co cię nie zabije to cię wzmocni – ISLAM

by romskey

Wdaję się ostatnio w uciążliwą dla ducha polemikę na temat „islamskiego zagrożenia”. Uciążliwość polega na tym, że chciałbym jakoś zracjonalizować lęki rozmówców, oddzielić teorie i fikcje od faktów, skupić się na rzeczywistych problemach by poszukać rozsądnych i praktycznych rozwiązań. Do moich zmysłów docierają jednak wciąż na tyle silne emocje, że zaczynam marzyć o zajęciu się czymś spokojniejszym. W trakcie szkoleń dotyczących negocjacji padają generalne zasady: poproś rozemocjonowanego rozmówcę aby usiadł, napił się wody, doceń jego spostrzegawczość i racje, nawiąż kontakt wzrokowy gdyż najczęstszym powodem gniewu jest poczucie ignorancji, nie pozwalaj obrażać siebie ale rób to w sposób wyważony, zadbaj o komfort człowieka, o to by czuł się zauważony i poważany, zachowaj spokój ale bądź przy tym grzeczny i wymagający. Tia. Częściej czuję, że sam tego wszystkiego potrzebuję. No i pytanie: czy ja chcę kogoś do czegoś przekonać?

W głębi duszy jestem humanistycznie nastrojonym demokratą. Dla jednych oznacza to, że jestem zaplutym lewakiem, drudzy widzą we mnie radykalnego liberała, a kolejni człowieka mającego problemy z rozumieniem rzeczywistości a nawet właściwym jej odbiorem. W takich okolicznościach, kłopotem jest nie tyle wyjaśnienie tego kim jestem i jakimi racjami kieruję się, ale KIM NIE JESTEM. Ktoś już kiedyś zauważył, że udowodnienie „niebycia wielbłądem” bywa skomplikowane, tylko co z tego? Ideologiczne szufladkowanie, w 90% przypadków polega na dokonywaniu prostych rachunków: np. popierasz antykoncepcję? = jesteś mordercą. Nie wierzysz w teorię zamachu smoleńskiego? = jesteś z PO. Jesteś obrońcą życia poczętego = jesteś nazistą. Tolerujesz homoseksualistów = jesteś zdrajcą narodu. Wreszcie, wykazując średnie zainteresowanie muzułmanami = jesteś zwolennikiem szariatu.

Wiem czym jest popełnienie błędu w tworzeniu „mitu założycielskiego”. Taki błąd (niekoniecznie związany z generalnymi założeniami) procentuje, rozrasta się, tworzy problemy często nie do rozwiązania, może zachwiać całą ideą. W budownictwie, schrzanienie czegoś w fundamentach, może nie tylko wściec inspekcję budowlaną ale i narazić przyszłych użytkowników budynku. Podobnie jest z analizą. Gdy materiał badawczy będzie niepełny, niewiarygodny, zmanipulowany, to i wnioski będą o dupę potłuc. Co z sondażem szacownej instytucji badawczej, która wyliczyła, że poparcie jednej z partii wynosi -4% (minus cztery procent)? Ludzkość ma w głębokim poważaniu reguły. Skoro w katastrofie lotniczej zginęło stu oficjeli to znaczy, że był zamach, bo przecież niemożliwe jest to by wszyscy zginęli zwyczajnie a nawet głupio.

Opracowanie solidnego raportu na temat muzułmanów w Europie to pociąg z węglem, który należy rozładować pojedynczymi widłami. Taki raport zawierałby nieuniknione błędy, gdyż nie wiadomo czy należałoby wziąć pod uwagę „wszystkich”, czyli: emigrantów, nielegalnych emigrantów (jak ich policzyć?), uchodźców, studentów, turystów, pracowników kontraktowych, rdzenną ludność wyznającą islam. Należałoby również dokonać podziału na podstawie zaangażowania badanych w praktykowanie religii, by uniknąć wyników jakie otrzymujemy w Polsce na temat katolicyzmu. Zebrane dotychczas szacunkowe dane mówią o tym, że społeczność muzułmańska stanowi ok. 5% populacji europejskiej i odnotowuje nieco wyższy od europejskiego przyrost naturalny (ok, 2,2% europejczycy, muzułmanie ok. 2,8%). Na tej podstawie, można obliczyć, że w roku 2050, liczebność muzułmanów w Europie może wynieść 20%. Czy będzie to grupa spójna etnicznie, umiarkowana czy radykalna, w jakich krajach jakie będą proporcje? – trudno dziś ocenić.

W dyskusji nie wolno zapomnieć o historii. Większość muzułmanów w Europie nie jest ludnością napływową w potocznym tego słowa znaczeniu. To potomkowie tanich pracowników sprowadzonych do krajów Europy Zachodniej tuż po II wojnie światowej, potrzebnych do odbudowy i likwidacji zniszczeń wojennych. Co warto podkreślić – ich wkładu w rozwój i współczesny wizerunek Zachodniej Europy nie ośmiela się nikt kwestionować. Pokolenie to pozostało, sprowadziło swoje rodziny i choć jego publiczną rolę obliczano na kilka pokoleń, to okazało się, że stali się zbędni już w pokoleniu pierwszym. Społeczność ta, od samych początków swojej obecności prowadziła batalię o uzyskanie pełnych praw obywatelskich (w tym wolności wyznania), w różnych krajach z różnym skutkiem (np. W.Brytanii przez długi czas, przedsiębiorcy nie chcieli zatrudniać muzułmanów).
Przełomowym momentem dla publicznych nastrojów stał się 11 września 2001, kiedy dyskusja o prawach muzułmanów w Europie, przerodziła się w tornado rozważań nad islamskim terroryzmem. Medialny przekaz przyczynił się do metamorfozy „problemu” w „zagrożenie” i od tej chwili, społeczność muzułmańska znalazła się na celowniku – do pewnego stopnia uzasadnionej – społecznej podejrzliwości i obaw. W powstałych warunkach dokonywał się kolejny, istotny historycznie, wzmożony napływ uchodźców z północnej Afryki wywołany wojną w Iraku, Wiosną Arabską, działaniami wojennymi w Afganistanie. Wisienką do tortu antagonizmów stał się kryzys gospodarczy. Związany z nim wzrost bezrobocia wywołał praktycznie panikę uczciwie podgrzewaną przez upatrujące w islamie konkurencji kościoły chrześcijańskie oraz niejednokrotnie związane z nimi populistyczne partie prawicowe starające się budować polityczny kapitał na zbiorowych lękach.

Rozmontowanie tego wielopoziomowego zagrożenia nie jest proste, tym bardziej, że pojawiają wciąż nowe mniej lub bardziej wartościowe argumenty. Jednak demontaż paniki jest konieczny do określenia rzeczywistych problemów, z którymi Europa będzie musiała zmierzyć się. W różnych krajach, już dziś podejmowane są różne kroki. Zaostrzenie polityki imigracyjnej (Francja), programy integracyjne (Szwecja), ograniczanie często mocno przerośniętych ambicji muzułmanów (Austria), kibicowanie (Polska), walka z kryzysem – poprzez wolność gospodarczą i bezpieczeństwo socjalne, mające na celu częściowe ostudzenie napięć (praktycznie cała UE).

W tych niekorzystnych realiach, wyostrzyła się wzajemna agresja podsycana przez tabloidowe media żonglujące argumentami „za i przeciw” skierowanymi do wszystkich stron „konfliktu”. Nie warto już tutaj wymieniać świetnych pomysłów typu publikacja karykatur Mahometa (20 lat temu mogłyby być śmieszne).
Stoimy na tym, że liberalni Europejczycy nie chcą szariatu. Europejki chcą czuć się bezpiecznie, chcą być szanowane zgodnie z normami europejskiej kultury. Europejczycy w zależności od politycznych upodobań opowiadają się bądź po stronie integracji bądź pomysłów z lat niegdysiejszych, zresztą ku uciesze partii politycznych. Fakty schodzą na dalszy plan i wołaniem na puszczy, wydaje się mówienie o tym, że muzułmanie nie są monolitem, szariatu domaga się ich marginalna choć niewątpliwie głośna część. Przestępstw na tle rasistowskim jest zdecydowanie więcej niż organizowanych przez islamskich fanatyków zamachów bombowych, choć liczby ofiar są porównywalne. Porównanie liczby gwałtów dokonywanych przez europejczyków i muzułmanów, ukazałoby nieco inne relacje niż te powszechnie uznane za rzeczywiste (podobnie wyglądają statystyki zabójstw popełnionych w wyniku konfliktów małżeńskich).
Do myślenia dało mi udane wprowadzenie zakazu uboju rytualnego w Holandii. Być może właśnie tak powinna wyglądać walka o europejską kulturę. Walczyć cząstkowo z konkretnymi przypadkami naruszania powszechnie akceptowanego ładu, wolności i poczucia bezpieczeństwa Europejczyków.

Walka z religią, z całą zbiorowością, której przypisywane są czyny marginesu…. Czy szukając rozwiązań, lepiej skazać stu niewinnych niż przepuścić jednemu winnemu? Nie przekonuje mnie to. Odpowiedzialność zbiorowa umarła w Auschwitz.

 

islam

 

Advertisements