Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Maj, 2013

FABRYKI STRACHU

Kilka lat temu, dwie dorosłe osoby, przyjaźniące się od „dziestu” lat, traktujące się praktycznie jak członkowie rodziny, obwieściły sobie zakończenie relacji. Rzecz dokonała się typowo po polsku: „Moja noga więcej tu nie postanie!”. Powód? „Nie ma możliwości, by dalsza znajomość miała sens, skoro druga strona oddała w wyborach głos na PO (2007)”. Miałem nieprzyjemność uczestniczyć w obserwacji rozgoryczenia i zaskoczenia świeżo upieczonej wyborczyni Platformy, więc na miarę sił próbowałem łagodzić sytuację: „Nie ma się co przejmować, emocje jutro opadną, wszystko wróci do normy”. Nie wróciło – po dziś dzień. Przypomniałem sobie podobny przypadek. Dwie siostry (osoby starszej daty), zaniechały wszelkich kontaktów z powodu zmiany wyznania przez jedną z nich. Nie rozmawiały ze sobą, nie odwiedzały się, mówiły o sobie wyłącznie źle.

Życiowe wybory rozsypały moją rodzinę po Polsce i świecie, choć sporadyczne spotkania zawsze oznaczają długie godziny rozmów, dzielenie się sukcesami, porażkami, radością uwiecznianą setkami zdjęć i filmów. Nie pałamy do siebie miłością opiewaną przez „zwolenników silnej rodziny”, jednak ewentualna wrogość wydaje się tak abstrakcyjna, że jestem w stanie o niej myśleć wyłącznie w chwilach takich jak ta. Czy mogłoby nas coś skłócić? Polityka, religia? Spieramy się, owszem, jak nie Korwin to Tusk czy Palikot, ale zawsze nasze myśli ciążą w stronę konsensusu, choćby pt.: „cała polityka to wielkie bagno”. Przyglądając się otaczającemu światu, dochodzę do wniosku, że to poczucie jedności jest zaledwie pozorne, wydaje się mi, że po prostu nikt dotąd nie wpadł na pomysł podziału, który zadziałałby jak zapalnik. Geje, muzułmanie, aborcja, eutanazja, podatki, feministki, lewica, prawica, żydzi, katolicy, Kukliński, Wałęsa… jest tematów trochę i stale przybywa (Jolie choćby). Powiecie, że ryzykowne jest samo myślenie o tym co mogłoby spowodować, że nie odwiedzimy się na własnych pogrzebach, ale próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie o to, na czym polega destrukcyjna moc religii i polityki? Skąd pochodzi ich siła będąca w stanie rozbić najtrwalsze spoiwa międzyludzkie?

Kilka dni temu, ktoś z Gości romskey’s bloga zauważył, że w przypadku klęsk żywiołowych czy zbiorowych lęków, Polacy zazwyczaj gnają do kościoła. Wspomniałem w odpowiedzi o zagospodarowaniu obaw poprzez stworzenie „azylu ostatecznego bezpieczeństwa”, dodałem, że tak najprawdopodobniej powstawały religie, które brały na siebie rolę centr objaśniających to, czego nie byli w stanie wyjaśnić najmądrzejsi plemienni racjonaliści. Dlaczego umiera niewinne dziecko? Dlaczego zdarzyło się trzęsienie ziemi czy powódź właśnie tutaj? „Niezbadane są wyroki jego” – to bardzo prosta odpowiedź, którą wystarczyło dać (kolejnym krokiem było pobranie drobnych opłat za zwiększenie zagubionego przez lud bezpieczeństwa – wszak prawdopodobieństwo wystąpienia klęsk dawało spore szanse zbicia fortuny).

Bezpieczeństwo okazuje się kluczowym elementem. Od zarania dziejów władzę tworzyli ludzie obiecujący bezpieczeństwo maluczkim. Władcy polityczni zapewniali bezpieczeństwo w sferze zagrożeń widzialnych a religijni niewidzialnych lub tych wykraczających poza możliwości sprawcze człowieka. Dla umacniania swojej roli niejednokrotnie sami animowali różnorakie kataklizmy wiedząc o tym, że zagrożenia jednoczą i pozwalają osiągać zyski z ‚jedności tych, którzy bezpieczeństwa potrzebują i są gotowi za nie zapłacić’. W najnowszych dziejach pojawił się kolejny gracz, praktycznie rozkładający na łopatki religijną i polityczną konkurencję – media. „Wojna, przemoc i chaos” – w ten sposób można streścić 99% medialnego przekazu. Przywiązani do gazet, telewizorów i monitorów ludzie, bardzo szybko zaczynają rozumieć to, że ich poczucie rodzinnego bezpieczeństwa jest dość kruche. Choć wyglądają za okno i nic niezwykłego nie dzieje się, to przecież „gdzieś tam” ktoś czyha na nas, może nawet za drzwiami naszego mieszkania. Tradycyjne „Marian, idź załatw tą sprawę” przestaje być lekiem, należy szukać kogoś kto jest w stanie poważne problemy poważnie rozwiązać. „Marian” uznawany przez gros lat za ostoję domowego miru i dostatku, staje się nagle elementem upośledzonym, „za krótkim”, a nawet wrogim gdy stwierdzi, że z mediów wypływa zwykłe pierdolenie. Antyterroryści napadli niewinnego emeryta, przestępca pociął na plastry sprzedawczynię w sklepie – każdemu z nas to grozi! Kupujmy drzwi antywłamaniowe, maski p-gaz, pistolety, módlmy się opłacając sowite tacowe i głosujmy na polityków pokojowych chroniąc się przed politykami, którzy chcą rozpętać wojnę i przynieść masową wewnętrzną zagładę.

Technika celowego zaburzania bezpieczeństwa to zwykle budowanie strzelistych tez na ziarnach prawdy. Ziarna potrzebne są po to, by pozbawić wiarygodności potrafiących rachować. Wiele problemów istnieje, choć stosunek ich rzeczywistej skali do skali wzbudzonej paniki budzi wiele znaków zapytania. Dlaczego tak łatwo ulegamy strachowi przed tym czego jeszcze nie widzimy?

Linie podziałów oparte na wzbudzonych lękach, dzielą ludzi i ich rodziny na ulegających lękom i im nieulegających a przynajmniej w skali zagrażającej logicznemu myśleniu. Nieulegający, stają się zagrożeniem dla bezpieczeństwa przerażonych, stają się publicznymi wrogami. Tercet – media, politycy i religie – doskonale bawi się tą sytuacją licząc kokosy, a skutki dla społeczeństwa – wspólnoty obywateli – są opłakane. Czy zwróciliście uwagę na to, że po programie informacyjnym obwieszczającym zarazę, masowe morderstwa czy wojnę domową emitowany jest „Taniec na lodzie” lub kabaret? Czy zauważyliście to, że większości „gigantycznych groźnych problemów” nie rozwiązuje się gdyż przynoszą wyborcze profity? Czy zauważyliście to, że atakowane ze wszech stron kościoły zajmują się odzyskiwaniem majątków choć koniec świata jest bliski? Szkoda, że efektem ubocznym tej karkołomnej „zabawy” stają się zwykli ludzie i ich relacje.

strach


Prawda jest tylko jedna. Dwie osoby starające się poznać prawdę nie dojdą do dwóch różnych wniosków. Siewcy lęków niezwykle rzadko posługują się rzetelnymi, potwierdzonymi analizami. Nie zmierzają do racjonalnego rozpoznania problemu. Wyłuskują z rzeczywistości wyłącznie te fakty, które pasują do kreowanej przez nich wizji realiów (odnajdowane choćby na końcu świata). Z głęboką niechęcią traktują argumenty mogące te wizje podważyć. Nie stronią od kłamstw, manipulacji, są nieprzejednani, zamknięci, zdają się nie zauważać tego, że zamiast prawdy mogącej przynieść rozwiązania ich osiągnięciem stają się panika, pogarda i nienawiść. Ich celem jest zaburzenie poczucia bezpieczeństwa w imię chorych wizji jednoczenia wokół ideologii religijnych czy politycznych. Niejednokrotnie stajemy się nieświadomymi pionkami tej gry. W skomercjalizowanym świecie, coraz trudniej ufać nawet naukowym źródłom i autorytetom, ale zawsze pozostaje widok za oknem. Najlepszy test wiarygodności.

STOP KATOLIZACJI EUROPY

Definicji „katolizacji” na próżno szukać w słownikach i encyklopediach, co jednak nie oznacza, że takowa nie istnieje. Katolizacja – to wciskanie ludziom populistycznej ciemnoty, żerowanie „na”, pompowanie i produkcja lęków, mówienie o wszelkich możliwych demonach z wyjątkową dbałością o niewypowiadanie nazwy źródła gdyż słowo „katolicyzm” mogłoby odstraszyć 3/4 zainteresowanych. Czasem naprawdę trudno odpowiedzieć na pytanie, czy ludzie boją się tego co rzeczywiste, czy kłamstw szerzonych w ramach misji KRK? Kościół mentalnie tkwi w średniowieczu, dlatego stosuje adekwatne techniki promocji – dziwi to, że ludzie wciąż dają się na to nabierać.

Istotą katolizacji, jest wyszukiwanie dowolnych zagrożeń, które należy dla wzmocnienia efektu nieco zakłamać i ukierunkować, po to by zainteresować jak najszerszą publiczność. Szerokie zainteresowanie i poparcie dla idei zwalczania wskazanych problemów, są potrzebne po to, by zdjąć odpowiedzialność z zakutych wyrywnych jełopów, którzy w ramach walki z konkurencją kościoła dokonają różnej maści samosądów, rabunków, gwałtów (bez powszechnej przychylności, trudno byłoby im wypełniać szlachetne dzieła w imię społeczeństwa). Kiedy dane zagrożenie zostaje zwalczone, wyszukane zostaje nowe i tak bez końca. Zagrożenia jednoczą a walka z nimi pozwala tworzyć bohaterów, o których pamięć najlepiej dbać pod kościelnymi sklepieniami, gdzie wyraźniej słychać dźwięk spadających na tacę monet.

Gdyby Hitler zamiast o problemach gospodarczych, zagrożeniu ze strony Żydów, niesprawiedliwości związanej z końcem I wojny światowej, mówił o swoich ambicjach, nie zdobyłby poparcia. W podobny sposób działa katolizacja. Propaganda nie może opierać się na faktach, gdyż te są niewygodne, a raczej mało użyteczne. Użyteczne są instynkty. Człowiek dla połapania się w rzeczywistości, stosuje proste wzory, stereotypy, uogólnienia, dlatego należy mu takowych dostarczyć. Zasada jest dość prosta. Kiedy „walczymy” ze świadkami Jehowy, nie można pozwolić na to, by ktoś powiedział, że zna świadków, którzy są w porządku. Dany ogół należy zohydzić, odczłowieczyć, uczynić zeń potwora, a z każdego sceptyka skroić lewacką szmatę – wszystko za sprawą wyszukania pojedynczych negatywnych przypadków, które mają rzucić cień na całą daną społeczność. Zasadniczo ludzie nie pytają o skalę, nie analizują. Skoro dany „żyd” ukradł to znaczy, że wszyscy „żydzi” kradną.

Kościół nie lubi konkurencji. Uważa – tak jak swojego czasu Jarek Kaczyński – że obsranie wszystkiego wokół sprawi iż on sam będzie urodziwszy. Może z wadami, ale przy całym otaczającym bagnie i tak wyjdzie na plus. Okazuje się, że działa rzecz średnio. Produkcja wrogów zewnętrznych i wrogów wewnętrznych była dobra w poprzedniej epoce, gdy w dobie internetu należy wieścić jej koniec. Po prostu, zbyt łatwo sprawdzić wiarygodność szerzonych komunikatów. Kłopot w tym, że niektóre problemy pod które podczepia się kościół istnieją, tyle że dzika katolizacja gotowa jest je strywializować, wywołując masową ignorancję a to nie musi mieć pozytywnych skutków. Jak dbać o to, by problemy rozumnie rozwiązywać a jednocześnie nie dać się wciągnąć w tryby maszynerii spod znaku krzyża? To proste. Należy po prostu sprawdzać źródła.

Jest kryzys, spada zaufanie do władz (na władz nieudolnych własną prośbę), zmniejsza się poczucie bezpieczeństwa obywateli. Kościół nie przepuści takiej okazji. Kryzys jest złotym okresem dla populistów obiecujących gruszki na wierzbie. Swoich postulatów nie są w stanie spełnić (choć łatwo się w nie wierzy) jednak władza jest w zasięgu ich rąk. Nie wierzmy więc w to co jest zbyt proste aby było prawdziwe. Lęk, kłamstwo i nienawiść nie naprawiły jak dotąd żadnego problemu, dawały za to władzę tym, których rządów nie całkiem sobie życzylibyśmy. Myślmy.

LONDYN – krew – religia

Człowieka cywilizowanego przeraża człek prymitywny, który nie przestrzega reguł, nie myśli, jest nieobliczalny. Strach przed dziczą jest pozostałością dziejów, wiąże się z atawistycznym lękiem przed drapieżcą czyhającym na nasze żywota. Przez miliony lat ewolucji nauczyliśmy się odpowiadać na zagrożenia: zamierać w bezruchu, maskować, uciekać, wdrapywać na drzewa i wreszcie podejmować obronę poprzez walkę. Nauczyliśmy się tego, że nasze emocjonalne nastawienie do drapieżnika nie ma najmniejszego znaczenia, gdyż przy osobistym spotkaniu i tak nas unicestwi łącznie z naszą plakietką „Animal Front” czy „Greenpeace”. Zrozumieliśmy, że znaczenie ma postawa. Kiedy na atak odpowiemy kamieniami, krzykiem i przywdzianiem groźnych masek, możemy drapieżnika spłoszyć a nawet uśmiercić. Oczywiście nie rozwiązujemy w ten sposób problemu, gdyż usuwamy z naszej przestrzeni zaledwie pojedyncze osobniki. Nasze działanie jest doraźne. Ten czy inny drapieżca wróci, choć zaczeka aż ułożymy się do snu – on również uczy się.

Walcząc z zagrożeniami wyeliminowaliśmy wiele gatunków. Jedne wykluczyliśmy całkowicie, inne sprowadziliśmy do parteru egzystencji. Największym problemem okazał się jednak drugi człowiek, który swoim postępowaniem niejednokrotnie udowodnił nam to, że dzielą go lata świetlne do statusu cywilizowanej istoty. Nie sposób go odróżnić w tłumie. Wygląda potencjalnie tak samo. Nie chronią nas nawet te stereotypy, które oparto na wiarygodnych przesłankach. Człowieczego drapieżcę rozpoznamy dopiero wówczas gdy ukaże swoje prawdziwe oblicze. Gdy zaatakuje.
Czy powinniśmy czekać?

Analizując akty terroru uświadamiamy sobie to, że jesteśmy całkowicie bezbronni. Nie potrafimy reagować. Jedyną nowością pośród naturalnych odruchów bezwarunkowych stało się sięganie po komórkę i kręcenie filmów do You Tube. Sfilmowane zdarzenia potrafią znacząco podsycić powszechny niepokój, choć nadal nie dają nam recepty na to jak walczyć i bronić się. Wystraszeni domagamy się od polityków przepędzenia niebezpiecznych intruzów lecz politycy milczą lub mówią o marginalnych przypadkach czy niewygodnym prawie. Czy powinniśmy wziąć sprawy w swoje ręce? Po zamachach z 9/11 taki projekt brzmi mało przekonująco. Nie istnieje sposób na przetrwanie w wieżowcu, w który uderza samolot. Jeżeli walka z terroryzmem ma przynieść jakikolwiek skutek, to oprócz tworzenia nowych form ewakuacji czy procedur na lotniskach, uwaga antyterrorystów musi skupić się także na problemie przyczyn. Czy przyczyną jest lub może być obca kultura lub religia?

Jednostki dopuszczające się najgroźniejszych przestępstw zdecydowanie rzadko są upośledzone lub działają w ramach recydywy. Kontrolowanie recydywistów czy osób chorych, chroni nas jedynie przed ponownym popełnieniem przez nie tych samych czynów. Wpływ tej pieczy na statystyki jest znikomy. Sprawcami najgroźniejszych przestępstw stają się najczęściej osoby, których nikt o to nie podejrzewa, a cechą dla nich charakterystyczną jest to, że zatraca się w nich umiejętność właściwej kwalifikacji własnego działania. Czy wiecie o tym, że większość pedofilów i kazirodców uważa, że molestowała nieletnich z miłości? W podobny sposób swoje działania uzasadniają fanatycy religijni i polityczni. W ich umysłach płonie poczucie wypełniania wielkiej szlachetnej misji nawet gdy dopuszczają się najbardziej odrażających zbrodni. Rzadko stosowana specjalistyczna terapia pomagała uzmysłowić im to, że ich czyny nie miały najmniejszego związku z bogiem, miłością czy służbą ojczyźnie. Co ciekawe, pedofile kończący leczenie, zapytani o to, co podpowiedzieliby rodzicom, którzy chcieliby lepiej chronić pociechy, twierdzili: – „Słuchajcie swoich dzieci, gdyż to co wam mówią o tym, że coś niedobrego dzieje się w ich sypialniach może być prawdą”. Co powiedzieliby nam terroryści? Prawdopodobnie coś bardzo podobnego, choć nie chcemy ich o to pytać, słuchać czy ewentualnie im wierzyć.

Fanatyk podporządkowuje wiarę swojej wizji rzeczywistości, nie wypełnia jej zaleceń, sam dokonuje interpretacji. Uświęca sam siebie na własnych zasadach. Fanatyk gotów jest przeciwstawić się przywódcom religijnym – co obserwowaliśmy zresztą na Krakowskim Przedmieściu kiedy duchownym zarzucono herezję i odprawiano pod ich adresem egzorcyzmy. Boston, Londyn, Utoya są dziełami fanatyków. Postępowanie sprawców pozbawione było fundamentalnej logiki, która charakteryzuje operacje grup zorganizowanych. Dokonując zamachów mogli uśmiercić i być może uśmiercili przedstawicieli własnych wyznań (nie popiera tego żadna religia), mogli uśmiercić członków własnych rodzin, sprzymierzeńców i sympatyków.
Jeszcze poważniejsze zagrożenie od nich stwarzają fanatyczni duchowni i politycy, którzy oddziałują na większe grupy społeczne. Czy możemy powstrzymać ich oddziaływanie? Delegalizacja m.in. Ku Klux Klanu nie rozwiązała problemu. Ruch rozproszył się, przeszedł do wojny partyzanckiej. Taki sam byłby finał delegalizacji religii czy groźnych poglądów politycznych. Nadzieja tkwi w ludziach, którzy zrozumieją jak wielkie spustoszenie w ich głowach może uczynić zbyt głębokie oddanie filozofiom o wątpliwym pochodzeniu. Oby tych ludzi przybywało.

break copy

31 maja 2013 – pojawia się artykuł: http://fakty.interia.pl/swiat/news-fanatycy-religijni-beda-leczeni-w-szpitalach-psychiatrycznyc,nId,976404

CO Z TYM STRAJKIEM?

Dziś trochę aktualności, bo i spór o przywództwo strajku zahacza o paranoję. Niestety, kiedy o swoje udziały w torcie upominali się Gwiazda czy Walentynowicz, było jasne że naburmuszone ego tych ludzi woła o pomstę do koryta. Kiedy jednak bierze się za coś podobnego Krzywonos czy Borusewicz, to ustalenie cui bono staje się trudniejsze. Wałęsa poza polityką, Borusewicz szybuje, Krzywonos gdzieś na poboczu choć widzialna. Znudził się Wałęsa czy co? Dziwi mnie przede wszystkim to, że im więcej czasu upływa, tym łatwiej niosą się prawdy potencjalnie demaskatorskie. Dziesięć lat temu tylko Kaczyńskim mogło coś podobnego do łbów strzelić, ale widać taka już norma historyczna. Za 50 lat Wałęsa objawi się nam pedofilem albo agentem Stasi.

Nie mam ze swojego pisania żadnego zysku, więc mogę pisać prawdę. Odchylenia religijne Wałęsy zawsze były mi nie w smak, nie w smak było mi to, że JPII pojednał Polaków (skumulował uwagę społeczeństwa wokół jednego centrum strajkowego), nie w smak jest mi 100 współczesnych durnowatych wypowiedzi Lecha, ale nie przeczę faktom. Godzę się z nimi. Dla większości Polaków Wałęsa i Solidarność były synonimami. Wybór na prezydenta był ukoronowaniem działalności, której niemal nikt nie kwestionował i był tym samym co dla szpiega Zacharskiego objęcie dyrektorskiego fotela Pewexu. Oczywiście, gdzieś w tyle głowy pali się mi dioda z tabliczką „uwaga! kolejna medialna piana”, no ale coś chyba jest na rzeczy. Ludzi to rusza.

Ledwie pisałem o „twarzy kampanii” i dzień kolejny przynosi przykład pasujący do sprawy jak puzzle. Właściwie nie wiem, czy chodzi o sam strajk w stoczni, czy w ogóle o strajk powszechny, jednak sceptycy roli Wałęsy nie rozumieją czegoś. Dotychczas każda skuteczna rewolta, przewrót, bunt, musiały mieć wodza, symbol, ikonę. Bez tego ani rusz a Wałęsa tym dla strajku był. Czy był marionetką? Jeżeli już, to marionetką, która szarpała od dołu za sznurki. Słychać gdzieś głosy, że gdyby Wałęsa dostał ‚co chciał’ to żadnej krajowej rebelii nie byłoby, gdyż chciał jedynie podwyżek płac. Wielka Rebelia wedle „nowych” źródeł powstała gdzieś w tle i bez wielkiego zakulisowego planowania byłyby z niej nici. Takie dyrdymały można opowiadać licząc na to, że słuchają tego durnie. Przemiany były tak chaotyczne i szybkie, że sam fakt ich zaistnienia zakrawa na cud. Właściwie dla toku wydarzeń najwięcej zrobili komuniści, którzy określali z kim chcą rozmawiać, z kim pertraktować, kogo internować a kogo zostawić w spokoju na szkodę Polski przyszłą. Komuna oddała władzę na korzystnych dla siebie warunkach, choć zarówno naród jak i strajkowa góra nie przewidywały takiego efektu. Nikt po prostu nie wierzył w to, że komuna może runąć czy poddać się – chodziło wszak o 21 postulatów a nie zmianę systemu. Przejęcie władzy było wielkim cyrkiem. Kancelaria nowo wybranego Prezydenta błagała ambasadę USA o ściągawki na temat tego co w ogóle ma robić prezydent.

Wydaje się, że ma miejsce taki typowy polski efekt. „Kilku” siedzi z tyłu czy na emigracji bo trzęsie dupą, choć czasem kanapkę komuś przyniosą, czasem coś napiszą w gazetce, coś tam knują, w każdym razie uważają, że odgrywają wielką rolę. Potem takie osoby czują się niedocenione, oszukane, mówią o swoim wielkim poświęceniu, zaangażowaniu i wkładzie w budowę nowej rzeczywistości, tyle że mało kto ten wkład na oczy oprócz nich widział. Można mieć żal do Wałęsy że pił wódkę a nie kazał się bohatersko rozstrzelać (co niewątpliwie zrobiłyby Kaczyńskie), ale nie ma co giąć pały. Może to wszystko to tylko medialny event, sensacyjka. Szkoda gadać.

solidarnosc2 copy

ŚMIERĆ KULTURY

Zdarza się nam wszystkim dość lekko mówić o zagrożeniach dla kultury europejskiej, o upadku zasad, o rozmemłaniu zachodniej cywilizacji. Doskonale wiemy czym jest kultura, dlatego nie jesteśmy w stanie przyjąć do wiadomości tego, że ona umarła. Śmierć kultury polega na tym, że staje się abstrakcyjnym punktem odniesienia a nie przedmiotem używania.

Okrawki kultury zgnietliśmy grą pozorów, degradując ją do kilku grzecznościowych odzywek, formy mów oficjalnych i kilku mało zrozumiałych narodowo-świątecznych rytuałów. Pogrzebaliśmy ją w wojnie o pochodzenie kultury, o jej tożsamość. Stworzyliśmy formy kultury alternatywnej, która choć mieni się „kulturą” to wywołuje chęć ukradkowego rzygnięcia. Na co dzień, obywamy się bez niej. Wiedziemy swoje żywota od wypłaty do wypłaty i kulturę mamy w dupie. Etyka, moralność, prawo? Wolne żarty. Gdy tylko nadarzy się sposobność wybierzemy najkrótszą drogę. Oficjalnie w tłumie owszem, lubimy pomachać flagą, oburzyć się na niegodziwość, obryzgać otoczenie swoją wrażliwą empatią, ale w domu, w pracy… to wszystko staje się fikcją. Czym właściwie jest kultura? Patriotyzmem? Ideą lewej strony? Strojem, modą? Judeo-chrześcijanizmem? Narodowizmem? Kosmopolityzmem? Rasą uświęcającą wszelkie działania? Wolnością nieskrępowaną?

Z kulturą mamy podobny problem co z definicją głupoty. Doskonale identyfikujemy zachowania głupie, ale gdy przyjdzie nam opisać czym jest głupota, to pojawią się schody. Ulizany srebrnowłosy starzec, w gajer odziany, krasomówca, przemawiający sprzed ściany książek czy flag, uchodzi za osobę kulturalną, elitę. Nawet gdy kłamie. Kultura ma spory związek z religiami, w których konieczne było stworzenie za jednym razem bożka i boga. Bożek musiał być namacalny, z brodą, na tronie skoro włada i złoty skoro mądry. Bożka stworzono dla tych, którzy nie byli w stanie pojąć „bóstwa abstrakcyjnego”, „źródła etyki, wszechmocy, wieczności i stworzenia”. Religie popadały w kryzysy, gdyż nierzadko samozwańczy duchowni, sami przywdziewali szatki bogów, ulegali chciwości, zboczeniom, napasali swe żałosne mózgi widokiem posiadanej władzy nad naiwnym ciemnym ludem. Wiara sprowadzona do wymiaru show napędzanego żądzą władzy i zysku, wcześniej czy później napotka na problem „przesady”. Któregoś dnia, show obracał się przeciwko wierze, lud tracił zaufanie, choć nie zaczynał wierzyć w „bóstwo abstrakcyjne”. Musiał dostać kolejnego namacalnego cielca.

To nie sztandary narodowe, krzyże czy dzieła starożytnych filozofów dawały nam bezpieczeństwo, siłę, jedność, nie one przynosiły wolność. Przetrwanie zapewniały nam przyjaźń, braterstwo, poświęcenie za wspólną sprawę. Czy potrafimy sięgnąć do tych źródeł?

ecul

SPOSÓB NA SPRZEDAŻ

Rzecz miała miejsce kilka, a może nawet kilkanaście lat temu, dlatego mogę zgrzeszyć niepamięcią szczegółów. Wzięta pisarka amerykańska położyła na stół wydawcy swoją nową książkę. Po kilku dniach została poproszona o spotkanie, w trakcie którego zaproponowano jej „wycięcie” 2 rozdziałów (ok. 30 kartek). Autorka zapytała o powód a wydawca stwierdził, że poruszono w nich zbyt głęboko psychologiczny kontekst menstruacji, co dla przeciętnego czytelnika nie będzie interesujące. Pisarka oburzyła się: „ależ to jest ogromnie ważny problem, nie można zepchnąć go na margines”. Wydawca upierał się przy swoim i wyjaśniał kontekst biznesowy. Konflikt wymknął się poza biuro. W obronie pisarki stanęły wszelkie możliwe organizacje feministyczne i opiniotwórcze media starające się uczynić z edytora seksistę, aroganta i ignoranta. Wg. wydawcy książka okrojona mogła liczyć na sukces, gdy nieokrojona byłaby porażką – to nie media czy organizacje poniosłyby odpowiedzialność za klapę. Doszło – o ile dobrze pamiętam – do kompromisu, ale mamy tu przykład zetknięcia się dwóch obszarów: „filozofii” i sprzedaży.

Masowy zachodni czytelnik nie preferuje „dramatów psychologicznych”. Sprzedaż zależy od czynnika atrakcyjności treści, emocjonalnego przyciągania a nie odpychania. Choroby, sport, polityka – w marketingu są na czarnej liście. Zapytacie więc, dlaczego sprzedają się książki polityków? Otóż dlatego, że nie są one o polityce ale o przekrętach, gafach, prywatnych sprawach. Podobnie dzieje się ze sportem i literaturą medyczną. Nie oznacza to, że głębsze problemy nie zasługują na uwagę. Po prostu, uwaga ta jest ograniczona (liczebnie), a wydawca chcąc zarobić musi dotrzeć do jak najszerszej grupy odbiorców. Żaden poważny problem nie sprzeda się, o ile nie zostanie wsparty lub wyparty skandalizującą formą, kontekstem seksualnym czy patologicznym. Mamy tutaj odpowiedź na pytanie o to, dlaczego „treść” zostaje często zasłonięta silnie oddziałującą formą. Kto wymyśli metodę na masową sprzedaż ważnych treści (bez uzdatniaczy) dostanie nagrodę Nobla i postawione mu zostaną pomniki.

Dollar Books 3 shelves

KLATKA CELEBRYTY

W naszym kraju, większość głośnych spraw bardzo szybko nabiera politycznego znaczenia, gdyż tam gdzie kumuluje się ludzka uwaga, tam natychmiast musi pojawić się polityk, który wyrazi swoją opinię „na temat” a konkretnie opowie o tym co jego wyborcy chcą usłyszeć o działaniu jego partii. Szybkość reakcji ma tu duże znaczenie, dlatego politycy podłączający się do wagoników medialnej kolejki są mniej lub bardziej przygotowani.

Jolie. Piecha. Być może odsądzicie mnie od czci i wiary, ale w pierwszym odruchu po ukazaniu się sensacyjnej wiadomości również pomyślałem o „evencie”. Moja wiedza o A.J. jest dość nikła. Lara Croft (bohaterka niezbyt ambitnego filmu), małżeństwo z Bradem Pittem, adopcja. Nie pamiętam żadnego (oprócz „Tomb Raider”) filmu z jej udziałem. Twarz i nazwisko są mi znane dzięki tabloidom rozpatrującym jakość lakieru na paznokciach podczas wielkiej gali. Jeżeli w gęstwinie arcy-istotnych newsów dnia, pojawia się nazwisko Jolie, to ja zwyczajowo takie newsy pomijam, poznając najwyżej lead. Tym razem zainteresowałem się, przeczytałem „zajawkę”, gdyż kto jak kto, ale gdy (subiektywnie) symbol seksu dokonuje tak kontrowersyjnego zabiegu – to jest jakieś novum. Pierwszy raz zetknąłem się z wiedzą o tym, że w ten sposób można walczyć z rakiem, dlatego pomyślałem o promocji jakiegoś nowego zabiegu, który należy nagłośnić dzięki znanej osobie, by zachęcić ludzi do wydania tysięcy dolarów. Profit dla gwiazdy w postaci chwilowego rozgłosu również wziąłem pod uwagę. W sumie, rzecz uznałem za mało dla mnie istotną i zapomniałbym o niej gdyby nie to, że niedługo potem w całej Polsce rozpętały się igrzyska „na temat”. Pomyślałem wówczas: „Kiedy świat zajmuje się piersiami A.Jolie – to znaczy, że kryzysu nie ma”.

Jako pierwsze, polskie inteligenckie media opiniotwórcze dokonały zmasowanego ataku na „niedouczoną” prawicę, odbierając jej aktywistom prawo do posiadania wszelkich cech ludzkich. Siedziałem cicho, gdyż czułem, że również obrywam. „Ale czy chodzi o słowo „event”?” – to pytanie drążyło mój umysł. Do mediów prawicowych nie sięgam od dawna, nie widzę najmniejszego powodu i prawdopodobnie częściej zaglądam do Pudelka niż Niezależnej (czyli statystycznie wcale), więc nie dane mi było poznać opinii, które stały się przedmiotem batalii. Kiedy jednak usłyszałem argument sugerujący to, że akcja A.Jolie miała zwrócić uwagę Polaków na to, że tego rodzaju zabiegi są w Polsce refundowane, poczułem małe zgrzytanie w części mózgu odpowiedzialnej za logikę. Kiedy usłyszałem to, że A.Jolie to wspaniała aktorka i bardzo dobra osoba przypomniała się mi ocena Pasikowskiego po nakręceniu Pokłosia. Kiedy usłyszałem, że forma zwrócenia uwagi na poważny problem była jak najbardziej właściwa i tylko plebejusze tego nie pojmują, zacząłem się irytować.

Szukając kompromisu między własnym odbiorem a kreowaną linią oceny, zrzuciłem winę na tabloidowy przekaz. Kiedy G.W.Bush czy R.Reagan mówili otwarcie o swoich intymnych zdrowotnych problemach, a wirtualne schematy schorzeń prezentowały największe media wiedziałem, że jest w tym działaniu zasadny dydaktyzm. Głowy największego mocarstwa udowodniały milionom ludzi na świecie, że wizyta u specjalisty nie jest żadnym wstydem. Gdyby o swojej operacji piersi wspomniała Michelle Obama – kontekst byłby równie jasny i poważny. W przypadku A.J. to nie zagrało. Klatką celebrytów jest to, że ich sława wynika w znacznym stopniu z ich kontrowersyjnych wyczynów mających przysporzyć im widzialności. Jeżeli na 100 „sensacyjnych” informacji, pojawia się jedna, społecznie ważna – chcąc nie chcąc – większość ludzi ulegnie utrwalonemu wcześniej stereotypowi. Celebryta musi liczyć się z tym, że to co ważne może zniknąć pod tumanami wzbitego przezeń kurzu. Nie chcę tu spekulować, czy w silnej reakcji społeczeństwa główną rolę odgrywa zawiść i kompleksy czy może oburzenie pt. „co z tego co robi XYZ ze swoim ABC?”. Nie wiem czy celebryci próbują swoją prospołeczną działalnością łagodzić poczucie własnej próżności czy może chcą podkreślać to, że nie są pustymi w środku plastykowymi laleczkami. Pewne jest to, że wokół każdej sprawy której podejmą się służyć będzie gorąco. Czy celebryci powinni zajmować się kreowaniem istotnych problemów biorąc pod uwagę ryzyko przewidywalnego odbioru? Czy opłaca się to im i sprawom, które wspierają? Znamy ogromną liczbę zdarzeń, w których udział celebryty przyciągał uwagę mediów, ale rozbijał całkowicie kontekst zdarzenia. Odbiorcy mówili o tym kto był na paradzie, nie specjalnie zajmując się tym co niesiono na transparentach. „Bycie twarzą kampanii” – to poważna sprawa i odpowiedzialny wybór. Zbyt często w naszej medialnej rzeczywistości dobrą opinię „dorabia się” po fakcie, gdy lata temu, pracowano nad nią latami „przed”.

Koniec końców, nie wiem czy treść przekazu odniesie pożądany przez aktorkę skutek, lecz na pewno wsparł to co w Polsce udaje się niezwykle łatwo i często. Chciałoby się powiedzieć: „Panie premierze, Polaków nie dzieli tylko Smoleńsk, Polaków podzielić może nawet Angelina Jolie a już na pewno rak piersi.

ccc

ŻYD JAK LUCYFER

Czy Polską rządzą Żydzi? To pytanie może pojawić się przy okazji studiowania licznych, kolportowanych z niezwykłym zapałem materiałów na temat genealogii ludzi ze świecznika. Nie zastanawiam się oczywiście nad tym, czy te dane są wiarygodne czy nie, interesuje mnie bardziej czy to źle czy dobrze? O ile dla sporej części rodaków sprawa jest jasna to dla mnie nie tak całkiem. Czy gdyby władzę w Polsce trzymali ludzie z Radomia, to byłoby źle czy dobrze? W swojej naiwności, uważam że Żyd nie musi być z natury zły i wredny, bo lista powszechnie lubianych przez Polaków artystów czy ludzi nauki z żydowskimi korzeniami jest długa. Skoro istnieją wyjątki, to istnieje prawdopodobieństwo, że takie wyjątki mogą właśnie Polską rządzić. Czyli dobrze?

Rzecz komplikuje się na poziomie oceny działań i tu podkarmię trochę tych, którzy stereotypy negatywne lubią. Może przydarzyć się tak, że nawet dobry Żyd u władzy popełni błąd a wtedy negatywna ocena jego błędu zostanie okrzyknięta przejawem antysemityzmu. Tak już jest, że tego rodzaju linia obrony (przez atak) stała się b. popularna. Skutki nie są imponujące gdyż bywa, że jakakolwiek krytyka pod adresem osoby, która może wykazać choćby bardzo odległe powinowactwo z „ludem wybranym” rzuci na osądzającego rasistowski cień. To niedobrze.

Rzecz jest oczywiście prosta. Czyny a pochodzenie to dwie różne sprawy. Zastanawiające jest tylko to, dlaczego „żydowskość” jest okolicznością obciążającą i staje się nierzadko kropką nad „i” negatywnego osądu? Dlaczego tak nas cieszy gdy winny okaże się Żydem? Czy dlatego, że to nie my Polacy? Czy dlatego, że błędy popełniają wyłącznie wredni obcy, homoseksualiści i inni słudzy Lucyfera, a my od dnia narodzin po śmierć pozostajemy moralnymi dziewicami? Owszem, ci którym nieobcy jest np. termin „szkoła chicagowska” (czy wiele podobnych instytucji) mają prawo zauważyć pewne „związki” i budować na ich podstawie spiskowe teorie. Jednak czy twórców choćby wspomnianej szkoły inspirowała kultura żydowska czy żądza zysku i władzy? Czy owej żądzy brakuje komukolwiek na świecie? Czy można ją ograniczyć walcząc z Żydami? A może chodzi wyłącznie o eliminację konkurencji?

jw

BEZROBOCIE – czy jest nas za dużo?

Jak długo można na to nabierać się? – to pytanie dopadło mnie w trakcie oglądania materiałów o kampanii wyborczej Tea Party. Jeden z wyborców zapytany o propozycje republikanów dotyczące walki z bezrobociem, jednym tchem wyrecytował kiść znanych również w Polsce formułek: „Kto tworzy miejsca pracy jak nie korporacje? Kto stworzy miejsca pracy jak nie bogaci?”. Nie przeczę, oddając głos na Platformę Obywatelską w roku 2007 korzystałem z podobnego argumentu. Znałem sytuację polskich firm i proponowane ze strony politycznych przeciwników rozdawnictwo przerażało mnie. Brak doświadczenia amatorów przedsiębiorczości był w moim odczuciu poważną przeszkodą. Po zwycięstwie PO, boom gospodarczy jednak nie nastąpił. Nie obniżono podatków, składek, nie zlikwidowano w wyraźnym stopniu biurokracji, temat „szarej strefy” pozostał w szarej strefie. Pojawiło się za to kilka zagranicznych koncernów, w urzędach pracy przybyło nowych urządzeń sfinansowanych przez UE, wzrosła liczba proponowanych bezrobotnym kursów. Bezrobocie rosło a „wszystkiemu winny jest kryzys” – to hasło pojawia się do dziś.

Polityczna ekonomia nie jest zbyt skomplikowana. Jeżeli powstaje poważny budżet (np. unijny) na realizację np. programu zwalczania bezrobocia, to ambicją zainteresowanych realizacją jest ów budżet przejąć a już niekoniecznie problem rozwiązać. Administracje państw tworzą urzędy i urzędnicze etaty a korporacje miejsca pracy (w idei). Środki rozchodzą się po kościach, zaś polepszenie sytuacji pozostaje wciąż przedmiotem gorących sporów. Dlaczego? Dlatego, że zaoferowane przez korporacje warunki pracy uwłaczają ludzkiej inteligencji a urzędnicza pomoc może być jedynie źródłem żartów. Warto jednak podkreślić, że celowego budżetu nie można rozdać małym firmom, gdyż godziłoby to w założenia uczciwej konkurencji. Co robić?

UE przejęła się bezrobociem młodych i postanowiła w latach 2014-2020 przekazać 6 mld euro na ten cel. Wszystkie frakcje w PE zajęły się intensywnym tworzeniem programów, których efektywności można spodziewać się po przeszłych doświadczeniach. Mam przed oczami obraz polskiego kibola siedzącego z piwem na osiedlowej ławeczce, który jest celem tej mobilizacji. Jego zapatrywania na życie nie są wielkie. Mieć na piwo, może gdzieś dwa razy łopatą ruszyć. Oczywiście, w głębi duszy, kibol chciałby być szefem wielkiej firmy, mieć kilka domów, kilka samochodów i fakt, najlepiej gdyby to spadło z nieba, ale to mrzonka. Za godziwe pieniądze pójdzie do jakiejś roboty.

Kłopot w tym, że godziwych pieniędzy nikt mu nie zaoferuje, bo lepiej za taką godziwą gażę opłacić 100 Bangladeszańczyków, którzy wykonają 100 razy więcej i 100 razy szybciej. Dla kibola w tym układzie miejsca nie ma. Rynek podstawowych dóbr wypełnił się. Rynek tworzą dziś zbytki, zależne od mód i pomysłowości producentów. Wiele z tych zbytków wytwarza się tylko po to, by dawać pracę w ramach opisanego wcześniej budżetowego wsparcia, produkty muszą być nietrwałe, aby dla ochrony miejsc pracy produkcja nie zatrzymywała się. Czy jest nas za dużo? Za dużo o owego kibola? Kibol nie jest żartem i wyjątkiem. Pracy nie ma dla tysięcy absolwentów nierynkowych kierunków (zresztą, czy są rynkowe?). Ta tragedia dotyczy całej Europy. Likwidacja zatrudnienia w szarej strefie i powrót emigrantów wywołałby w Polsce katastrofę.

Istnieją dwie teorie ekonomiczne na rozwiązanie tego problemu. Pomijają programy służące jedynie władzy i „faryzeuszom”. Pierwsza mówi o rozpętaniu jakiejś wojny, w celu dokonania małej selekcji naturalnej i zwiększenia zatrudnienia w zbrojeniówce. Druga polega na totalnym odizolowaniu władzy od rynku pod hasłem „daj sobie pracę i wykarm się sam”. Czas liberałów? A może trzecia opcja: komunistów?
Jest nas za dużo i za długo żyjemy ale uśmiechnijcie się.

kielce

WOLNA MARIHUANA

Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że nadużycia seksualne wobec nieletnich, nie zawsze są traktowane przez „poszkodowanych” w kategorii krzywdzenia. Dochodzi do naruszenia granicy cielesności, dziecko doskonale czuje to, że dzieje się coś nieprawidłowego, jednak gdy dochodzi do zatrzymania, policjanci mogą i nierzadko zostają wprawieni w osłupienie. Na ich słowa „Uwolniliśmy cię wreszcie niewinna istoto z sideł zła, twój oprawca nigdy cię już nie skrzywdzi i na długie lata trafi za kraty” – mogą usłyszeć: „Trochę mi go szkoda, bo zawsze był dla mnie dobry”. Zamiast poczucia spełniania szlachetnej społecznej misji i wyrwania bezbronnej ofiary z sideł zwyrodniałego zbrodniarza, policjant otrzymuje destrukcyjny dylemat-pytanie o to czyjej właściwie sprawie służy, czy jest właściwym narzędziem?

Bardzo rzadko silimy się na odróżnienie przymusowej prostytucji od tej, o uprawianiu której decyzja jest całkowicie samodzielna. Karać! Rzadko słysząc o pedofilii staramy się dostrzec różnicę między seksualną przemocą (gwałtem) a jej brakiem. Ten matriks trwa, gdyż tzw. moralność społeczna jest wyjątkowo bagnistą przestrzenią. Kultura osadzona mentalnie w prostym jak drut dekalogu, nie sprzyja rozumieniu istnienia setek paragrafów w kodeksie karnym. Czy dekalog jest dla ludzi? Wybaczcie, ale psa również można nauczyć 10-ciu prostych praw, tylko nie należy się potem dziwić gdy w obronie domu przed obcymi pogryzie listonosza lub hydraulika. Od człowieka wymagamy więcej. Przede wszystkim by zastanawiał się nad tym co robi.

Myślenie jest dla wielu bolesnym doświadczeniem. „Czy jest pani za legalizacją marihuany?”. „Kategorycznie nie! Nie miałam kontaktu, ale to bardzo szkodliwy narkotyk, nie wolno go wprowadzić do obiegu!”. Zgoda, nie musimy znać się na wszystkim, używki szkodzą, jesteśmy na nie. Odwróćmy jednak sytuację: „Czy gdyby znalazła pani w szufladzie biurka syna czarną lufkę i foliowy pakiet, zadzwoniłaby pani po oddział szturmowy CBŚ i wystąpiła w procesie w roli oskarżyciela posiłkowego? Czy zależy pani na tym, by pani dziecko trafiło w ręce wytatuowanego personelu za murami w celu zdobycia potrzebnego życiowego doświadczenia i stosunku do niezdrowych substancji?”.

Kuriozalne jest to, że większość rodziców, którzy stwierdzają istnienie problemu narkotykowego udaje się do najbliższego ośrodka terapeutycznego. Skąd więc dysonans między publicznie wyrażonym „bezwzględnie karać!” a jednocześnie, zupełnie inna postawa w przypadku bardziej osobistym? Otóż nie odróżniamy – tak jak w opisanych we wstępie sytuacjach – spożycia od przestępczości narkotykowej (bardzo szerokiego pojęcia zresztą). Nie karzemy przecież ludzi za picie piwa ale za jazdę pod wpływem. Nie karzemy ludzi za picie wódki na weselu ale za uszkodzenie współ-weselników strażackim toporkiem po jednym głębszym za dużo. Jeżeli nie dochodzi do społecznej szkody opisanej w kodeksie karnym, to nie ma przestępstwa, choć część przepisów tej logice przeczy.

Potraktowanie z pełną powagą obaw związanych ze szkodami psychicznymi lub wzrostem liczby uzależnień, nie przekona nas do tego, że zakład karny jest adekwatnym środkiem profilaktycznym, wychowawczym czy terapeutycznym. Niestety, mrzonką populistów jest to, że organy państwa mogą ustawami i surowym prawem uzdrawiać społeczeństwo. Wprowadzenie religii do szkół nie wywołało fali masowych nawróceń i wzrostu uczciwości, wprost przeciwnie, z każdym dniem kościół traci nie tylko wiernych ale i wszelki autorytet, choć nie ulega wątpliwości, że sporo na swym ustawowo błogosławionym działaniu zarobił (zarabia).

Profilaktykę uzależnień sprowadzono w naszym kraju do najprostszej z możliwych form. KARAĆ I ZAMYKAĆ! Efekt jest podobny do sytuacji, w której dziecko podczas zabawy w chowanego zasłania sobie oczy dłońmi i uważa, że jest niewidzialne. Nie potrafię ocenić na ile widok dresa pijącego piwo pod zieleniakiem może wpłynąć na wzrost spożycia alkoholu przez szkolną młodzież, ale zgodnie z „ustawą o przeciwdziałaniu” dresy powoli znikają – piją teraz przy własnych dzieciach we własnych domach, gdzie państwo ma niewiele do powiedzenia. Ku uciesze pobożnych staruszek i populistycznych polityków, zdyscyplinowani przez państwo agresywni ochleje sprzed sklepów monopolowych nabyli możliwość budowania miłej rodzinnej atmosfery. To Iran. W Teheranie władza dba o czystość i koraniczność ulic, gdy w piwnicach lud pędzi bimber a nocami urządza domówki. Można i tak.

Jak mantrę należy powtarzać to, że kryminalizacja kolejnych grup społecznych, których działanie nie zawiera elementu umyślnego szkodzenia współobywatelom czy państwu jest haniebne i śmieszne a skutki dla ogółu tragiczne. Ocena szkodzenia samym sobie jest subiektywna gdyż każdy spożywający posiada własny przelicznik „korzyści”, ale może nadszedł czas, by profilaktykę powierzyć specjalistom a nie strażnikom więziennym? Narkotyki nie znikną z polskich ulic do póki będzie istniał na nie popyt. Surowe prawo wpływa na wzrost cen czarnorynkowych, wzrost przemocy związanej z egzekwowaniem długów i ryzykiem, eksperymentowanie z nowymi substancjami, wpływa na nasilenie lęków związanych z konsumpcją a co najistotniejsze – zjawisko trwa w podziemiu, przez co wszelka z nim walka jest walką z cieniem. Rolą państwa jest zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom i tu odróżnienie „kogo (i czy w ogóle) leczyć a kogo zamknąć” ma fundamentalne znaczenie.

guardian
(fot: guardian.co)