Ja również nie wiem jak z tym walczyć…

by romskey

Zdarza się, nawet optymistom. Sitwa, korporacja, kościół – stały się w moim rozumieniu synonimami. Powie ktoś, że wystarczyłoby zjednoczyć obywateli by zrobić porządek, ale to nie wszystko. Wymienione „instytucje” są trudnym przeciwnikiem. Oprócz wciąż sporego poparcia, posiadają środki, wpływy (także międzynarodowe) i naprawdę wydają się nie do ruszenia. Możliwość grabienia, gwałcenia, zemsty pod hasłem „przejmijmy ich dobra” dawały odpowiednią przewagę wielu rewolucjom, czy jednak w czasach, w których masowa napaść na banki przyniosłaby jedynie zysk w postaci zapisanych cyfrowo stanów kont wypełnionych wirtualnymi pieniędzmi, pozwoliłaby uzyskać przewagę? Czy budowa „nowej rzeczywistości” pośród sankcji międzynarodowych, zawieszania umów energetycznych czy kredytowych byłaby możliwa – a po takie środki niewątpliwie sięgnęliby „przegrani”? Optymizmem napawa jedynie to, że ten system jest gigantycznym szwindlem, a skoro jest kłamstwem to z „logicznego punktu widzenia” nie istnieje.

Dialog i obywatelskie gardłowanie wydają się nie odnosić żadnego skutku. Może w kwestiach banalnych typu ACTA, gdzie wprowadzenie czy wycofanie danych przepisów nie miałoby i tak rzeczywistego wpływu na zmiany. Internet dał pewne możliwości, jednak gdyby wszystkie wpisy w blogach, portalach i komentarze uznać za modlitwy a następnie ustalić statystykę ich spełnialności, to nie ma lepszego sposobu na to by stać się ateistą. Pogodzić się więc z losem? Odnaleźć szczęście w rodzinie, działce, książce czy wędkowaniu? Coraz trudniej o takie poczucie pośród obserwowanych skutków bezrobocia, braku perspektyw związanego z umowami o pracę, biurokracji, wyzysku, fiskalnego „jawno-grabienia” obywateli. Tych elementów jest zbyt wiele, by wyjść na świeże powietrze i łapiąc oddech stwierdzić „Świetnie jest”.

Rzeczywistość wypełniają fikcje tworzone po to, abyśmy nie zastanawiali się nad podstawami. Od lat zastanawia mnie to, jak dalece jako obywatele daliśmy wkręcić się w pewne myślowe stereotypy. Widzimy przestępstwo – dzwonimy na policję, chcemy jakiejś zmiany w prawie – zakładamy stowarzyszenie i organizujemy uliczną szopkę, chcemy większej ilości zmian – zakładamy partię polityczną, potrzebujemy kredytu – ruszamy do banku, chcemy informacji – włączamy telewizor, poszukując sprawiedliwości udajemy się do sądu. Czy tak trudno zauważyć ułudę tego postępowania? Wezwanie policji nie musi załatwić sprawy, szopka sprzedaje się dobrze tylko na zdjęciach, partie.. tu o skuteczności trudno cokolwiek powiedzieć, bank – lichwa mogąca obciążyć całe rodziny przez pokolenia, informacja – w każdym źródle jakby inna, sądy…. Tłum jest podatny na proste fantazje więc nie dostrzega tego, że obraz za oknem praktycznie nie zmienia się. Mamy jakieś marzenia i sama obietnica ich spełnienia potrafi wypełnić nas pozytywną energią. Podobnie jest z mową i czynem. Wielu ludzi uważa, że skoro coś powiedzieli to spełnili swój obowiązek i zrealizowali jakieś działanie. Moglibyśmy być bardziej wymagający, ale to nie udaje się.

Zauważyłem ostatnio polityczną mobilizację pod hasłem „na jesieni wreszcie się ruszy!”. O jakież piękne postulaty, wprost nie wiem kogo kochać bardziej PO, SLD czy PiS. Zrobią wreszcie porządek! Mam jedynie ten dylemat, że prawie każdego roku słyszę o tej jesiennej „rewolucji czynu” z której później nic nie wynika. Po co to wszystko? Cóż, zbliżają się poselskie wakacje, trzeba więc dać ludziom jakąś nadzieję, żeby spokojnie spędzić wolny czas w miejscach, które większość obywateli może pooglądać sobie z internecie.

Mimo wszystko optymizmu życzę:)

tropi

Reklamy