Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Maj, 2013

NIEMOŻLIWE

Wiara jest strawą dla ducha. Musimy w coś wierzyć by iść naprzód. Nie mam tu na myśli boga, ale po prostu jakieś cele. Gdy wiara podupada, zaczynamy zastanawiać się nad tym czy nie porwie nas sunący tuż obok prąd nijakości. Poddanie się nie jest jednoznaczne z całkowitą klapą, bo po co się szarpać? Spłynięcie w dół rzeki kojarzy się z odpoczynkiem, przystosowaniem się. Ambicje zostają odstawione na bok, ale czy zrealizowalibyśmy je? Nad potokiem pełnym pstrągów stoi niedźwiedź i co rusz uderza łapą w wodę. Gdyby nie ogłuszył, nie przetrącił którejś rybce kręgosłupa lub nie nadział jej na pazur nie robiłby tego. Pstrągi zazwyczaj o tym nie wiedzą dlatego pod prąd płyną.

Człowiek wyróżnił się pośród innych stworzeń tym, że nad swoją naturą częściowo zapanował. To tak jakby pstrągi zaczęły myśleć i korzystać ze źródeł informacji. Ile z nich zrezygnowałoby z naturalnej potrzeby „buntu wobec nurtu” wiedząc o czyhających na nie zagrożeniach? Część na pewno. Powstałby nowy gatunek nie zawracający sobie głowy ryzykiem i „czystością rasy”. Inteligencja to jednak nie tylko negatywna analiza ryzyka. To także szukanie obejść. Skoro nad jedną z rzek stoi niedźwiedź, to może w przypadkach innych rzek jest inaczej? – przecież nie chodzi o konkretną rzekę ale źródło. Inteligencja pozwala obliczyć prawdopodobieństwo, czyli to, że gdy obok niedźwiedzia przepływać będzie całe stado pstrągów, to zginie tylko część śmiałków, niekoniecznie słabszych, po prostu tych, którzy mieli pecha. Można też sobie sunąć cwanie z tyłu peletonu i czekać aż miś naje się. Ktoś w końcu zwycięży.

Która opcja jest najlepsza?
– trzymać się jednej rzeki, przeć ślepo do przodu i wierzyć w to, że się uda
– płynąć sobie spokojnie za stadem i czekać aż wróg zaspokoi głód
– szukać innych rzek, ale w końcu zdecydować się na wybór którejś
– zostać w spokojnym choć mętnym akwenie i nie zawracać sobie niczym głowy

bear

(opcje do wyboru: 1.bohaterska, 2.cyniczna, 3.roztropna, 4.”buddyjska”)

Reklamy

polskie górki

Wynajęty swojego czasu amerykański specjalista d/s wystroju wnętrz, zapytał właściciela hotelu w Dubaju o budżet przeznaczony na jego pracę. „Budżet nieograniczony” – usłyszał w odpowiedzi. Różnica między dubajskim zleceniodawcą a polskim rządem (dowolnego koloru) jest taka, że zleceniodawca z Dubaju ma ropę, a polska władza pieniądze obywateli. Jak okazuje się, pieniądze pochodzące z handlu ropą wydaje się identycznie łatwo jak te z kieszeni podatnika. Nie chcę tu rozpisywać się o zegarkach Nowaka czy organizacji koncertu Madonny w ramach EURO2012. Kolejny raz opiszę pewną wizję.

Za komuny wszystko było niczyje dlatego kradli obywatele. Obecnie niczyje są pieniądze podatników. Zamówienia publiczne mają to do siebie, że ich koszty można dowolnie zawyżać. Po pierwsze nikt nie upomni się gdyż jak udowodnił sąd w roku 2008, środki które trafiły do budżetu już obywatela nie są (szczególnie gdy wpłaca je na własną emeryturę), a do tego kto wie ile kosztuje budowa lotniska, autostrady czy stadionu? Gdy koszty są zawyżone, to czasem i chciwy wykonawca nie wykorzysta ich w pełni, nawet gdy wypłaci sowite rekompensaty tym, którzy nie stanęli do przetargu. Gdy pieniędzy w kiesie zostaje, to idą na premie. Po co korupcja? Zegarek wystarczy.

quarz

Ja również nie wiem jak z tym walczyć…

Zdarza się, nawet optymistom. Sitwa, korporacja, kościół – stały się w moim rozumieniu synonimami. Powie ktoś, że wystarczyłoby zjednoczyć obywateli by zrobić porządek, ale to nie wszystko. Wymienione „instytucje” są trudnym przeciwnikiem. Oprócz wciąż sporego poparcia, posiadają środki, wpływy (także międzynarodowe) i naprawdę wydają się nie do ruszenia. Możliwość grabienia, gwałcenia, zemsty pod hasłem „przejmijmy ich dobra” dawały odpowiednią przewagę wielu rewolucjom, czy jednak w czasach, w których masowa napaść na banki przyniosłaby jedynie zysk w postaci zapisanych cyfrowo stanów kont wypełnionych wirtualnymi pieniędzmi, pozwoliłaby uzyskać przewagę? Czy budowa „nowej rzeczywistości” pośród sankcji międzynarodowych, zawieszania umów energetycznych czy kredytowych byłaby możliwa – a po takie środki niewątpliwie sięgnęliby „przegrani”? Optymizmem napawa jedynie to, że ten system jest gigantycznym szwindlem, a skoro jest kłamstwem to z „logicznego punktu widzenia” nie istnieje.

Dialog i obywatelskie gardłowanie wydają się nie odnosić żadnego skutku. Może w kwestiach banalnych typu ACTA, gdzie wprowadzenie czy wycofanie danych przepisów nie miałoby i tak rzeczywistego wpływu na zmiany. Internet dał pewne możliwości, jednak gdyby wszystkie wpisy w blogach, portalach i komentarze uznać za modlitwy a następnie ustalić statystykę ich spełnialności, to nie ma lepszego sposobu na to by stać się ateistą. Pogodzić się więc z losem? Odnaleźć szczęście w rodzinie, działce, książce czy wędkowaniu? Coraz trudniej o takie poczucie pośród obserwowanych skutków bezrobocia, braku perspektyw związanego z umowami o pracę, biurokracji, wyzysku, fiskalnego „jawno-grabienia” obywateli. Tych elementów jest zbyt wiele, by wyjść na świeże powietrze i łapiąc oddech stwierdzić „Świetnie jest”.

Rzeczywistość wypełniają fikcje tworzone po to, abyśmy nie zastanawiali się nad podstawami. Od lat zastanawia mnie to, jak dalece jako obywatele daliśmy wkręcić się w pewne myślowe stereotypy. Widzimy przestępstwo – dzwonimy na policję, chcemy jakiejś zmiany w prawie – zakładamy stowarzyszenie i organizujemy uliczną szopkę, chcemy większej ilości zmian – zakładamy partię polityczną, potrzebujemy kredytu – ruszamy do banku, chcemy informacji – włączamy telewizor, poszukując sprawiedliwości udajemy się do sądu. Czy tak trudno zauważyć ułudę tego postępowania? Wezwanie policji nie musi załatwić sprawy, szopka sprzedaje się dobrze tylko na zdjęciach, partie.. tu o skuteczności trudno cokolwiek powiedzieć, bank – lichwa mogąca obciążyć całe rodziny przez pokolenia, informacja – w każdym źródle jakby inna, sądy…. Tłum jest podatny na proste fantazje więc nie dostrzega tego, że obraz za oknem praktycznie nie zmienia się. Mamy jakieś marzenia i sama obietnica ich spełnienia potrafi wypełnić nas pozytywną energią. Podobnie jest z mową i czynem. Wielu ludzi uważa, że skoro coś powiedzieli to spełnili swój obowiązek i zrealizowali jakieś działanie. Moglibyśmy być bardziej wymagający, ale to nie udaje się.

Zauważyłem ostatnio polityczną mobilizację pod hasłem „na jesieni wreszcie się ruszy!”. O jakież piękne postulaty, wprost nie wiem kogo kochać bardziej PO, SLD czy PiS. Zrobią wreszcie porządek! Mam jedynie ten dylemat, że prawie każdego roku słyszę o tej jesiennej „rewolucji czynu” z której później nic nie wynika. Po co to wszystko? Cóż, zbliżają się poselskie wakacje, trzeba więc dać ludziom jakąś nadzieję, żeby spokojnie spędzić wolny czas w miejscach, które większość obywateli może pooglądać sobie z internecie.

Mimo wszystko optymizmu życzę:)

tropi

KORPOKRACJA* – zbrodnia pod parasolem

I Historia

„Czy chcesz spędzić resztę swojego życia jak twoja stara w punkcie xero? Mam sposób na naprawdę dobrą pracę i szybką dużą kasę. Nie będziesz nawet potrzebowała pieniędzy na wyjazd, wszystko będzie załatwione. Jako kelnerka zarobisz krocie.”. Tak lub w podobny sposób zaczyna się wiele smutnych i powszechnie już znanych historii. W jednej z nich, nastoletnia Ukrainka marząca o lepszym życiu, przyjmuje ofertę złożoną przez przyjaciółkę. Załatwianie formalności trwa krótko. Zdjęcia, paszport, CV, niedługo potem bus. Po przyjeździe na miejsce (Bośnia, tuż po zakończeniu wojny na Bałkanach) marzenia zderzają się z koszmarem. Jej i innym przywiezionym dziewczynom zostają odebrane paszporty. Koszty związane z ekspedycją będą musiały odpracować jako prostytutki – brutalni „opiekunowie” dają do zrozumienia, że dla nikogo nie istnieje taryfa ulgowa.

Nie byłoby w tej historii niczego wyjątkowego, gdyby nie to, że w sponiewieranej wojną Bośni klientami stawali się dobrze uposażeni żołnierze i cywilny personel sił stabilizujących (pomagający przejść krajowi od wojny do pokoju). „Krew nie woda” – stwierdziłaby żona posła Łyżwińskiego, jednak tutaj jest inaczej. Za odpowiednią opłatą z wynajętymi na noc lub kilka nocy dziewczynami można zrobić wszystko. Nad tym by nie spadł im włos z głowy, nie czuwa wielki łysy „kark”. Klient z bezpaństwową „dziwką”, której nie przyjmie żaden kraj, może dać upust najbardziej zwyrodniałym fantazjom. Gdy dziewczyna straci życie, konsekwencją będzie jedynie to, że stręczyciel nie zwróci klientowi zostawionej w ramach wynajmu niewielkiej kaucji. Strata nie boli, ciągle przyjeżdżają nowe.

Kathryn Bolkovac, była amerykańska policjantka z Nebraski, zatrudniona w siłach stabilizacyjnych, zostaje szefem wydziału do spraw kobiet. Awans otrzymuje po wygraniu procesu przeciwko muzułmaninowi, który skatował swoją żonę. Taki wynik postępowania ma miejsce pierwszy raz od czterech lat. Bolkovac przełamuje lokalny „standard”. Udowadnia przed sądem to, że skoro za napaść z nożem w barze agresor zostaje ukarany, to nie istnieje powód by potraktować ulgowo nożownika, który w ten sam sposób postępuje ze swoją żoną w domu, nawet gdy lokalna społeczność wraz z miejscową policją uważa „że ofiara zasłużyła na to co ją spotkało”. Bolkovac zaczyna interesować się problemem prostytucji i to co odkrywa zmienia jej rozumienie świata. Prowadzi praktycznie samodzielne śledztwo, w wyniku którego stwierdza, że w handlu ludźmi uczestniczą (nie tylko jako klienci) obecne na miejscu służby… pokojowe. Pojawia się problem. Ludzie ci są chronieni immunitetem ONZ, dlatego nie można wydać ich wymiarowi sprawiedliwości. Mało tego, jej działania i odkrycia zaczynają być groźne dla wizerunku państw biorących udział w misji, ONZ i firm działających z ich ramienia. Skandal nie jest nikomu potrzebny, tym bardziej że dla jednej z firm (DynCorp) oznaczałoby to utratę 15 mln USD zakontraktowanego zysku. Pod nogi K.Bolkovac padają kłody, rzucane nawet z departamentu stanu USA. Była policjantka staje się wyjątkowo niewygodna. Traci pracę i choć finał tej historii trudno nazwać happy endem, udaje się jej przemycić zebrane materiały i dowody do BBC. Sprawa staje się głośna ale chwilowo. Kilka dementi ze strony najwyższych oficjeli, po czym rzecz trafia pod dywan, zagraża wszak wizerunkowi szlachetnych działań międzynarodowych.

II Korpokracja*

Jak widzicie nie jest to jedno z filozoficznych rozważań Noama Chomskiego nad systemem. To system w całej swojej okazałości przyjmujący w różnych miejscach różne oblicza. Pytania o upadek zasad, złodziejstwo w świetle prawa czy inne schorzenia naszej „zachodniej” współczesności, zasługują na próbę odpowiedzi.

– schemat –
Rządy muszą wykazywać się realizacją społecznych oczekiwań. Tworzą więc „programy”, które społeczne problemy mają rozwiązywać. Powstają solidne budżety na ich realizację i potrzebny jest jedynie podwykonawca. W kolejce ustawiają się potężne firmy, gdyż władze nie dysponują odpowiednim zapleczem. Kiedy programy zostają uruchomione, zadania rozdane a pieniądze przekazane, rządy ogłaszają radośnie: „ruszyliśmy problem z miejsca, popatrzcie jak wszystko kwitnie”. Społeczeństwo pęka z dumy, gdyż z telewizyjnych ekranów docierają do niego same optymistyczne sygnały.
Błąd pojawia się w punkcie, w którym społeczna idea trafia w prywatne ręce. Dla prywatnego podwykonawcy liczy się wyłącznie zysk i dla kontrastu można zwrócić uwagę na to, że zupełnie inaczej zachowa się (państwowy) żołnierz czynnej służby, zobowiązany przysięgą i odpowiednio przeszkolony, niż (prywatna) korporacyjna najmimorda (najlepiej jak najtańsza). Wyzwania nie są błahe. Zadaniem korporacji może być budowa lub odbudowa systemu edukacji, służby zdrowia, infrastruktury, bezpieczeństwa czy walka z bezrobociem. Dodatkowym cieniem jest to, że korporacyjna najmimorda dla właściwego wykonania swojego zadania zostaje objęta immunitetem lub innym przywilejem – wszak istnieje społeczny priorytet. Skutki? Korupcja? „Każdy ma jakieś interesy” – prawem chroniona, skandal zagrażałby zarówno podwykonawcy jak i rządowemu zleceniodawcy. Nie ma korupcji obywatele! Nie ma nieprawidłowości! Marginalne ujawnione wybryki nie mają prawa zachwiać szlachetnymi ideami!

– magiczna rola opozycji –
Tu pojawia się ciekawa rola opozycji. Już tak na naszym podwórku – każdy kto stwierdzi np. istnienie korupcji przy budowie autostrad (nadzór rządu PO) staje się w powszechnym rozumieniu zbirem nasłanym przez Kaczyńskiego i PiS. I owszem, Kaczyński i PiS odtańczą taniec glorii na każdej wykrytej nieprawidłowości przez co odróżnienie „nasłanych przez PiS” od „domagających się względnej uczciwości” staje się niemożliwe. Wróćmy jednak do Bośni, gdzie przykład jest bardziej wyrazisty. Czy Kathryn Bolkovac dla przejęcia władzy nad światem chciała obalić ONZ, rząd USA i W.Brytanii, czy może chciała zahamować patologię szerzącą się pod opiekuńczym parasolem globalnych władz? Czy interesowało ją wsadzenie do mamra jak największej liczby kolegów z pracy, czy może zależało jej na ratowaniu ofiar ich działania? Czy chciała w ramach walki konkurencyjnej odsunąć jedną korporację by wsadzić na jej miejsce własną, czy może chciała przypomnieć o tym, że ONZ powstało z prochów Auschwitz? Zaskakuje to jak łatwo zamknąć człowiekowi usta.

– dwie ambicje –
Przygnębiający jest skutek spotkania dwóch ambicji. Rządowej, która musi wykazać dbałość o nieskazitelny wizerunek wykonywanych zadań oraz ambicji korporacji, w której zysk uzasadnia łamanie wszelkich barier. Rządy zamiatając pod dywan brudy podwykonawców dają im praktycznie gwarancję bezkarności. Cena politycznego wizerunku jako zasłona dla złodziejstwa, wyzysku, łamania praw człowieka..? Fakt, pomyli się ten kto oskarżyłby władze o odkrywane patologie. Władza tylko zamiata. Władza może jednak kontrolować, choć kto stanie do gigantycznych przetargów gdy nie da się na nich odpowiednio zarobić? Sprowadzić Chińczyków? Zostaną załatwieni, przez tych, którym nie zależy na tym by ktoś pokazał, że „można taniej”. Pozostawiam Was z własnymi myślami.

Materiały do przejrzenia:
książka: Demaskatorka – Kathryn Bolkovac
film: „The Whistleblower”
Strona www K.B. Kathryn Bolkovac – Home

Po pojawieniu się filmu „The Whistleblower”, sekretarz generalny ONZ Ban Ki-moon otworzył panelową dyskusję o wyzysku seksualnym i nadużyciach w misjach. Reżyser i wyżsi urzędnicy ONZ poruszali kwestie handlu ludźmi i przymusowej prostytucji, starając się wypracować metody zwalczania seksualnego wykorzystywania kobiet i dzieci.
Nazwy korporacji, których pracownicy i szefowie brali udział w procederze nie padają w filmie. Naruszono by wizerunek firm a przecież zlecenia w Iraku i Afganistanie czekają.

katryn
(na zdjęciu: Kathryn Bolkovac)

*korpokracja – nazwa ustroju społeczno politycznego zapożyczona z filmu „Atlas chmur” opartego na epopei Davida Mitchella.

Jeden wieczór to zbyt mało by napisać dobry tekst, ale może przynajmniej zainteresuję Was tematem

Magia uprzedzeń

„Reputacja jest wszystkim w naszym fachu. A twoja… wydziedziczony wyrzutku, się wyczerpała. Naprawdę myślałeś, że nie sprawdzimy kogo przyjmujemy pod dach? Sam Mackerras napisał, cytuję: „Jego nieprzyzwoite kontakty ze zboczeńcami i sodomitami… były na porządku dziennym w jego krótkiej, niesławnej karierze w Caiusie. Schowajcie srebra”. Ostrzegam, wyjedź bez mojego pozwolenia, a cały muzyczny świat dowie się o Frobisherze degeneracie. A wtedy, nawet jeśli stworzysz arcydzieło… Nikt o nim nie usłyszy, bo nikt nie będzie chciał mieć z tobą nic do czynienia”.
„Atlas Chmur” (2012)

„Prawdziwa cnota krytyk się nie boi” – mówi znane porzekadło. Jednak cnota cnotą ale opinia o człowieku jest opinią o człowieku. Rzeczywiście, przyjmując określone (np. negatywne) nastawienie do osoby nie ocenimy obiektywnie jej dokonań czy zalet charakteru, ba! możemy nawet nie mieć ochoty na dokonanie takich ocen. Powiecie że to nic nowego, jednak gdy zastanowimy się nad źródłami, w oparciu o które budujemy swoje opinie o innych, możemy poczuć niepokój. Charakterystyczną cechą uprzedzeń i właściwie tym co je odróżnia od większości stereotypów jest to, że nie są racjonalne, a więc nie są umocowane w rzetelnie zorganizowanych faktach czy osobistych doświadczeniach. Polegamy na zaufanych źródłach, nie zdając sobie często sprawy z tego, że jesteśmy manipulowani. Cel tej manipulacji jest przygnębiający: „Obrzucanie błotem” (słuszne czy niesłuszne) nie służy tyle stwierdzaniu prawdy, fałszu czy propagandzie, lecz zamykaniu naszych umysłów na racje „pobrudzonych”.

Osoba, z którą rozmawiałem o uprzedzeniach, przekonywała mnie, że mówię o rzeczach znanych i „każdy z nas ma swój rozum, który potrafi”. Czy rzeczywiście? Dowodów wokół brak. Gdy interlokutorka powołała się na psychologiczne pismo „Charaktery”, poczułem pokusę. Oto nagle, mogłem samodzielnie i z potrzeby chwili zbudować uprzedzenie by zwiększyć siłę swoich argumentów i zachwiać zaufaniem rozmówczyni do wymienionego źródła. Zawahałem się, gdyż nie chciałem naruszać obserwowanego imponującego szacunku, ale chęć odwetu okazała się silniejsza. „Psycholog Tomasz Witkowski” – zacząłem – „napisał stek kłamstw i fantazji na temat nowej psychoterapii. Podpisał się fikcyjnymi żeńskimi personaliami a jego tekst trafił do druku”. Zapadła chwila milczenia, dostrzegłem zmieszanie. Nie poczułem tryumfu widząc, że „wyszarpnąłem komuś dywanik spod stóp”. „A gdybym skłamał?”. W imię prawdy wyjaśniłem, że sam prowokator stwierdził, że od tamtej pory teksty są lepiej sprawdzane, jednak widziałem, że wyjęta przeze mnie cegiełka z fortecy zaufania nie wróciła na swoje miejsce. Zasiałem trwałą wątpliwość i już nigdy „Charaktery” nie staną się dla rozmówczyni źródłem całkowicie wiarygodnym.
Warte podkreślenia jest to, że doskonale czułem konsekwencje wyjawienia tej prawdy i mogę stwierdzić, że nie istnieje nieświadome tworzenie uprzedzeń. Zdawałem sobie sprawę z tego, że wyrządzam świństwo gdyż wspomniany prowokacyjny tekst, mógł być jedynym w historii czasopisma a przecież „każdemu może przytrafić się pomyłka”. Jednak natura ludzka działa inaczej. Raz zachwianego mitu nie uda się przywrócić pierwotnej pozycji. Nasz umysł zada pytanie „ile przypadków było podobnych?” nawet gdy oficjalnie solennie temu rozumowaniu zaprzeczymy. Jak to możliwe, że na ziarnie prawdy można zbudować tak destrukcyjny skutek? To już wielka tajemnica naszej natury. Przerażająca jest prostota wykonania.

Genealogia Komorowskiego, Kaczyńskiego, Palikota, Millera, „papy” Franciszka… – wokół toczy się prawdziwa wojna. Dziwimy się temu, że zmiany w Polsce zachodzą wolno, gdy przedmiotem publicznej debaty jest w gruncie rzeczy konflikt dziesiątków emitowanych przez różne źródła uprzedzeń a nie burza mózgów „na temat”. Przygnębia to jak łatwo uprzedzenia budować i jak łatwo stajemy się trybikami tej maszyny.

Temat trudno zamknąć, jednak pomyślmy o tych, do których czujemy odrazę i których zdanie mamy w nosie a potem zastanówmy się czy wiedza, na której ów wstręt zbudowaliśmy pochodzi z poważnej analizy i naszych osobistych doświadczeń czy jedynie z „zaufanych źródeł”? A gdyby podważyć wiarygodność każdego z tych źródeł, czy nie okaże się, że odrzucaliśmy racje wyłącznie z powodu potencjalnie uszkodzonej reputacji głosicieli a nie treści? Bądźmy otwarci, nawet gdy ostrożności nigdy za wiele. Walczmy ze stereotypami, gdyż tuż po nich czekają uprzedzenia, za uprzedzeniami czai się dyskryminacja a po niej prześladowania – w lżejszych przypadkach przegrane wybory. Myślmy samodzielnie i najlepiej róbmy to głośno.

Dla zainteresowanych tematem małe opracowanie na temat szerszego kontekstu: Stereotypy i uprzedzenia

Rumor

Nie mamy szczęścia do bohaterów

Czy państwo jest opresyjne skoro skazuje lub uniewinnia skandalistów? W obliczu medialnych spektakli, których rzekomym celem jest wywołanie zmian w prawie chciałoby się powiedzieć: „Tak, dyskusja jest potrzebna, ale nie w oparciu o te przypadki”. Nergal, Nieznalska, Doda, Kora, Frycz a nawet CBA/B.Sawicka.

Zdecydowanie łatwiej jest gdy „ofiara systemu” jest postacią nieskazitelną i wywołuje powszechne współczucie. W takich sytuacjach nie byłby nawet potrzebny spór czy debata skoro błąd prawa widzieliby wszyscy. Gdy przypadek jest patologiczny, rodzi się pytanie „Czy mamy do czynienia z winowajcą czy męczennikiem?”. Po ogłoszeniu wyroku nie jesteśmy do końca pewni czy uniewinniono winnego, czy może skazano ofiarę? Nasza potrzeba i poczucie sprawiedliwości nie zostają zaspokojone.

O wielu prawnych absurdach dowiadujemy się w atmosferze szoku. Rzadko używane przepisy śpią sobie spokojnie w kodeksach gdy nagle następuje ich raptowne przebudzenie. „Obraza uczuć religijnych???” – co za bzdura! Przecież stwierdzenie „nie wierzę w boga” może kogoś obrazić! Jednak już po chwili zaczynamy zastanawiać się nad tym, czy w nagłośnionym przypadku urażono uczucia religijne czy może doszło do profanacji? Zadajemy sobie pytanie o to czy mieliśmy do czynienia ze sztuką – której należy się taryfa ulgowa – czy zwyczajnym chamstwem? Wreszcie dociekamy czy w danym czynie istniał jakiś głębszy moralny podtekst czy chodziło jedynie o show? Zależnie od ideologicznych sympatii opowiadamy się po jednej ze stron, grzebiąc praktycznie możliwość zdroworozsądkowego rozwiązania problemu, a więc zważenia „za” i „przeciw”, uporządkowania i sklasyfikowania nierzadko odrębnych elementów.

Polskie prawo stworzono na przekór fatalnym przepisom systemu totalitarnego PRL. Idea była prosta: „Oby nigdy więcej nie skazywano i nie prześladowano opozycjonistów, oby nigdy nie zakazano nam mówić tego co myślimy”. W wyniku przekształceń powstało prawo, które potencjalnie zezwoliło na wszelką działalność opozycyjną i mówienie wszystkiego. Dość szybko zauważono, że liberalne i humanistyczne przepisy nie pozwalają zwalczać organizacji neonazistowskich i wielu podobnych groźnych dla demokracji problemów . Znaleźliśmy się w punkcie, w którym należałoby uświadomić sobie to, że społeczne inicjatywy nie muszą być zawsze moralne. W związku z tym, jakie kroki naprawcze należy podjąć? Co zrobić z wolnościami, które należałoby ograniczyć mając świadomość, że doprowadzi to wielu ludzi do furii?

O ile postulatami wolności można bardzo łatwo zyskać przychylność tłumu – o czym wspomniał Gustaw Le Bon w „Psychologii tłumu”, o tyle propozycjami jej ograniczania można równie prosto uczynić tłum swoim przeciwnikiem. Tłum nie przyjmie inteligentnych wyjaśnień i argumentów. Oczekuje emocjonalnych, powtarzanych, prostych i wyrazistych komunikatów. To właśnie z natury tłumu wynika konieczność eksponowania „trupów-ofiar” dla uzmysłowienia szkodliwości danego przepisu czy podważenia opiekuńczej roli władzy. Kłopot w tym, że eksponowane ostatnimi czasy trupy przewracają żywo oczami zaciekawione rozwojem wypadków.
Nie mamy szczęścia do bohaterów.

dead

BUNT STADIONÓW

Miałem zaszczyt obejrzeć film, którego wartość poznawczą porównałbym do przysychającego łajna za budką TRAFO: „Bunt stadionów” – coś jak „Solidarni 2010” czy „Anatomia upadku”. Warto o istnieniu filmu wspomnieć, gdyż nie wszyscy wiedzą o tym, że kibole to nie tylko zadyma, ale i ogromna działalność charytatywna, patriotyczna, religijna oraz polityczna. Zadyma to dzieło „mediów aksjomatycznych”, które widzą tylko widowiskową i politycznie poprawną mroczną stronę kibolstwa a przecież: kibole chodzą do kościoła modlić się (mają nawet swojego kapłana d/s kibolstwa biegającego w kościele w szaliku reprezentacji). Kibole pamiętają o historii Polski, jeżdżą na Ukrainę na cmentarz lwowski, na swoich wielkich stadionowych prezentacjach przypominają o żołnierzach wyklętych, odliczają czas do powieszenia Jaruzelskiego, wspominają Smoleńsk. Biorą czynny udział w aktualnej polityce, wyrażając zdanie młodego pokolenia na temat skurwiałego rządu, jebania pedałów czy stosunku do Che Guevary. Jakby tego było mało wspomagają domy dziecka i w ogóle puchną od ogromu przeprowadzanych akcji charytatywnych. Polacy nawet nie wiedzą o tym, że „ruch kibicowski” jest bardzo podobny do dawnej Solidarności. Jest bowiem jedyną prawdziwie niezależną organizacją społeczną przewodzoną co jakiś czas przez ludzi pokroju Staruchowicza (bardziej Gwiazdy niż Wałęsy), których to osób współczesne służby z dupy racji czepiają się. O tym wszystkim jest ten film a komentujący dzieło ludzie, przeczuwają że prawda o kibicach nie trafi rychło do mainstreamu. Prawdy nikt nie kocha.

Gdzieś w połowie megaprodukcji zacząłem zastanawiać się: Ok, wierzę Wam, „głupi żem był” – ale co to ma do kurwy nędzy wspólnego z kibicowaniem? Jakoś w moim niepoukładanym czerepie utarło się, że kibice kibicują, więc nie widzę najmniejszego powodu, by działalność „pozasportową” łączyć z działalnością dla kibiców typową. Wspieranie domu dziecka jest tak samo związane ze sportem jak flekowanie kamerzystek. Co ma Jaruzel do Lecha Poznań? Dlaczego mam wybierać i myśleć o kibicach, że „ch..je są bandyci” albo że to anioły działalności społecznej? Kibice kibicują. Gdy robią coś obok, to już prywatnie, nie jako kibice.
Tak, tak. Oczywiście nie rozumiem tego, że bycie kibicem to rodzaj religii, to coś więcej niż zwykłe zajęcie, to sposób życia, podkultura, sposób istnienia. Być kibicem to wierzyć w klub jak w matkę, ojca, boga, historię czy wszystko to co święte. Być kibicem to coś jak grypsować w puszce, jak być katolikiem który nawraca, to być islamskim fanatykiem. Bycie kibicem to mieć powód by żyć, czuć się częścią bractwa, mieć godność i honor przez system zdeptane, móc zostać bohaterem, mieć dumę, być.

Akurat dzień wcześniej (reżimowo – aksjomatyczna) TVN24 doniosła o rozbiciu przez CBŚ gangu kibiców Cracovii. Wstąpienie do tego zrzeszenia wymagało „przeciągnięcia nożem” kogoś wskazanego przez gang. U aresztowanych znaleziono maczety, tasaki, granat i inne przybory oddziaływania. Znaleziono 100 tys zł i 2,5 kg. amfetaminy. Nie pamiętam już wszystkich dóbr zagrabionych przez policję, ale zapamiętałem zdanie jednego ze śledczych: „W trakcie rozpracowywania gangu zwróciliśmy uwagę na to, że gdy chodziło o interesy to odmienne (wrogie) barwy klubowe nie były przeszkodą”. Ha! – błysnąłem – to tak jak z PiS, PO i SLD. Oficjalnie na noże, ale gdy trzeba opowiedzieć się za marszałkowskimi premiami, to słychać śpiew jednego chóru. Czy biznes jest więc kosmopolityczny, łączący ludzi jak przekonywał M.Friedman? No chyba.

Po kilku minutach kolejna nirwana: Przecież ta amfetamina i extasy nie służą do wytrucia obcych klubów. Oprócz zrzutki na cmentarz lwowski, stadionowy baner, paczkę dla prześladowanego politycznie Staruchowicza, dom dziecka i tacowe na Jasnej Górze, znajdzie się i na biznes „okoliczny”. Całkiem dochodowy – 100 tys. – nieźle, można do hurtowni jechać. Czyli ludziom na trybunach trzeba dać jakieś opium, religię, wiarę, patriotyczne pierdoły konieczne do uzasadnienia płacenia, a kibolski zarząd zadba o kibicowskie tacowe jak o swoje. To nawet lepiej niż w polityce, bo bez faktur i skarbnika z długopisem, aż dziw, że Rostowski jeszcze sportem się nie zainteresował.

Kibice są jak zwaśnione plemiona przed Mieszkiem I, gdy biznes, religia i patriotyzm – mogą połączyć je ponad podziałami. Łączyć warto bo interes jest – podziały dla interesów są złe. Czy kibicowskiego kapłana obchodzi to czy płaci mu Legia lub Widzew? Klubowy diler ma w nosie różnice w kolorze szalików. Podobnie obrona Staruchowicza z Legii przez Rymanowskiego czy Kempę nie ma niczego wspólnego z wyrażeniem nienawiści do Arki Gdynia: „Wszyscy kibice są nasi” a przecież to zmierza do tego, że ustawki mogą się skończyć i skąd dziewczyny będą wiedziały, który ma dobre geny?

Jak bardzo to politykę przypomina… kluby-partie, idee-barwy, pod skórą biznesy ponad podziałami… i my kibole.

 

P.S.
Mam sojuszników – Angoli. Nie opowiadają o cudach na kiju. Robią filmy o tym jak jest. Chcącym zajrzeć za kulisy kibolskiej sceny polecam poniższe arcydzieło z 10/10 gwiazdek za autentyzm. W polskiej wersji „Zawód gangster”, w angielskiej „Rise of the footsoldier”. Rocznik 2007 ale zupełnie nieprzeterminowany. Jak z ostrego chłopaka kibola, przez bramkarza w klubie (nocnym) stać się gangsterem a na koniec zostać spokojnym kolesiem z ciekawą historią. Warto obejrzeć. To nie „aksjomatyczny wytwór TVN24 i Gazety WYborczej”. To nie wyskrobek gazetopolski. Po prostu dobre kino.
(Aż dziw bierze, że w naszej rzeczywistości więcej prawdy zawierają filmy fabularne niż dokumentalne).

 

gangster

 

Sąd nad CBA

Pisowski impet w uzdrawianiu kraju za czasów IVRP nie był dla mnie nowością. Obserwując pierwotne „zbrojenia” CBA było mi do śmiechu. Kominiarki, pistolety maszynowe, agresywna kampania promująca strach. Nie potrafiłem zrozumieć w czym to ma pomóc? Środki adekwatne do walki z gangami w Rio de Janeiro wydawały się mało efektywne w starciu ze zjawiskiem ukrytym, cichym, nienarażającym życia lub zdrowia obywateli i wymagającym od nich bardziej uczciwości niż stojącego nad ich głowami siejącego grozę strażnika. Czy chodziło tylko o wrażenie i efekt psychologiczny? Konserwatywna IVRP lubowała się we wzbudzaniu strachu. Nie zgadzałem się z tym ale i nie bałem się. Nie planowałem korumpowania nikogo i bycia korumpowanym. Nawet gdyby łapówkarzy ścigały istoty bardziej przerażające niż „antyterroryści Kamińskiego” – czułbym się bezpieczny. Działalność CBA uważałem za zwykły cyrk organizowany pod publikę, gdyż korupcji w Polsce nie ubywało i nie przybywało – przynajmniej w medialnym przekazie.

Historia korupcji w Polsce jest powikłana. W większości przypadków, korupcja służyła uniknięciu kary, wojska czy groźby niezaliczenia szkolnych egzaminów. W ogromnej części, korupcja obniżała wygórowane koszty formalnego postępowania, w związku z czym, przyjmujący łapówki traktowani byli jako „ludzie z sercem” rozumiejący troski i problemy obywateli. Przepisy niedostosowane do możliwości materialnych społeczeństwa, biurokracja, psujące ‚bografie’ sprawy w sądach – kto miał do tego głowę? Banknot włożony w prawo jazdy przy kontroli na drodze rozwiązywał wiele przyszłych problemów.

Korupcja (łac. corruptio – zepsucie) – nadużycie stanowiska publicznego w celu uzyskania prywatnych korzyści. (Wikipedia)

Zjawisko korupcji umyka definicjom, choć określenie bardziej ogólnych jej ram jest możliwe. Tam gdzie pracownik budżetówki posiada władzę i wpływy (np. możliwość interpretacji przepisów), tam może pojawić się korupcja. Wykrywanie korupcji jest o tyle trudne, że obie strony procederu osiągają korzyść, co oznacza, że w przypadku braku poszkodowanego trudno liczyć na zgłoszenie zaistnienia sytuacji organom ścigania. Jednak czy rzeczywiście nie ma poszkodowanych? Skutki korupcji nie dotykają jednostek lecz całych społeczeństw. Korumpujący i osoba korumpowana mogą narazić w jednej chwili dziesiątki tysięcy osób na niewielkie straty choć zdecydowanie dotkliwe dla ogółu. Trudno uniknąć skojarzenia, że na tego rodzaju „mikro-grabieżach” wzrastają współcześnie potężne fortuny, monopole, oligopole, kwitnie nepotyzm, kolesiostwo, kliki, pogłębia się rozwarstwienie społeczne, o których szkodliwości nie trzeba chyba pisać.

Obronę naszego wspólnotowego bezpieczeństwa i interesu powierzamy państwu. Zakładanie, że wybierani przez nas politycy i ludzie przez nich mianowani stanowią etyczną elitę narodu jest mrzonką – rzeczywistość bardzo szybko wyrywie nas z takiego przekonania. Urzędnicy państwowi którym ufamy, nie muszą być animatorami zjawisk korupcyjnych, jednak ich władza i wpływy przyciągną tych, którzy za ich sprawą będą chcieli osiągać korzyści, które nie leżą w naszym interesie. Rok rocznie dochodzi od dziesiątków przypadków korupcji w obszarze zamówień publicznych i sprzedaży nieruchomości Skarbu Państwa. Dotacje unijne w bliżej nieokreślonej części w wyniku korupcji nie trafiają do miejsc przeznaczenia. Korupcja lub jej jaśniejsza odmiana ‚lobbying’ mają wpływ na kształt prawa. Korumpowani są prawnicy. Czy nie mamy powodów do niepokoju?

Czy obawa urzędników o to, że jeden na stu stojących do nich w kolejce biznesmenów będzie agentem policji – nie zadziała dyscyplinująco? Czy samo zagrożenie jako straszak spełni swoją rolę? Jak zapewne domyślacie się, nawiązuję tu do sprawy B.S. gdyż wielu Polakom umknęło to, że działania CBA nie były wymierzone w prywatną osobę lecz polityka posiadającego wpływy lub określone kontakty z wpływowymi osobami. To w Polsce obywatele traktowani są jak złodzieje gdy nad urzędnikami administracji państwowej (w taki sposób nas traktujących) rozpościera się parasole ochronne. Kontekst moralności metod śledczych będzie zawsze przedmiotem dyskusji, ale czy już wcześniej nie wylaliśmy dziecka z kąpielą, przyczyniając się do tego, że na prawa człowieka powołuje się dziś każdy schwytany bandyta a policja ma w wielu przypadkach związane ręce? B.S. okazała się słabym ogniwem i daleki jestem od tego, że należałoby ją za jej chwiejność moralną powiesić, tym bardziej że wykorzystano ludzką słabość. Pamiętajmy jednak o tym, że korupcja z wcześniejszym buziakiem, może stać się od chwili wydania wyroku przez Sąd Apelacyjny dozwolona.

W dyskusji o uprawnieniach organów policyjnych, znamiennym jest przypadek rozbicia gangu kibiców Cracovii przez CBŚ. Przystąpienie do gangu wiązało się z egzaminem polegającym na „przeciągnięciu nożem” ofiary wyznaczonej przez gang co oznacza, że infiltracja poprzez przeniknięcie do takiego środowiska była, jest i będzie dla policji niemożliwa. Brak dowodów przestępstwa nakazuje traktować bandytów jak czcigodnych obywateli. Na jakiej podstawie wszcząć wobec nich czynności operacyjne? Jak w imię bezpieczeństwa obywateli zapobiegać działalności gangu? Wspominam ten przypadek aby uzmysłowić nam, że same środowiska przestępcze tworzą wystarczająco poważne przeszkody by obywatele dokładali do tych ograniczeń także swoje. Oczywiście nie stawiam tu znaku równości między przestępczością zorganizowaną a nadużywaniem stanowisk do czerpania osobistych korzyści, ale zauważmy, że większość Polaków nie korumpuje nikogo – po prostu nie mamy na to środków, nie wiemy jak to się robi i do kogo należy się udać. Środowiska w których dochodzi do korupcji są również hermetyczne. Czy niezależność polityczna prokuratury (charakter anglosaski) uczyniła ją lepszą? Być może niezależność polityczna CBA byłaby krokiem ku naprawie i przywróceniu właściwej roli tej służby? Współcześnie CBA jest instrumentem nadzorowanym przez Prezesa Rady Ministrów a więc stare porządki wciąż mogą wrócić.

 

cba

 


P.S.
Nadal mnie nie ma, ale jeżeli macie ochotę, komentujcie.