (a warto pamiętać, że przy tak potężnych zakupach mamy szanse na rabaty) aby ukazać coś absurdalnego – czego nie w pełni rozumiem. Koszt wypasionej świetlicy dla dzieci zamyka się w 50% planowanych kosztów – 1.5 mln. zł. Teoretycznie za sugerowany budżet można byłoby postawić 1000 a nie 500 Świetlików, a gdy ktoś ruszy głową nawet 1500 (adaptując gotowe pomieszczenia w gminach). Czy 750 mln. w budżecie znajdzie się?

Wiem, że jestem naiwnym idiotą, ale niech ktoś mnie oświeci, jak to działa? Czy tzw. „skok cywilizacyjny” w Polsce nie ma żadnych szans, bo brakuje środków na pokrycie wywindowanych do absurdu kosztów? Po akcji ABW przy autostradach mam jakiś uraz i jestem podejrzliwy co do sum pojawiających się w „zamówieniach publicznych”.

Jak oni to liczą???

Na zdjęciu, świetlica w Biłgoraju, która zrobiła wrażenie na delegacji z Warszawy.
bilder