bracia czy wrogowie

by romskey

Na rynku jednego z polskich miast, młoda Romka chwyta boleśnie za pierś spacerującą Polkę. Osłupienie, gorycz, lęk. Romka szybko odbiega, więc na jakąkolwiek reakcję jest za późno. W umyśle polskiej dziewczyny zapętla się myśl: „Przecież… Tak nie wolno!!”. Trudno nawet być facetem w takiej sytuacji. Kopnąć śniadolicą nastolatkę? – przecież to przestępstwo, zresztą ludzie gotowi uczynić z napastniczki ofiarę. Chwytać? Gdzie? W bramie pełnej Romów? Dzwonić na policję, tylko czy to była napaść, no i zanim przyjadą…?

Mając naście lat poznałem może 10-cio letniego Cygana. Włóczył się za mną po mieście, nie oponowałem. Czasem siadaliśmy, rozmawialiśmy o niczym, wciąż przyglądał się mi uważnie. Byłem inny, biały, z innego świata? Ten dziesięciolatek, mógł skontaktować mnie z ludźmi handlującymi bronią, narkotykami, fałszywymi biletami do berlińskiego metra, złodziejami samochodów, paserami. Utrzymywałem się z niewielkiego kieszonkowego, więc nie byłem zainteresowany, ale obecność cygańskiego dzieciaka dawała mi… poczucie bezpieczeństwa. Nawet gdy czasem przemierzałem samotnie dzielnicę w której mieszkał, czułem jego „opiekuńczego ducha”. Mogłem w razie czego powołać się na niego (tak przynajmniej myślałem), choć nikt nigdy nie zaczepił mnie, nie napadł, nawet nie spojrzał podejrzliwie. Czy zostałem zaakceptowany? W dwóch podobnych dzielnicach, do których zapuszczanie się po zmroku należało do zachowań mało rozważnych, czułem się jak u siebie o dowolnej porze. Z podobnych przyczyn. Znałem „kogoś” stamtąd. Czy byłem „prawie – swój”? Prawie swojskość to ciekawy status. W takich miejscach nikt nie pyta o to dlaczego ktoś do kogoś przychodzi i jakie sprawy załatwia. W gruncie rzeczy, odwiedzałem tylko kolegów ze szkoły, choć jak to było odbierane „na zewnątrz”? Byłem gangsta?

Gdzieś w tym samym czasie, w gronie rówieśników, „nudziliśmy” się przed sklepem (w swojej dzielnicy). Niedaleko zaparkował zdezelowany Polonez, z którego wysiadło dwóch obcych wytatuowanych Cyganów i jeden biały kark. Szli do sklepu, gdy jeden z nich zauważył, że mamy ze sobą dwie gitary klasyczne. Podszedł do nas i zapytał, czy będą mogli skorzystać z instrumentów. Trochę marudziliśmy, ale siła przekonywania wynikająca z wyglądu składających ofertę przesądziła o pozytywnym jej rozpatrzeniu. Gdy wyszli ze sklepu obładowani reklamówkami z puszkowym piwem, uznaliśmy, że może układ nie jest taki zły. Przenieśliśmy się na pobliski placyk, gdzie dojazd radiowozów był utrudniony i zdecydowanie mniej raptowny. „Goście” wręczyli każdemu z nas po piwie i rozłożyli reklamówki dając do zrozumienia abyśmy częstowali się w razie wysuszenia napojów, które już dostaliśmy. Zaczęli grać. Eric Clapton, Gipsy Kings i inne znane i nieznane – dość skomplikowane – utwory. Jeden z Cyganów grał i śpiewał z uśmiechem na stojąco. Jego palce rozpędzały się po strunach niczym ruchliwy pająk, lecz on nie spoglądał na gryf, patrzył w okna pobliskich budynków. Zawstydzili nas przekonanych o swoich umiejętnościach młodych białych „grajków”. Prezentowali wysoki poziom, nijak nie przystający do ich wyglądu. Żadnych błędów, finezja, żadnych fałszywych dźwięków. Dziwiliśmy się, że robią to z instrumentami, które uważaliśmy za niegodne naszego poziomu i umiejętności. Kiedy postanowili zrobić przerwę na zroszenie ust, moi rówieśniczy znajomi zaczęli zadawać różne pytania, na które „goście” odpowiadali średnio chętnie. Zrobiło się mi głupio. Zareagowałem: „kurwa mać, ludzie, to nie są Marsjanie czy małpy z zoo…”. Zadawane przez kumpli kwestie nie dotyczyły techniki gry, imion czy „dupy Maryny”. Były czymś w rodzaju poznawania dziwolągów. Pytając zdawali się nie dostrzegać w Cyganach niczego innego oprócz tego, że są obcy i odmienni z czego muszą się jakoś wytłumaczyć. W którymś momencie, podszedł do nas starszy pół-lump emeryt i gdy wspomniał o cygańskim złodziejstwie, otrzymał szybką ripostę, w wyniku której, z krwawiącym nosem spoczął na ziemi za ławką, na której chciał usiąść. Zapadła chwila konsternacji, ale wypity alkohol działał rozluźniająco. „Możecie nas wszystkich pozabijać” – westchnąłem, kładąc się na plecach w piaskownicy i powoli przysypując piachem. Patrzyli na mnie z lekkim ubawem ale i zdziwieniem.
„Zagrajmy coś razem” – wpadłem na pomysł integracyjny. Po kilku kombinowanych „składach” orkiestry, okazałem się jedynym grajkiem, będącym w stanie zgrać się z Cyganami. – Ty grasz jakoś tak po naszemu – usłyszałem od białego karka ze srebrnym łańcuchem na szyi. Cyganie zgodzili się z tą racją. Po godzinie, byłem już jedynym opiekunem gitar. Moi kumple rozeszli się do domów, a ja krążyłem ulicami dzielnicy z nowo poznanymi znajomymi do późnych godzin nocnych. Chodziliśmy i graliśmy, piliśmy i graliśmy, spotykaliśmy miejscowych zakapiorów i znów piliśmy i graliśmy. Wróciłem do domu zadowolony. Instrumenty były całe, ja również.

„Gdzieś w tym samym czasie” – szykowała się koleżeńska impreza plenerowa. Niedaleko miejsca naszego postoju, dostrzegliśmy grupkę Romów. Jeden z moich kompanów zauważył, że mają ze sobą akordeon. Podszedł do nich i zaczął o czymś rozmawiać. Po chwili dały się słyszeć jego głośne słowa: „Będziecie tu jeszcze jakiś czas? Będziecie? Poczekajcie”. Kompan pobiegł do domu i po kilku minutach przytachał zakurzony akordeon. Zawołał Romów i wyjaśnił: „ten klawisz nie działa, ale dam wam instrument, pod warunkiem że będziecie nam grać”. Romowie przystali na propozycję. Wino lało się strumieniami a Romowie grali tanga, polskie pieśni patriotyczne i znane szlagiery międzywojenne. Nie biesiadowali z nami, bo i nikt ich niczym nie częstował. Po kilku godzinach, gdy chcieli zakończyć swoje usługi, nie otrzymali zgody. Grali dalej, a na ich twarzach coraz częściej malowała się niema prośba o… wolność. Gdy wyrażali prośbę głośno, rozochoceni winem kumple, stawiali sprawę twardo: „Macie kurwa grać!”. Atmosfera gęstniała. Romowie zdawali się rozumieć swoje położenie. Byli osaczeni i coraz bardziej przestraszeni. Straciłem z tego powodu komfort, choć ciekawość rozwoju sytuacji była silniejsza. Milczałem. Po kolejnych chwilach nieustającej gry, Romowie prawie błagali o zwolnienie, ale nie otrzymywali zgody a kumple byli coraz bardziej agresywni. Przypomniał się mi jakiś film wojenny, w którym w obozie koncentracyjnym, żydowscy muzycy ubarwiali wieczór uchlanym jak świnie esesmanom. Przygnębiający był wzrok rumuńskich kobiet i kilkorga dzieci, które wiernie czekały na swoich mężczyzn. Właściwie sadyzm, choć z drugiej strony uważałem, że nawet uszkodzony akordeon jest wart więcej niż nawet 8 godzin pracy. Pamiętam że nie zastanawiałem się nad tym, czy ci ludzie są głodni, wypoczęci, raczej ulegałem zastanawiającej „magii” chwili. Oto jedni stają się ślepo posłuszni drugim. Można ich pobić, oszukać – wydawali się niezdolni do podjęcia obrony. Objuczeni tobołkami nie byli w stanie uciec, ich wołanie o pomoc nie dobiegłoby do niczyich uszu. To zastanawiające uczucie (absolutnej władzy) można poczuć współcześnie tylko w kilku niezbyt potocznych sytuacjach.
Kiedy jeden z Romów zdjął z ramion „podarowany” akordeon chcąc go zwrócić, darczyńca spokojnie powiedział: „Nie, jest już twój, taka była umowa”.
„Możemy już iść?” – Rom zapytał błagalnie. Zapadła chwila ciszy. Części naszej kompanii skruszały serca. „Niech idą” – padły mało wyraźne ale słyszalne sugestie.
– No to wypierdalajcie – ryknął znienacka niedawny właściciel „muzycznego podarunku”. Gdy spakowani Romowie oddalili się na kilkanaście metrów, darczyńca podbiegł do nich i ‚wypłacił’ zgarbionemu mężczyźnie solidnego kopniaka. Nie mężczyźnie. Jego but utkwił w czarnym miechu podarowanego instrumentu. Nie patrzyłem już na to żałosne zdarzenie, słyszałem jedynie komendy „Ruchy brudasy! Wypierdalać”. Impreza miała się ku końcowi.

„Gdzieś w tym samym czasie” – stojąc na przystanku zauważyłem dwóch czekających na ten sam ostatni autobus murzynów. Rozmawiali specyficznym angielskim. Autobus nie przyjechał. Podszedłem do nich i zapytałem, gdzie się wybierają, bo być może mamy po drodze. Okazało się, że mamy po drodze idealnie, ten sam cel. Klawo. Skąd jesteście? Jeden z Nigerii, drugi z państwa, którego nazwy nie pamiętam. Szukając jakiegoś tematu, zapytałem czy mogą sprowadzić rzeźby i inne wyroby artystyczne. Temat chwycił. Okazało się, że wszystko jest do zrobienia. 7 km. marszu umacniającego przyjaźń polsko-murzyńską. Jeden z towarzyszy podróży odrabiał w Polsce stypendium. Był ginekologiem. Gdy dotarliśmy do celu, zaprosił mnie na kawę lub herbatę. Było późno, nie skorzystałem ale pożegnaliśmy się wymieniając swoje imiona, uściski dłoni, wymieniliśmy numery telefonów. Wesołe było to, że obaj murzyni musieli rozmawiać ze sobą po angielsku, gdyż nie rozumieli swoich języków. Polski nie był ich silną stroną, ale komunikowanie się ze mną obyło się bez problemów. „Zawsze jakiś zysk” – rozmyślałem o nowej znajomości leżąc na wersalce w swoim pokoju. Kiedy później spotykałem egzotycznego sąsiada wołałem. „Hej M.!”. „Hej!” – odpowiadał z uśmiechem. Mijający mnie ludzie, spoglądali na mnie ze zdziwieniem. Fakt, do czasu wspólnego marszu uważałem, że miejsce czarnuchów jest na drzewie.

Niedaleko mieszka muzułmanin z haremem. Dobry samochód zdradza, że nie jest biedny. Mieszka z kilkoma kobietami i kilkorgiem dzieci. Ubierają się tradycyjnie. Chodzą grupą do sklepu. Kiedy kobiety robiły zakupy samodzielnie, opatulone w hidżaby, stawały się centrum jarmarcznego zainteresowania, ale były też obiektami zaczepek i docinków. Muzułmanin ma niemal dwa metry wzrostu, dlatego w jego obecności uwag nie słychać. Muzułmanki mimo stroju zakrywającego 90% powierzchni ciała, zgrabne i ładne. Trudno powiedzieć czy są Polkami. Rozmawiają tylko po arabsku. Któregoś dnia na placu zabaw, kilkuletni blondynek Polak bawi się z rówieśnikiem – synem muzułmanina. Jak to dzieci, zwisają z zabawowych urządzeń, coś szczebioczą do siebie. Za płotkiem przechodzi starszy jegomość ćmiący papierosa. „Palenie papierosków jest niedobre” – rzuca znienacka czarnowłosy berbeć, po czym wraca do dyskusji z kolegą. „Mądry chłopak” – pomyślałem, choć coś mnie tknęło. Piwa też nie wolno – co będzie gdy dorośnie?

co dalej…

Jak rozwiązać problem zaczepionej po chamsku dziewczyny opisanej we wstępie? Co zrobić z islamofobią? Nie jest tajemnicą to, że w oczach Polaków, wizerunek mniejszości rasowych czy narodowych kształtują kryminalne doniesienia medialne i osobiste nierzadko przykre doświadczenia. Jednak stanowią one o normie czy marginesie? Mój stosunek do „obcych” ukształtował się dość wcześnie. Nie zmieniłem poglądów w wyniku „lewicowej indoktrynacji” (co często zarzuca się ludziom myślącym podobnie do mnie). Po dziś dzień, nie jestem skłonny widzieć wrogów w ludziach niepasujących do standardu Polaka czy europejczyka. To bliżsi lub dalsi znajomi moich znajomych. Gorsi, lepsi, jak ludzie.

Niepokoi mnie „wojujący islam”, obco-kulturowe getta europejskich miast. Niepokoją mnie zamachy, przestępstwa na tle rasowym, odruch wymiotny wzbudzają we mnie podsycające rasistowską nienawiść i w większości zmanipulowane treści upowszechniane przez źródła Frondo-podobne. Niepokoi mnie to, że tak łatwo nas, ludzi zachodu, zastraszyć i pozbawić poczucia bezpieczeństwa nawet banalnymi aktami złamania reguł. Nasypanie ziemi z doniczki do talerza, rzucanie klątw na ciężarne kobiety przez cyganki. Niepokoi mnie to, że wielu „żebraków” i przestępców z mniejszości, stosuje psychologiczne gry.

Na niezbyt zawoalowaną pogardę ‚obcy’ odpowiadają niezbyt zawoalowaną groźbą. Mafie, socjotechniki lub radykalne religie, stają się ich wybawieniem. Wykluczonym pozwalają poczuć dumę, choć duma ta jest złowieszcza. Nie chcemy „panoszenia się” obcych w Europie – ale czy zrobiliśmy coś by nie było białych w Iraku lub Afganistanie? Czy Ameryka ma czyste dłonie? Roztrząsanie win może trwać w nieskończoność, a problem rośnie, przybiera coraz bardziej agresywne oblicze. Czy czeka nas konflikt kultur, czy jest on może wirtualnym wytworem telewizji i domorosłych kronikarzy zalewających swoimi dziełami You Tube? Czy wzrost przestępstw na tle rasowym dokonywanych przez białych, nie poddaje pod wątpliwość tego „kto jest właściwie zagrożony”? Chamowate zaczepki arabów wobec białych kobiet, ich szkoły religijne uczące o tym, że gwałt sprowokowany przez ofiarę to nie jest taki całkiem zły gwałt… To wszystko wymknęło się spod kontroli. Politycy zainteresowani powiększaniem własnych bankowych kont zapomnieli o swojej roli. Nie są w stanie zapewnić obywatelom bezpieczeństwa, nie są w stanie opanować rosnącego bezrobocia, pogłębiającego się rozwarstwienia społecznego. Władze pogrążone w sporach „lewica-prawica” (multikulti lub holokaust) nie są w stanie wypracować pożytecznych rozwiązań. Rozwrzeszczani radykałowie, z każdym dniem prymitywniejsi fanatycy, domorośli zamachowcy, padlinożerne media, wściekły biznes, a obok coraz więcej pogubionych w tym wszystkim bezsilnych ludzi. Nauczyłem się, że każde pokolenie w pewnym momencie istnienia przestaje nadążać za rzeczywistością. Nie upatruję więc w tym co dzieje się zwiastunów końca świata czy zagłady cywilizacji. Ludzkość przetrwa.

 

gipsy kings

 

GIPSY KINGS – Inspiration – posłuchajcie, to też zderzenie kultur

 

[…a może „oni” (obcy) zmieniają się w nas?…]

Reklamy