Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

CZEGO BRONIĆ?

Obrona demokracji przypomina próbę bronienia służby zdrowia przed zarzutami tzw. „altmedowców” (zwolenników alternatywnej/alternatywnych „medycyn”). Można podejmować taką obronę dla zasad, bo dla ludzi.. już trudniej.
Pojawienie się tych, którzy kwestionują fundamentalne prawa i reguły nie jest przypadkowe, wywołane jest zwykle przez jakiś dotkliwy kryzys zaufania wobec instytucji stojących na straży tychże praw, reguł a w istocie – całego społeczeństwa.

Weźmy kryzys ekonomiczny ‘2008. Wszelcy zwolennicy teorii spiskowych zyskali swoje 5 minut, gdyż nagle „ci którzy mieli wiedzieć, dbać, chronić” okazali się zupełnie nieskuteczni: nie potrafili przewidzieć kryzysu, naprawa była/jest niedostrzegalna, itd.
a więc powierzanie im zbiorowego bezpieczeństwa staje pod znakiem zapytania.
Co robią ci, którzy kryzysu nie przewidzieli, nie zabezpieczyli ludzi? Wręczają bankierom premie. Zwycięstwo PiS w takich okolicznościach jest jak 2 +2 = 4.

ZWIERZĘTA – TAKIE SAME JAK „MY”

Tyle mówi się o zderzeniu kultur, a gdyby tak zastanowić się nad tym co właściwie różni islamskiego ekstremistę od chrześcijańskiego, to odpowiedzi nie będą krzepiące. Gdyby dać owe sierpy i młoty do wyrzynania czerwonej hołoty „rozmodlonym” uczestnikom pikiety przed Teatrem Powszechnym i rzec: „Czyńcie swoją powinność w imię boga” to jaki byłby skutek?

Nawet kota można nauczyć załatwiać się do „ludzkiej” ubikacji. O ile ubikacja będzie dostępna, o ile będzie istniał „wymiar sprawiedliwości” i kara za odstępstwo od normy, o ile sam kot odczuje jakieś korzyści z zaistniałego stanu rzeczy to z powodzeniem będziemy mogli uznać, że kot został ucywilizowany. Jednak czym jest kultura, cywilizacja? Zbitką wynalazków i przyzwyczajeń do nich. I niechby te przyzwyczajenia wynikały z jakiejś świadomej decyzji wywołanej indywidualnym oświeceniem – jednak nie. Są skutkiem strachu przed karą, efektem procesu „cywilizowania” od najmłodszych lat pt. „to złe, to dobre, tak wolno, tak nie wolno” (i klaps).

Gdyby nie filozofowie można byłoby przyjąć, że cywilizację przynieśli nam kosmici, którzy zbudowali co chcieli, zostawili instrukcję obsługi i kilka regulaminów, po czym odlecieli w najdalszy zakątek wszechświata (czyli jak najdalej od nas). Tylko filozofowie udowadniają niekiedy, że coś z tej cywilizacji rozumieją, że ona od nas pochodzi, a nie z księżyca. Potrafią zarazić takim myśleniem, po czym sami zaczynamy zastanawiać się nad tym, że przecież nie jesteśmy aż tak głupi aby czegoś podobnego nie stworzyć. Wystarczy jednak wojna, głód, cierpienie by te wszystkie piękne mrzonki o nas samych prysły jak bańka mydlana, a zresztą… ilu ludzi potrafi naprawić telewizor?

Sam starałem się niedawno odkryć jakieś symptomy jak zapach potu, wyraz oczu, nieumiejętność odpowiedzi na pytanie, które pozwoliłyby nam odkryć i powstrzymać uznawane przez nas zło (brak cywilizacji w praktyce). W gruncie rzeczy, moje myśli dotyczyły tego czym fizycznie różni się kot załatwiający się do ubikacji od kota, który odwołuje się do tradycji? Czym różnią się? Ano niczym, jeden korzysta z ubikacji a drugi nie i to ten korzystający z ubikacji różni się od kota tradycyjnego a nie odwrotnie.

OBDŻEKTOR

Przestrzeganie praw człowieka łączy się zakazem stosowania tortur, nieludzkiego lub poniżającego traktowania lub wymierzania kar cielesnych.

O ile w sferze religijnej pojawiły się próby wyjaśnienia podobnego przesłania pt. „Nie zabijaj” tym, że chodzi o mordowanie, czyli odbieranie życia niewinnym a nie zabijanie samo w sobie (np. w obronie własnej lub obronie ojczyzny), to w przestrzeni świeckiej problem pozostaje wciąż w zawieszeniu.

Powołujemy (jako demokratyczne społeczeństwo) służby, które ze względu na specyfikę stawianych przed nimi zadań, nie mogą postępować moralnie lub w poszanowaniu praw człowieka (wojsko, policja – zakładają użycie przemocy) a jednocześnie wymagamy stosowania przez nie moralnych reguł lub osądzamy ich działania z moralnego punktu widzenia.
Czy potrafimy wyobrazić sobie wojsko wypełniające swoje obowiązki a złożone z samych „obdżektorów” (obdżektor – określenie (pochodzące od ang. słów: conscientious objector) osoby odmawiającej odbycia obowiązkowej służby wojskowej z powodów religijnych, moralnych lub etycznych)?

Problem nie jest nowy, drzewiej również istniał. Kat miał ścinać i ćwiartować zbrodniarzy za pieniądze ku uciesze gawiedzi, ale musiał mieszkać na uboczu a podanie mu ręki było niedopuszczalne z powodu „kaciej nieczystości”. Na przestrzeni wieków zmieniło się to, że nie chcemy już wykluczać ludzi, którzy w naszym imieniu wykonują tzw. „brudną robotę”, uznaliśmy, że również posiadają prawa, ba!, postanowiliśmy uznawać ich nawet za bohaterów (np. weterani wojenni).

Dla czystego sumienia, działania niemoralne a jednocześnie konieczne staramy się schować pod pojęciem „profesjonalizmu”. Załatwiałoby to sprawę, lecz gorzej z interpretacją, a szczególnie gdy coś pójdzie nie tak (błąd w sztuce). W ocenie każdego pokrzywdzonego, ktoś kto wyrządza mu krzywdę łamie jego prawa, a dowolne użycie przemocy zawsze możemy uznać za tortury, poniżanie, karę cielesną.

Czym powinien być ów profesjonalizm (jakie ramy), by jego zastosowanie nie rodziło obawy „profesjonalisty” o to, że zostanie uznany za „przestępcę”?

CZY NIEMCY POSIADAJĄ KONSTYTUCJĘ?

Co zrobicie gdy ktoś nagle obwieści Wam, że Niemcy NIE POSIADAJĄ Konstytucji?

Od paru lat sięgam do niemieckiej konstytucji (wybiórczo, najczęściej po to by porównać jak sformułowano róże przepisy), dlatego pojęcie „Konstytucja Niemiec” jest dla mnie czymś równie oczywistym jak to, że Niemcy istnieją. Wszystkie źródła, z których korzystałem dotychczas, mówiły o Konstytucji Niemiec, zresztą istnienie niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego wydawało się mi kropką nad „i”.

Okazuje się jednak, że…. Niemcy formalnie nie posiadają Konstytucji lecz tzw. „Ustawę zasadniczą”. To pewna pułapka dla Polaka, w którego języku pojęcia „konstytucja” i „ustawa zasadnicza” oznaczają to samo. Chodzi o artykuł 146 tej ustawy:

„Niniejsza Ustawa Zasadnicza, po urzeczywistnieniu jedności i wolności Niemiec, obowiązująca cały Naród Niemiecki, utraci moc obowiązującą w dniu, w którym wejdzie w życie Konstytucja przyjęta w drodze swobodnej decyzji Narodu Niemieckiego”.

Artykuł ten wyjaśnia się w ten sposób, że (realna) Konstytucja Niemiec zostanie ogłoszona dopiero wówczas, gdy niemiecki naród zjednoczy się, stanie się w pełni wolny, suwerenny i wybierze dla siebie nową w wolnej elekcji (do tego czasu ma obowiązywać Ustawa Zasadnicza zastępując konstytucję. U.Z. weszła w życie dnia 24 maja 1949).

Wskazuje się na dwie przyczyny powstania tego zapisu.
Pierwsza to przegrana wojna i tego skutki. Ustawa Zasadnicza, była pisana pod nadzorem zachodnich aliantów – zapewne z uwagi na brak zaufania do wyborów ówczesnych Niemców. Przyjęto, że po udanej denazyfikacji i ‚resocjalizacji’ Niemcy będą mogli już całkowicie samodzielnie taki dokument stworzyć.

Druga: ogłoszenie Ustawy Zasadniczej a nie Konstytucji(!) uzasadniano równolegle tym, że po drugiej wojnie światowej Niemcy zostały podzielone na strefę kontrolowaną przez aliantów zachodnich i strefę kontrolowaną przez ZSRR. Nie było więc mowy o wspólnym prawie dla wszystkich Niemców. Biorąc pod uwagę tę okoliczność i z szacunku dla Niemców, którzy znaleźli się w strefie wpływów ZSRR, do momentu zjednoczenia się Niemiec postanowiono korzystać z „Ustawy Zasadniczej” czyli w rozumieniu niemieckim „konstytucji tymczasowej” (zwanej też „Konstytucją Niemiec Zachodnich)

Gdy runął mur berliński, o referendum w sprawie konstytucji (do tej pory) nikt nie wspominał, choć zgodnie z założeniami art 146 taka dyskusja powinna mieć miejsce. Można byłoby przyjąć, że komuś zależy na tym, aby Niemcy nie posiadali „pełnoprawnej” Konstytucji lub nie są nadal suwerenni lub zjednoczeni…. Tylko kto taką dyskusję blokuje, no i kto właściwie postuluje zmiany skoro większość ludzi na całym świecie, łącznie (jak domyślam się) z przeważającą częścią Niemców uważa, że Niemcy są krajem wolnym, suwerennym, demokratycznym, zasobnym, w którym żyje się dobrze?

Zasięgnąłem języka w dostępnych źródłach dowiadując się m.in. że brak „pełnoprawnej Konstytucji” doskwiera najbardziej skrajnie prawicowej, populistycznej formacji Bürgerbewegung pro Deustchland, która właściwie zainicjowała dyskusję na ten temat. W retoryce Bürgerbewegung słychać echa znanych także w Polsce postulatów o (narodową) demokrację bezpośrednią, która referendami wręcza władzę w ręce i głosy Narodu (przez duże N).

Wczytując się głębiej w oficjalne i nieoficjalne uzasadnienia, dowiedziałem się, że obecna „lewacko-liberalna” niemiecka Ustawa Zasadnicza podtrzymuje poddańczy charakter Niemiec wobec m.in. USA (+ reszty zachodnich aliantów czyt. UE) co czyni z Niemiec kraj niesuwerenny(!). Dopatrzono się także tego, że kapitulacja Wehrmachtu i wszystkich wojsk lądowych, powietrznych oraz floty III Rzeszy podpisana 8 maja 1945 r. tak naprawdę nie była kapitulacją, gdyż nie skapitulowała III Rzesza, a co za tym idzie brak „właściwych” traktatów pokojowych sprawia, że wciąż trwamy w stanie wojny (lub zawieszenia broni) a Niemcy znajdują się wciąż pod okupacją (amerykańsko-unijną) i nawet o tym nie wiedzą(!)
Nie ukrywa się również, że lewacka Ustawa Zasadnicza uniemożliwia patriotyczną i prospołeczną działalność prawdziwych Niemców taką jak stawianie oporu mniejszościom religijnym i etnicznym, utrudnia decydowanie przez społeczeństwo o budowie meczetów czy ośrodków dla uchodźców.

Bürgerbewegung objeździła pół świata z tym problemem, lecz na ogół spotykało się to z pukaniem w czoło a jedyny przyjazny głos i zrozumienie wyraziła… Moskwa, do której również przybyli emisariusze z hasłem „RFN = III Rzesza”. Jednak…. Moskwa, niedługo potem, choć hasło bardzo jej podobało się, również uznała, że coś z ideami Bürgerbewegung nie gra i sprawa ucichła.

Pomimo solennych obietnic rozwiązywania kluczowych problemów społeczeństwa niemieckiego, Bürgerbewegung zdobywa tak około 0,2% głosów, być może po części dlatego, że nie ukrywa związków z takimi formacjami jak neonazistowska NPD, czy JN (Młodzi Narodowcy).

Zastanawiam się teraz czy nie straciłem czasu na grzebanie się w tym. Jednak nie. Odkryłem – a może raczej utwierdziłem się w przekonaniu, że prawicowy populizm czy to we Francji, Niemczech, w Polsce czy na Węgrzech jest bardzo podobny. ‚Na grzbiecie’ haseł o braku suwerenności, bycia unijnym kondominium, historycznemu rewizjonizmowi, podważaniu legalności panującego prawa, systemu, grzaniu problemu uchodźców, antyislamizmu próbuje się ugrać mniej eksponowaną sprawę. Zdobyć władzę, zmienić konstytucje krępujące ambicje różnej maści „Młodych Narodowców”, stworzyć państwa czyste etnicznie i religijnie, „suwerenne” czyli wolne tak od wpływów UE, Ameryki i MFW jak od praw człowieka czy międzynarodowych konwencji pokojowych.

Powstaje pytanie – czy Niemcy są zadowoleni ze swojej „ustawy zasadniczej” czy może powinni ją zmienić pod wpływem argumentów prawicowych populistów? Potencjalnie, zmiana konstytucji na tę prawdziwą wydaje się kwestią leżącą w zbiorowym interesie Niemców, którzy nawet nie wiedzą w większości, że są okupowani, że są kondominium, że właściwie wojna trwa, a od wrogów zewnętrznych i wewnętrznych aż pulsuje ziemia, itd.

A może po prostu nie chcą jej zmieniać, skoro wprowadzono już ponad 30 nowelizacji w tym cztery uznane za fundamentalne:
/…/Demokratyzm – naród jest jedynym suwerenem władzy w państwie niemieckim. Rządy muszą działać na zasadzie reprezentacji poglądów politycznych społeczeństwa, a każdemu gwarantowane są prawa i wolności obywatelskie. Państwo nie może ingerować w żadnym stopniu w sferę poszanowania godności ludzkiej. Na straży przestrzegania praw i wolności stoją sądy, ze Związkowym Trybunałem Konstytucyjnym na czele./…/

Odzwierciedla te zmiany m.in. /…/Artykuł 20

(1) Republika Federalna Niemiec jest demokratycznym i socjalnym państwem federalnym.
(2) Wszelka władza państwowa pochodzi od narodu. Naród sprawuje ją poprzez wybory i głosowania oraz przez specjalne organy ustawodawcze, władzy wykonawczej i wymiaru sprawiedliwości.
(3) Ustawodawstwo związane jest porządkiem konstytucyjnym, a władza wykonawcza i wymiar sprawiedliwości ustawami i prawem.
(4) Wobec każdego, kto usiłuje obalić ten porządek, wszystkim Niemcom przysługuje prawo do oporu, jeżeli inny sposób przeciwdziałania nie jest możliwy. /…/

P.S.
Mój, tekst powstał w dość krótkim czasie i jest bardziej – na ile to było możliwe – wnikliwą opinią, niż treścią „encyklopedyczną”. Liczę, że znający zagadnienie zgłoszą ewentualne poprawki, im zwięźlejsze tym lepsze.

… A GDY NIE MA STRATEGII? czyli HOMO-DETERMINUS

Często spekulujemy:
– Robi/robią to dla pieniędzy, sławy, władzy, jest agentem.
Gdy nie satysfakcjonuje to nas, staramy się jeszcze głębiej wniknąć w umysły ocenianych diagnozując różne choroby, upośledzenia, zboczenia, stwierdzamy ekstremalny egoizm, kompleksy, brak empatii, chciwość, zawiść, hipokryzję, mściwość. Każdy element działań tych ludzi niepasujący do naszych układanek zaliczamy do cynicznej gry, politycznego lub zwykłego marketingu, a jednak zbierając coraz więcej danych wszystko przestaje się nam zgadzać, pozornie stabilna i logiczna konstrukcja, która miała nas zbliżyć do rozwiązania rozpada się w pył.

Czy naprawdę nasze wspaniałe i logiczne mózgi można tak łatwo ograć?
Czy ktoś może być przebieglejszy od nas, choć wydaje się człowiekiem niezdolnym do poprawnego zawiązania butów?

Nie!

Stajemy się ofiarami własnego deterministycznego myślenia o osobach i zjawiskach, które takimi nie są.

Nie mieści się to nam w głowach, choć akurat Polacy szczególnie znani są z kreatywnej prowizorki i to w Polsce padły słowa „polityka jest nieprzewidywalna na dwa tygodnie wprzód”.

A gdy wszechświat nie powstał z wielkiego wybuchu czy inteligentnego projektu i to co obserwują teleskopy jest zaledwie jedną z nieskończonej liczby eksplozji w nieskończonym i wiecznym wszechświecie?

Wieczność i nieskończoność… nie lubimy tych pojęć, a jednak życie wielu ludzi i stan generowanych przez nich procesów jest dla nich samych swoistą wiecznością i nieskończonością. Zbyt rozległą by szukać przyczyn i skutków, zbyt skomplikowaną by nie wybrać „liczy się tylko teraz”.

Przedsiębiorca X wpada w spiralę zadłużenia. Jego piękne deterministyczne wizje „od pucybuta do milionera” schodzą na drugi plan, liczy się terminowe spłacanie należności, dowolnym kosztem. Wyrasta wielka pula działań podporządkowanych wyłącznie temu celowi.
– Czy masz jakiś plan, jakiś program naprawczy?
– Program? Plan?… chwila, nie teraz, muszę jechać coś załatwiać, bo nóż znów zbliża się do mojego gardła.

Służba specjalna mająca za zadanie eliminować zagrożenia dla państwa w imię pokoju na świecie (a przynajmniej w najbliższej okolicy) natrafia na przypadki dyskusyjne, złożone. Jest kilka sekund na podjęcie decyzji TAK/NIE. Górę bierze taktyka: „jakoś to będzie”. Pokój oddala się.

Hazardzista zamiast snuć strategie, liczyć karty, tworzyć strzeliste wzory na łut szczęścia zaczyna interesować się wyłącznie grą, uczestnictwem w niej. Widząc maszynę musi do niej podejść i zagrać, przeszedł na tryb „automatyczny”.

W konflikcie zbrojnym siły jednej ze stron słabną, dowódcy przestają śnić o zwycięstwie. Podejmują decyzję o przejściu do podziemia, górę bierze zasada „zaatakować i rozproszyć się”. Gdzieś w umysłach tli się jeszcze idea dla której walczą, ale „zaatakować i rozproszyć się” staje się tym co tu i teraz najważniejsze, do ostatniej kropli krwi, do ostatniego żołnierza.

Brak strategii sygnalizować mogą:
– nieprzewidywalność
– ukrywanie planów, komplikowanie i uciekanie w obszary, w których nic nie jest proste
– niekonsekwencja i banalizowanie takiego zarzutu
– uporczywe zaprzeczanie popełnianym błędom
– działanie w tajemnicy i przez zaskoczenie
– działanie metodą faktów dokonanych

Teraz odpowiedz sobie Drogi Czytelniku – czy Twoje życie toczy się dokładnie tak jak zaplanowałeś/zaplanowałaś? Czy Twoja firma funkcjonuje dokładnie tak jak mówił o tym funkcjonowaniu Twój biznesplan? Czy Twoja praca i płaca przynoszą realizację Twoich marzeń? Czy gdy pojawiło się dziecko nic nie zmieniło się w Twoich planach na rzeczywistość? Czy ktoś z kim wiązałeś ważne plany nie zniknął z Twojego życia? Czy partia na którą głosowałeś/głosowałeś zwyciężyła i wszystko rozwija się dokładnie tak jak obiecano?
Zadaję te pytanie by uświadomić nam, że strategie są w gruncie rzeczy rzadkością w naszym świecie. Owszem, jako teoretyczne plany istnieją, lubimy odwoływać się do nich, lecz praktyka jest zbyt złożona by Koran, Biblia, nauka odpowiedziały na wszystkie pytania.

Znając czyjeś dążenia możemy im przeciwdziałać, gdy zagrażają nam. Jednak gdy ktoś działa taktycznie, natomiast my planujemy, to my stajemy się stroną skazaną. Czy taktyka może zwyciężyć z taktyką? Tak…
jak w loterii.

Nie chcę zostawiać Was z ponurymi myślami. Po prostu czasem załóżmy, że ktoś może nie posiadać strategii, a szukanie jego motywów, celów, ambicji pozbawia nas tylko czasu. Możemy mieć do czynienia z przypadkiem, dla którego liczy się uczestnictwo w grze, a nie jej wynik.

diagnozując

CZY CHCESZ MNIE PRZEKONAĆ?

W pewnej grupie, pewien osobnik stwierdził, że żyjemy we wnętrzu (wklęsłej) ziemi
i dlatego widzimy płaski horyzont. Nie będę oceniał, czy autor jest idiotą, żartownisiem, czy misjonarzem, lecz przejdę dalej.

Temat wzbudził kontrowersje pozostałych grupowiczów, więc autor wątku chętnie spieszył z wyjaśnieniami… a raczej wskazywał gdzie są wyjaśnienia. Podał linki do setki sążnistych tekstów w formacie doc. w prywatnym zbiorze (być może własnego autorstwa), kilkudziestu filmików z YouTube, mapek i innych „źródeł”, które zebrane w całość miały być dowodem jego twierdzenia. (W ten sposób odpierał też argumenty zawierające zdjęcia i filmy Ziemi wykonanymi z kosmosu, czy wyjaśnienia pt. „dlaczego widzimy płaski horyzont” – to, były wg niego oszustwa, a dowody znajdowały się w jego źródłach).

Bez trudu można zauważyć, że autor dał swoim „przeciwnikom” i „nieprzekonanym” rok na przygotowanie kontrargumentów lub odniesienie się do tematu, gdy ‚zwolennikom’ 5 minut na uwierzenie i udostępnienie dalej.

Nachodzi mnie taka myśl (powtórzę za kimś).
„Gdy jest sto argumentów potwierdzających daną tezę, to znaczy, że nie ma ani jednego dobrego”.

Czy nie jest tak, że często stawiamy różne tezy ale robimy wszystko, by nie przekonać do nich odbiorców?

DWA GATUNKI? czyli RED IS BAD vs młody anarchosyndykalista

Młody anarchosyndykalista, konstruktywnie ‚strollował’ nową kolekcję sklepu „Red is bad”. Czytając z zainteresowaniem konfrontację argumentów i bluzgów zauważyłem ciekawą rzecz – coś dla psychologów w sam raz:

Anarchosyndykalista napisał w którymś momencie, że NSZ to była banda skurwysynów (tu także krótkie i zwięzłe uzasadnienia), na co pojawiła się odpowiedź taka:
– z kimś kto obraził NSZ w ogóle nie warto gadać.

Wskazuje ów epizod na to, że w kręgach tzw. prawicowych argumenty nie mają znaczenia, znaczenie mają świętości a obrona świętości jest całkowicie odporna na argumenty.

Teraz pytanie/pytania:
Bardzo często – wchodząc w podobne spory – staramy się coś wyjaśniać, gdy nie ma to znaczenia. Czy np. argumenty naukowe przekonują „ziębian” (zwolenników J.Zięby)? Czy wytykanie braku logiki i innych wad raportowi Macierewicza zmienia coś w nastawieniu „smoleńczyków”? Przykładów dających do myślenia można mnożyć.
Np. kościół zareagował natychmiast, gdy ktoś obwiesił puszkami po piwie Lech krzyż w trakcie wydarzeń na Krakowskim Przedmieściu. Jednak trudno uznać profanację za broń, gdy profanacja nie burzy wiary, a może jedynie wzmóc nienawiść wierzących.
W związku z tym:

Czy jest jakiś klucz do serc i umysłów ludzi prawicy lub wierzących, czy istnieje jakaś płaszczyzna wzajemnego zrozumienia? A może jesteśmy skazani na rzeczywistość, w której żyją jednocześnie dwa „mentalne gatunki” stosujące zupełnie różne kategorie odbioru i rozumienia świata?

SZ

POSTKRYZYS

Gdy rzekomo świetnie działający system nagle potyka się o własne nogi pojawia się zwątpienie. Nieleczone zwątpienie im dłużej trwa tym silniej obrasta gniewem i goryczą. Krąg oskarżanych o kompromitację środowisk staje się coraz szerszy. Oskarżanie nie jest trudne skoro każdy z nas widzi nieprawidłowości wokół siebie. Nie zastanawiamy się nad skalą czy jednostkową winą, gniew na bankierów czy polityków przelewa się na sądownictwo (winni przecież nie zostali ukarani) środowiska naukowe (skoro nie potrafiły przewidzieć i zabezpieczyć), media (które skutecznie nie piętnują), gdzieś w finale na lekarzy czy producentów żywności (którzy być może celowo nas podtruwają aby prościej nas zniewolić i ogłupić). Wrogiem staje się system, ustrój, tworząca go elita.

Obrona ideałów jest skomplikowana. Ile razy przemknęło mi przez myśl pytanie: czy broniąc (jako ogółu) lekarzy, naukowców, prawników, postępuję słusznie? W dobie internetu, dowody (choćby anegdotyczne) na błędność takich przekonań mkną z prędkością światła i potrafią poważnie podkopać wiarę w to, że większość jest w porządku. Czy ktoś zresztą potrafi powiedzieć jak jest? Możemy tylko wierzyć w jedną czy drugą opcję.

Mechanizmy samo-naprawcze?….
Dla oskarżonych (niejednokrotnie) sposobem na ratunek staje się równie proste jak zarzuty odpieranie ich złożeniem deklaracji: „Jestem jednym z was!”.
„Jestem lekarzem ale nienawidzę szczepionek, wierzę w strukturyzatory wody, lampy światła spolaryzowanego i wszystko co sobie tylko wymarzycie”. Podobnie dzieje się w mediach („my jesteśmy polskie media a nie niemieckie”) oraz polityce, w której obietnica zemsty i przywrócenia porządku staje się bardzo cenną obietnicą, choć w ostatnim wymienionym przypadku, gdy przyjdzie co do czego okazuje się, że wszystkiemu winni są geje i uchodźcy. Trudno takie postawy uznać za zwiastuny rehabilitacji i poprawy.

BYĆ BLISKO LUDZI…. EUROPO

Przychodzimy na ten świat, niedługo potem idziemy do szkoły, w której dowiadujemy się o prawie, nauce, wielkich projektach politycznych w których jesteśmy podmiotami (a jakże!). Żyjemy w słodkim przeświadczeniu funkcjonalności tychże do chwili gdy doświadczamy sytuacji, w której prawo nie działa, choć wszystko mówi nam, że powinno zadziałać, że wspaniałe projekty polityczne wykazują zainteresowanie nami jedynie w obszarze tego ile procent naszych odchodów muszą pochłonąć, że świat nauki jest światem nabzdyczonych bubków, żyjących we własnym hermetycznym świecie. Zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne, dlatego ratując stabilność gruntu pod własnymi stopami próbujemy wyjaśniać sobie rzecz tym, że doświadczyliśmy marginalnego błędu, chwilowej anomalii, że czyjaś niekompetencja, że czarna owca, że nie wszystko da się przewidzieć. Z czasem te doświadczenia mogą sumować się i coraz trudniej nazwać je marginesem. Ratując się przed myślą „Przecież nie jesteśmy aż tak głupi” przyjmujemy koncyliacyjny wariant pt.: problem dotyka maksymalnie połowy przypadków (50%) i twardo postanawiamy, że nie cofniemy się dalej nawet o krok.

Jak bardzo teoria rozmija się z praktyką? Jak bardzo jest źle?

– Z pewnością, jest źle na tyle, że każdy kto zechce zachwiać naszym poczuciem stabilności będzie mógł to robić wystarczająco dobitnie, długo i bez większych przeszkód.

CO Z REAKCJĄ?

Szukając obrazowego przykładu przyszła mi na myśl tzw. „mobilność NATO”, który to sojusz kilka lat temu zdał sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie zareagować w ciągu 48 godzin, że potrzebuje znacznie więcej czasu a do owego „większego czasu” należy doliczyć jeszcze weekend (dwa dni) podczas którego urzędnicy wszelkich rad bezpieczeństwa mają ustawowe wolne. Nietrudno dostrzec, że gdyby ktoś wpadł na pomysł przeprowadzenia działań zbrojnych wykalkulowanych na tydzień, to zapewne poważnie zaskoczyłby nasze ośrodki decyzyjne, których ewentualne decyzje byłyby już i tak psu na budę.

Mnożenie groźnych przykładów (choćby współczesny terroryzm) nie jest trudne – ale nie to jest przedmiotem tego tekstu. Kolejny raz chcę zwrócić Waszą uwagę na schemat, który obejmuje praktycznie wszystkie istotne dziedziny naszego życia, schemat, który można ująć bardzo prosto „TO NIE DZIAŁA! – i jakie to niesie ze sobą skutki.

W praktyce…

Gdzieś za oceanem, kilka rodzin mieszkających na odludziu powołało cywilną, lokalną milicję. Oczywiście nie zwolnili szeryfa, nie odwołali panującego prawa, lecz zaopatrzyli się w broń i w ramach działań rozrywkowo-szkoleniowych zajęli się organizowaniem wypadów strzeleckich do lasu. Dziennikarz, który ich nawiedził zapytał, po co zwykłym ludziom (księgowym, ekspedientom, mechanikom samochodowym) granatniki, izraelskie Uzi, rodzima, wojskowa broń szturmowa w ilości sztuk kilku (do kilkunastu) na głowę?
Odpowiedź była prosta:
– Zanim przyjedzie policja, sami będziemy w stanie rozwiązać problem.
Niby logiczne, choć siłą ognia będącą w posiadaniu tych „poczciwych, zwykłych ludzi” można byłoby spokojnie odeprzeć szturm regularnej dywizji wojska (ok. 5–15 tys. żołnierzy). Na to również pojawiła się odpowiedź, choć już nie tak prostolinijna jak poprzednia. Ci ludzie starali się przygotować także na militarną agresję i może nawet nie tyle ze strony komunistów czy zombie co… kto wie, czy nie ze strony rządu, który przecież – jak powszechnie wiadomo – jest uwikłany w spisek, mający na celu eksterminację ludności…

Brzmi strasznie i śmiesznie, ale tam gdzie zachodzi zjawisko pt. „TO NIE DZIAŁA!” pojawia się domorosła prowizorka.
Ta prowizorka dotyczy tak kwestii bezpieczeństwa, jak zdrowia, edukacji czy nawet kultury: tam gdzie nie zadziała prawo pojawi się lincz, tam gdzie nie zadziała lekarz pojawi się znachor, tam gdzie nie zadziała naukowiec pojawi się teoria spiskowa, tam gdzie nie zadziała nauczyciel, edukacją zajmie się ulica, czy wreszcie tam gdzie nie pojawi się informacja pojawi się propaganda.

DLACZEGO TAK SIĘ DZIEJE?

Spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie o przyczyny tego stanu rzeczy. Dlaczego to co miało być na wyciągnięcie ręki, to co miało być zwarte, sprawne i gotowe w chwili nawet drobnego kryzysu (czasu próby) przestaje istnieć/ funkcjonować? Jak to zmienić? Czy wszystko da się wyjaśnić brakiem funduszy?

Rozwiązania bywały różne. Drzewiej, tylko miasta mogły szczycić się jako taką funkcjonalnością i bliskością dóbr cywilizacyjnych. Utrzymywanie wojska czy szpitali na prowincji było ponad stany królewskich czy miejskich skarbców. Sytuacja byłaby „beznadziejna” gdyby nie to, że nigdy nie brakowało chętnych do pełnienia roli kapłanów czy poborców podatkowych, dlatego funkcje państwa na prowincji przejmował kościół. Miasto mogło być sobie wolne, oświecone i demokratyczne, gdy prowincja pod kontrolą kleru stawała się strefą ciemnoty, zabobonu, leczenia modlitwą, diagnozowania grzechem, podwójnego wyzysku chłopstwa (podwójnego gdyż należało opłacić dwie administracje, tę bliższą i tę wyższą). Gdy przyszła tzw. „komuna” dokonano potężnej reformy. Wieś doświadczyła swoistego rozkwitu w dziedzinie edukacji, opieki medycznej, a nawet kultury jednak na dłuższą metę system nie był w stanie rozwiązywać tak bieżących problemów jak i rosnących (aczkolwiek wciąż podstawowych) oczekiwań społecznych. Jedność centrum z ‚okolicą’ okazała się mrzonką. System sprzyjał tworzeniu lokalnych sitw a „centralna władza” pojawiała się tylko wtedy, gdy należało rozliczyć prowincję z podatków lub zrobić sobie ładne ujęcia do Trybuny Ludu po pomalowaniu na zielono skrajnie zapuszczonych trawników.

Czas przemian przyniósł nadzieję pt.: „społeczeństwo obywatelskie”, że „nic o nas bez nas”, że „autonomia małych ojczyzn”, itd., itp. Jak to wyszło? Ano jak zwykle. I nie chcąc już dotykać rzeczy potężnych, rozejrzyjmy się wokół: jak wygląda walka z naciągaczami, w internecie, na babcię, na spółkę energetyczną? Czy płacimy miliony podatków za zamieszczenie na witrynie policji dwu-zdaniowej informacji o treści „uwaga, nie daj się oszukać!”???? Jak idzie walka z dezinformacją, pseudonauką, z „żydzi do gazu” na murze”? Kolejny raz ludzie biorą sprawy w swoje ręce – tam gdzie „NIE DZIAŁA” Bralczyk lub Miodek, tam działa Max Kolonko i Korwin Mikke.

KŁAMSTWA, KŁAMSTWA + KŁAMSTWA

Od jakiegoś czasu obserwuję zjawisko wciskania ludziom ciemnoty i zestawiam te działania z przeciwdziałaniami. Przyznam, że nie dziwię się, że „spiskowe teorie” mają się świetnie. Śmiem nawet twierdzić, że sami autorzy poradników pt. „Jak uniknąć robienia w konia” nie stosują się do swoich zaleceń gdyż to zwyczajnie niemożliwe. Nie jest możliwe zapamiętanie i używanie wiedzy o stu tysiącach dwuznacznych symptomów, nie jest możliwe weryfikowanie każdego napotkanego fejka, nie jest możliwe stworzenie czarnej listy „złych źródeł” lub wymyślenie czegoś na lata, gdyż metody teoretyków spiskowych również ewoluują. Od kiedy zainteresowałem się tematem uważałem, że musi istnieć jakieś prostsze wyjście, metoda, która pozwoli uniknąć robienia z mózgu owsa już na dość pierwotnym etapie. Miałem rację. Po czasie rzetelnego łowienia i weryfikowania mitów pojawia się niemal intuicyjna zdolność wychwytywania – nazwijmy eufemistycznie – nierzetelności. Podkreślam jednak słowo „niemal” gdyż tak naprawdę metoda ta z intuicją nie ma niczego wspólnego.

NIE MUSISZ SIĘ ZNAĆ!

Nie musisz znać się na medycynie, fizyce kwantowej, psychologii, prawie, ekonomii czy jakiekolwiek specjalistycznej dziedzinie by zaliczyć konsumowany artykuł do źródeł o podejrzanej wiarygodności. Sieciowe kłamstwa (a nawet nie tylko sieciowe) posiadają swoje unikalne struktury, które bardzo łatwo wychwycić.

Zapewne spotkaliście się nie raz ze wstępami artykułów lub tytułami o takiej lub podobnej treści: „Po latach wmawiania ludziom…”, „Media mainstreamowe wmawiają nam od lat„, „media lewackie twierdzą, że każdy człowiek z biało-czerwoną flagą to faszysta”, „media twierdzą, że islam jest religią pokoju”, „amerykańska propaganda wmawia nam…”, „Lekarze na łańcuchu koncernów farmaceutycznych wmawiają nam…”, itd. itp. *

Odpowiedzcie sobie szczerze, czy doświadczyliście takiego wmawiania?
Czy potraficie wyszperać w pamięci jakieś oficjalne mainstreamowe źródło lub oficjalną instytucję, która coś podobnego Wam wmawiała? Możecie mieć z tym kłopot, a gdy zastanowicie się chwilę to zauważycie, że o tym wmawianiu dowiadujecie się dopiero z czytanego źródła. Musicie zadać sobie teraz bardzo ważne pytanie:
– Dlaczego ktoś kto kłamie (już we wstępie) miałby mieć wobec nas czyste intencje?

W moim przypadku, wykrycie manipulacji już w pierwszym zdaniu, tytule, akapicie pozwalało na podjęcie decyzji o odrzuceniu źródła do stu diabłów. To ogromna oszczędność czasu i znaczna korzyść dla posiadanej wiedzy. O ile autor źródła upierał się przy swoim, to w 90% przypadków tylko pogarszał swoją sytuację, gdyż na światło dzienne wychodziły sprawy, którymi powinien zająć się raczej prokurator a nie internetowy surfer.

SKORO SIĘ NIE ZNASZ, NIE MUSISZ WIERZYĆ!

Przyznajmy z dłońmi na sercach: gdy nie jesteśmy histopatologami, onkologami, profesorami fizyki teoretycznej (itd.) to nie jesteśmy w stanie zweryfikować podawanej nam treści z tych dziedzin!
Zachowajmy dystans, a szczególnie wobec materiałów w sieci, telewizyjnych programów śniadaniowych czy naukowych wykładów sprzedawców garnków. Pojawia się tu „absurdalny fenomen” naszego gatunku, gdyż zdarza się, że o naszym zaufaniu (uznaniu za prawdę) decydują czynniki zupełnie niezwiązane z uczciwą weryfikacją źródła.

Dlaczego wierzymy (o ile wierzymy)? Co nas urzeka?
Wzmacniacze wiarygodności

Nobliwy wygląd, elegancki strój, sympatyczność? Dlaczego nie zastanowisz się nad tym, co robią dyplomy (z jakich dziedzin?) za plecami eksperta d/s medycyny skoro wiesz od niego samego, że żadnego wykształcenia medycznego, naukowego dorobku czy doświadczenia klinicznego nie posiada?

ossos

Lubisz gdy ktoś Cię ściemnia a może wykład takiej osoby w wynajętej auli uniwersyteckiej sprawiłby, że przekazywane przezeń treści stałyby się dla Ciebie bardziej wiarygodne? Odpowiedzmy sobie szczerze: „Co ma piernik do wiatraka?” – co ma wygląd osoby do wartości jej słów? Skoro „nie znasz się” to nawet gdyby to był głos z nieba, to nie jesteś w stanie tego sprawdzić (przynajmniej w danym momencie, gdyż na naukę nie jest nigdy za późno), więc dlaczego miałbyś/miałabyś uwierzyć?
Przeprowadzono dziesiątki eksperymentów, w których wykazano, że wygląd u ogromnej części ludzi potrafi zasugerować wiarygodność. Elegancki dziennikarz z operatorem kamery za plecami, człowiek w białym kitlu w reklamie, nobliwy profesor z telenoweli, człowiek za którego plecami widać bibliotekę (nawet niekoniecznie tapetę) – spróbujcie pomyśleć logicznie: czy te ‚atrybuty’ miałby dla Was znaczenie gdyby ów ktoś twierdził, że ziemia jest płaska lub 2+2=9? Haczyk tkwi w tym, że w większości tzw. „spiskowych teorii” po prostu nie posiadamy wystarczającej wiedzy by zdemaskować manipulację, kłamstwo, prawdę(!). Intuicja czy inne „pola serca” jak okazuje się, bywają w tych przypadku jak najgorszymi doradcami.

BUSINESS IS BUSINESS

Większość fałszerstw „spiskowych” (politycznych, zdrowotnych, itd, itp) od strony technicznej nie wyszła w 1% poza metody tradycyjnego (internetowego i nie tylko) marketingu. Zwróćcie uwagę na to, że marketing (zasadniczo) nie dotyczy promocji jednego określonego produktu, ale określa schematy działań umożliwiających wypromowanie dowolnego produktu i sprzedaniu go dowolnej grupie odbiorców. Dostrzeganie marketingowych schematów nie jest trudne, choć należy zachować najwyższą ostrożność by nie popaść w rutynę.
Nie dajmy się zwieść i ponieść emocjom. Choć spiskowi teoretycy dotykają tematów bardzo poważnych – takich jak zdrowie, problemy społeczne, to w technicznym wymiarze forma przekazywania tych treści nie różni się niczym od tego co oferuje nam sprzedawca pasty do zębów czy płynu do płukania tkanin.

ŹRÓDŁA…

Zarówno siewcy propagandy (teorii spiskowych) jak i łowcy mitów przedstawiają nam sążniste listy wiarygodnych (ich zdaniem) źródeł. Pomyślcie: być może istnieją ludzie, którzy np. czytają od ćwierć wieku, każdy numer Gazety Wyborczej, Science, Lancet, itd „od dechy do dechy” i weryfikują autentyczność każdego zdania. Nie wiem, nie wierzę w takie istnienia, dlatego chcę zadać kolejne ważne pytanie:
– Czy o jakimkolwiek źródle możemy powiedzieć, że przekazuje wyłącznie fakty? Czy czerpanie z takiego źródła zawsze gwarantuje nam pozyskanie wyczerpującej i rzetelnej informacji?
Odpowiedź brzmi prosto: NIE!
Wiem, że to twierdzenie zgoła niebezpieczne, ale nawet w najszacowniejszej gazecie przytrafi się kaczka dziennikarska, nawet w najbardziej prestiżowym, branżowym magazynie czy wydawnictwie naukowym może pojawić się informacja nierzetelna (np. dobrze spreparowane fałszerstwo powstałe poza wiedzą recenzentów).
Nie możemy mieć pewności, że nie wpisaliśmy akurat takich informacji do katalogu „nasza sprawdzona wiedza”. Koniec końców, skazani jesteśmy jedynie na prawdopodobieństwo wiarygodności a do tego tylko w czasie przeszłym, gdyż nie mamy zielonego pojęcia kto zostanie właścicielem czy redaktorem naczelnym danego źródła za dwa tygodnie i jak to odbije się na treści.
Skoro nie powinniśmy bezgranicznie ufać źródłom cieszącym się znacznym zaufaniem i prestiżem to dlaczego mielibyśmy wierzyć źródłom anonimowym, niezawierającym piśmiennictwa, niefigurującym w żadnym spisie instytucji zajmujących się „informacją”? Powiem Wam szczerze, znacznie łatwiej wykryć kłamstwo niż prawdę.

SMACZEK INSPIRUJĄCY

Dla ukazania jak rzecz wygląda w praktyce, dam świeży przykład. Ktoś zamieścił w sieci artykuł pt.: „Wielki szpital Johns Hopkins w końcu ujawnia prawdę o raku”.
http://zdrowiepowraca.pl/artykul,wielki-szpital-johns-hopkins-w-koncu-ujawnia-prawde-o-raku-
Już w pierwszym akapicie znajdujemy zdanie:
„Po latach wmawiania ludziom, że chemioterapia jest jedynym sposobem walki z rakiem, szpital Akademii Medycznej Johns Hopkins w końcu przyznaje, że istnieje alternatywna metoda…”.

Należę do tych osób, które o owym wmawianiu dowiedziały się dopiero pierwszy raz czytając ów wstęp. Nie znam się na medycynie, leczeniu raka, wiem, że chemioterapię zaleca się z braku innych lepszych metod, mgliście wiem o tym, że nie zawsze jest skuteczna, że raki są różne, itd. Jak żyję nie słyszałem jednak od żadnego lekarza i nie czytałem w żadnym prestiżowym źródle o tym, by lekarz czy badacz stwierdził, że chemioterapia jest jedynym sposobem walki z rakiem(!). Podważam więc wiarygodność tekstu/autora, który mataczy już we wstępie (wmawiając mi przy tym, że ktoś mi coś wmówił). Przeglądam dalszą treść i nie szukam klinicznych dowodów stawianych dalej tez i porad (nie potrafię ocenić czy są prawdziwe czy nie), ale zwracam uwagę na to, że w treści sugeruje się stosowanie suplementów diety (dostępnych w pozaaptecznych punktach sprzedaży), padają nazwy konkretnych substancji. Treść wygląda na zwykły „artykuł sponsorowany”. Wejście do zakładki „Współpraca” kieruje mnie do kilku para-aptek benedyktyńskich(!).
Wyrażam swoje zastrzeżenia w komentarzu i napotykam naturalny w takich przypadkach opór obrońców źródła:
„Romskey, przestań wreszcie zamykać oczy na niewygodne fakty upierając się przy przestarzałych „prawdach” naukowych”.

To mnie mobilizuje. Sprawdzam szpital – jest prywatny i istnieje. Zastanawiam się, czy za opublikowaniem takiej rewolucyjnej treści „cyt.: Johns Hopkins w końcu przyznaje, że istnieje alternatywna metoda” nie stoją jakieś strategie ekonomiczne szpitala (np. przerzucenia się na naturoterapię – wyjątkowo dochodową).
Następnie sprawdzam źródło przedruku artykułu – jest to portal zajmujący się krzewieniem teorii spiskowych (The Liberty Beacon), który oczywiście sugeruje, żeby przedstawiane w nim treści traktować z przymrużeniem oka i oczywiście odżegnuje się od poglądów anonimowego autora. Nie mija 15 minut gdy trafiam prawdziwe „bingo”:
Na oficjalnej stronie szpitala wisi jak byk informacja (tłumaczenie) w skrócie:

/…/
Powielana wiadomość to HOAX! (HOAX – fałszywa informacja pozorująca prawdziwą, kawał, mistyfikacja, teoria spiskowa)

Informacja fałszywie przypisana szpitalowi Johns Hopkins opisuje właściwości komórek rakowych i proponuje sposoby zapobiegania rakowi. Szpital Johns Hopkins nie opublikował tej informacji (dystrybuowanej m.in. jako załącznik e-mail), ani nie popiera jego zawartości. Aby uzyskać więcej informacji na temat raka, prosimy o zapoznanie się z informacjami na naszej stronie internetowej lub na stronie National Cancer Institute .

Prosimy o pomoc w zwalczaniu tej mistyfikacji, by jak najwięcej osób dowiedziało się o fałszerstwie.

Wiadomości oferujące łatwe sposoby na unikanie i leczenia raka są najnowszym trendem w sieci. Aby zyskać wiarygodność, anonimowi autorzy błędnie przypisują swoje prace cenionym instytucjom badawczym, takich jak Johns Hopkins.

Mail sugeruje, że chirurgia, chemioterapia czy radioterapia nie działają, a ludzie powinni zamiast tego wybrać różne strategie żywieniowe.

Tradycyjne leczenie, takie jak chirurgia, chemioterapia i radioterapia działają. Dowodem są miliony ludzi, którzy pokonali raka w Stanach Zjednoczonych i którzy żyją z powodu tych terapii. Zdajemy sobie sprawę, że zabiegi nie działają u każdego pacjenta, czasem działają tylko na chwilę, by potem przestać działać, że istnieją nowotwory, które są trudniejsze do wyleczenia niż inne. Problem ten jest przedmiotem ciągłych badań nad rakiem.
/…/
Johns Kopkins Medicine

źródło: http://www.hopkinsmedicine.org/kimmel_cancer_center/news_events/featured/cancer_update_email_it_is_a_hoax.html

———————————————————————-
KONKLUZJA

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego zawracam Wam pupy pisaniem o jakimś ‚fejku paramedycznym’ gdy na ogół piszę o czymś innym? Otóż poraża mnie podobieństwo działania „naturopatów” z działaniami tzw. „prawicowego drugiego obiegu”, który z pewnością wpłynął na wynik ostatnich wyborów. Oprócz „sensacyjnych portali” istnieje rzeczywisty drugi obieg w postaci setek tysięcy maili rozsyłanych ogłupianym ludziom (w marketingu: tzw. mailing. W przypadku naturopatów takie akcje mailowe poprzedzają na ogół różnorodne „konferencje”, publikacje książek, wyrobów – a mówiąc wprost – napędzają klientelę (w przypadku J.Zięby ok. 150 zł za „wykład”). Naturopaci na podobieństwo księdza Oko, organizują spotkania w nadających powagi i autentyczności wynajętych pomieszczeniach uniwersyteckich.
Pamiętam, ok. 10 lat temu, gdy internet był narzędziem wykształciuchów a nie suwerena, wpadła mi w ręce ulotka kolportowana przez panie z koła różańcowego. Treść była w 3/4 zmyślonym ubecko-komunistyczno-ukraińsko-zdradzieckopolskim życiorysem B.Komorowskiego (strach pomyśleć co na tych kółkach różańcowych rzeczywiście się wyprawia). Takie metody z czasem przelały się do internetu, przy czym skrupulatnie wykorzystano powszechnie dostępne zalecenia marketingowców d/s promocji w sieci i mediach społecznościowych. Można powiedzieć, że nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie brutalne (choć niejako za plecami) atakowanie i zohydzanie konkurencji (np. przemysł suplementów z jaj renifera atakuje przemysł produkujący Ibuprom oraz całą medycynę), wciskanie ludziom ciemnoty (danych niezweryfikowanych), pompowanie nienawiści, dawanie fałszywej nadziei. Gdzieś obok tego wielki biznes czy to ze sprzedaży „odzieży patriotycznej” czy „programatorów wody”. Nie tylko jednak wymienieni. Podobne reguły stosują źródła regularnej międzynarodowej propagandy politycznej. Szambo nas zalewa, ale nawet gdy nie jesteśmy w stanie zweryfikować części danych, to możemy skorzystać z kilku rad, które przedstawiłem.

– Czy ktoś kto mataczy w tytule lub pierwszych zdaniach ma czyste intencje wobec Ciebie?
– Nie musisz się znać a skoro się nie znasz nie musisz wierzyć
– Czego chce od Ciebie artykuł lub film, czy chce Cię poinformować czy sprzedać koc?
– Zawartość merytoryczna nie musi być kłamstwem lub wyłącznie kłamstwem – tylko dlaczego ktoś potencjalną prawdę owija w fałsz?
– Nie ma źródeł doskonałych, ale źródła niedoskonałe są dość widoczne o ile wiemy jak patrzeć.

hoax

* niestety, słowo „wybitny” poprzedzające nazwisko np. cytowanego autorytetu również powinno zastanowić o ile owa wybitność jest dyskusyjna. Możemy mieć do czynienia jedynie ze wzmacniaczem wiarygodności.