Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

SPRAWCZOŚĆ PIS, czyli… DLACZEGO TO DZIAŁA

Co jakiś czas pojawia się słowo „sprawczość”, jako wytłumaczenie magicznej przewagi PiS nad całą armią uznawanych za światłych, kompetentnych, fachowców z opozycji. Dla wielu, taka sytuacja to całkowity dramat i absurd, a więc też powód do krytyki (nie zawsze wybrednej). Jednak krytyka niewiele zmienia. Na czym to polega?

Wyobraźcie sobie awarię hydrauliczną w Waszym domu. Zależy Wam na tym, by usterka została usunięta jak najszybciej. Przetrząsacie internet w poszukiwaniu idealnego fachowca, woda chlupie pod waszymi stopami i sięga już kostek, gdy akurat przechodzi obok Waszego domu pan Stefan, ogrodnik z sąsiedztwa, który mówi: „zaraz sobie z tym poradzimy”. Po chwili wraca ze skrzynką z narzędziami, tu postukał, tam przykręcił, woda została zatamowana.
Pan Stefan pokazał „sprawczość” .
Teraz zmieńmy nieco sytuację. Zatrudniamy fachowca z najlepszymi referencjami lecz ten (zdarza się) kapituluje na polu walki, po czym stara się branżowym slangiem tłumaczyć swoją niemoc, co jest nie tak, co należałoby kupić, ale że to kosztuje, itd, itp. Wiedza fachowca jest nam psu na budę, gdyż woda już sięga kolan. Myślimy: „no niby taki mądry fachowiec, a nie potrafi„.
(Dzwonimy po Stefana).

Sprawczość i kompetencje choć powinny być nieodłącznymi przyjaciółmi to nie zawsze nimi są. Bardzo łatwo w tym kontekście zrozumieć opór ludzi wobec walki z globalnym ociepleniem lub to, że wolą korzystać z usług znachorów a nie lekarzy.
Wielu słysząc o globalnym ociepleniu wygląda przez okno i uznaje, że to jakiś bluff – bo nic nie widać. Ktoś idzie do lekarza i umiera, więc jakie kompetencje ma lekarz lub ile one są warte?
Pamiętajmy: Kompetencji nie widać(!!!)

I teraz do sedna. Co nam po kompetencjach opozycjonistów skoro ci nie potrafią przez 4 lata zawiązać nawet roboczego sojuszu? Praktyka zaczyna podważać teorię! Media „opozycyjne” tętnią od przemądrych debat, analiz, itd, itp. Co z tego? Nic.
Zbierzmy teraz w całość takie konteksty – gdy coś nie wychodziło – (łącznie z obietnicami wyborczymi sprzed lat) i będzie bardzo łatwo – oglądając całokształt – o wniosek, że opozycja po prostu „nie umi”, natomiast PiS, choć niedoskonałe coś stara się robić i robi. Nie zapominajmy, że pan Stefan, hydraulik-amator, dokonując kilku udanych napraw stale krąży pomiędzy domami pytając, czy komuś coś się nie zepsuło, gdy fachowiec z opozycji siedzi od czterech lat w domu i stara się wymyślić super promocyjny tekst na swoją stronę internetową, który przyciągnie miliony klientów. Dodajmy, że pan Stefan chodząc od domu do domu chętnie opowiada spotykanym ludziom o tym, jak to fachowcom z internetu się nie udało i że ta cała wiedza akademicka jest funta kłaków nie warta. Co robi w tym czasie fachowiec? Powiększa na swojej witrynie czcionkę w napisie: „Nie korzystaj z usług fałszywych fachowców” i podziwia jej czerwony kolor myśląc: „Ale Stefanowi dokopałem”.

Oczywiście możemy tu sobie dyskutować o tym, że naprawy Stefana mogą nie być na lata, tylko, że one są w ogóle. Stefan nie deklaruje, że zrobi po wyborach – robi przed wyborami, nie zapewnia że się zna, tylko robi jak potrafi zyskując przy tym punkty za zaangażowanie i bycie pod ręką.

Wiedza, kompetencje, deklaracje nie zasłonią braku sprawczości.

P.S. Tak ku refleksjom:
„Jeżeli coś wydaje się głupie, ale działa, to znaczy, że nie jest głupie”.

Reklamy

NIE MA DEMOKRACJI TAM, GDZIE…

Nie ma demokracji tam, gdzie obywatele nie posiadają wpływu na politykę (czy to przez brak dialogu, konsultacji, czy brak swojej reprezentacji w parlamencie). Nie ma demokracji tam gdzie wybrani przez połowę połowy uprawnionych do głosowania uzurpują sobie prawo do decydowania o życiu 3/4 pozostałych. Nie ma demokracji tam, gdzie istnieją nasi i nie nasi sędziowie, nasze związki zawodowe i nie nasze związki zawodowe, nasi i nie nasi urzędnicy. Nie ma demokracji tam, gdzie prawa podstawowe obywateli i ich ochrona nie są gwarantowane. Nie ma demokracji tam, gdzie to co wspólne służy interesom jednej partii (media publiczne, edukacja). Nie ma demokracji tam gdzie interesy partyjne stawiane są ponad interesem zbiorowym. O istnieniu demokracji nie świadczą deklaracje.

Można spierać się o kierunki rozwoju, priorytety, wartości, idee polityczne, prognozy ale konieczny jest fundament, który na to pozwala. Ten fundament to demokracja i o ten fundament warto zawalczyć.


(graf.zr.houseofswitzerland.org)

KOMUNIKATYWNOŚĆ

Natrafiłem niedawno w sieci na tekst dotyczący obniżenia poziomu publicznej debaty (jako symptomu „zanikania” demokracji), dlatego chciałbym podzielić się z Wami pewnym problemem-spostrzeżeniem. Kilka lat temu nazywałem go „rozwarstwieniem intelektualnym”, choć zastrzegam(!), że stworzyłem to pojęcie bez chęci podzielenia społeczeństwa na głupich i mądrych. Chodziło raczej o kwestie czysto językowe, które dosadnie ukazuje żart:

„W sądzie, po odczytaniu wyroku i uzasadnienia, powód nieśmiało zwraca się do sądu:
-Wysoki sądzie, zgadzam się z każdym słowem, tylko niech wysoki sąd powie mi jeszcze czy wygrałem czy przegrałem?”

Ktoś ze środowiska sędziowskiego potwierdził, że uzasadnienia są pisane na ogół z myślą o sądach wyższej instancji, a nie głównych zainteresowanych.

Kolejny przykład – tym razem ze Szwecji, gdzie ktoś w urzędzie dostrzegł tabliczkę z pouczeniem dla urzędników: „Mów jak do przyjaciela”. Założenie było proste, petent ma zrozumieć co dzieje się w jego sprawie, gdy zalewanie go „urzędowym bełkotem” raczej nie byłoby dobrym wyjściem.

Choć przykładów znam więcej, to przejdę do sedna. Z jednej strony, mówimy tym samym językiem, a jednocześnie mamy problem ze zrozumieniem siebie. Lata temu poziom debaty publicznej, był uznawany za wysoki, jednak okazało się, że stosowany język przestał być komunikatywny. Nawet w takich dziedzinach jak popularyzowanie nauki stosowano tzw. „naukowy bełkot”, więc o jaką popularność (czyją uwagę) zabiegano? To rozwarstwienie szybko wykorzystali populiści stosujący język prosty, dosadny, zrozumiały, „kumpelski”.

Dla wielu ludzi zejście na poziom debaty tzw. „ulicy” jest nie do przyjęcia, godzi w ich poczucie wartości, tylko powstaje tu pewien konflikt. Z jednej strony chcemy budować czy umacniać demokratyczne społeczeństwo, gdy z drugiej, robimy naprawdę wiele, by adresat tego prodemokratycznego przekazu niczego nie zrozumiał.


(gr. zr. Maine Auto Credit)

O HISTORII PISANEJ NA NOWO

Lech Kaczyński pił wódkę z Kiszczakiem w Magdalence (ale się nie fraternizował), wybory 4 czerwca odbyły się (ale to nie były wybory, lecz kontrakt polityczny z Jaruzelskim, w którym elity gotowe były unieważniać wybory, których wyniki nie odpowiadały elitom), Komorowski rzeczywiście został skazany za zorganizowanie obchodów Święta Niepodległości w 1979 (ale aresztowanie Komorowskiego było jedynie przykrywką dla przeprowadzenia z nim kontaktu operacyjnego, który w innych warunkach mógłby wzbudzić podejrzenia)…

Można wymieniać długo i przyznam się, że w jakiejś części przypadków (a może we wszystkich?) pozostaję bezradny, nie byłem w danym miejscu, nie słyszałem rozmów, nie siedziałem w czyjejś głowie, nie wiem które dokumenty służb zostały sfałszowane a które są prawdziwe. Stosowanie „argumentum ad ignorantiam” czyli odwoływanie się do niewiedzy adresata przekazu – a w tym przypadku mające na celu (przynajmniej) zasianie wątpliwości – to technika święcąca obecnie swój złoty okres. Stosują ją nagminnie wszelkiej maści szarlatani i naciągacze, którzy doskonale wiedzą, że ludziom niewyspecjalizowanym w danej dziedzinie, potencjalnie można wcisnąć wszystko. Jednak to nie jest takie proste, a przynajmniej w każdym przypadku.

Czasem trudno znaleźć specjalistę, który potwierdzi lub zaprzeczy słowom pani A, która w prywatnej rozmowie powiedziała pani B, że amerykańska partia komunistyczna wprowadziła (w pierwszej połowie ubiegłego wieku) do amerykańskiego kościoła katolickiego 1100 gejów, ateistów i zwykłych niemoralnych ludzi, by dokonywali rozkładu kościoła od środka. Pani A była znaczącą postacią w amerykańskim ruchu komunistycznym, więc wedle norm które powszechnie uznajemy jest wiarygodna, nawet gdy o opisanej operacji nie zachował się żaden inny ślad. Gdy pani A, zeznając nieco wcześniej przed senacką komisją twierdziła pod przysięgą, że amerykański ruch komunistyczny infiltrował w ten sposób związki zawodowe i środowiska nauczycielskie, to teza o ewentualnym choć przemilczanym infiltrowaniu kościoła nabiera jeszcze silniejszej „aury” wiarygodności…
Zastanawiając się nad tym (pytając o cel wyciągnięcia przez kogoś tego tematu teraz, w Polsce), można odnieść wrażenie, że sensem spiskowej opowieści jest wykazanie, że za wszelkie potknięcia kościoła odpowiada komunistyczna agentura działająca w jego wnętrzu a nie sam kościół, a więc realny wróg jest gdzieś indziej, poza kościołem, gdzieś w bijącym ukrytym źródle marksizmu kulturowego, a więc wśród „zdrajców narodu”, a więc opozycji.
Chyba prawdziwym szczęściem w nieszczęściu jest to, że opowieść pani A, nie przebiła się z drugiego obiegu do głównego nurtu, zapewne z tego powodu, że agenturalność należałoby przypisać także hierarchom, którzy tuszowali przypadki m.in. pedofilii, a tu należałoby dotknąć kilku „uświęconych” nazwisk.

Zdecydowana większość takich opowieści opiera się na identycznym schemacie (pełna lista nielojalnych chwytów erystycznych, błędów logicznych, użycie fałszywego autorytetu). Choć potrafimy ów schemat wypatrzyć – co zapewne pozytywnie wpływa na zbudowanie umiarkowanego sceptycyzmu wobec tego typu rewelacji – to właściwie nie mamy nic więcej, dotykamy zaledwie powierzchni i na jej podstawie budujemy osąd.
O ile walka z wyjątkowo prymitywnymi mitami przynosi jakieś efekty (łatwo je podważyć), tak z bardziej przemyślanymi mitami politycznymi jest znacznie trudniej, nie potrafimy dotrzeć do prawdy. Co właściwie wiemy o ustaleniach zachodzących w zaciszu gabinetów? Co wiemy o rozmowach dwóch polityków siedzących w łódce pośrodku jeziora? Co wiemy o działalności wywiadów? Skąd możemy wiedzieć, czy ktoś pijąc wódkę mentalnie fraternizował się lub nie ze współbiesiadnikiem?

W amerykańskim sądownictwie, decydujący głos posiada ława przysięgłych. Obiektywnie, ława przysięgłych nie przesądza o zgodności werdyktu z faktycznym stanem rzeczy (prawdą), jej werdykt zasadniczo odzwierciedla to, która ze stron sporu (oskarżenie/obrona) wzbudziła jej większe zaufanie, która za stron bardziej przekonała przysięgłych. To nie jest najbardziej komfortowa czy satysfakcjonująca sytuacja. Niekiedy niezwykle dobry materiał dowodowy stawał się bezużyteczny wobec „narracji” obrońców, choć zdarzało się też, co w przypadku podjętego dziś tematu jest szczególnie ważne, że o werdykcie przesądziło pytanie: dlaczego w takim razie, tak szlachetny i nieskazitelny oskarżony tyle razy kłamał w trakcie składania zeznań?

My, jako obywatele jesteśmy taką ławą przysięgłych. W przypadku, gdy nie możemy dotrzeć do pełnej prawdy, to odwołując się do poszlak, dowodów pośrednich, życiorysów, sumień czy wyznawanych wartości możemy stwierdzić, co uważamy za wiarygodne i dlaczego uważamy nasz osąd za sprawiedliwy. Zawsze, nawet gdy nasz osąd okaże się chybiony, możemy przypomnieć o argumencie, który za nim stał: dlaczego kreujący się na tego nieskazitelnego kłamał tak wiele razy?

CZY JA SIĘ CIESZĘ?

Przyznam się Wam, że zaczynam chyba piątą notkę, w której chciałbym podzielić się z Wami jakimiś myślami, ale po kilku chwilach zapadam się w oparcie fotela i pytam sam siebie: „Ale co tu właściwie pisać? Książkę mam napisać? Co to zmieni?”. O wiele korzystniejszą opcją od próby streszczenia ponad 10 lat wydaje się włączenie ratunkowego „co-mnie-to-obchodziejstwa” i zajęcie się czymś prywatnie pożytecznym.

Dawno…

Polityczne emocje przestały mnie dotyczyć gdzieś po 2010 roku. Pamiętam ten przełom, kiedy na ulicach Warszawy rozpoczęły się przepychanki dwóch zwaśnionych plemion a służby porządkowe nie reagowały gdy grupa agresywnych, rozochoconych narodowo-konserwatywnych aktywistów huśtała oddzielającą plemiona barierką. Dopadała mnie myśl: „przecież gdy ta barierka runie i dojdzie do rękoczynów, nikt nie zareaguje, w co ja się pakuję?”. I nagle, za tą myślą spłynął na mnie jakiś trudny do opisania spokój, spojrzałem na wszystko z dystansu. Poczułem, że mógłbym teraz spokojnie wejść w tłum tych, których chwilę wcześniej postrzegałem jako wrogów. Stali się mi obojętni i vice versa. Wyłączyłem się. To było dziwne. Wściekłość na PO, która nie potrafi zareagować na napór agresywnej, wymachującej pięściami dziczy ryczącej coś o mordercach w kierunku zwykłych ludzi sprawiła, że pomiędzy mną a rządzącymi wyrósł mur. Przestałem być uczestnikiem.
– Czy rządzący są w stanie obronić demokrację, skoro nie są w stanie poradzić sobie z czymś takim?

Wielokrotnie próbowałem racjonalizować (a może usprawiedliwiać) zachowanie władzy. Być może nie chciano by porównano służby porządkowe do ZOMO, nie chciano by w świat popłynął obraz państwa, które pałuje obywateli, nie chciano eskalować agresji? Tylko znajmy granice! Czy władza chce udawać, że nic się nie dzieje, że jest świetnie, że mamy tylko sukcesy, że Polska to normalny, europejski kraj? Czy władza niczym dyrekcja szkoły robi wszystko, by nie wyszło na jaw, że w szkole jedne dzieciaki zatłukły innego dzieciaka? W gruncie rzeczy, czy odpowiedzi na te pytania powinny mnie obchodzić? Przecież wówczas miała miejsce atmosfera pogromowa, i to ja miałem być tym Żydem, żydokomuną i zdrajcą! Państwo nie robiło nic. Nie dało żadnego sygnału bojówkom, że państwo istnieje, że istnieją jakieś reguły, które będą twardo respektowane i egzekwowane.

Potem było tylko gorzej. Nie reagowano, gdy opozycyjne PiS wespół z kościołem głaskały swych nowych bohaterów, dawały im wsparcie, broniły, rozgrzeszały, przyznawały słuszność, „rozumiały emocje”, pochwalały, klepały po plecach i sugerowały „więcej, więcej”. Milcząca władza zdawała się przejmować narrację opozycji, że to jest właśnie demokracja bo to jest wolność słowa, wolność wyrażania przekonań. Czyżby? Na oczach władzy negowano prawo do polskości współobywatelom, nie widziano agresji, gróźb, zastraszania, rzucania fałszywych oskarżeń – czy to są przejawy demokracji? Kilku ludzi pytało mnie wówczas: „Czy to jest normalne, dlaczego nikt nie reaguje?”. Moja odpowiedź była niezwykle prosta: „Nie wiem, też tego nie rozumiem”.

Tam gdzie nie ma odpowiedzi pojawia się spiskowe myślenie i już wtedy przemykało mi przez myśl, że może na tym polega ta gra, by ludzie się bali, bo gdy ludzie przestaną się bać to przestaną głosować na PO! To wydawało się spójne, przecież zlikwidowanie zagrożenia sprawiłoby, że główny argument ochrony demokracji przez pisem runąłby, ludzie nie doświadczając „pisu” zapomnieliby o zagrożeniu i zaczęli głosować sobie na Palikotów czy innych. Ale „wróg wewnętrzny”? Wówczas i nawet dziś wydaje się mi to absurdalne, by potencjalnie demokratyczna partia sięgała po znane w ustrojach totalitarnych psychologiczne metody sprawowania władzy… jednak, to przecież polityka…

Byłem jednym z pierwszych kontestatorów straszenia pisem. Nie dlatego, że pis nie stwarzało zagrożeń dla demokracji, ale dlatego, że straszenie to stawało się nudne, żenujące, tym bardziej gdy miało zasłaniać wszystkie inne problemy. Gdy w chwilach spokoju, ludzie zaczynali przebąkiwać o tym, że to czy tamto nie działa najlepiej, że można coś zrobić inaczej lub zmienić, byli ignorowani, uciszani, pojawiał się generalny argument: „siedźcie cicho, bo przyjdzie pis!”. Niezły patent. W jakimś sensie działał, w jakimś sensie Platformie udało się zbudować mitologiczny związek „PO = demokracja” (brak PO = brak demokracji).
Jednak gdzieś obok, poczucie bezruchu w marszu po europejskość gęstniało. Choć politycy obozu rządzącego i prorządowe media zalewały nas grafikami rosnących słupków PKB i PKB per-capita, opowiadały o zielonej wyspie a wokół rozrastały się drogi, to obywatel średnio odczuwał to na stanie własnego portfela i w swoim osobistym życiu. Sam liberalizm PO stawał pod znakiem zapytania gdy podniesiono VAT, gdy rosła biurokracja. Nie chcę tu opisywać wszystkich czynników, które potęgowały zwątpienie i które można uznawać za uzasadnione lub nieuzasadnione. Lista mogłaby być bardzo długa, każdy jest w stanie taką listę stworzyć.

Strach i propaganda sukcesu przestawały działać. Próbą ratowania sytuacji i dostarczenia ludziom jakiejś idei były nowe „unijne” (a nawet globalne) liberalne pomysły. Brzmiało to mniej więcej tak: Słuchajcie kochani, klimat się ociepla, musimy chronić planetę (piękny dalekosiężny cel), więc zamknijmy kopalnie. Górnicy jakoś tam się przebranżowią albo pójdą na bezrobocie (przecież i tak mają dobrze), a my wtedy dokoptujemy do ich dzielnic 50 tys uchodźców (bo przecież z każdym tonącym na Morzy Śródziemnym Europa traci część swojej duszy). Gdy już sobie będą radośnie mieszkać razem, urządzimy im paradę równości (bo przecież równość to też piękna idea).
To chyba przerosło możliwości, nawet Niemców. I możemy mówić o tym, że siły „antydemokratyczne” nie próżnowały, że potęgowały lęki, że Rosja nie spała, jednak nie da się zaprzeczyć, że liberałowie stracili kontakt z rzeczywistością, przestali widzieć rzeczywistość z perspektywy przechodnia.
Choć głęboko szanuję i wierzę w piękną demokrację, w to że ludzie czują się wolni, różnorodni, solidarni, że rozwijają się, itd, itp. to widziałem jak nowe koncepcje działały na społeczeństwo, zarówno tych z szukających społecznego awansu, jak i tych którzy awansowali, ale utknęli w błocie. Gdyby ktoś zapytał: „Jak rozjuszyć ludzi, to właśnie tak”. Temat uchodźców, walki z kopalniami, „związki partnerskie” i szereg innych czynników stały się kluczowymi elementami kampanii wyborczych, dały wystarczającą motywację, w Polsce zwyciężyło PiS a w USA Trump. Wygrało najprostsze antidotum: zero uchodźców, ochrona miejsc pracy i energetyka oparta na węglu, żadnych zwyrodnialców. Znacie to skądś, z czyjegoś programu?

Dziś…

„Liberalny projekt na demokrację” został zweryfikowany przez rzeczywistość. Aspiracje klasy średniej nie doczekały się realizacji. Trwa właśnie prezentacja projektu „konserwatywno-narodowego”, powstaje nowa klasa średnia, w stylu tureckim czy Orbanowskim, socjalna, nie liberalna. PiS ma osiągnięcia, gospodarka nie runęła, nie powstały obozy koncentracyjne, ubytki na wolności czy sumieniu zostają skutecznie zapychane socjalnymi podarunkami, rzesza ludzi zaangażowała się politycznie (frekwencja) – to już cztery lata! Czasem słyszę: „Kurcze, żeby oni jeszcze tacy kościelni nie byli, parę groszy ludziom dali, więc idzie przeżyć”. Nietrudno o wniosek, że ogromna część zwolenników „dobrej zmiany” została stracona przez liberałów, którzy za mocno skoncentrowali się na czubkach własnych nosów.
Wbrew alarmistycznym zapowiedziom, władza PiS nie okazała się brakiem demokracji, oznacza inną demokrację, inny model. Ten również kiedyś dojdzie do ściany, dlatego pozostaję ze swoim marzeniem o demokracji, ale wreszcie bez przymiotników.

447

Widząc plakietki z przekreśloną liczbą „447” na piersiach czołowych aktywistów prawicowych uznałem, że odkryto jakiegoś nowego demona, którym należy postraszyć ludzi. Jak wiadomo, bez straszenia, obronna rola prawicy byłaby mało przekonująca, dlatego podtrzymywanie różnych napięć leży w jej żywotnym interesie. Postanowiłem dowiedzieć się co w prawie… przepraszam, w trawie piszczy.

W 2009 roku, 46 państw (w tym Polska) podpisało tzw. „Deklarację Terezińską” [1]. Deklaracja zobowiązywała sygnatariuszy do uporządkowania problemów związanych z zadośćuczynieniem krzywdom oraz stratom materialnym ofiar Holokaustu oraz pilniejszą reakcję na odradzające się zjawisko antysemityzmu, rasizmu, nietolerancji poprzez edukację, upamiętnienia, badania, etc. Deklaracja ma niewiążący prawnie charakter, choć realizację jej postanowień można określić „obowiązkiem moralnym”.

W ubiegłym roku, Kongres USA postanowił monitorować postępy w realizacji zapisów Deklaracji Terezińskiej poprzez stworzenie raportu w tej sprawie a którego opublikowanie ma nastąpić pod koniec roku 2019. O tym mówi niespełna dwustronicowa ustawa (prawidłowa nazwa: „Justice for Uncompensated Survivors Today” – w skrócie „JUST”. 477 to numer druku senackiego /nie ustawy/) [2].

Prawdopodobnie z uwagi na to, że z „obowiązkami moralnymi” (głównie w Europie Środkowo-Wschodniej) bywa różnie, postanowiono podeprzeć autorytet Deklaracji autorytetem USA. Czy był to dobry pomysł? Część analityków uważa, że nie i nie należy dopatrywać się tu antysemickich konotacji. Podobnie zareagowano by gdyby np. polski sejm przyjął ustawę o monitoringu postępów w naprawianiu krzywd Indian lub niewolników przez Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Eksperci zgadzają się, że zdecydowanie lepiej gdyby tego typu rozliczaniem zajmowało się międzynarodowe gremium, najlepiej naukowe. Sęk – jak można domyślić się – tkwi w tym, że takie gremia znacznie słabiej pobudzają moralność niż USA dysponujące zdecydowanie większym arsenałem argumentów.

Biorąc pod uwagę zapisy i status prawny obu dokumentów (Deklaracja Terezińska oraz „JUST”), lęki wzbudzane po skrajnie prawej stronie sceny politycznej dotyczą raczej ryzyk i może niekoniecznie uzasadnionych ryzyk co „możliwych ryzyk” (można m.in. usłyszeć, że jest to pierwszy krok do przejęcia polskiego majątku przez Żydów, a więc wyrzucania Polaków na bruk). Trudno dyskutować z takimi obawami, gdyż ocena ich ważkości zależy od kroków, które jeszcze nie nastąpiły i nic nie wiadomo o kolejnych (warto też dodać, że Polska nie podlega jurysdykcji USA o czym skrajna prawica zdaje się wciąż nie wiedzieć). Choć liderzy oraz liderzy opinii skrajnej prawicy starają się wypełnić zaistniałe luki własnymi projekcjami, tak w naszym porządku prawnym tego typu argumenty są bez znaczenia. Dodajmy również, że jakieś postępy w realizacji Deklaracji Terezińskiej mają miejsce (miały miejsce także przed jej podpisaniem i były związane z naturalnym wykonywaniem prawa). Raport w tej sprawie (do czego zobowiązuje „JUST”) zapewne rzuci więcej światła na temat.

Z pewnością warto monitorować sytuację.

źródła:
[1] (pl) https://www.nimoz.pl/files//articles/88/Deklaracja_Terezinska%2C_2009.pdf
[2] (en):
https://www.congress.gov/bill/115th-congress/senate-bill/447/text?overview=closed

ZAGROŻENIA XXI WIEKU – INTERNET

Na ile telefony komórkowe czy internet można nazwać „nowoczesnymi” rozstrzygać nie zamierzam, jednak nie ulega wątpliwości, że uruchomiony potencjał tych technologii zaskoczył wielu. Praktycznie po dziś dzień, nie udało się wypracować akceptowalnych powszechnie norm, które przywracałyby coraz bardziej wyczekiwane (bo właśnie tracone) poczucie normalności i bezpieczeństwa. Świat zmieniał się zawsze, jednak skala zachodzących przemian nie znajduje analogii w przeszłości. Wynalazek Gutenberga czy rewolucja przemysłowa blakną przy możliwościach które dała nieskrępowana komunikacja. Pół wieku temu, bardziej byliśmy skłonni uwierzyć w telepatię niż to, że pół wieku później każde dziecko będzie posiadało i obsługiwało technologię niedostępną (ówczesnym) centrom badań kosmicznych.

Otwierając się ufnie na nowe, nie wzięliśmy pod uwagę tego, że dostęp do zaawansowanych technologii nie będzie wymagał zaawansowanych umysłów. Obsługi smartfona jesteśmy w stanie nauczyć dziś nawet szympansa. I pół biedy, kiedy ów szympans spełnia się jedynie jako widz filmików z własnego dzieciństwa. Prawdziwy problem pojawia się gdy szympans dzięki przystępności technologii staje się nadawcą publicznym, a może się takim stawać, gdyż bycie nadawcą jest nie tylko proste, ale wymaga budżetu, który posiada przeciętny szympans.

Społeczeństwo otrzymało wolność i sposobność uwolnienia swojego potencjału. Obszary dostępne dotychczas tylko dla elit znalazły się w zasięgu jednego kliknięcia, dla każdego. Każdy zyskał możliwość realizacji swoich ambicji, każdy może stać się dziś ekspertem, dziennikarzem i redakcją telewizji, radia czy prasy, każdy może prowadzić działalność naukową, terapeutyczną czy rozrywkową i to wszystko o zasięgu globalnym. Liberalizm jest piękny, o ile nie zostaniemy zmuszeni przestać wierzyć w pozytywnie-samoregulującą wszystko niewidzialną rękę rynku, a kiedyś przestać wierzyć musimy.

Mroczna strona internetu odkrywała swoje oblicze stopniowo, niepozornie, właściwie „prywatnie”, być może wtedy, kiedy pierwszy user nazwał drugiego kanalią. Nagle okazało się, że nic co do tej pory znaliśmy nie funkcjonuje. Kolejnym razem user skłamał na temat drugiego usera i tu również nie funkcjonowało nic co znaliśmy. Innym razem user podżegał by skrzywdzić drugiego usera, następnym podzielił się fałszywą informacją, jeszcze innym razem hydraulik podszył się pod lekarza i zajął się świadczeniem usług medycznych on-line, a ktoś kolejny zaczął uczyć jak skonstruować bombę. Zaczynaliśmy przeczuwać, że jakiś wirus wymknął się z laboratorium, a my nie znamy zarówno szczepionki jak i metody leczenia.

Choć zdecydowana większość internautów zajmowała się dorabianiem psiej mordki do własnego zdjęcia i ignorowała niemiłe „incydenty”, tak ciemna strona nie znikała lecz rosła w siłę. Dzięki internetowi lub z wielkim jego udziałem dokonywały się niekoniecznie szlachetne rewolty, powstawały i nabierały znaczenia niekoniecznie szlachetne ruchy społeczne i polityczne, pojawiło się uporczywe nękanie i samobójstwa. Wirtualność zaczęła wpływać na realność i tu musieliśmy przestać udawać, że nic się nie dzieje. Czy przestaliśmy? Okazało się, że nie byliśmy już w komfortowej sytuacji. „Ciemna strona” zdążyła ukuć pancerz z „dobrej strony”: „regulacje? Toż to atak na wolność, polityk, który dotknie internetu będzie skończony!” a najgłośniejszy sprzeciw wobec jakiejkolwiek ingerencji zaczęły wykrzykiwać indywidua zajmujące się szerzeniem nieocenzurowanej (a jakże!) propagandy, siewcy nienawiści, teorii spiskowych, sekciarze, szarlatani. „Ludzie przecież mają prawo mówić co myślą!!!” – twierdzono, opowiadając jednocześnie o depopulacji ludzkości realizowanej przez służbę zdrowia.

Wyjścia są trzy: albo przestaniemy być szympansami, albo ktoś chwyci internet za… twarz, albo nie stanie się nic. W tym ostatnim przypadku nie stracę źródła inspiracji do pisania, którą to pisaninę – być może – ktoś kiedyś wykopie w bańkach po mleku niczym… kroniki Ringelbluma.

SIŁA PROPAGANDY

Wysłuchałem niedawno wywiadu z Andrzejem Draganem, barwnym popularyzatorem fizyki teoretycznej, który ku mojej radości pozostawił słuchaczy z bardzo ważnym, finalnym stwierdzeniem. Wyznał, że jego zdaniem, w sferze mechaniki kwantowej odkryliśmy zaledwie powierzchnię pewnych dziwnych procesów, których istota wciąż jest poza naszym zasięgiem lub jej zupełnie nie rozumiemy, i to co wiemy to wciąż właściwie nic. To bardzo ważna uwaga, szczególnie w świecie, w którym można odnieść wrażenie, że wiemy na ten temat wszystko a nawet potrafimy to wykorzystać i sprzedać, czy to jako „kwantową” metodę na zdrowie, biznes, miłość lub wszystko razem w wersji bundle.

W przypadku politycznego marketingu czy propagandy jest podobnie. W większości przypadków obserwujemy zaledwie powierzchnię. Zliczamy boty, fałszywe konta, ich zasięg, kolekcjonujemy upubliczniane materiały, tropimy adresy sieciowe i analizujemy relacje, wszystko układa się w spójną, logiczną całość. Bez trudu wskazujemy sprawcę: Moskwa, Waszyngton, Teheran, Jerozolima. Tylko później musimy znieść widok W.Putina, który słysząc takie zarzuty mówi: „Wie pan/pani, u mnie w macierzystym resorcie (KGB) była taka zasada, że gdy chcieliśmy coś wiedzieć to pytaliśmy o nazwisko, adres, gdzie i kiedy. Ma pan/pani dowody?”. I tu czar pryska, ale to nie koniec rozczarowań. Ograniczając się do tego co potrafimy udowodnić czyli np. że ileś tam kont nadawało z Rosji, padną jakieś nazwiska i podejrzane przelewy, to pojawi się znacznie trudniejsze pytanie: „jaki to miało realny wpływ np. na wybory prezydenckie w USA lub Brexit?”.

Musicie wiedzieć, że nawet najbardziej bystrzy i doświadczeni analitycy w USA i Europie nie są w stanie tej skali oszacować(!). Po prostu, jak dotąd nikt nie wymyślił wzoru, który przeliczyłby „ilość określonych fejkowych kont i memów” na liczbę oddanych głosów np. na D.Trumpa. Nie ma takiego wzoru. Nie ma takiego wzoru, gdyż „ludzkie poglądy” i ich powstawanie to wciąż temat dyskusji filozofów a nie matematyków czy socjologów. I pomyślicie pewnie, że to o czym piszę nie ma żadnej użyteczności, bo już piękny wróg był, były piękne dowody, było już na kogo zwalić winę za zło tego świata, a ja tu jątrzę, wichrzę, wątpię a może i bronię samego zła. Cóż, jest tak zapewne dlatego, że osobiście bardziej interesuje mnie redukowanie lub eliminowanie zła niż zabawa w modyfikowanie nastrojów społecznych.

W USA (i powoli w Europie) osiągnięto pewien konsensus m.in. co do rosyjskiego wpływu. W zastępstwie niekończącego się spekulowania o skutkach, ustalono, że taki wpływ po prostu był. Kropka. Racjonaliści powinni poczuć się ukontentowani, gdyż właśnie w ten sposób zaczynamy mówić o konkretach a nie życzeniach. Gdy zajmujemy się konkretami, to przestajemy szukać wzoru przeliczającego memy na głosy, lecz zadajemy pytanie na ile taka ingerencja łamie prawo, na ile narusza umowy międzynarodowe, na ile jesteśmy w stanie jej zapobiegać i jak? I nagle pojawiają się zajęcia szkolne uczące młodych sceptycznego podejścia do wszelkich wiadomości, uczące tego, że informacji najlepiej szukać u źródła, pojawiają się pogadanki o tym czym jest zaufanie, wiarygodność, obiektywizm (IREX). Ktoś wpada na pomysł, by antyszczepionkowcy i terroryści szukali innych ambon niż Facebook, Google czy Twitter (francuska AFP/International Fact-Checking Network na Polskę). To się dzieje! Przestajemy zastanawiać się nad tym skąd i jak wielka chmura morowego powietrza do nas płynie lub przypłynie i ile istnień położy trupem, ale zaczynamy zliczać zaszczepionych. Pobudzony zostaje „społeczny układ immunologiczny” w zastępstwie wiecznych debat, politycznych wojenek, zaklęć i składania ofiar w celu przepędzenia choroby.

Jest jeden szkopuł. Procesy te wymagają kadr o stalowych kręgosłupach, a w Polsce, jak doświadczenia uczą, w przypadku ich braku zawsze znajdą się katecheci na zastępstwo.


(gr.źr. walpappercraft)

WIEDZA TAJEMNA – CZYTAJ ZANIM OCENZURUJĄ!

Gdy dowiedziałem się, że zamachowiec z Christchurch napisał manifest, który polecały sobie polskie środowiska narodowe postanowiłem zdobyć dokument. Chcąc zdążyć przed zapowiedzianą pędzącą cenzurą odnalazłem źródło, lecz poznając jego kluczowe fragmenty poczułem rozczarowanie. Zdałem sobie sprawę, że manifest jest zwyczajnie nudny, nudny jak manifest Breivika, nie ma w nim nic ponad to, co można przeczytać każdego dnia w polskim prawicowo-spiskowym internecie. Typowy zbiór komunałów, klisz: „najeźdźcy, niska rodność białych, nie jestem antysemitą, nie jestem nazistą, niesłysząca dziewczynka, ofiara zamachu w Europie zmieniła moje tolerancyjne nastawienie…”. Nowością było pojęcie „ekofaszyzm”.
Pomyślałem: „kolejny zasmarkany rycerz, który postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i obronić świat przed złem, skoro kręgi decyzyjne zdominowane przez złe siły (lewacko-mao-gejo-neomarksistowsko-masońskie) nie kiwną palcem a nawet ochoczo kibicują nadchodzącej zagładzie”.

Słyszałem to setki razy i w różnych wersjach, dlatego tym razem zainteresowałem się tłem, odbiorem. Tu oddam część honoru narodowcom, gdyż w większości natrafiałem na komentarze typu: „co do idei zgoda, ale metoda niedopuszczalna”. Jednak zdarzały się też mniej lub bardziej subtelne pochwały. Zaglądałem więc do profili entuzjastów, czytałem ich blogi (o ile takowe pisali), czytałem ich inne komentarze w sieci, starałem się odkryć co lubią, skąd czerpią wiedzę i odkrywałem pewną prawidłowość.

Uwaga, CENZURA! – na początek

Wybaczcie mały wtręt. Nie ma chyba lepszego wabika na czytelnika, niż zapowiedź rychłego ocenzurowania materiału. Tak, dałem się na to złapać, ale już wiem, że gdy będę chciał zawalczyć o widoczność i zasięg, to użycie frazy „Przeczytaj zanim ocenzurują!” gwarantuje pilną uwagę. Tym sloganem od lat posługują się sekciarskie środowiska i zawsze śmieszyła mnie sprzeczność takiej zapowiedzi ze stanem rzeczywistym, czyli tym, że praktycznie nikt tych treści nie usuwał – nawet przez lata. Hasła i tytuły typu „o tym nie powiedzą w mainstreamie!”, „walczmy o przestrzeń wolnego słowa i prawdę”, „Ukryte terapie” zmuszały mnie do refleksji nad stanem umysłu zainteresowanych, gdyż skoro coś jest powszechnie dostępne to jaka cenzura, jakie zamykanie ust, kto, komu?

Zdecydowanie mniej optymistyczne jest to, że ostrzeżenie przed cenzurą zapewniło zwiększone zainteresowanie także manifestem zamachowca z Christchurch i stale zapewnia widoczność masom mniej lub bardziej groźnych bzdur w sieci.

SPISEK, WIEDZA TAJEMNA, PRAWDA

Choć treść tej części mógłbym skondensować do dwóch dosadnych zdań, to pozwólcie na nieco szersze omówienie (warto przeczytać, bo zaraz ocenzurują!;). To jeden z tych tematów, w których powstaje wrażenie że św. Graal został znaleziony, lecz gdy zechcemy obejrzeć zdobycz wnioski stają się trudniejsze.

Przytoczony wcześniej „cenzurowy wabik” (jeden w wielu różnych wabików) to nie tylko sprytny marketing. Nie tylko daje nam świadomość, że coś ważnego może nas ominąć przez co zmusza do działania. Wabik ów zawiera bardzo istotny, choć niewypowiedziany wprost komunikat: (skoro istnieje cenzura) to istnieje też siła, której żywotnym interesem jest utrudnianie nam dostępu do wiedzy i prawdy. Siła ta musi posiadać środki i możliwości skoro jest w stanie cenzurować niewygodne treści w skali globalnej, a to daje nam kolejną wskazówkę: siła ta z pewnością posiada władzę i pieniądze. Zależnie od gustu za taką siłę zła można uznać Żydów, wojsko, „rząd światowy”, system, przemysł farmaceutyczny, komunistów, kapitalistów, muzułmanów czy operatorów sieci komórkowych. Przemyślane spotęgowanie świadomości ucisku z ich strony pozwala poczuć się niczym pierwsi chrześcijanie ścigani przez Rzym lub nawet sam Jezusek ukrywany przez rodziców w stajence. Jesteś jednak sam…

Badacze analizujący „zachodnią cywilizację” niejednokrotnie zwracali uwagę na skłonność jej uczestników do zawiązywania hermetycznych stowarzyszeń, bractw, gildii, spisków, skłonność do uprawiania partyzantki. Lubimy ten rodzaj aktywności. Jednak żaden spisek nie stanie się atrakcyjny, gdy nie zapewni spiskowcom poczucia bycia tymi jedynymi, wybranymi, bycie wybraną elitą. Gdy ten warunek zostanie spełniony możemy poczuć się naprawdę dobrze. Filozofia pozwalająca zbudować takie poczucie ogranicza się na ogół do zrzucenia win z adepta na wyznaczonego wroga. Jesteś biedny? Ktoś cię okradł. Jesteś głupi? Pamiętaj, że za sowietów dysydentów zamykano w psychuszkach. Jesteś grzeszny? Jezus ukochał grzeszników. Nie wierz lekarzom, którzy mówią „nie da się”! Lekarze kłamią. Przyłącz się do nas. My wiemy kto za tym wszystkim stoi.

SEKTA

Przepis na sektę wydaje się naprawdę prosty. Jeżeli dostarczysz idiocie treść, która uświadomi mu, że wszyscy którzy z niego dotychczas szydzili są durniami, to idiota może naprawdę poczuć moc. Nagle z mentalnego kurdupla przeistacza się w barwnego motyla, może wreszcie poczuć wyższość nad tą częścią świata, której nienawidził, która napawała go wstydem, złością, zawiścią.
I nie myślcie, że szybko i łatwo zrezygnuje z takiego poczucia, bo kto łatwo zrezygnuje z bycia lepszym? Zapewne stąd właśnie biorą się wszystkie porażki tych, którzy chcą wyprowadzić takich ludzi z matni ich przekonań. Z cała pewnością, wiele tych porażek wynika także z nieudanej formy „uświadamiania”, która przypomina delikwentowi wszystko co kojarzy się mu jak najgorzej a co mieści się w słowach „moje kompleksy i cudza wyższość”.

Nie chcę tu streszczać podręczników psychologii, by powtarzać o tym, że sekta zapewnia także grupę wsparcia, wspólnotę, jednoczy podobnie myślących i cierpiących. To z całą pewnością wiecie, a wspominam o tym wszystkim by ukazać jak wiele wątków musi jednocześnie współgrać.

Jesteś dłużnikiem sekty

Skoro sekta zadbała o Twoje poczucie wartości, zapewniła ci schronienie to nie bądź niewdzięcznikiem. Żadna tajemna organizacja zajmująca się kolportażem czystego dobra i prawdy, nie przetrwa bez rozwoju (pomnażania szeregów i zasobów) a więc umacniania swojej – urojonej – potęgi. Konieczne jest poczucie misji i poświęcenie dla ideałów. Czy za urojoną odzyskaną godność warto umrzeć? Jeżeli nic prócz niej nie ma… tak. Bohaterstwo i męczeństwo są przecież cnotą!

Sekta, a szczególnie wirtualna nie musi posiadać przywództwa, choć może posiadać swoich bohaterów, wiodących ideologów. Drzwi do sławy pozostają otwarte dla każdego. W sekcie zrobisz karierę.

Zamachowiec

Niejednokrotnie zastanawiając się nad zamachami koncentrujemy się na cechach osobowych sprawców mając nadzieję odkryć jakąś szczególną, która pozwoli nie tylko połączyć wszystkich zamachowców co przewidzieć skłonność do terroryzmu u osób, które ich jeszcze nie dokonały. I owszem, jedną z ciekawych obserwacji m.in. federalnych służb amerykańskich dotyczących kilku przyszłych lub niedoszłych terrorystów było to, że nie byli osobami szczególnie towarzyskimi. Raczej stronili od ludzi, zamykali się we własnych światach, wsiąkali w radykalne fora w internecie, wąskie środowiska. Z jednej strony nie wyróżniali się z tłumu, bywali grzeczni, uczynni, choć z drugiej, czasem pojawiało się słowo „dziwny”. Na ogół był to mężczyzna, pomiędzy 16 a 40 rokiem życia, bez najbliższej rodziny lub z upośledzonym kontaktem z rodziną, nie budujący trwałych związków. Można powiedzieć, że niemal książkowy rysopis potencjalnego psychopaty/socjopaty. Problem w tym, że takie normy spełnia niemała część populacji.

Kiedy jednak przyjrzymy się środowiskom, nurtom ideowym lub religijnym w których odnajdowali się przyszli terroryści, okaże się, że odnajdziemy więcej cech wspólnych. Co ciekawe, nierzadko skrajne lub chaotycznie pomieszane idee zdawały się być w tych środowiskach jedynie rodzajem parawanu, gdy główną rolę odgrywały opisane wcześniej czynniki czysto psychologiczne (jesteś kimś, jesteś elitą, poznałeś tajemną prawdę, wiesz kto jest odpowiedzialny za twoje problemy, itd). Przekonania terrorystów są bliźniaczo podobne do przekonań szeregowych zwolenników tego rodzaju sekt i o czym wspomniałem już wcześniej, to zwolennicy tych sekciarskich rejonów wyrażają częściej aprobatę dla zamachów, zdecydowanie częsciej niż zwolennicy nurtów od których sekty wyodrębniły się.

Pisząc notkę przemykało mi przez myśl, że to wszystko zostało już gdzieś powiedziane, że narażam Wasz czas. A jednak wydaje się mi, że robię coś ważnego, nawet gdy nie całkiem odkrywczego. W polecanych źródłach sympatyków zamachowca i w jego manifeście znajdowały się podobne treści. Rzućcie okiem na poniższą listę i powiedzcie, czy nic w niej nie widzicie, czy ten potencjalny chaos tematyczny nie tworzy jakiejś spójnej struktury.
(wybór polski)

• jacekmiedlar.pl
• wolna-polska.pl
• DobraFala
• Forum Naturalni
• Gazeta Polska
• KARTA RODZINNYCH GOSPODARSTW
• KRESY.pl
• Młodzież Wszechpolska
• Niezależna.pl
• Ogłoszenia Rolne
• Permakultura.net
• Petycja przeciwko GMO
• Polski Zielnik
• Poradnik Permakulturalny
• Portal Wiano
• Prawo i Sprawiedliwość
• Przepisy Kulinarne
• Romantica Permaculture Ecovillage
• WaySeerWay
• Wedyjska architektura Wastu
• WolneMedia.net
• nasiona ekologiczne


Czarne słońce

KOBIETA W WIKIPEDII

Internetem zatrzęsła akcja „(Nie)znane kobiety Wikipedii”. W uzasadnieniu czytamy: „Tylko jeden z pięciu biogramów w Wikipedii jest biogramem kobiety. Co więcej, polska Wikipedia w porównaniu z wersją anglojęzyczną ma prawie o pół miliona haseł o kobietach mniej. Również blado pod tym kątem wypada nasza Wikipedia przy encyklopedii Britannica.(…)”.
Do akcji dołączyła Polska Wikipedia, Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM w Poznaniu, Wikimedia Polska i coraz więcej mniejszych i większych organizacji kobiecych.

Nie wszystko jestem w stanie ogarnąć rozumem, dlatego czasem potrzebuję snu, który ponoć sprzyja wytwarzaniu nowych połączeń neuronowych. Tym razem jednak, senność mnie nie morzy, bo i nie mam pewności czy akurat w tym przypadku potrzebuję nowych połączeń, a raczej czy stare należy zastąpić nowymi i czy nowe będą lepsze?
Nie zdawałem sobie sprawy, że Wikipedia jako całkowicie otwarte źródło (zarówno dla tworzących wpisy jak i je czytających oraz edytujących) może wzbudzić wspomniane we wstępie zastrzeżenia, a więc i nie spełniać wynikających z tych zastrzeżeń oczekiwań statystycznych.

Dyskryminacja pozytywna

Zjawisko „dyskryminacji pozytywnej” jest znane na świecie. W naszych szerokościach geograficznych pamiętamy m.in. „punkty za pochodzenie”, które miały służyć zniwelowaniu nierówności w dostępie do edukacji wyższej (czasy PRL). Dostrzegano wówczas, że zbyt niewiele wybitnych osobistości ma pochodzenie robotniczo-chłopskie, dlatego postanowiono ułatwić dostęp do edukacji (a więc i zwiększyć szanse osiągnięcia naukowego czy zawodowego sukcesu) ludziom o określonych korzeniach. Nie było w tym niczego zdrożnego, skoro w latach poprzedzających socjalistyczny ład, dostęp do edukacji był dany uprzywilejowanym (nie tylko finansowo czy narodowościowo). Po pół wieku rozpoczęła się podobna dyskusja dotyczących parytetów w polityce. Jednak zastosowanie tej kalki wobec Wikipedii, która grzechem dyskryminacji skażona nie jest, wydaje się – mówiąc najdelikatniej – nieporozumieniem.

Z całą pewnością, „lokalne” wersje Wikipedii odzwierciedlają pewne uwarunkowania kulturowe (w tym przypadku nierówna relacja osiągnięć wg. płci), lecz zilustrowany w ten sposób dowód na istniejącą nieprawidłowość (nierówność) sam w sobie nie jest nieprawidłowością(!).

Argumenty

Myśląc pozytywnie można uznać, że zachęta do wyjścia kobiet z cienia nie jest niczym złym, tylko co ma do tego wskazana statystyka (1/5) a tym bardziej liczby (pół miliona)? Czy określają one pułap, który należy osiągnąć? Czy kiedy w polskiej Wikipedii znajdzie się pół miliona dodatkowych biogramów kobiet, dokona się jakaś kluczowa zmiana? Wybaczcie, ale przypomina mi to trochę przekręcenie licznika w samochodzie.

Wśród zrównoważonych argumentów „za”, znalazłem taki: „W polskiej Wikipedii, biogramy wybitnych Polek są ubogie”. Zgadzam się, moim zdaniem w ogóle polska Wikipedia jest uboga w porównaniu z jej anglojęzycznym odpowiednikiem. Tylko do kogo skierowany jest ten zarzut-wniosek? Przecież to jest mowa do lustra. To Ty i ja możemy tworzyć, czytać i weryfikować Wikipedię! Jedynym kryterium jest jakość dostarczanych informacji! Celem założycieli Wikipedii było dostarczenie „ludzkości przez ludzkość” nieodpłatnej, jak najszerszej encyklopedycznej wiedzy. To wielkie i pracochłonne wyzwanie, więc luk do wypełnienia można znaleźć wiele, choćby w wykazie gatunków kaktusowatych z rodziny Mamilaria. Czy istnienie takiej luki świadczy o czymś więcej niż braku biologów wolontariuszy lub po prostu braku encyklopedycznej wiedzy o tych gatunkach?

Inicjatorzy akcji „(Nie)znane kobiety Wikipedii” zaskakują nie tylko postawieniem na kryterium ilościowe. Akcję zaopatrzono także w limit czasowy(!) od 1 do 31 marca. Czy mam przez to rozumieć (uwaga! ironia), że do 31 marca należy dowieźć autobusami do Wikipedii pół miliona kobiecych nazwisk, by doszusować do „norm światowych”..? Co ma się wydarzyć 31 marca???

Polityka

Czujna prawa strona natychmiast dostrzegła w akcji obszar oddziaływania tajemnej, ściśle określonej politycznej agendy. Czy należy dziwić się takiej reakcji, gdy przedstawione kryteria wpychają Wikipedię w samo centrum politycznej (ideologicznej) wojenki? Nie zdziwię się, gdy 1 kwietnia usłyszymy o akcji odwetowej, kiedy to konkurencyjna strona polityczna uzna za wyraz prześladowania brak pełnej listy żołnierzy wyklętych. W ramach akcji „(Nie)znani wyklęci Wikipedii”, niepokojąca środowiska feministyczne „nierównościowa statystyka” może wrócić do punktu wyjścia (bo nie zapominajmy, że w maju pojawi się akcja „(Nie)znani księża Wikipedii”).

Walka o równouprawnienie kobiet jest walką szlachetną i ważną, lecz akcja „(Nie)znane kobiety Wikipedii” jest przedsięwzięciem poronionym, gdyż wypacza w imię jakże wyraźnych ideologicznych przesłanek nie tylko samą szlachetność co i (a może nawet: przede wszystkim) kryteria naukowe, których od encyklopedii należałoby wymagać. Być może, w kolejnej odsłonie walki o równouprawnienie należy zaatakować biblioteki, w których prawdopodobnie również jest przewaga książek napisanych przez mężczyzn. Gdy nie uda się dostarczyć prac kilku milionów autorek, to dla zrealizowania wyznaczonego celu, w imię równości zawsze można spalić 2/3 męskich książek lub uzupełnić niedobory blogami modowymi (w ten sposób, statystyka również osiągnie światowe normy).

W jakimś sensie cieszę się, że żyję w czasach, w których mogę obserwować jak życie także polityczne przenosi się w przestrzeń wirtualną. To ciekawy proces, w którym tak jak w realu czasem walczy się o symbole a nie efekty. Rozumiem, że czasem głupie pomysły mogą przynieść pozytywny i głębszy skutek, wywołać lub odświeżyć zainteresowanie poważnym problemem i w takiej perspektywie można byłoby uznać, że „cel uświęca środki”, ale czy Wikipedia powinna być tu polem walki?
Pewne dziedziny powinny pozostać wolne.

===========================================================================

Na finał kolejny „pajacyk”. Kilka dni temu w FB pojawił się poniższy obrazek:

Przyglądałem się dziełu przez jakiś czas, próbując dociec sensu. Po kilku kolejnych dniach, kiedy zastanawiających się nad sensem zaczęło przybywać, obrazek wyglądał już tak:

Powstaje pytanie, czy to ludzie głupieją, czy twórcy są zbyt kreatywni?