Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Kwiecień, 2013

GRUBA SPRAWA – CBA, Sawicka, państwo

2 października 2007 Beata Sawicka zostaje usunięta z PO. Grzegorz Schetyna mówi wówczas: „Nie przesądzamy o winie posłanki Sawickiej, ale informacje, które pozyskaliśmy, były wystarczające do podjęcia takich decyzji”. Lider opozycyjnej PO Donald Tusk wyraża podobną opinię: „Osoba, która nie jest w stanie wyjaśnić, w jaki sposób znalazła się w takiej sytuacji, nie może być ani chwili dłużej w Platformie”. Po głośnym procesie, 16 maja 2012 r. Sąd Okręgowy w Warszawie skazuje B.S. na 4 lata więzienia, 40 tys. zł grzywny i pozbawienie praw publicznych na 4 lata za łapownictwo i płatną protekcję. Zarzut łapownictwa dotyczy przyjęcia 100 tys.zł w dwóch ratach (pierwsza: 50 tys. zł. na ławce w parku sejmowym 8 września 2007 > film CBA< oraz  kolejna  w jednym z hoteli 1/2 października 2007 r. kiedy to nastąpiło zatrzymanie B.S). W obu przypadkach pieniądze na kampanię wyborczą posłanki wręczane były w zamian za przyszłą pomoc w ustawieniu przetargu na sprzedaż nieruchomości na Helu. „Tak mi się wydaje, że 100 tysięcy, a może 150. Wszystko zależy od tego, jaka kampania będzie” – ustalała wcześniej B.S. w rozmowie z agentem CBA. Agent zastrzegł, że nie można przelać tych pieniędzy bezpośrednio na konto bankowe, co B.S. skwitowała: „Przynosi się w torbie i nic więcej”. 20 listopada 2007 B.S. przelewa 50 tys. zł które otrzymała od CBA na konto poznańskiej Prokuratury Krajowej. Gazeta Wyborcza 21 listopada 2007 pisze „Sawicka oddała łapówkę”.

Wielkie łowy CBA

Istotne w wyjaśnianiu okoliczności sprawy, można uznać zeznania dyrektora zarządu operacyjno-śledczego CBA, któremu prokurator zarzucił złamanie tajemnicy państwowej. Były dyrektor w trakcie trwającego procesu B.S. (5 maja 2011) wyjaśnił powód pojawiania się agentów CBA na kursie rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa, w którego trakcie B.S. poznała agenta „Tomka”. Wg. jego słów, agent „Tomek” „legendował” się – czyli budował fałszywą tożsamość, konieczną do wykonywania zadań. B.S. miała stać się jednym z „kontaktów referencyjnych”, czyli takim, na który agenci mogliby powoływać się lub wykorzystywać w innych operacjach. Z zeznań b. dyrektora wynika, że B.S. nie była kluczową postacią w akcji CBA. Biuro w operacji „Słonecznik” zarzucało sieć na szerszy krąg ludzi. O jakich ludzi chodziło? Agenci sugerowali B.S. organizowanie spotkań m.in. z Julią Piterą, Markiem Biernackim czy Jarosławem Wałęsą (wszyscy z PO). Podczas spotkań, które doszły do skutku padały podejrzane propozycje. Większość (m.in. J.Wałęsa) nie uległa prowokacji, choć nie wszyscy wzięci na celownik zachowali podobną powściągliwość.

Dlaczego zatrzymano B.S. skoro była postacią dla CBA użyteczną, a więc mogła stanowić klucz do innych prowokacji? Można domniemywać, że zbliżały się wybory a CBA nie będąc w stanie skompromitować nikogo z wysokiego szczebla PO, postanowiło zadowolić się nagłośnieniem sprawy „wciągniętej” w działania operacyjne mało znanej działaczki kandydującej do senatu. Analiza tego wątku może stanowić ważną przesłankę w formułowaniu zarzutu upolitycznienia działań CBA (stosowania politycznego klucza w wyborze wszczynanych śledztw) .

„Kryształowa akcja” w świetle prawa

W celu rozwijania metod walki z przestępczością i skuteczności działań policji, w noweli ustawy o Policji, Urzędu Ochrony Państwa i Straży Granicznej (Dz. U. Nr 104, poz. 515) wprowadzono zapisy zezwalające na zakup kontrolowany oraz przyjęcie lub wręczenie korzyści majątkowej (łapówka kontrolowana). Zmiana ta miała zwolnić z odpowiedzialności funkcjonariuszy, którzy sięgając po tzw. prowokację złamaliby prawo. Dla jasności: Prowokatorem jest osoba, która namawia inną osobę do popełnienia czynu zabronionego wyłącznie po to, by wszcząć przeciwko tej osobie postępowanie karne. Podżegaczem jest osoba, która namawia inną osobę by ta popełniła przestępstwo. Powszechnie stosowane pojęcie „prowokacja policyjna” jest nieprawidłowe, gdyż policja w ramach czynności operacyjnych nie narusza prawa lecz działa zgodnie z nim. Przepis art. 144a ustawy o Policji stanowi, że nie popełnia przestępstwa podmiot uprawniony, który wykonuje czynności określone w art. 19a ust. 1 i 2 i 19b ust. 1 cytowanej ustawy. .

W ustawie o policji, nie wymieniono szczegółowo jakie przesłanki mają przesądzić o wszczęciu procedury kontrolowanego wręczenia korzyści majątkowej. W pouczeniu wydanym przez policję można znaleźć jedynie zastrzeżenie o treści „wiarygodne a nie jakiekolwiek” (podejrzenie). Oznacza to, że może to być donos, plotka (ze źródeł uznanych za wiarygodne) jak również celowe wrabianie (o czym szeregowi funkcjonariusze nie muszą wiedzieć). Wg. prok. Maćkowiaka jedną z przesłanek do wszczęcia dochodzenia CBA (rozpracowywania B.S.) była oferta załatwienia egzaminów w kursie rad nadzorczych złożona przez B.Sawicką nieujawnionej osobie w hotelu Sheraton.

W kontekście sprawy B.S. należy podkreślić to, że agent (rozpracowujący) lub osoba upoważniona do kontrolowanego wręczenia korzyści majątkowej nie może w trakcie czynności operacyjnych przekroczyć m.in. „granicy intymności” a więc nie może posunąć się do kontaktu seksualnego. Agent „Tomek” nie przekroczył tej bariery i warto zwrócić uwagę na to, że poprzeczka wyznaczona przez prawo, znajduje się nieco niżej niż ta, którą wyznaczyła oburzona część część społeczeństwa sugerująca, że samo uwodzenie jest działaniem niedopuszczalnym. Dyskusja nad tym zagadnieniem jest utrudniona, gdyż agent chcąc wzbudzić zaufanie rozpracowywanej osoby musi użyć takich środków jak przyjaźń, adorowanie. Jaka jest granica pomiędzy użyciem tych „narzędzi” a celowym „uwodzeniem”? Na to pytanie odpowiedzi nie znamy.

Akcja CBA, której celem było postawienie przed sądem znaczących osobistości, musiała być przeprowadzona z wysoką precyzją i w gruncie rzeczy taką wydaje się od strony technicznej. O rozmachu przedsięwzięcia świadczy m.in. to, że w celu uwiarygodnienia zagranicznej firmy, której szefem miał być agent CBA, zwrócono się o pomoc do FBI, która prośbę strony polskiej spełniła. Agent FBI odegrać miał nawet rolę w jednym z epizodów śledztwa. Z uwagi na niejawność wielu technicznych szczegółów operacji , rozwinięcie tego wątku nie jest na tym etapie możliwe.

Niejawność wielu danych śledztwa pociąga za sobą negatywny skutek. Obrona B.S. zyskuje zdecydowanie większe pole manewru / oddziaływania na opinię publiczną niż związane tajemnicą służby i instytucje. Wyjaśnienia B.S. bardzo emocjonalne i przypadkowe, okazują się precyzyjnie ukierunkowanymi próbami podważenia kluczowych dowodów przeciwko niej.

Sedno sedn – WINA i KARA

Celem niniejszego tekstu nie jest skazanie B.S. jako osoby prywatnej a nawet jako polityka od którego wymagamy wyjątkowo sztywnego kręgosłupa moralnego. Staramy się rozstrzygnąć m.in. kwestie kompetencji służb, ram procedur, nadużyć. Gdyby przyjąć, że rozkochiwanie polityków (urzędników państwowych) rozgrzesza ich z przyjmowania korzyści majątkowych, trudno byłoby myśleć o przyszłości. Nawet gdy miłość czyni niepoczytalnym, to być może osobom zakochanym należałoby odbierać prawa jazdy. Kolejna kwestia: dowód pozyskany nielegalnie pozostaje dowodem a sąd może jedynie odmówić jego uznania (przypadek taki – w prawie amerykańskim – może przesądzić o umorzeniu sprawy lub odmówieniu wszczęcia procesu, choć obowiązuje u nas prawo polskie). Podważanie sporządzonych przez agentów nagrań audio i video dokumentujących rozmowy i sam fakt wręczenia korzyści jest kuriozalne a tego w istocie dokonał sąd apelacyjny ogłaszając wyrok „uniewinnienie od zarzutu korupcji”.

W przypadku B.S. a może i całej operacji „Słonecznik” kontrowersje powinien wzbudzać etap „rozpracowywania”. Ustalenie jakie osoby  znalazły się na celowniku CBA jest bardzo istotne, gdyż istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że CBA zostało wykorzystane jako narzędzie walki politycznej a nie instytucja działająca zgodnie z wyznaczonymi jej obowiązkami.

Do uczciwego procesu CBA prawdopodobnie nie dojdzie, gdyż w sieci operacji złapało się kilka ryb, których upublicznione dane mogłyby wywołać nieprzewidywalne skutki.

Smutne jest również to, że w Polsce nie sposób trzymać się zasady „niekwestionowania wyroków sądów (zwyczaj amerykański). Wyrok o treści „Uniewinnienie od zarzutu korupcji” po surowym wyroku niższej instancji 16 maja 2012 r. skazującym B.S. na 4 lata więzienia, 40 tys. zł grzywny i pozbawienie praw publicznych na 4 lata za łapownictwo i płatną protekcję, nakazuje postawić pytanie o wiarygodność wymiaru sprawiedliwości – tak skrajne orzeczenia oparte o ten sam materiał dowodowy nie budują autorytetu wymiaru sprawiedliwości.

Społecznie zaś, czytając o tym, że wyrok jest dobry bo konkurencja dostała w kość – nie krzepi. Taka trochę dziwna sprawiedliwość.

 

cba

 

Tekst powstał w oparciu o powszechnie dostępne źródła

 

P.S.
Chętnych do dyskusji ostrzegam, że nie wystrzelałem całej amunicji.
Oczywiście nadal mnie nie ma, ale zapraszam do komentowania.
Nie chciałem żeby sprawa wystygła – stąd wybryk od zapowiedzi nieobecności.
Majówka trwa.

znik

GÓWNA

Przyłapałem kiedyś znajomą na oglądaniu wiadomości w Polsacie. Zdziwiłem się, gdyż była zdecydowaną zwolenniczką TVN i TVN24. „A, bo oni jakoś tak po ludzku wiadomości podają” – usłyszałem w uzasadnieniu. „Co to znaczy po ludzku?” – zastanowiłem się – „Prostym językiem? Lepiej dobrane sensacje? To co człowiek chciałby usłyszeć?”. Pamiętam, że z podobnych pobudek zacząłem oglądać kiedyś Superstację. Była wolna od pisu, luźna, jakby ciągle w budowie. Wówczas jednak nie byłem taki cwany jak dzisiaj, dziś potrafię przeczytać dowcipy w Gazecie Polskiej i uśmiać się. Potrafię uszczknąć coś z dowolnego źródła, nawet z raportu Macierewicza. Na czym rzecz polega? To proste. Każde nośne kłamstwo należy wyhodować na ziarnie prawdy. Te ziarenka prawdy dają naprawdę wiele. W wielkim uproszczeniu: w większości źródeł znajdę nazwę TU-154M. Tej nikt nie neguje.

Ludzkie podawanie wiadomości
W większości przypadków polega na tworzeniu teorii zgodnych z podejrzeniami widzów/odbiorców. Gdy ktoś uważa, że Katarzyna W. zabiła, przestanie korzystać ze źródeł, w których mowa o prawie do sprawiedliwego procesu czy domniemaniu niewinności. Ktoś kto wierzy że „coś było na rzeczy z prezydencką Tutką” – ominie źródła kreujące hipotezę zwykłego wypadku. Sucha, pozbawiona tezy prawda nie jest dla większości Polaków interesująca. BBC, Reuters a nawet Spiegel w Polsce zbankrutowałyby szybko, bo jakże to tak podawać wiadomości bez tezy, albo równoważyć przekaz pisząc np. o dokonaniach Palestyńczyków i Żydów w jednym artykule? Medium musi być „nasze” albo „cudze”.

Spisek. Lep na Polaka.
W portalu Wirtualna Polska widzę „pociągający tytuł” – wkurwiający właściwie. Ale czytam, kurwica mnie bierze, na autorze wywieszam 100 psów, gdy nagle pod artykułem dostrzegam informację „Tytuł i śródtytuły zostały zmienione przez redakcję”. O k… – myślę. Może autor jest spoko, tylko te pazerne imbecyle zmanipulowały przekaz? Czytam więc jeszcze raz starając się zapomnieć o tytułach i śródtytułach. Nie. Autor jest jednak imbecylem, choć na pewno czyta się spokojniej – brakuje tezy, brakuje zawartego w tytule kłamstwa o treści „Co wiemy więcej o…”. Pod tekstem, większość komentarzy zgodna z moim punktem widzenia: „Co on pier…li?”.

Nic się nie dzieje, trupów mało, wypadki w standardzie, skandale oklapłe, szokujące doniesienia wytarte. Jednak gdy do tego gówna dorobi się spiskową teorię – pójdzie jak świeże bułki w PRL. Nie oszczędzę tu czytelników inteligentnych. Kiedy tzw. nisko-wykształcony wiejski plebs gustuje w teoriach spiskowych nawet najbardziej porąbanych, to wysoko-wykształcony wielkomiejski inteligenciuch szuka tego samego tyle, że o poziom wyżej – szuka knowań wyższego formatu. Inteligenciuch musi mieć temat, przy którym ruszy czerepem, uruchomi swoją wiedzę i przenikliwość. Nie można mu dać na tacy bomby czy trupa. Należy mu dać kryminalną zagadkę do rozwiązania preparując (przesiewając) materiał dowodowy oraz zasugerować jakie ewentualne myślenie uczyni z niego idiotę. „Kto kogo chce wysiudać z taboretu?”, „Dlaczego premier pojechał do Nigerii?”. Odpowiedzi są z góry ustalone, ale inteligentowi nie można ich tak jak prostakowi wsadzić w pysk. Trzeba pozostawić niedopowiedzenie, by błysnął intelektem.

Nie jesteś winny swojej głupoty, załatwili cię oni
Do czego potrzebny jest Polakowi spisek? Polak lubi się bać a najchętniej tego, że ktoś knuje przeciwko niemu. Skoro czytelnik jest życiową niedojdą, to tylko uzasadnienie w postaci spisku uzmysłowi mu, że jest ofiarą przewrotnej machinacji a nie zwykłą ciotą. Powtarzam jeszcze raz: nie urodziłem się taki cwany. Po prostu ważę, mierzę i zliczam.

Ciemno to wszystko widzę.
Prawdą jest to, że był sobie TU154M i rozbił się. Prawdą jest to, że mała Madzia straciła życie. Prawdą jest to, że w Bostonie wybuchły bomby. Reszta to spekulacje, praktycznie nie do rozstrzygnięcia, nawet sądy przedstawią jedynie interpretację. Gdyby tak codziennie zdarzała się jakaś masakra – może i prawda sprzedawałaby się, a tak… czymś trzeba wypełniać łamy, bo sprzedaż spada. W gruncie rzeczy, teoria na temat katastrofy czy rzutu słoikiem z kałem w pamiątkową tablicę, zmienia w naszych życiach tyle samo co film o rozmnażaniu żółwia błotnego w Animal Planet. No ale Polak, jest przecież urodzonym partyzantem, bez podziemia, drugiego dna i wroga żyje się mu nudniej. Fakt, jakaś teoria (słuszna lub nie, głupia lub wiarygodna) może zmienić układ sił w polityce, a to już może o zmianach przesądzić. Skoro głupota może przynieść zysk, to głupota staje się skuteczna. Historia nas rozliczy.
Jak jakaś historia będzie.

Tytuł i śródtytuły nie zostały zmienione przez autora.

 

 

okrucieństwo usprawiedliwione?

Spotykanych wegetarian pytam niekiedy o to, czy nie jedzą mięsa z powodów zdrowotnych, humanitarnych czy religijnych. Nie prowadzę statystyk, gdyż wiedza ta właściwie nie jest mi do niczego potrzebna, ot, ciekawość zwykła dotycząca motywów czy źródeł inspiracji. Odpowiedzi nie są natychmiastowe, dlatego niekiedy odnosiłem wrażenie, że jest to rodzaj pozytywnie wpływającej na samopoczucie mody. Oczywiście słowa „moda” nie powinno być rozumiane pejoratywnie, lecz jako ‚coś’ co przychodzi z zewnątrz. Jestem po prostu przekonany o tym, że żaden Polak sam z siebie na „niejedzenie” mięsa nie wpadłby. Musiał tę koncepcję żywienia gdzieś podpatrzeć, przekonały go argumenty. W każdym razie, wegetarianie mają o jeden kłopot mniej.

W naszej kulturze mięso jest obecne od czasów niepamiętnych i nie spotkałbym dorosłego Polaka, który nie wiedziałby skąd mięso bierze się. Pewne jest również to, że jakkolwiek by na rzecz nie spoglądać, to w babci rozprawiającej się na pieńku z kurą, nie ma okrucieństwa. Jest (nawet) współczucie, wyrzut sumienia, indiański szacunek. Ubój rytualny różni się tym od uboju na wsi czy uboju hurtowego w kombinatach hodowlanych, że okrucieństwo i ignorancja dla cierpienia są zaplanowane i popełniane z pełną premedytacją w imię religii (tak jak obrzezanie czy zamachy bombowe).

Cierpienie zwierząt jest niemierzalne. Właściwie jak ludzkie, z tym że zwierzęta nie potrafią o nim mówić. Sadystów skazujemy dlatego, gdyż nie chcemy żyć wśród tych, którzy czerpią satysfakcję z podpalenie psa, obdarcia go żywcem ze skóry, ciągnięcia go za pędzącym samochodem czy kopania przechodzącego kota. Czy dopuszczalnym okrucieństwem, miałoby być jedynie to uzasadniane religią? NIE.
Wszyscy są równi wobec prawa.

 

ritual

 

moja wolność jest moja – PAŃSTWO I KOŚCIÓŁ

Któregoś dnia, dane mi było poznać zdanie bpa. Michalika na temat „prawdziwej religijności”. Prawdę mówiąc był to typowy instruktaż dotyczący tego „jak wchodzić z butami w cudze życia”. Dziś z perspektywy czasu, odkrywam kolejny, bardziej globalny aspekt sprawy, który mam nadzieję zaciekawi tych z Was, którzy czują, że ich wolność jest bezpardonowo naruszana przy jednoczesnym kłopocie z ustaleniem celu i metody obrony.

Wg. Michalika ale i kilku imamów o podobnych skłonnościach, „manifestowanie wyznania jest sednem religijnego życia, gdyż to religia kształtuje postawy i działania osoby wierzącej. Zamykanie wiary wyłącznie w przestrzeni prywatnej byłoby przejawem wyjątkowej obłudy”. W praktyce, wypełnianie tego rodzaju misji, zobowiązuje osobę wierzącą do korygowania otaczających ją nieprawidłowości niezgodnych z religijnymi założeniami. Rozważania o tym, na ile te niezgodności są związane z literą pism świętych a na ile są wynikiem dyktatu duchownych pozostawię na później.

Mógłbym właściwie zapomnieć w tym tekście o religii. Naruszenie wolności, wielu z nas rozumie jako pogwałcenie zasady „daj żyć innym tak jak tego chcą i wymagaj tego samego dla siebie”. Jednak zasada „Nie wtrącam się, więc niech nikt nie wtrąca się do mnie i mojego życia” nie jest tak bezwzględnie prosta. O wiele łatwiej byłoby jej przestrzegać gdybyśmy byli ślepi i głusi. Idąc ulicą, oglądając telewizję czy surfując w sieci, zauważamy sytuacje, z którymi godzimy się lub nie. Czy potrafimy dokładnie zdiagnozować postrzegane zdarzenia i zjawiska jako godzące w naszą wolność? Jest problem. Dla jednych widok kościoła lub meczetu jest całkowicie obojętny, choć byli tacy, którzy synagogi zmieniali np. w publiczne pływalnie. Okazuje się, że nawet ateizm może być przestrzenią prywatną lub stać się ateizmem walczącym. Taki ateizm nie będzie różnił się od ekspansywnie rozumianych wyznań i naprawdę, trudno podjąć się obrony takowego, pod warunkiem, że nie mamy do czynienia z obroną konieczną.

Konstytucje gwarantują możliwość kultywowania religii, wyrażania poglądów i ich promocję. To właśnie tam, gdzie nasz światopogląd staje się „ciałem” czyli wychodzi poza obszar duchowy, dochodzi do konfliktów. Kiedy uliczny ulotkarz narusza naszą wolność? Bez wątpienia wtedy, kiedy zablokuje nam drogę i napastliwie zmusi do przyjęcia reklamy. Tu mamy jednak kilka poziomów wrażliwości. Widząc człowieka z ulotkami, będąc już kilkanaście metrów przed nim, zbaczam z kursu, by uniknąć konfrontacji (jaka by ona nie była). Czy stojący na mojej drodze ulotkarz narusza moją swobodę, skoro wywołuje moje działanie, przez które tracę kilka sekund życia? Akurat swoją postawę rozumiem jako rodzaj konsensusu. Tracę te kilku sekund by nie marnować ich potem na szukanie śmietniczki i teoretycznie wychodzę na zero, choć oczywiście można opisaną sytuację nadal postrzegać jako dla wolności groźną. Gdyby nakazać ulotkarzom stać z boku ulicy lub w wyznaczonych sektorach, ograniczono by w pewnym sensie ich konstytucyjne prawa. TOLERANCJA ma nasze wolności nieco porządkować. Np. blokujące ruch procesje są bez wątpienia utrapieniem, ale zgadzamy się na nie po to, by móc w tym samym miejscu zorganizować nazajutrz np. paradę gejów.

EKSPANSYWNOŚĆ jest bardzo ważnym słowem w niniejszym tekście. To typowa dla wielu ludzi chęć meblowania innym świata. Czy domagając się względnej uczciwości, dokonujemy ekspansji swoich przekonań? Czy szacunek dla państwowego prawa zobowiązuje nas do reakcji? Tu jest pies pogrzebany. W którejś z notek, przypomniałem o tym, że jednym z gwoździ do trumny inkwizycji był brak zgody monarchów tworzących wczesne państwa narodowe na istnienie dwóch systemów wartości i dwóch wymiarów sprawiedliwości – religijnego i państwowego. Trybunały religijne zostały rozwiązane. Posługując się najzwyklejszą logiką, możemy wywnioskować, że skoro jesteśmy obywatelami państwa, to mamy prawo a nawet obowiązek występować w obronie państwowego prawa gdy to zostaje naruszone np. przez związki wyznaniowe, nachalny biznes, chuligaństwo czy inne przejawy następowania ludziom na odcisk. Nie mamy najmniejszego obowiązku podporządkować się czy ulegać naciskom ze strony innych „źródeł” niż prawo państwowe. W Polsce prawa kościoła zdają się górować nad konstytucją lub przynajmniej istnieć niezależnie, co jest wyjątkowym absurdem. Prawa religijne nie znajdują się na równorzędnej płaszczyźnie z prawem państwowym gdyż to nie kościoły tworzą strukturę państwa, nie są nawet jej częścią (nawet gdy wtykanie „pana boga” do konstytucji jest wyjątkowo w Polsce aktywne).

Konkluzja. Wolność gwarantowana przez konstytucję jest nadrzędna wobec wolności, do której stosowania przekonuje wiernych kościół. Konstytucja i państwo chronią obywatela (teoretycznie) gdy ten staje w obronie konstytucyjnego ładu (wykazuje postawę ekspansywną) gdy związki wyznaniowe do podobnej ekspansji prawa nie posiadają. W teorii brzmi to pięknie i prosto, ale żyjemy w Polsce, gdzie nawet tzw. ‚niezawisłe’ sądy boją się podpaść kościołowi, jednak tak dla samej świadomości podstaw, chyba łatwiej w obliczu wyrażonych w tekście racji zorientować się w zakresach przysługujących nam wolności. Jednym słowem, żaden Michalik czy inny łaknący władzy imam, nie posiadają kompetencji definiowania zakresu wolności wyrażania przekonań przez wiernych, jeżeli to robią, praktycznie podżegają do naruszania nadrzędnego konstytucyjnego ładu. Tu mamy także odpowiedź na pytanie o to, dlaczego kościół lgnie do polityki, która konstytucję może zmieniać.

 

state

 

Art. 8. 1. Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej.

Poniższe punkty można połączyć.
Art. 53.
2. Wolność religii obejmuje wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru oraz uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii przez uprawianie kultu, modlitwę, uczestniczenie w obrzędach, praktykowanie i nauczanie. Wolność religii obejmuje także posiadanie świątyń i innych miejsc kultu w zależności od potrzeb ludzi wierzących oraz prawo osób do korzystania z pomocy religijnej tam, gdzie się znajdują.
5. Wolność uzewnętrzniania religii może być ograniczona jedynie w drodze ustawy i tylko wtedy, gdy jest to konieczne do ochrony bezpieczeństwa państwa, porządku publicznego, zdrowia, moralności lub wolności i praw innych osób.

 

co cię nie zabije to cię wzmocni – ISLAM

Wdaję się ostatnio w uciążliwą dla ducha polemikę na temat „islamskiego zagrożenia”. Uciążliwość polega na tym, że chciałbym jakoś zracjonalizować lęki rozmówców, oddzielić teorie i fikcje od faktów, skupić się na rzeczywistych problemach by poszukać rozsądnych i praktycznych rozwiązań. Do moich zmysłów docierają jednak wciąż na tyle silne emocje, że zaczynam marzyć o zajęciu się czymś spokojniejszym. W trakcie szkoleń dotyczących negocjacji padają generalne zasady: poproś rozemocjonowanego rozmówcę aby usiadł, napił się wody, doceń jego spostrzegawczość i racje, nawiąż kontakt wzrokowy gdyż najczęstszym powodem gniewu jest poczucie ignorancji, nie pozwalaj obrażać siebie ale rób to w sposób wyważony, zadbaj o komfort człowieka, o to by czuł się zauważony i poważany, zachowaj spokój ale bądź przy tym grzeczny i wymagający. Tia. Częściej czuję, że sam tego wszystkiego potrzebuję. No i pytanie: czy ja chcę kogoś do czegoś przekonać?

W głębi duszy jestem humanistycznie nastrojonym demokratą. Dla jednych oznacza to, że jestem zaplutym lewakiem, drudzy widzą we mnie radykalnego liberała, a kolejni człowieka mającego problemy z rozumieniem rzeczywistości a nawet właściwym jej odbiorem. W takich okolicznościach, kłopotem jest nie tyle wyjaśnienie tego kim jestem i jakimi racjami kieruję się, ale KIM NIE JESTEM. Ktoś już kiedyś zauważył, że udowodnienie „niebycia wielbłądem” bywa skomplikowane, tylko co z tego? Ideologiczne szufladkowanie, w 90% przypadków polega na dokonywaniu prostych rachunków: np. popierasz antykoncepcję? = jesteś mordercą. Nie wierzysz w teorię zamachu smoleńskiego? = jesteś z PO. Jesteś obrońcą życia poczętego = jesteś nazistą. Tolerujesz homoseksualistów = jesteś zdrajcą narodu. Wreszcie, wykazując średnie zainteresowanie muzułmanami = jesteś zwolennikiem szariatu.

Wiem czym jest popełnienie błędu w tworzeniu „mitu założycielskiego”. Taki błąd (niekoniecznie związany z generalnymi założeniami) procentuje, rozrasta się, tworzy problemy często nie do rozwiązania, może zachwiać całą ideą. W budownictwie, schrzanienie czegoś w fundamentach, może nie tylko wściec inspekcję budowlaną ale i narazić przyszłych użytkowników budynku. Podobnie jest z analizą. Gdy materiał badawczy będzie niepełny, niewiarygodny, zmanipulowany, to i wnioski będą o dupę potłuc. Co z sondażem szacownej instytucji badawczej, która wyliczyła, że poparcie jednej z partii wynosi -4% (minus cztery procent)? Ludzkość ma w głębokim poważaniu reguły. Skoro w katastrofie lotniczej zginęło stu oficjeli to znaczy, że był zamach, bo przecież niemożliwe jest to by wszyscy zginęli zwyczajnie a nawet głupio.

Opracowanie solidnego raportu na temat muzułmanów w Europie to pociąg z węglem, który należy rozładować pojedynczymi widłami. Taki raport zawierałby nieuniknione błędy, gdyż nie wiadomo czy należałoby wziąć pod uwagę „wszystkich”, czyli: emigrantów, nielegalnych emigrantów (jak ich policzyć?), uchodźców, studentów, turystów, pracowników kontraktowych, rdzenną ludność wyznającą islam. Należałoby również dokonać podziału na podstawie zaangażowania badanych w praktykowanie religii, by uniknąć wyników jakie otrzymujemy w Polsce na temat katolicyzmu. Zebrane dotychczas szacunkowe dane mówią o tym, że społeczność muzułmańska stanowi ok. 5% populacji europejskiej i odnotowuje nieco wyższy od europejskiego przyrost naturalny (ok, 2,2% europejczycy, muzułmanie ok. 2,8%). Na tej podstawie, można obliczyć, że w roku 2050, liczebność muzułmanów w Europie może wynieść 20%. Czy będzie to grupa spójna etnicznie, umiarkowana czy radykalna, w jakich krajach jakie będą proporcje? – trudno dziś ocenić.

W dyskusji nie wolno zapomnieć o historii. Większość muzułmanów w Europie nie jest ludnością napływową w potocznym tego słowa znaczeniu. To potomkowie tanich pracowników sprowadzonych do krajów Europy Zachodniej tuż po II wojnie światowej, potrzebnych do odbudowy i likwidacji zniszczeń wojennych. Co warto podkreślić – ich wkładu w rozwój i współczesny wizerunek Zachodniej Europy nie ośmiela się nikt kwestionować. Pokolenie to pozostało, sprowadziło swoje rodziny i choć jego publiczną rolę obliczano na kilka pokoleń, to okazało się, że stali się zbędni już w pokoleniu pierwszym. Społeczność ta, od samych początków swojej obecności prowadziła batalię o uzyskanie pełnych praw obywatelskich (w tym wolności wyznania), w różnych krajach z różnym skutkiem (np. W.Brytanii przez długi czas, przedsiębiorcy nie chcieli zatrudniać muzułmanów).
Przełomowym momentem dla publicznych nastrojów stał się 11 września 2001, kiedy dyskusja o prawach muzułmanów w Europie, przerodziła się w tornado rozważań nad islamskim terroryzmem. Medialny przekaz przyczynił się do metamorfozy „problemu” w „zagrożenie” i od tej chwili, społeczność muzułmańska znalazła się na celowniku – do pewnego stopnia uzasadnionej – społecznej podejrzliwości i obaw. W powstałych warunkach dokonywał się kolejny, istotny historycznie, wzmożony napływ uchodźców z północnej Afryki wywołany wojną w Iraku, Wiosną Arabską, działaniami wojennymi w Afganistanie. Wisienką do tortu antagonizmów stał się kryzys gospodarczy. Związany z nim wzrost bezrobocia wywołał praktycznie panikę uczciwie podgrzewaną przez upatrujące w islamie konkurencji kościoły chrześcijańskie oraz niejednokrotnie związane z nimi populistyczne partie prawicowe starające się budować polityczny kapitał na zbiorowych lękach.

Rozmontowanie tego wielopoziomowego zagrożenia nie jest proste, tym bardziej, że pojawiają wciąż nowe mniej lub bardziej wartościowe argumenty. Jednak demontaż paniki jest konieczny do określenia rzeczywistych problemów, z którymi Europa będzie musiała zmierzyć się. W różnych krajach, już dziś podejmowane są różne kroki. Zaostrzenie polityki imigracyjnej (Francja), programy integracyjne (Szwecja), ograniczanie często mocno przerośniętych ambicji muzułmanów (Austria), kibicowanie (Polska), walka z kryzysem – poprzez wolność gospodarczą i bezpieczeństwo socjalne, mające na celu częściowe ostudzenie napięć (praktycznie cała UE).

W tych niekorzystnych realiach, wyostrzyła się wzajemna agresja podsycana przez tabloidowe media żonglujące argumentami „za i przeciw” skierowanymi do wszystkich stron „konfliktu”. Nie warto już tutaj wymieniać świetnych pomysłów typu publikacja karykatur Mahometa (20 lat temu mogłyby być śmieszne).
Stoimy na tym, że liberalni Europejczycy nie chcą szariatu. Europejki chcą czuć się bezpiecznie, chcą być szanowane zgodnie z normami europejskiej kultury. Europejczycy w zależności od politycznych upodobań opowiadają się bądź po stronie integracji bądź pomysłów z lat niegdysiejszych, zresztą ku uciesze partii politycznych. Fakty schodzą na dalszy plan i wołaniem na puszczy, wydaje się mówienie o tym, że muzułmanie nie są monolitem, szariatu domaga się ich marginalna choć niewątpliwie głośna część. Przestępstw na tle rasistowskim jest zdecydowanie więcej niż organizowanych przez islamskich fanatyków zamachów bombowych, choć liczby ofiar są porównywalne. Porównanie liczby gwałtów dokonywanych przez europejczyków i muzułmanów, ukazałoby nieco inne relacje niż te powszechnie uznane za rzeczywiste (podobnie wyglądają statystyki zabójstw popełnionych w wyniku konfliktów małżeńskich).
Do myślenia dało mi udane wprowadzenie zakazu uboju rytualnego w Holandii. Być może właśnie tak powinna wyglądać walka o europejską kulturę. Walczyć cząstkowo z konkretnymi przypadkami naruszania powszechnie akceptowanego ładu, wolności i poczucia bezpieczeństwa Europejczyków.

Walka z religią, z całą zbiorowością, której przypisywane są czyny marginesu…. Czy szukając rozwiązań, lepiej skazać stu niewinnych niż przepuścić jednemu winnemu? Nie przekonuje mnie to. Odpowiedzialność zbiorowa umarła w Auschwitz.

 

islam

 

bracia czy wrogowie

Na rynku jednego z polskich miast, młoda Romka chwyta boleśnie za pierś spacerującą Polkę. Osłupienie, gorycz, lęk. Romka szybko odbiega, więc na jakąkolwiek reakcję jest za późno. W umyśle polskiej dziewczyny zapętla się myśl: „Przecież… Tak nie wolno!!”. Trudno nawet być facetem w takiej sytuacji. Kopnąć śniadolicą nastolatkę? – przecież to przestępstwo, zresztą ludzie gotowi uczynić z napastniczki ofiarę. Chwytać? Gdzie? W bramie pełnej Romów? Dzwonić na policję, tylko czy to była napaść, no i zanim przyjadą…?

Mając naście lat poznałem może 10-cio letniego Cygana. Włóczył się za mną po mieście, nie oponowałem. Czasem siadaliśmy, rozmawialiśmy o niczym, wciąż przyglądał się mi uważnie. Byłem inny, biały, z innego świata? Ten dziesięciolatek, mógł skontaktować mnie z ludźmi handlującymi bronią, narkotykami, fałszywymi biletami do berlińskiego metra, złodziejami samochodów, paserami. Utrzymywałem się z niewielkiego kieszonkowego, więc nie byłem zainteresowany, ale obecność cygańskiego dzieciaka dawała mi… poczucie bezpieczeństwa. Nawet gdy czasem przemierzałem samotnie dzielnicę w której mieszkał, czułem jego „opiekuńczego ducha”. Mogłem w razie czego powołać się na niego (tak przynajmniej myślałem), choć nikt nigdy nie zaczepił mnie, nie napadł, nawet nie spojrzał podejrzliwie. Czy zostałem zaakceptowany? W dwóch podobnych dzielnicach, do których zapuszczanie się po zmroku należało do zachowań mało rozważnych, czułem się jak u siebie o dowolnej porze. Z podobnych przyczyn. Znałem „kogoś” stamtąd. Czy byłem „prawie – swój”? Prawie swojskość to ciekawy status. W takich miejscach nikt nie pyta o to dlaczego ktoś do kogoś przychodzi i jakie sprawy załatwia. W gruncie rzeczy, odwiedzałem tylko kolegów ze szkoły, choć jak to było odbierane „na zewnątrz”? Byłem gangsta?

Gdzieś w tym samym czasie, w gronie rówieśników, „nudziliśmy” się przed sklepem (w swojej dzielnicy). Niedaleko zaparkował zdezelowany Polonez, z którego wysiadło dwóch obcych wytatuowanych Cyganów i jeden biały kark. Szli do sklepu, gdy jeden z nich zauważył, że mamy ze sobą dwie gitary klasyczne. Podszedł do nas i zapytał, czy będą mogli skorzystać z instrumentów. Trochę marudziliśmy, ale siła przekonywania wynikająca z wyglądu składających ofertę przesądziła o pozytywnym jej rozpatrzeniu. Gdy wyszli ze sklepu obładowani reklamówkami z puszkowym piwem, uznaliśmy, że może układ nie jest taki zły. Przenieśliśmy się na pobliski placyk, gdzie dojazd radiowozów był utrudniony i zdecydowanie mniej raptowny. „Goście” wręczyli każdemu z nas po piwie i rozłożyli reklamówki dając do zrozumienia abyśmy częstowali się w razie wysuszenia napojów, które już dostaliśmy. Zaczęli grać. Eric Clapton, Gipsy Kings i inne znane i nieznane – dość skomplikowane – utwory. Jeden z Cyganów grał i śpiewał z uśmiechem na stojąco. Jego palce rozpędzały się po strunach niczym ruchliwy pająk, lecz on nie spoglądał na gryf, patrzył w okna pobliskich budynków. Zawstydzili nas przekonanych o swoich umiejętnościach młodych białych „grajków”. Prezentowali wysoki poziom, nijak nie przystający do ich wyglądu. Żadnych błędów, finezja, żadnych fałszywych dźwięków. Dziwiliśmy się, że robią to z instrumentami, które uważaliśmy za niegodne naszego poziomu i umiejętności. Kiedy postanowili zrobić przerwę na zroszenie ust, moi rówieśniczy znajomi zaczęli zadawać różne pytania, na które „goście” odpowiadali średnio chętnie. Zrobiło się mi głupio. Zareagowałem: „kurwa mać, ludzie, to nie są Marsjanie czy małpy z zoo…”. Zadawane przez kumpli kwestie nie dotyczyły techniki gry, imion czy „dupy Maryny”. Były czymś w rodzaju poznawania dziwolągów. Pytając zdawali się nie dostrzegać w Cyganach niczego innego oprócz tego, że są obcy i odmienni z czego muszą się jakoś wytłumaczyć. W którymś momencie, podszedł do nas starszy pół-lump emeryt i gdy wspomniał o cygańskim złodziejstwie, otrzymał szybką ripostę, w wyniku której, z krwawiącym nosem spoczął na ziemi za ławką, na której chciał usiąść. Zapadła chwila konsternacji, ale wypity alkohol działał rozluźniająco. „Możecie nas wszystkich pozabijać” – westchnąłem, kładąc się na plecach w piaskownicy i powoli przysypując piachem. Patrzyli na mnie z lekkim ubawem ale i zdziwieniem.
„Zagrajmy coś razem” – wpadłem na pomysł integracyjny. Po kilku kombinowanych „składach” orkiestry, okazałem się jedynym grajkiem, będącym w stanie zgrać się z Cyganami. – Ty grasz jakoś tak po naszemu – usłyszałem od białego karka ze srebrnym łańcuchem na szyi. Cyganie zgodzili się z tą racją. Po godzinie, byłem już jedynym opiekunem gitar. Moi kumple rozeszli się do domów, a ja krążyłem ulicami dzielnicy z nowo poznanymi znajomymi do późnych godzin nocnych. Chodziliśmy i graliśmy, piliśmy i graliśmy, spotykaliśmy miejscowych zakapiorów i znów piliśmy i graliśmy. Wróciłem do domu zadowolony. Instrumenty były całe, ja również.

„Gdzieś w tym samym czasie” – szykowała się koleżeńska impreza plenerowa. Niedaleko miejsca naszego postoju, dostrzegliśmy grupkę Romów. Jeden z moich kompanów zauważył, że mają ze sobą akordeon. Podszedł do nich i zaczął o czymś rozmawiać. Po chwili dały się słyszeć jego głośne słowa: „Będziecie tu jeszcze jakiś czas? Będziecie? Poczekajcie”. Kompan pobiegł do domu i po kilku minutach przytachał zakurzony akordeon. Zawołał Romów i wyjaśnił: „ten klawisz nie działa, ale dam wam instrument, pod warunkiem że będziecie nam grać”. Romowie przystali na propozycję. Wino lało się strumieniami a Romowie grali tanga, polskie pieśni patriotyczne i znane szlagiery międzywojenne. Nie biesiadowali z nami, bo i nikt ich niczym nie częstował. Po kilku godzinach, gdy chcieli zakończyć swoje usługi, nie otrzymali zgody. Grali dalej, a na ich twarzach coraz częściej malowała się niema prośba o… wolność. Gdy wyrażali prośbę głośno, rozochoceni winem kumple, stawiali sprawę twardo: „Macie kurwa grać!”. Atmosfera gęstniała. Romowie zdawali się rozumieć swoje położenie. Byli osaczeni i coraz bardziej przestraszeni. Straciłem z tego powodu komfort, choć ciekawość rozwoju sytuacji była silniejsza. Milczałem. Po kolejnych chwilach nieustającej gry, Romowie prawie błagali o zwolnienie, ale nie otrzymywali zgody a kumple byli coraz bardziej agresywni. Przypomniał się mi jakiś film wojenny, w którym w obozie koncentracyjnym, żydowscy muzycy ubarwiali wieczór uchlanym jak świnie esesmanom. Przygnębiający był wzrok rumuńskich kobiet i kilkorga dzieci, które wiernie czekały na swoich mężczyzn. Właściwie sadyzm, choć z drugiej strony uważałem, że nawet uszkodzony akordeon jest wart więcej niż nawet 8 godzin pracy. Pamiętam że nie zastanawiałem się nad tym, czy ci ludzie są głodni, wypoczęci, raczej ulegałem zastanawiającej „magii” chwili. Oto jedni stają się ślepo posłuszni drugim. Można ich pobić, oszukać – wydawali się niezdolni do podjęcia obrony. Objuczeni tobołkami nie byli w stanie uciec, ich wołanie o pomoc nie dobiegłoby do niczyich uszu. To zastanawiające uczucie (absolutnej władzy) można poczuć współcześnie tylko w kilku niezbyt potocznych sytuacjach.
Kiedy jeden z Romów zdjął z ramion „podarowany” akordeon chcąc go zwrócić, darczyńca spokojnie powiedział: „Nie, jest już twój, taka była umowa”.
„Możemy już iść?” – Rom zapytał błagalnie. Zapadła chwila ciszy. Części naszej kompanii skruszały serca. „Niech idą” – padły mało wyraźne ale słyszalne sugestie.
– No to wypierdalajcie – ryknął znienacka niedawny właściciel „muzycznego podarunku”. Gdy spakowani Romowie oddalili się na kilkanaście metrów, darczyńca podbiegł do nich i ‚wypłacił’ zgarbionemu mężczyźnie solidnego kopniaka. Nie mężczyźnie. Jego but utkwił w czarnym miechu podarowanego instrumentu. Nie patrzyłem już na to żałosne zdarzenie, słyszałem jedynie komendy „Ruchy brudasy! Wypierdalać”. Impreza miała się ku końcowi.

„Gdzieś w tym samym czasie” – stojąc na przystanku zauważyłem dwóch czekających na ten sam ostatni autobus murzynów. Rozmawiali specyficznym angielskim. Autobus nie przyjechał. Podszedłem do nich i zapytałem, gdzie się wybierają, bo być może mamy po drodze. Okazało się, że mamy po drodze idealnie, ten sam cel. Klawo. Skąd jesteście? Jeden z Nigerii, drugi z państwa, którego nazwy nie pamiętam. Szukając jakiegoś tematu, zapytałem czy mogą sprowadzić rzeźby i inne wyroby artystyczne. Temat chwycił. Okazało się, że wszystko jest do zrobienia. 7 km. marszu umacniającego przyjaźń polsko-murzyńską. Jeden z towarzyszy podróży odrabiał w Polsce stypendium. Był ginekologiem. Gdy dotarliśmy do celu, zaprosił mnie na kawę lub herbatę. Było późno, nie skorzystałem ale pożegnaliśmy się wymieniając swoje imiona, uściski dłoni, wymieniliśmy numery telefonów. Wesołe było to, że obaj murzyni musieli rozmawiać ze sobą po angielsku, gdyż nie rozumieli swoich języków. Polski nie był ich silną stroną, ale komunikowanie się ze mną obyło się bez problemów. „Zawsze jakiś zysk” – rozmyślałem o nowej znajomości leżąc na wersalce w swoim pokoju. Kiedy później spotykałem egzotycznego sąsiada wołałem. „Hej M.!”. „Hej!” – odpowiadał z uśmiechem. Mijający mnie ludzie, spoglądali na mnie ze zdziwieniem. Fakt, do czasu wspólnego marszu uważałem, że miejsce czarnuchów jest na drzewie.

Niedaleko mieszka muzułmanin z haremem. Dobry samochód zdradza, że nie jest biedny. Mieszka z kilkoma kobietami i kilkorgiem dzieci. Ubierają się tradycyjnie. Chodzą grupą do sklepu. Kiedy kobiety robiły zakupy samodzielnie, opatulone w hidżaby, stawały się centrum jarmarcznego zainteresowania, ale były też obiektami zaczepek i docinków. Muzułmanin ma niemal dwa metry wzrostu, dlatego w jego obecności uwag nie słychać. Muzułmanki mimo stroju zakrywającego 90% powierzchni ciała, zgrabne i ładne. Trudno powiedzieć czy są Polkami. Rozmawiają tylko po arabsku. Któregoś dnia na placu zabaw, kilkuletni blondynek Polak bawi się z rówieśnikiem – synem muzułmanina. Jak to dzieci, zwisają z zabawowych urządzeń, coś szczebioczą do siebie. Za płotkiem przechodzi starszy jegomość ćmiący papierosa. „Palenie papierosków jest niedobre” – rzuca znienacka czarnowłosy berbeć, po czym wraca do dyskusji z kolegą. „Mądry chłopak” – pomyślałem, choć coś mnie tknęło. Piwa też nie wolno – co będzie gdy dorośnie?

co dalej…

Jak rozwiązać problem zaczepionej po chamsku dziewczyny opisanej we wstępie? Co zrobić z islamofobią? Nie jest tajemnicą to, że w oczach Polaków, wizerunek mniejszości rasowych czy narodowych kształtują kryminalne doniesienia medialne i osobiste nierzadko przykre doświadczenia. Jednak stanowią one o normie czy marginesie? Mój stosunek do „obcych” ukształtował się dość wcześnie. Nie zmieniłem poglądów w wyniku „lewicowej indoktrynacji” (co często zarzuca się ludziom myślącym podobnie do mnie). Po dziś dzień, nie jestem skłonny widzieć wrogów w ludziach niepasujących do standardu Polaka czy europejczyka. To bliżsi lub dalsi znajomi moich znajomych. Gorsi, lepsi, jak ludzie.

Niepokoi mnie „wojujący islam”, obco-kulturowe getta europejskich miast. Niepokoją mnie zamachy, przestępstwa na tle rasowym, odruch wymiotny wzbudzają we mnie podsycające rasistowską nienawiść i w większości zmanipulowane treści upowszechniane przez źródła Frondo-podobne. Niepokoi mnie to, że tak łatwo nas, ludzi zachodu, zastraszyć i pozbawić poczucia bezpieczeństwa nawet banalnymi aktami złamania reguł. Nasypanie ziemi z doniczki do talerza, rzucanie klątw na ciężarne kobiety przez cyganki. Niepokoi mnie to, że wielu „żebraków” i przestępców z mniejszości, stosuje psychologiczne gry.

Na niezbyt zawoalowaną pogardę ‚obcy’ odpowiadają niezbyt zawoalowaną groźbą. Mafie, socjotechniki lub radykalne religie, stają się ich wybawieniem. Wykluczonym pozwalają poczuć dumę, choć duma ta jest złowieszcza. Nie chcemy „panoszenia się” obcych w Europie – ale czy zrobiliśmy coś by nie było białych w Iraku lub Afganistanie? Czy Ameryka ma czyste dłonie? Roztrząsanie win może trwać w nieskończoność, a problem rośnie, przybiera coraz bardziej agresywne oblicze. Czy czeka nas konflikt kultur, czy jest on może wirtualnym wytworem telewizji i domorosłych kronikarzy zalewających swoimi dziełami You Tube? Czy wzrost przestępstw na tle rasowym dokonywanych przez białych, nie poddaje pod wątpliwość tego „kto jest właściwie zagrożony”? Chamowate zaczepki arabów wobec białych kobiet, ich szkoły religijne uczące o tym, że gwałt sprowokowany przez ofiarę to nie jest taki całkiem zły gwałt… To wszystko wymknęło się spod kontroli. Politycy zainteresowani powiększaniem własnych bankowych kont zapomnieli o swojej roli. Nie są w stanie zapewnić obywatelom bezpieczeństwa, nie są w stanie opanować rosnącego bezrobocia, pogłębiającego się rozwarstwienia społecznego. Władze pogrążone w sporach „lewica-prawica” (multikulti lub holokaust) nie są w stanie wypracować pożytecznych rozwiązań. Rozwrzeszczani radykałowie, z każdym dniem prymitywniejsi fanatycy, domorośli zamachowcy, padlinożerne media, wściekły biznes, a obok coraz więcej pogubionych w tym wszystkim bezsilnych ludzi. Nauczyłem się, że każde pokolenie w pewnym momencie istnienia przestaje nadążać za rzeczywistością. Nie upatruję więc w tym co dzieje się zwiastunów końca świata czy zagłady cywilizacji. Ludzkość przetrwa.

 

gipsy kings

 

GIPSY KINGS – Inspiration – posłuchajcie, to też zderzenie kultur

 

[…a może „oni” (obcy) zmieniają się w nas?…]

BOSTON – wojna z całym światem

Gdy w Izraelu wybuchają bomby, nikt nie zastanawia się nad tym kto jest celem. Celem są Żydzi. Gdy ofiarami zamachu stają się całkowicie przypadkowi ludzie, przedstawiciele wielu narodowości, płci, ras, wyznań to logika nie pozwala wysnuć żadnego racjonalnego wniosku. Z całym światem wojują tylko szaleńcy.
Dlaczego tak łatwo zbudować bombę? Dlaczego tak łatwo nafaszerować mózg demagogią i wszystko to odbywa się poza wszelką uwagą? 9/11, Breivik – czy jesteśmy całkowicie bezbronni? Tak, ale możemy coś zrobić. W mózgu zwyrodnialca zawsze tli się chęć zrobienia wrażenia, zapisania siebie lub czynu w historii, zwolnienia spirali nienawiści. Nie musimy przeistaczać się w kostki domina, które zapragnął wprawić w ruch. Jeżeli już nienawidzisz, pałasz chęcią zemsty, to stałeś się jego narzędziem.

boston
fot. AP / Charles Krupa Boston

zabierz głos…

Przyglądając się z perspektywy na to całe moje blogowanie, widzę rzecz tak. Idę ulicą, nagle do bramy wciąga mnie jakiś rosły oprych, tłucze po mordzie a jednocześnie przeczesuje kieszenie. Nie bronię dobytku a jedynie wykrzykuję radośnie: „znam go, oto jego profil psychologiczny, znam jego rodzinę, środowisko, wiem co go zmieniło, miał trudne dzieciństwo a potem to w ogóle różne rzeczy się działy”. Obrywając kolejny raz w szczękę podejmuję się analizy tego akurat ruchu po czym ogłaszam odpowiedź, po chwili kolejny cios, następnie duszenie – sprecyzowanie znaczenia duszenia w historii ludzkości, kulturowa symbolika kopa w jaja itd. itp.

Chyba każdy normalny facet ma we krwi chęć wzniecenia jakiejś rewolucji. Coś w stylu dotknięcia świata magiczną różdżką w celu uczynienia go takim jakim chciałoby się żeby był. Sto przepisów, sto rozwiązań, wszystko jest proste. Spójrzcie na blogi ile w nich sposobów na naprawę rzeczywistości. Jak wychować dzieci, jak ruchać, czego nie palić, kto jest winny, kto powinien odejść i jaki system emerytalny jest optymalny. Trwa to pierdolenie za przeproszeniem lata i czasem naprawdę można dojść do wniosku, że wszystko już zostało powiedziane. Efektów jednak brak. Można na telewizyjną modłę organizować spotkania Agaty Młynarskiej z Kryśką Pawłowicz, Palikota z Cimoszewiczem, Lisickiego z Michnikiem lub Macierewicza z Niesiołowskim. Groza i emocje są, ludzie mają do czego wzrok i słuch przyczepić. Co z tego że nic z tego? Jest szopka, jest oglądalność, kręci się. Można na wzór Kominka opisywać polski life-style, choć do tej pory nie wiem co to dokładnie jest. Można rżnąć nośne artykuły i udawać, że są własne. Można dołączyć do jakiegoś partyjnego zakonu i po prostu powtarzać w koło Wojtek „Wyjazd Tuska do Nigerii to wyjątkowo zmyślny manewr strategiczny, świadczący o genialności polskiego premiera i słabości opozycji”. Można napierdalać ile wlezie w pijanego Kwacha – zaboli rozczarowanych, niech plują ale klików przybędzie. Można szukać właścicieli dla porzuconych psów, zagubionych ludzi i tworzyć albumy na temat ludzkiej podłości – nie zapominając oczywiście o dołączeniu do każdego obrazka tytułu bloga. Można robić to co zalecają znawcy – pisać z pasją o tym na czym znamy się najlepiej – czyli w moim przypadku o czymś czego prawie nikt nie rozumie albo o spaniu. Sypiam z pasją.

Wbrew snom o potędze blog do zmian nie prowadzi. Zmiany to praca organiczna, potem rząd dusz i cały ten zasrany psychologiczny przemysł. Niestety, ale nigdy nie ma czystej gry kiedy chce się, by ludzie tańczyli do odgrywanych melodii. Sami z siebie nie ruszą dupy, no.. może wtedy gdy przestraszy się ich tym, że ktoś właśnie im wolność zap. Przejdą się na ulicę, pokrzyczą „złodzieje, złodzieje”, potem wrócą do domu by mecz obejrzeć.

Zajrzałem w ramach historycznego rekonesansu do afery Rywina, o Centralach Handlu Zagranicznego coś uszczknąłem, nawet fragmenty książki Millera poczytałem i powiem Wam, że nie ma lepszej metody na głęboką patologiczną depresję niż taka wycieczka – na tym całym gównie rośnie nasza Polska piękna. Naprawdę, zacznę podjudzać koreańców z północy, że tak obiecują i obiecują tę wojnę nuklearną aż nudy biorą. Naprawdę, chcąc sprzątnąć gromadzony latami kał, trzeba byłoby zmieść go z tego świata. Bomba atomowa – a niechby – lepiej pożyć 5 lat napromieniowanym i zadowolonym z życia, niż błąkać się jak to dziecko w tłumie pytające każdego faceta „To pan jest moim tatą?”.

Tak rzecz widzę.

 

fog

 

Rząd dusz

Steve Jobs powiedział kiedyś, że ludzie nie wiedzą czego chcą, do póki im się tego nie pokaże. Czy w XXI wieku podobnie dzieje się z ideami lub wartościami? Czy to o czym uczymy się w szkole, o czym słyszymy z mediów, ambon czy od polityków, jest tym czego potrzebujemy choć jeszcze o tym nie wiemy? „Rząd dusz” to okrutny temat, podjęto wiele mniej lub bardziej udanych prób opisania zjawiska, ale czy o samo zrozumienie powinno chodzić? Jak tę wiedzę wykorzystać, jak uczynić z niej coś użytecznego?

Czy zdajecie sobie sprawę z tego, że nasze oceny działań własnych lub cudzych, w znacznym stopniu są efektem dawno temu urządzonego nam „prania mózgu”? Teza przewrotna, ale im bardziej uważamy swoje osądy za twory całkowicie indywidualne, tym większą pralniczą skutecznością może szczycić się ktoś kto podstawy stosowanych przez nas kategorii ocen w nas zaszczepił.

Nie chcę tutaj wejść w filozoficzne rozważania nad człowieczeństwem co zajęłoby trochę miejsca, ale na płaszczyźnie mentalnej jesteśmy tylko jednym z wielu (pozbawionych górnolotnych zasad, nieróżniących się zasadniczo od siebie) żywych gatunków zamieszkujących naszą planetę. Rodzimy się, poznajemy system kar i nagród, uczymy się tego co wolno, czego niewolno, co jest dobre, co złe, jak należy postąpić, jak nie należy postąpić, a wreszcie, co i o czym powinniśmy myśleć. Ten proces przechodzi praktycznie każde żywe stworzenie po to, by gatunek do którego należy przetrwał. Człowiek uczynił jedynie drobny wyłom. Zamiast przetrwania gatunku zaproponował np. przetrwanie jego wybranych części: narodu czy zgromadzenia wiernych. Umierać za ojczyznę i zabijać wrogów to honor, ginąć za wiarę w samobójczym zamachu to zbawienie. Jak to możliwe? Czy tak łatwo przeprogramować nasze instynkty i sprawić by działały wbrew naturze? Nie całkiem. Okazuje się, że zabijając nawet w imię najwyższych wartości czujemy, że nie postępujemy właściwie. Bynajmniej z powodu wyrzutów sumienia. Instynkt sprzeciwia się zabijaniu współplemieńców, ale program, który ktoś nam dostarczy, może mówić o czymś zupełnie innym. Wewnętrznie kłócimy się z samymi sobą, lecz instynkt to tylko poziom głębokich emocji, gdy wspomniany program to jasne czytelne idee, kary, symbole, działania, zyski. Wybór często jest całkiem prosty, niekiedy zbyt prosty.

Programowanie naszych umysłów zaczyna się w dzieciństwie, w rodzinnych domach o ile dysponujemy komfortem ich posiadania. To właśnie w rodzinnych domach uczymy się podstaw koegzystencji, poznajemy podstawowe reguły i wartości. Wychowanie w domu przestępców, nie nauczy nas szacunku dla prawa własności. Wychowanie w domu, w którym surowo przestrzegane są normy religijne nie nauczy nas tolerancji światopoglądowej. W gruncie rzeczy szacunek dla prawa własności jak i idea tolerancji są również tylko programami, które wpaja się wychowankom tzw. „dobrych domów”. Kolejne obszary wpływające na kształt naszych ocen i postępowania to najbliższe środowisko zewnętrzne (np. religijne, sąsiedzkie) oraz edukacja szkolna. Tutaj również obok neutralnej ideowo praktycznej wiedzy, nabywamy wiedzę o obowiązujących (rzekomo) powszechnie normach. Kolejny raz spotykamy się z systemem kar lub nagród, kija lub argumentu. Bagaż wpojonych danych pozostaje nam na całe życie, choć warto wiedzieć, że niepodlewane roślinki gotowe są usychać. Co jakiś czas zostanie nam przypomniane co jest dobre a co złe, tak na wszelki wypadek, gdybyśmy mieli problemy z pamięcią.

Doczekaliśmy się czasów, w których programowaniem umysłów nie zajmuje się jedno źródło. Walkę o nasze „dusze” toczą związki wyznaniowe, areligijne, politycy, media, biznes, artyści. Nie zawsze wbrew nam, choć czy potrafimy ocenić czy nam służą? To właśnie w wyniku tej różnorodności, gotowi jesteśmy zmieniać zdania, nierzadko wbrew sobie. Dlaczego w ogóle komuś zależy na tym programowaniu? Rząd dusz zmierza do unicestwienia indywidualizmu, zwanego niekiedy „samodzielnym myśleniem”. Zasadniczo służy umacnianiu spójności danej grupy, stanowiącej o jej sile. Siła zapewnia nie tylko skuteczniejszą obronę ale jest podstawą dominacji. Zysk (posiadanie), bezpieczeństwo, sprawiedliwość, wiedza, poczucie godności – to kilka ze składanych nam ofert.

Zapewne każdemu i każdej z nas, zdarzyło się w życiu odczuć dylemat „Postępuję właściwie, ale na tym tracę”. Znajdujemy portfel – jedni z nas schowają go do kieszeni, inni zaczną rozglądać się za właścicielem. To typowy przykład sprzeczności, na które jesteśmy narażani ale i typowy przykład tego jak działa „pranie mózgów”. Nasza reakcja w dorosłym życiu zależeć będzie od kilku czynników, nie tylko od tego jak zostaliśmy wychowani ale i m.in środowiska świadków danego zdarzenia. Gdy oddamy portfel, czujemy że zrobiliśmy coś dobrego – zostajemy pochwaleni, jesteśmy z siebie dumni. Jednak ta duma to twór sztuczny. W nieco innym środowisku nasze postępowanie uznane zostałoby za frajerskie i dopiero zagarnięcie portfela dla siebie byłoby powodem zadowolenia.

Każdy kto zabiega o posiadanie rządu nad duszami, chce właśnie stwarzać ‚dyscyplinujące’ środowiska oraz wpływać na proces edukacji. Te dwa elementy są najistotniejsze. Zapewne słyszeliście pojęcie „środowisko opiniotwórcze”? Tu wracam do zdania ze wstępu. Gdyby każdy człowiek (obywatel) był w stanie samodzielnie oceniać, środowiska opiniotwórcze nie byłyby potrzebne. Okazuje się jednak, że ludzie zasadniczo nie mają poglądów na wiele (zazwyczaj nowych) spraw i gotowe poglądy należy im dostarczyć, a chcąc, żeby je przyjęli, należy dać im coś w zamian. Zasada jest prosta. Szanowane medium intelektualistów publikuje jedyną słuszną rację na dany temat. Potencjalnie, nikt takiej racji nie musi przyjąć, dlatego uruchomiony zostaje mechanizm wspomagający. „Każdy kto przedstawioną rację podważy zostanie wykluczony z kręgu ludzi inteligentnych” – co zostanie powszechnie ogłoszone. Trudno nie zgodzić się ze słuszną racją, prawda? Tak to działa. Podważenie racji polityka o narodowych przekonaniach grozi zarzutem zdrady i wykluczeniem ze środowiska patriotów. Podważenie racji religijnego przywódcy grozi piekłem i wykluczeniem ze zboru wiernych. Kupienie niemarkowego produktu grozi wykluczeniem z grona ludzi modnych. Na dorosłych działa najlepiej strach przed agresją, izolacją, wykluczeniem, ostracyzmem.

W procesie edukacji natomiast, można pompować dowolne balony. Jeszcze nie tak dawno, można było wmówić naiwnym i chłonnym dzieciom, że tow. Stalin jest ich drugim troskliwym tatą, nawet ważniejszym od prawdziwego taty, o ile prawdziwy tata nie lubił czerwonych. Dziecko zostawało pochwalone jeżeli na swojego nieczerwonego tatę doniosło. W procesie edukacji, można wmówić dzieciom, że chodzenie do kościoła jest równoznaczne z miłością Jezusa co daje pełnię łask. Przykładów można mnożyć. Gdy rodzice zostaną odpowiednio zastraszeni a umysły ich dzieci odpowiednio uformowane bajkami, proces zbiorowego prania mózgów wchodzi w fazę podobną do działania perpetuum mobile. Tworzy się samonapędzająca maszyna i jedynie z uwagi na tendencję człowieka do rozluźniania krępujących go norm, należy co jakiś czas publicznie przypomnieć o tym co jest słuszne (moralne) i czym grozi wyłamywanie się.

XXI wiek, przyniósł jednak potężne zmiany w obszarze komunikacji. Utrzymanie rządu dusz, staje się coraz trudniejsze. Internet stał się niekontrolowanym przez nikogo źródłem opinii, można w nim znaleźć środowiska, które pochwalą za to za co inne wykluczą. Zamysł kontrolowania sieci, będzie zawsze łakomym kąskiem dla tych, którzy rząd dusz chcą posiadać lub go umacniać, lecz do póki sieć jest wolna, stanowi zagadkę, którą ciekawie opisał A.Kwaśniewski:

/…/Te nowe środki komunikacji nie integrują społeczeństwa, raczej atomizują. Mamy miliony uczestników, ale nie mamy środowiska, nie mamy społeczności, nie mamy więzi, które budowałyby wspólne myślenie. To jest problem. Dlatego sądzę, że internauci mogą być bardzo silni w proteście, destrukcji, ale mogą mieć problemy w budowaniu/…/.

Jakie społeczeństwo ukształtuje się w dobie internetu? Jakie normy powstaną, czy zostaną uznane za obowiązujące? Przypuszczam, że bardzo wiele dowiemy się o prawdziwej naturze człowieka i jego rzeczywistych potrzebach.