Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

CZY WSZYSTKO JEST POLITYKĄ?

Lata temu pojawiła się dyskusja o tym czy dziennikarz powinien mieć poglądy? Jedna ze stron przekonywała, że jak najbardziej, gdyż taki dziennikarz staje się wyrazisty, realizuje to czego oczekują od niego widzowie czy słuchacze, do tego każdy ma jakieś poglądy. Druga strona nie dawała za wygraną i pytała, co z obiektywizmem, rzetelnością? Niestety. Tak abstrakcyjne pojęcia jak obiektywizm czy rzetelność zabrzmiały.. nijako, bo przecież każdy jakieś poglądy ma, więc udawanie, że się ich nie ma ma prawo budzić wątpliwości. Pamiętam, że główkowałem nad tym jakiś czas i sobie, na własny użytek wyjaśniłem rzecz tym, że można mieć poglądy ale można jednocześnie potrafić oddzielić je życia zawodowego. Dziennikarz może być stronnikiem danej partii, ale przekazując informacje może być po prostu uczciwy, podobnie sędzia rasista może „zapomnieć”, że oskarżony ma inny kolor skóry a naukowiec-fizyk czy biolog, że jest wierzący. Taka umiejętność jest moim zdaniem tym co nazywamy „wzniesieniem się ponad”. I powiecie teraz, że jest to w jakiś sposób oczywiste, więc zachęcę Was do rozejrzenia się wokół i zwrócenie uwagi na to jak takie oczywistości sprawdzają się w przestrzeni publicznej. Ano, nie sprawdzają się w ogóle, a konkretnie przestały się sprawdzać. Czasy dumania nad tym czym jest „wznoszenie się ponad” stały się odległą i niejasną przeszłością.

Trudno pogodzić się z tym, że zrozumienie czym jest obiektywizm i rzetelność najlepiej wychodzi gdy obiektywizmu i rzetelności nie ma. Gnając za nośnym nurtem „trzeba mieć poglądy i je wyrażać” pozbawiliśmy się praktycznie dostępu do informacji.
Nie szukajmy daleko: Rozbił się Boeing. Ukraina oskarżyła Rosję, USA oskarżyły Iran, a Iran lada dzień oskarży USA – bo może oskarżyć, bo nie udostępni czarnych skrzynek, które traktuje jak znany płaszcz w publicznej szatni czyli „Płaszcza nie ma i co mi pan zrobisz?”. Taki przekaz kolportują media, w zależności od upodobań (poglądów). Skażenie to, jest dziś powszechne i wyliczyłem sobie, że chcąc zabrać głos na dowolny temat należy odczekać tak z 3-5 dni, by stworzyć jakąś w miarę niechwiejną hipotezę dotyczącą rzeczywistości. Tak, hipotezę, bo prawda zdaje się być już całkowicie poza naszym zasięgiem.
Chcąc lepiej oddać sytuację dorzucę kolejny świeży przykład. Putin podzielił się swoją wersją historii, lecz zamiast jakiejś weryfikującej historycznej analizy otrzymujemy z wszelkich źródeł opinie na temat tego co Putin chciał uzyskać i tu dodać należy, że na 100 tytułów, które o tym piszą wszystkie zawierają stwierdzenie: „Prawda jest taka, że” (podkreślić warto, że każdy przedstawia inną wersję). Czy poszło o Białoruś, o obchody wyzwolenia Auschwitz w Izraelu, rozbicie Europy, a może napięcia USA i Iranu? Mija kolejny dzień i jedyna sensowna odpowiedź, która się nasuwa brzmi: „A Putin go wie!”. Chcecie więcej? Klimat. Modele klimatyczne są na tyle złożone i nudne, że zdecydowanie lepiej dyskutować o tym czy walka ze zmianami klimatycznymi to marksizm kulturowy. W polityce lokalnej, czy znacie kondycję gospodarczą państwa? Z jednych źródeł dowiemy się, że jest świetnie a z drugich, że jest katastrofa i oczywiście „my dobrze wiemy, które źródła mówią prawdę”, tylko że tak myślą i mówią wszyscy, a mamy demokrację i te preferencje znajdują później odzwierciedlenie w wyborach.

Brakuje mi trochę czasów, w których znaczenie poglądów w przekazywaniu informacji było mniejsze. Byłem w stanie zajrzeć do jakiejś gazety i wiedziałem, że ludzie, którzy piszą w niej artykuły trochę się pilnują (nawet gdy doskonałość przekazów nie miała stężenia 100%, ale przynajmniej kierunek był). Mijał czas i musiałem zacząć sięgać do źródeł zagranicznych, by dowiedzieć się czegoś o Polsce, bo przyznajcie, tacy Niemcy nie utożsamiali się z jedną czy drugą stroną polsko-polskich wojenek, choć… utożsamiali się w Niemcami i to też nie dobrze. Proces trwał. Przestałem korzystać z mediów.

W świecie, w którym informacja niej jest już nawet towarem deficytowym (jest znacznie gorzej), liczy się siła. Trump może wysłać na tamten świat irańskiego generała w Iraku za pomocą drona (a pojawiła się już wersja, że to robota Izraela – a jakże) i jest jak z tym płaszczem w publicznej szatni, którego nie ma „I co mi pan zrobisz?”. Człowiek z nostalgią spogląda za tzw. „normalnością”, a więc czasami, w których coś było w miarę poukładane, że jakiś głos rozsądku się liczył, ale tego już nie ma. Może popytu nie ma, a może nawet nasze pojęcia normalności osadzone są w jakichś nieuniwersalnych wartościach, więc można otwierać kolejne fronty. Nie jestem pesymistą i wierzę, że istnieje jakaś granica-ściana o którą współczesny porządek świata głowę sobie rozbije, ale kilka już razy przekonałem się, że ten Miś to to tak naprawdę nie jest jeszcze ostatnie słowo.

Pozdrawiam Noworocznie:)


(graf.blog.soprasteria.co.uk)

CO ZROBIĆ Z POLAŃSKIM?

Nie raz starałem się zmierzyć z tematem, lecz to co spisywałem trafiało zawsze do szuflady ze „szkicami na później”. Działo się tak, gdyż miałem wrażenie, że nie dotykam sedna sprawy lub staram się opisać coś zbyt nieuchwytnego by zasłużyć na Waszą uwagę. Poszukując jakiegoś punktu zaczepienia (któregoś dnia) olśniło mnie. Zdałem sobie sprawę, że w ostatniej awanturze o Polańskiego podstawową rolę odegrał zgoła banalny element: efekt zaskoczenia, który wygenerował większość nieporozumień.

Nie tak dawno przypuszczono frontalny atak na psychologa społecznego P.Zimbardo. Zarzucono mu sfałszowanie badań, podważono wnioski którymi się dzielił, stwierdzono, że nie zasługuje na miano autorytetu. Czytałem i słuchałem tych doniesień oniemiały. Nie była to spontaniczna reakcja tłumu, która towarzyszy np. złapaniu nietrzeźwego posła za kierownicą. Uświadomiłem sobie, że był to dobrze przedyskutowany temat (choć za plecami publiczności), z którego wyłuskano najsilniejsze argumenty. W takich chwilach chce się powiedzieć: „Spokojnie, dajcie mi trochę czasu na zapoznanie się z zarzutami, argumentami, uzasadnieniami. Być może macie rację, ale uszanujcie to, że nie każdy jest zwolennikiem bezkrytycznego dołączania do krzyczącego tłumu”. Już samo takie zastrzeżenie spotykało się z pogardliwym: „O! Obrońca oszusta się znalazł!”. To budowało mój wewnętrzny opór, bo prymitywny szantaż wywołuje opór.
Godzina lub dwie wertowania źródeł zwróciły moją uwagę na nieobcą mi, perswazyjną formę krytyki. Na pierwszy plan nie wybijało się rzetelne uzasadnienie, lecz „co mamy myśleć” a także „co myśleliśmy wcześniej” (i przed czym demaskowana prawda miałaby nas uchronić). Niestety, ten mechanizm znałem bardzo dobrze. Nie zrozumcie mnie źle, ale większość propagandowych przekazów zaczyna się od „kłamstwa założycielskiego” mówiącego o tym jak wadliwe przekonania mieliśmy wcześniej (nawet gdy ich nie mieliśmy) i jaką odnowę niesie przekaz, który właśnie został nam dostarczony. Nie chcę tu imputować krytykom Zimbardo działania na rzecz wrogich, tajemnych wywiadów, a jedynie wspominam o charakterystycznym mechanizmie.
Bo:
– Czy ja uważałem P. Zimbardo za niekwestionowany autorytet??? (zdecydowanie odrzucam autorytety gdyż wolę specjalistów)
– Czy można sfałszować wyniki badań, skoro nie ukończono eksperymentu? (wiedza o tym była powszechna)
– Czy uczelnie w których Zimbardo wykłada lub gości posiadają gorsze źródła niż amerykański bloger i nieznany francuski reżyser socjolog, którzy uruchomili „krytyczną lawinę”?
Zarzuty wobec P. Zimbardo mogły być słuszne (jak wspomniałem, potrzebowałem czasu by się z nimi zapoznać – co zresztą zrobiłem), ale tym co utrudniało dyskusję, było poczucie, że to nie ja jestem adresatem przekazu, nie ja jestem przedstawicielem poglądów, które należy poddać egzorcyzmom.

Podobnie stało się z Polańskim. Tym razem, w prowadzonych rozmowach zdążyłem zastrzec, że nie posiadam w domu ołtarzyka z wizerunkiem Polańskiego (choć lubię kilka jego filmów), że wizyta w macierzystej uczelni to jeszcze nie wręczenie Nagrody Nauczyciela Wszech Czasów Trynkiewiczowi czy budowanie Polańskiemu pomnika. Do tego, moja dość lakoniczna znajomość prawa i biologii zmusiły mnie do refleksji nad tym, że sięganie po słowa „gwałt” i „pedofil” wywołane jest (bądź) przeoczoną przeze mnie kardynalną zmianą w prawie i biologii, bądź… słowa te zostały użyte celowo i wyłącznie dla wzmocnienia psychologicznego efektu. Oczywiście nie odbieram ludziom prawa do używania w mowie potocznej np. określenia „ludobójstwo”, ale zwykle staram się zwrócić uwagę na to, że stosowanie tego terminu w obszarze prawa dowolne (czy intuicyjne) nie jest.
Podzielenie się tego typu uwagami wystarczyło, by nazwano mnie „obrońcą pedofilów”, choć pomny „bycia obrońcą oszustów” w sprawie Zimbardo, przyjąłem ten zarzut już jedynie z ironicznym uśmiechem. Najtrudniejsze w prowadzonych rozmowach było udowodnienie, że sam nie jestem pedofilem. Mogłem wielokrotnie twierdzić, że nie jestem zwolennikiem gwałcenia i sypiania z dziećmi, ale najwyraźniej moje wyjaśnienia miały moc słów czarownicy tłumaczącej się przed Trybunałem Świętej Inkwizycji.

Nie czekałem także długo by pojawiły się argumenty typu: „teraz pomyślmy co czuła ta biedna gwałcona dziewczynka!!” i tu straciłem cierpliwość, gdyż nie mam skłonności do wyrokowania na podstawie tego co sobie wyobrażam. Dotarło do mnie, że „przeciwnicy gloryfikacji Polańskiego” odpuścili sobie jakiś głębszy research na co mieli blisko 50 lat. Gdyby to zrobili, dowiedzieliby się, że dziewczynka – o czym sama wspomniała w swojej książce – nie czuła, że był to gwałt i Polański nie czuł się gwałcicielem, choć oboje mieli świadomość tego, że zaistniała sytuacja ze względów prawnych, moralnych, ale i tych związanych z najzwyklejszymi relacjami międzyludzkimi nie powinna mieć miejsca. Tak, nic nie było w tym zdarzeniu w porządku. Jednak skąd wzięło się słowo „gwałt”? Otóż, w ówczesnej Kalifornii, gdyby dowolny X spotkał się z dowolną 13-letnią Y to nawet przy obopólnej aprobacie dla podjętych przez X i Y działań, w świetle prawa amerykańskiego byłby to gwałt. W Polsce, kwalifikacja tego rodzaju czynów opiera się na nieco innej (świeckiej) filozofii, dlatego jestem daleki od tego by definicję amerykańską bezkrytycznie przenosić na nasz grunt, a warto wspomnieć, że ostatnim z kilku zarzutów postawionych Polańskiemu była sodomia (stosunek analny – ówcześnie penalizowany w Kalifornii, nawet gdyby miał miejsce w małżeńskiej alkowie(!)).

Powyższy etap dyskusji był trudny, gdyż żadna ze stron awantury nie była tam, nie była w umyśle sprawcy, nie była w umyśle ofiary, nie towarzyszyła im niczym Big Brother każdego kolejnego dnia analizując jak zmieniają się ich myśli. Mogliśmy jedynie spekulować na ten temat i było to ryzykowne. Jednak w trakcie akurat tych rozmów, pojawiła się moja poważna wątpliwość co do szczerości protestu. Upór oskarżycieli okazał się mieć drugie dno. W kilku rozmowach wybijał się wątek konieczności jednolitego traktowania pedofilii, niezależnie czy ma miejsce w kościele czy gdziekolwiek indziej. Zrozumiałem przez to, że przymknięcie oka na Polańskiego byłoby dla protestujących wyrazem niekonsekwencji lub nawet hipokryzji. To miało sens, choć w praktyce oznaczało, że należy Polańskiego dopasować do napiętnowanego już wzorca księdza-pedofila. I wszystko zaczęło pasować. Autorytet, gloryfikacja…
Tylko, ja nie mam takiej wyobraźni. Polański nie jest księdzem (moralnym autorytetem, który rości sobie prawa do mówienia ludziom co jest dobre a co złe, który uważa, że jego wykładnia dobra i zła powinny zostać odzwierciedlone w prawie karnym i konstytucji), uczelnia nie jest kościołem, nie jest też pracą z dziećmi dla których Polański byłby zagrożeniem, wykład nie jest tym samym co postawienie kilkumetrowego pomnika w Łagiewnikach.

Sędzia Laurence J. Rittenband początkowo nie chciał umieścić Polańskiego w zakładzie karnym. Jak wynika z relacji prowadzonych przez niego rozmów, nie chciał go mieć na sumieniu, gdyż doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak Polański zostanie potraktowany przez współwięźniów. Optował za ugodą, obserwacją psychiatryczną. Czy miał wątpliwości co do „skali” winy Polańskiego czy może bardziej obawiał się reakcji społeczeństwa gdyby Polański został w zakładzie karnym zabity? – tego nie dowiemy się nigdy. Wiemy, że postępowanie Polańskiego, który chciał uniknąć konsekwencji rozsierdziło sędziego, który poczuł się ośmieszony (i nie tylko on, lecz cały amerykański wymiar sprawiedliwości, któremu „zbieg” zdawał się grać na nosie). Ten element wpłynął na to, że ambicją i celem życia Rittenbanda stało się zamknięcie Polańskiego na długie lata (sędzia zapowiadał najwyższy możliwy wyrok, czyli ok. 50 lat), natomiast dla amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, skazanie Polańskiego było kwestią wizerunkową.

Polański stał się banitą przygarnianym z większą lub mniejszą gościnnością to przez Francję, Szwajcarię czy Polskę. W trakcie swojej banicji nakręcił kilka ważnych filmów (docenianych także w USA). Czy w trakcie ich kręcenia myślał o tym, by przekazać coś ludziom, że coś jednak było „dawniej” nie w porządku? Nie wiem, choć uważam, że Polański trafiając pod medialny ostrzał nie potrafi się bronić. Zachowuje się jak szczur zapędzony przez kota w ciemny róg, gryzie, warczy, za chwilę nieruchomieje starając się wtopić w otoczenie. Rozpaczliwa obrona generuje błędy. Zapewne dzieje się tak, gdyż naturalnym językiem Polańskiego, którym porozumiewa się ze światem jest kino.

graf: Sony Pictures Classics/Supplied by LMK / Bulls

P.S.
Nie czytałem wywiadu w G.Wyborczej i nie zamierzam czytać. Bardziej zaniepokoiło mnie pozytywne zainteresowanie Polańskim z przeciwnej strony sceny politycznej.

KONSERWATYŚCI vs EKOLODZY

Pamiętam, że dawno temu popełniłem tekst o tym, że nasz relatywny/względny dobrobyt okupiony jest ceną, o której wolimy nie mówić lub o niej nie wiedzieć. Kupując w sklepie czekoladę cieszymy się, że jest tania. W Polsce, w której wcale nie tak dawno czekolada była towarem luksusowym, jesteśmy wciąż gotowi wyjść na ulice w obronie tego by Polaka było na nią stać. Nie mamy pomysłu na to, jak zwiększyć dochody, więc chcemy czekolady, która nie zrujnuje nam portfela.

Czy gotowi bylibyśmy zapłacić 1.60 PLN więcej za tabliczkę w imię polepszenia warunków pracy i płacy na plantacjach kakao w Afryce? Teoretycznie tak, choć natychmiast pojawia się pytanie czy pieniądze z takiej podwyżki trafiłyby do zainteresowanych (a nie utknęły gdzieś po drodze) lub czy spadek popytu wywołany podwyżką cen nie wepchnie w jeszcze głębszy kryzys afrykańskich pracowników – niejednokrotnie dzieci?
Gdy Gazeta Wyborcza opisywała niedawno jak działają firmy zatrudniające przy obieraniu cebuli, trudno było uwierzyć, że to dzieje się w Polsce i w XXI w. Jednak dziennikarz miał usłyszeć od ludzi z „terenu”:
– Po co pan to rusza? Tu w byłych PGR-ach nie ma żadnej pracy, więc te 50 czy 70 zł to dla ludzi i tak jakaś szansa na przetrwanie. Chcecie odebrać im nawet to? Gdy cena wzrośnie zostaniemy zalani cebulą chińską.
Zasypiamy więc spokojniej, bo może i niewolnictwo, może i w skrajnych warunkach, ale przecież kupując relatywnie tanią obraną cebulę nie skazujemy innych na śmierć głodową, chronimy lokalny rynek, a zresztą, przecież ci ludzie mogli skończyć studia i wyjechać gdzieś za chlebem. Wymówek znajdziemy wiele by pozostawić świat takim jakim jest.

Temat „ukrytych kosztów” powrócił przypadkiem w dyskusji o ekologii. Okazało się bowiem, że każdy smartfon czy elektryczny samochód musi posiadać baterię a bateria to kobalt a kobalt to znów Afryka. Dwa lata temu (2017) stacja Sky News przedstawiła dziennikarski raport ukazujący niechcianą prawdę o wydobyciu tego surowca. Temat został odgrzebany z czeluści internetu i rzucony w twarz ekologom z pytaniem: „Jak wasze morale?”.
Powszechnie wiadomo, że aktywizm w XXI w. polega w dużej mierze na klikaniu w klawiatury (niejednokrotnie smartfonów), więc zamieszanie wybuchło nieuchronnie. Ktoś zapyta: „Co ma ekologia do warunków pracy w Afryce?” – jednak nie zabrzmi taki argument zbyt dobrze. Skoro jakaś grupa ludzi staje w obronie ludzkości i planety a jednocześnie nieszczególnie interesuje ją los obecnie żyjących to jakoś trudno uniknąć skojarzenia z podejściem aktywistów pro-life, którzy interesują się bezpieczeństwem życia jedynie do chwili narodzin.

Konserwatyści szybko odnaleźli się w roli obrońców współczesnego człowieka z Bangladeszu, Afryki (ale i ze Ślaska) przed złymi ekologami. Zgodnie z konserwatywną tradycją przypuszczono m.in. atak na Gretę Thunberg, która (wg. konserwatywnych źródeł) „straciła dzieciństwo” i na drogim jachcie pływa po świecie, gdy dzieci w bangladeskiej kopalni tracą zdrowie i życie. Choć trudno sobie przypomnieć, kiedy wcześniej konserwatystów interesował los bangladeskich dzieci to jednak moralny argument działa i jakoś należy się wytłumaczyć czymś lepszym niż udawaniem, że zarzut nie padł.
Cóż, problem jest taki, że na płaszczyźnie moralnej nie da się przed takim zarzutem obronić, można jedynie odbić piłeczkę i przypomnieć, że konserwatyści pozbywając się ekologów nie zajmą się dziećmi z Bangladeszu, co zresztą w wielu przypadkach – począwszy od pro-life (troska do chwili narodzin) po uchodźców – udowodniali.

Rozpoczęła się więc próba sił… a raczej próba moralności pt. „kto świętszy i kto ma świętsze idee”. Próba dokonywana w obliczu tego, że obie strony mają swoje niechciane prawdy, o których rozmawiać lub wiedzieć nie chcą, gdy racjonalnie podchodząc do tematu, to właśnie te „niechciane prawdy” są najpilniejszym problemem do rozwiązania, to one są piaskiem w trybach bardziej ambitnych zamierzeń.
O dziwo, dyskusja o tych aspektach jest obecna, choć poza granicami naszego kraju. Unijni eksperci starają się wiązać wątki, które w Polsce wyznaczają oś konfliktu. Powstają propozycje rozwiązań, które można streścić słowami: „Idziemy twardo po eko, ale nie po trupach, lecz po zachętach, bo kto zechce być eko dostanie fundusze”.
No tak, tylko co ma teraz zrobić konserwatysta, który już trzyma za gardło ekologa lecz słyszy, że gdy zostanie ekologiem dostanie niezłą sumkę? Ekolog w analogicznej sytuacji (trzymania za gardło konserwatysty) również trafia w sytuację daleką od komfortowej, bo gdy ktoś chce przekupić ludzkość „na ekologię” to nie ze składek dzieci uczestniczących w Strajkach Klimatycznych, a więc walka o eko nie jest wystarczająco czysta i czerwona. I dochodzimy do zaskakującego punktu. Zarówno najaktywniejsi ekolodzy i konserwatyści, czują że ktoś może rozwiązać problem za nich i bez nich; co gorsze, czuć na odległość woń liberałów, którym władzy dać przecież nie wolno! Cóż, liberalna wersja eko również nie jest bezgrzeszna, gdyż polega na tym, że jakieś niebiedne konsorcjum wybuduje Polakom wiatraki lub atom, dzięki czemu Polacy dostaną świeże powietrze a konsorcjum pieniądze, a dzieci w Bangladeszu.. no cóż.. jakoś to będzie. My w tym wszystkim musimy coś wybrać. Bez kosztów chyba się nie da, no może dla lepszego snu możemy coś wpłacić na Unicef.


kopalnia kobaltu (źr.graf.culturebanx.com)

DEPRESJE POWYBORCZE I NIE TYLKO

Przyznam się, że przytłoczyła mnie ilość upublicznianych w socjal-mediach „załamań nerwowych” związanych z ogłoszonymi wynikami wyborów 2019. Nawet w pewnym momencie, przemknęło mi przez myśl, że zacznę podrzynać gardła „załamanym” by uratować własne zdrowie psychiczne. Jednak zanim przeszedłem od słów do czynów przypomniałem sobie o czymś. Około miesiąca temu, wspomniano gdzieś, że wśród ludzi żywotnie zainteresowanych walką z globalnym ociepleniem, stwierdzono częstsze występowanie stanów depresyjnych będących skutkiem zderzenia świadomości zagrożeń płynących ze zmian klimatu z bezsilnością wywołaną biernością decydentów. Stan ten zyskał miano „depresji klimatycznej”.

Co ma wspólnego depresja powyborcza z klimatyczną? Otóż, w obu przypadkach występuje ten sam czynnik: długotrwały, spotęgowany lęk.
W świecie polityki, stosowanie strachu jako narzędzia nie jest niczym nowym. Zastraszeni ludzie szukają obrony, dlatego stają się bardziej otwarci na ofertę wybawienia ze strony konkretnego polityka, partii czy organizacji. Nie chcę tu mnożyć przykładów, ale np. strach przed uchodźcami w Europie skierował wielu w ramiona partii postulujących radykalne podejście do tego problemu i nie było wielkim zaskoczeniem, że animowaniem lęku zajmowali się sami wybawcy. Podobnie jest z marksizmem kulturowym, ideologią gender czy LGBT. Jednak nie oszukujmy się, narzędziowe stosowanie strachu nie jest jedynie domeną ludzi stojących po określonej stronie barykady. Jak doskonale wiemy, wg. pewnych ośrodków informacji, dyktatura PiS od czterech lat miała doprowadzić nie tylko do kryzysu ekonomicznego ale i humanitarnego. O ile rozumiemy pojęcie „incydent”, będziemy musieli przyznać, że oprócz niepokojących incydentów zagłada wciąż nie nastąpiła, a już przynajmniej w formie w jakiej ją prorokowano. Cztery lata to sporo, więc taki stan rzeczy powinien wywołać przynajmniej refleksję nad tym, na ile diagnozy odpowiadają rzeczywistości (sprawdzalność zapowiedzi) i czy nie należy się nam z tego powodu zdroworozsądkowa (bez ignorancji!) nuta dystansu?
Niestety, nie zawsze taka refleksja jest możliwa. Być może dlatego, że zorganizowany kolportaż lęków jest jak kampania reklamowa, która ma swój ustalony budżet, czas, przebieg i cel (nie każdy zauważył, że na drugi dzień po zwycięstwie wyborczym PiS w 2015 problem uchodźców przestał istnieć). Gdy taki ścisły proces wymyka się spod kontroli i kolporterami stają się zwykli ludzie, którzy np. dostrzegają podobieństwa wydarzeń obecnych z historycznymi, to skutki stają nie nieprzewidywalne, choć jeden ze skutków jesteśmy w stanie przewidzieć. Długotrwały lęk wiąże się ze stresem, a długotrwały stres prędzej czy później odbije się na każdej psychice.

Dlatego (zwracam się tu do chałupniczych ale i zawodowych siewców zagrożeń), zastanówcie się czy waszym celem, jest doprowadzenie masy pozytywnych ludzi do załamania nerwowego? Zastanówcie się czy bawiąc się w aktywizm lub politykę, posiadacie kompetencje do sterowania tym niewidzialnym żywiołem?

Strach potrafi mobilizować i niech tam, gdy rozwiązanie jest podane na tacy, można przymknąć oko. Jednak „zorganizowany strach”, który wymyka się spod kontroli i staje się „strachem szeptanym”, permanentnym, wzbogacanym przez każde kolejne ogniwo, skutki mogą być tragiczne. Propaganda Goebbelsa w oblężonym Berlinie (mniej lub bardziej słusznie demonizująca Rosjan) miała pchnąć mieszkańców do rozpaczliwej obrony, gdy realnym skutkiem było to, że setki a może tysiące Niemek popełniło samobójstwa.

P.S. Rozpalanie „entuzjazmu bez pokrycia” niesie również zagrożenie zwiększenia dotkliwości uderzania pupą o ziemię.

WŚRÓD WYBORCZEJ CISZY

Im dłużej się temu wszystkiemu przyglądam tym więcej mam powodów by nie głosować, ale podjąłem już decyzję, zagłosuję wbrew sobie, natomiast to co sobie teraz popiszę to moje.

1. Skąd wiatr wieje?
Kwestią, która mnie wyjątkowo wpienia jest oferowany szerokiej publiczności schemat rodem z dowcipu o Leninie czyli „Powiedz którego przywódcę najbardziej cenisz i dlaczego jest to Lenin?”. Czy ktoś zapytał mnie kiedyś o moje potrzeby lub o ludzi, którym ufam? Nigdy. Lista moich potrzeb (i moich kandydatów) powstaje „odgórnie” a następnie poświęca się ok. 4 lata na wbijanie mi do głowy, że to są MOJE WŁASNE życiowe potrzeby (i moi kandydaci) i żyć bez nich nie jestem w stanie. Ten wiatr nie wieje od społeczeństwa.

2. Moje priorytety?
Czy słyszeliście kiedyś w restauracji, by po zamówieniu obiadu kelner zapytał was: ale wybieracie państwo zupę, drugie czy deser, gdyż można zamówić tylko jedną z tych opcji?
Tak działa współczesna polityka a wszelka publicystyka koncentruje się na przekonywaniu, że drugie a nie deser to najlepszy wybór. Zabrzmi to niepoprawnie, ale dlaczego mam wybierać pomiędzy związkami partnerskimi a obniżeniem podatków? Czy mam w imię solidaryzmu społecznego (który zasadniczo cenię) zagłosować na partię postulującą związki partnerskie i odłożyć na bok np. obniżenie danin państwowych, które bardziej mnie dotyczą a które obiecuje inna partia? Dlaczego u diabła, muszę wybierać, czy jedno wyklucza drugie??? Takich przypadków można wymieniać bez końca i stawianie ludzi przed wyborem między wódką a zakąską jest wyjątkową paranoją. Nawet czasem zastanawiam się dlaczego ludzie nie widzą tej paranoi choć widzę, że widzą. A może wiedzą, że nie mogą tego zmienić i znów, z podkulonym ogonem podrepczą (jako i ja) do wyborów wydeptanymi ścieżkami, bo tak trzeba, bo zupa wygra z deserem?

3. „Moje” poglądy?
Spójrzmy na pojawiające się często testy preferencji wyborczych, które mają podpowiadać do kogo nam bliżej… Padam na kolana przed przenikliwością autorów, którzy zajrzeli w moją duszę, gdyż po prostu codziennie od lat budzę się zlany zimnym potem gdyż dręczy mnie pytanie czy powinniśmy zacieśniać sojusz gospodarczy z UE, USA czy Chinami? A może lepiej zapytać maklera giełdowego o to jak leczyć raka? Albo prostszy temat: czy in-vitro powinny finansować samorządy czy budżet państwa? Przecież to tak jak pytać: czy Murzyn będzie lepszym hydraulikiem od Hindusa? Nie mam zielonego pojęcia, gdyż to zależy od wielu czynników, kondycji budżetu państwa, samorządów, itp.., a tak w ogóle to mnie g… obchodzi kto za to zapłaci, bo interesuje mnie by ludzie mogli mieć dzieci, choć oczywiście nie poprę finansowania in-vitro gdy zaczną padać SOR-y.
Mamy zupełnie nowe czasy, wszystko co stare i oklepane zostaje poddane poważnej próbie, próbie którą jest pytanie o sens. Ideologie i doktryny gospodarcze są przeżytkiem, są jak Dekalog, który nagle staje się problematyczny gdy zapytamy o obronę konieczną albo rodziców, którzy gwałcą swoje dzieci.
Czy jesteśmy za przyjmowaniem uchodźców wraz z 12 tys. członków ISIS, którzy jak zapewnia Trump mają wpaść do Europy? Mam to rozstrzygać sercem czy rozumem? Nie ma nic na 100 czy 1000 lat. Rzeczywistość stale się zmienia, pojawiają się nowe problemy i czas zastanowić się czy w ogóle istnieją ponadczasowe reguły, które pozwolą wyznaczyć kierunki które nie zawiodą? PiS osiągnęło przewagę m.in. dzięki stworzeniu ideologicznego miksu, który zaspokaja zarówno oczekiwania zwolennika realnego socjalizmu PRL jak i katolickiego mnicha: „Wszystkim Wszystko”. Natomiast oferowane przez formacje opozycyjne trwanie przy „fundamentalnych” wizjach i receptach jest jak ustalanie płacy minimalnej przy całkowitym zignorowaniu faktu, że rynek nie poddaje się życzeniom ustawodawców (wierząc, że tak to działa, można byłoby prawem zakazać kryzysów!).

4. Kuźnia przekonań?
Oglądam sobie politykę w mediach społecznościowych i najlepsze są kampanie reklamowe prowadzone przez zwolenników deseru dla zwolenników deseru. Ludzie pozamykani w swoich bańkach informacyjnych ładują w siebie przekaz: „Idź głosuj, nie świruj!” jakby ktoś miał nie iść lub nie wiedział na kogo. Z takim przekazem to raczej do tych, którzy nie chcą głosować, tyko gdzie oni są? Może to ci, którzy oglądają memy z kotami, szerują dowcipy o teściowych, a jutro do roboty i byle do piąteczku? A może ci, do których przyszli przedstawiciele wszystkich politycznych religii i postanowili ich nawracać, co skończyło się kulturalnym „wy***dalać” lub przeciwnie, uległością: „tak ogólnie to jestem wierzącym ateistą, który preferuje kapitalistyczny socjalizm w kosmopolitycznym państwie narodowym”?

Pójdę, pójdę wbrew sumieniu i logice.

MASOWA INWIGILACJA – CZY ISTNIEJE

Gdyby ktoś starał się przekonać Was, że ukrywa słonia w pudełku po butach, to zapewne w większości uznalibyście taką deklarację za mocno naciąganą. Nasza niewiara wynikałaby ze zwykłej świadomości rozmiarów słoni i pudełek. Jednak w zetknięciu z pojęciem „masowej inwigilacji” dzieje się odwrotnie. Jest to zrozumiałe gdyż arkana technologii cyfrowych są wciąż postrzegane jako rodzaj czarnej magii. Brak danych o możliwościach sprzętu z którego na co dzień korzystamy zastępujemy różnorodnymi wyobrażeniami i tu mówiąc wprost – potrafimy nieco przeszacować. Gdybyśmy jednak potrafili dokonać w pełni miarodajnych szacunków, to – co czasem zdarza się – błędem byłoby wysnucie wniosku, że skoro w pudełku nie ma słonia to znaczy, że nie ma w nim zupełnie niczego.

Strona praktyczna

Kupujemy nową kamerę i kręcimy wszystko na co mamy ochotę. Zapewne dość szybko zdamy sobie sprawę z tego, że pamięć kamery jest ograniczona, dlatego zakupimy kolejne karty pamięci lub zaczniemy kasować to co uznaliśmy za zbędne. Miniaturyzacja potrafi miło zaskoczyć (skoro na karcie pamięci wielkości paznokcia możemy zapisać zawartość wielkiej biblioteki) dlatego możemy słusznie założyć, że filmy dokumentujące wybrane zdarzenia z 10 lat naszego życia zmieścimy bez problemu w paczce po zapałkach. To niewiele i zapis 10 lat życia miliona osób zająłby powierzchnię miliona paczek po zapałkach czyli gdyby ustawić je na sobie to powstałby słupek o wysokości 10 km. Zmagazynowanie takiej ilości danych jest osiągalne (np. dla rządów) zarówno pod względem miejsca przechowywania i kosztów. Zdecydowanie mniej osiągalny jest – zdałoby się banalny – cel pt.: „kto miałby to przeglądać?” (a wspomnijmy, że te milion osób każdego dnia dostarcza kilka nowych paczek). Oczywiście nie musimy zakładać, że rząd musiałby zatrudnić liczbę analityków równą (a nawet większą) liczbie inwigilowanej populacji, gdyż mamy przecież „sztuczna inteligencję”, tylko że możliwości sztucznej inteligencji również potrafimy nieco przeszacować. Uprzedzając zastrzeżenia, tak, owszem, „masowa inwigilacja” jest teoretycznie możliwa, jednak „możliwość” a więc prawdopodobieństwo np. wygranej w lotto to nie to samo co odebranie wygranej (tym także różni się matematyka od fizyki).

Czy wiecie, że na oceanach dryfują wyspy plastikowych śmieci, a jedna z takich wysp ma wielkość Francji? Nie jest to agitacja ekologiczna – choć tej również należałoby poświęcić trochę miejsca – tylko zwrócenie uwagi na to, że człowiek generuje całkiem sporo śmieci także w obszarze cyfrowym. Właściwie, to nie minąłbym się z prawdą, gdybym stwierdził, że produkujemy głównie śmieci, skoro np klienci serwisów komputerowych prosząc o „wgranie nowego systemu” zastrzegają, że można skasować wszystko, tylko jedynie zdjęcia z wesela zostawić. Ktoś, kto projektowałby masową inwigilację zetknąłby się z podobnymi uwarunkowaniami. Można podejrzewać, że służb specjalnych nie interesuje 50 milionów półgodzinnych filmików pt. „krowa je”, „pies się bawi” lub „pociąg jedzie”. Odsianie tego co interesujące od tego co nieinteresujące wymaga możliwości obliczeniowych większych niż było potrzebnych do ich stworzenia. Skutek taki łatwo opisać problemem CERN, gdzie dane ze zderzeń są stale zbierane (koszty zbierania i przechowywania sięgają miliardów euro), lecz ich analiza zderza się z problemem ich …zakorkowania. Czyli mówiąc wprost jest ich nieco więcej niż można sensownie czy na bieżąco przetworzyć.

Powiecie, że obłudnie Was tutaj uspokajam, ale zadajmy sobie praktyczne pytanie, czy jakikolwiek rozumny inwigilator miałby ochotę ponosić koszty przeglądania wyspy śmieci o rozmiarach Francji w poszukiwaniu jednego patyczka higienicznego na którym znajduje się jakiś ślad w postaci DNA? Jeżeli przerzucenie takiej sterty odpadów kosztowałoby miliard dolarów to wcześniej czy później pojawi się myśl, czy nie byłoby łatwiej takiego patyczka zdobyć inną metodą np. za 10 dolarów? Jak słusznie domyślacie się, zmierzam do tego, że zdecydowanie łatwiej i taniej inwigilować jednego opozycjonistę, niż dwoić się i troić nad wyłuskaniem jednego opozycjonisty z danych kilkudziesięciu milionów ludzi (czyli w większości danych o których już wspomniałem, a więc typu „krowa je”, „pies się bawi” lub „pociąg jedzie”). Choć miały i mają miejsce pomysły masowego poszukiwania np. „niebezpiecznych słów” zostawianych np. w internecie (co z przyczyn technicznych jest o niebo prostsze niż analiza np. filmów lub audio), to osiągnięcia związane ze stosowania tej metody nie są spektakularne i nie będę już opisywał znanych (bo komicznych) przypadków w których FBI dopadło człowieka, który kupił szybkowar lub matkę przedszkolaka, która podzieliła się wrażeniem z bombowego przyjęcia w przedszkolu. Do tego, nikt przecież nie powiedział, że cel inwigilacji w ogóle korzysta z telefonu, komputera czy internetu w ramach realizowania swojej tajemnej misji. Oznacza to mniej więcej tyle, że w wyspie śmieci w ogóle nie musi znajdować się to czego szuka „wielki śledczy”. To zmienia trochę postać rzeczy – przyznajcie.

Pod lupą

Nośność mitu „masowej inwigilacji” ma nieco inne podłoże i wracamy tu do punktu: „w pudełku nie ma słonia, ale to nie znaczy, że nic w nim nie ma”. Uogólniając – internet zbiera o nas różne dane i jest to owe ziarno prawdy, na którym buduje się różne teorie. Do rozwoju tego obszaru przyczynił się rozwój „cyfrowego marketingu” i wprowadzić musimy tutaj nowe/stare pojęcie „śladu cyfrowego” (zetknąłem się również z nazwą „punkt informacji”). Nieszczególnie przepadam za spiskogennymi nazwami, w których można zmieścić wszystko, dlatego sprecyzujmy czym są i mogą być ślady cyfrowe. Śladem cyfrowym jest np. historia odwiedzanych witryn, śladem cyfrowym jest np. informacja o zakupionych produktach, oglądanych reklamach, polubieniach w Facebooku, dane o używanym oprogramowaniu. Śladem cyfrowym mogą być także nasze personalia, nasz wizerunek, PESEL, miejsce zamieszkania, stan zdrowia, powiązania rodzinne – czyli ogólnie wszystko co mądrze lub niemądrze zostawiamy w sieci. Takie dane nieco różnią się od danych na temat każdego naszego kroku o czym była mowa wcześniej. Danych tego rodzaju jest znacznie mniej a ich przetwarzanie jest stosunkowo proste.

Praktycznie nie wiemy jak wiele „internet” wie o nas i tu jak z pojemnością mikro kart pamięci możemy zostać zaskoczeni. Algorytmy przetwarzające ślady cyfrowe są w stanie stworzyć nasz w miarę poprawny profil fizyczno-psychologiczny i to na podstawie tej bardzo małej ilości danych. Taki profil nie musi być w 100% prawdziwy (i pełny), gdyż oprócz tego, że strasznie śmiecimy to i prawdy o nas, które zostawiamy w sieci nie zawsze są całkiem prawdziwe. Jednak nie da się ukryć, że algorytm potrafi wyłonić co nieco na nasz temat jak i na temat pewnych zbiorowych trendów. Tworzenie profili i trendów nazywamy psychografią lub psychometrią (oczywiście chodzi o cyfrową odmianę tych dziedzin). Jeden z psychologów a zarazem współtwórca algorytmów stwierdził, że można dowiedzieć się więcej o nas poznając preferencje naszych znajomych niż nas samych. Brzmi ciekawie i trudno taką deklarację podważyć. Gdy mamy wśród znajomych Owsiaka, Frasyniuka, Rzeplińskiego, Biedronia i Sorosa to raczej mało prawdopodobne jest, że biegamy po mieście z flagą z krzyżem celtyckim i ryczymy coś o pedałowaniu. Takich historii o algorytmach jest wiele, ponoć stwierdzono m.in. związek np. antysemitów z sympatią do marki wafelków KiteKat.

Wielki regał zawierający skany naszych dowodów tożsamości z dopiętymi załącznikami o tym co lubimy a czego nie, stanowi jakieś źródło wiedzy o nas. Zaciera się granica pomiędzy danymi osobowymi, danymi prywatnymi lub niespersonalizowanymi identyfikatorami klienta ale podkreślmy jedno – trudno taki zbiór danych nazwać inwigilacją podobną do tej prowadzonej np. przez służby, które dysponują większością takich danych zanim w ogóle przystąpią do działań operacyjnych.
Nie oznacza to, że te dane to dane śmieciowe. Można wykorzystać je w kampaniach reklamowych a co ostatnio nieco smutne – także w kampaniach politycznych. Znając preferencje czy oczekiwania wyborców można uszyć np. „doskonały” program polityczny oraz wiedzieć komu podsunąć go pod nos, by wiedział na kogo głosować.

W pewnym sensie to nic nowego. Handlowcy i politycy od lat starają się poznać preferencje ludzi. Lata temu narzędziem służącym temu były sondaże, dziś narzędziem stał i staje się internet. Problematyczna różnica polega na tym, że dziś nie bardzo wiemy, że ktoś nas bada, jak i kiedy z tego korzysta. Pewne jest to, że zainteresowani nami nie wyciągają od nas więcej niż sami w sieci zostawiamy (celowo wyłączam tu działania hakerów, którzy działają raczej jak służby niż marketerzy).

Podsumowując. W pudełku nie ma słonia o imieniu „Masowa Inwigilacja”, natomiast jest w nim kot o imieniu „Masowe Profilowanie” i jest z nim trochę jak ze znanym kotem Schrödingera, o którym nie za bardzo wiemy czy jest żywy czy martwy. Jak dotąd nie udało się określić konkretnego wpływu jaki można za jego pomocą wywrzeć np. na proces wyborczy. Wiemy jedynie, że taki wpływ istnieje lub ma miejsce. Gdy znajdziemy odpowiedź na to pytanie, zdecydowanie łatwiej będzie stworzyć regulacje, określić ramy legalności.
Choć może będzie już za późno? 😉

ZAUFANIE

Nie wiem ile razy można odkrywać Amerykę, ale pewnie dość często, a tym częściej, gdy obserwowanie świata wokół odbiera pewność czy Amerykę na pewno odkryto. Być może brzmi trochę tajemniczo, jednak kilka sytuacji z kilku różnych obszarów znów ułożyło się w zgrabną historię, którą pozwolę sobie Wam przedstawić.

Radio TokFM, wzorując się na Guardianie, postanowiło zaostrzyć ton wypowiedzi związanych z ocieplaniem klimatu wierząc, że pomoże to w przełamaniu ludzkiego sceptycyzmu czy tzw. „denializmu”. Nie pamiętam już zaproponowanego słowniczka mającego wspomóc ten proces, ale chodziło mniej więcej o to, by zamiast „zmiany klimatyczne” stosować pojęcie „katastrofa klimatyczna”. Nie musiałem długo czekać, by pojawiły się komentarze – nie przeczę – bliskie mojemu nastawieniu do tego pomysłu. Ktoś ironicznie zagaił „a może klimatyczny holokaust?”.
Sam napisałem coś o utopijnej wierze radiowców w sprawczą moc słów, o tym, że podkręcanie „głośności” może robić wrażenie „czegoś robienia” choć to aktywność pozorna i wreszcie: „To jak ma to teraz być:
– Co zrobiliście dla walki z globalnym ociepleniem?
– Zaostrzyliśmy nazewnictwo!”.
Prawdę mówiąc przez chwilę miałem wrażenie że się czepiam, bo skąd wiem, że to nie przyniesie skutku, choć z drugiej strony czułem przez skórę, że sedno konfliktu tkwi gdzie indziej, że ludzi niepokoi wizja zamykania kopalń czyli związane z tym bezrobocie, zapaść gospodarcza górniczych regionów. Pomijanie tego tematu pogłębia tylko podejrzliwość, opór lub wyparcie. Dziad o gruszce a baba o pietruszce, trudno rokować sukces głośniejszego czy dosadniejszego mówienia o którymś z warzyw gdy nie ma płaszczyzny porozumienia. Ale to jeszcze nie najważniejsze w tym tekście.

By podbić nieco napięcie jak u Hitchcocka dodam, że podobnie potraktowałem decyzję jednego z przyjaciół-znajomych, który uznał, że czas skończyć z intelektualnym gadaniem a czas zacząć mówić wprost „PIS Wy****lać!!!”. Tu zaproponowałem wzmocnienie przekazu marszczeniem brwi co powinno zdecydowanie przyspieszyć upadek PiSu.

Bo na czym to właściwie polega? Otóż w obu przypadkach (i kilku innych, do których nawiążę) chodzi o bardzo proste słowo, o którym – jak o tym, że Ameryka została odkryta – nieco zapomnieliśmy. To słowo to „zaufanie”.
Osoba której ufam może mi powiedzieć coś szeptem i to wystarczy, gdy nawet darcie ze mnie pasów w celu przekonania mnie do jakiejś racji przez osobę, której nie ufam nie przyniesie skutku. Perswazja (podnoszenie głosu, niekiedy perswazja upaństwowiona) daje efekt krótkotrwały. Można kogoś zakrzyczeć, wyszydzić, zawstydzić, zastraszyć ale w głębi duszy on i tak będzie swoje wiedział, a gdy tylko poczuje okazję da temu upust.
Zupełnie inaczej dzieje się gdy perswazję zastąpi zaufanie, zaufanie otwiera zupełnie inne, głębsze wrota.

I owszem, tu i ówdzie dostrzegany jest ten element i przebąkuje się coś o konieczności odzyskania zaufania wyborców, pacjentów, uczniów, jednak ten proces idzie koślawo o ile w ogóle. Dzieje się tak, gdyż okoliczności są specyficzne. Można naprawdę robić wiele dla budowania swojego wiarygodnego wizerunku, ale niewiele należy oczekiwać, gdy wielokrotnie większa grupa ludzi będzie działać na rzecz unurzania tego wizerunku w błocie.

O niszczeniu zaufania

Możecie się nie zgadzać, ale powtórzę swoją starą mantrę: „winny jest internet”. Żadne inne medium nie wpłynęło tak głęboko na podważenie zaufania do ludzi czy instytucji cieszących się jako takim autorytetem i zaufaniem. Ucierpiały polityka, państwo, medycyna, nauka. W internecie plotka nabrała prędkości turbo i stała się faktem, to w internecie ludzie znikąd i bez dorobku stali się przewodnikami tłumów a manipulacja sięgnęła perfekcyjnych poziomów. Wyobraźcie sobie człowieka, który poświęca 20 lat na badanie zmian klimatycznych, który dzieli się swoją wiedzą, gdy pada magiczne: „ale przecież ten gość donosił na katolików w PRL”. Wyobraźcie sobie lekarza z 30-letnim stażem, który mówi o tym co myśli i co wie o szczepionkach, gdy pada magiczne: „ten gość jest skorumpowany przez przemysł farmaceutyczny!”. Mógłbym wymienić tu wiele podobnych zarzutów dając pod namysł ich niezwykłą lepkość (skuteczność).

Gra polskimi (a może ogólnoludzkimi) uprzedzeniami, lękami, jest naprawdę skuteczna. Niegdyś, wystarczało wskazanie na Żydów jako nosicieli tyfusu i wszawicy, by zbudować lub pogłębić społeczny dystans lub wprost odrazę. Ale to nie koniec, ta operacja zataczała kolejne kręgi działając już niczym perpetuum mobile, gdyż ci którzy w imię honoru i zasad postanawiali trwać przy Żydach, stawali się dla otoczenia potencjalnymi nosicielami zarazy przez sam kontakt ze „źródłem zła”. Dziś rolę wszy i tyfusu pełnią „podejrzane idee”: gender, LGBT, ekologia za którymi ma stać sam Lucyfer i apokalipsa, a więc cały ten spisek – „marksizm kulturowy”.
Kto zna listę polskich uprzedzeń ten zna klucz do polskich serc (statystycznych) i jest w stanie spokojnie zarządzać społecznym zaufaniem. Korupcja, donosicielstwo, żydostwo, „lewactwo”, niepowszechne preferencje seksualne, zdradzieckość. Fenomenalne w swojej prostocie zarzuty, nie do obalenia, gdyż jak obalić zarzut brania w łapę? Przecież to tak jak tłumaczyć się z tego, że nie miało się kontaktów cielesnych z diabłem.

O budowaniu zaufania

Smuci, że XXI w. wszystko co zostało powiedziane wcześniej działa, ale czy są wyjścia? Poszukiwania sposobu odbudowy zaufania w obecnych realiach przypominają poszukiwania świętego Graala. W jakimś stopniu zrozumiała jest towarzysząca temu bezsilność, która podpowiada, że może dałoby się zakrzyczeć swoją niemoc, zaostrzyć kurs, zakląć los pozorem działania na rzecz tego co ważne, ale to chroni chyba tylko przed szaleństwem.

Wbrew pozorom święty Graal istnieje, tylko musimy sięgnąć do podstaw, podstaw które logika nie wiedzieć czemu omija. Zastanówcie się, komu i dlaczego łatwiej nam zaufać? Na płaszczyźnie czysto ludzkiej zaufamy tym którzy podali nam rękę w trudnej chwili, którzy uczynili jakiś niewielki gest, którzy wzięli nas w obronę, byli obecni, zapewnili bezpieczeństwo, którzy zostali przy nas nawet gdy zrobiliśmy coś złego. Nie zaufamy tym, którzy napinają się i krzyczą, że są warci zaufania (tym jeszcze mniej skłonni będziemy zaufać), nie zaczniemy ufać tym, którzy szantażują nas twierdząc, że nasz brak zaufania do nich jest skutkiem naszych problemów z piątą klepką. Jesteśmy gotowi zaufać tym, którzy coś dla nas bezpośrednio zrobili lub przynajmniej potrafili nas przekonać, że to zrobili a do tego z potrzeby serca. Obecnie i nierzadko mamy ufać tym, którym nie powierzylibyśmy kluczy od domu.
Jest nad czym popracować.

Zostań bohaterem codzienności.
Na zdjęciu nowojorski policjant kupił buty bosemu bezdomnemu.

NA WŁASNĄ RĘKĘ…?

Prawdę mówiąc, pisanie o niezorganizowanym oporze, ma w obecnej chwili wiele wspólnego z „Polak mądr po szkodzie…”, jednak na swoje usprawiedliwienie mam to, że szkoda do póki nie zaistnieje jest tylko możliwością, gdy szkoda zaistniała staje się faktem. Z faktami pracuje się zdecydowanie lepiej, dlatego pozwólcie, że pozostawię kilka myśli.

Choć od wielu lat wspomina się tu i ówdzie o wątpliwej skuteczności „pospolitego ruszenia” zgrabnie opisanego przez klasyka: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i? – jakoś to będzie!”, to wciąż nie podchodzimy do instytucji „pospolitego ruszenia” z rozsądną dozą dystansu, wciąż traktujemy takie „zrywy” z pewnym szacunkiem i sentymentem. Poniekąd rzecz można zrozumieć, gdyż w każdej dobrej bajce w odpowiedniej chwili przybywa kawaleria, odsiecz lub co w tym tekście ważniejsze „ludzie się ruszą” czyli nie pozwolą na to czy na tamto. Jednak tylko w bajkach wszystkie takie historie kończą się zwycięstwem. W życiu bywa różnie i w pewnym sensie zabawne jest, że samo podważanie „husarskiej natury i zdolności” Polaków, wiązać się może z podejrzeniami o antypatriotyzm, agenturalność czy postradanie zmysłów. Mimo to zaryzykuję.

Moje wątpliwości związane ze skutecznością „ludowych zrywów” wynikły m.in. z dość banalnego powodu. W opracowaniach historycznych dotyczących różnych konfliktów zbrojnych (nie tylko polskich), zawsze intrygowało mnie coś czego wcześniej w ogóle nie brałem pod uwagę, a były to kwestie zaopatrzenia. Napotykając dokumenty związane z tą kwestią, przestawałem widzieć wojnę z perspektywy heroizmu pola walki a zaczynałem rozumieć, jak żołnierze na pole walki w ogóle trafili a do tego skąd brali do walki siły. Gdzieś za pięknymi ideałami stał ściśle zorganizowany „przemysł”, którego rozmiary uświadamiały mi, że przeciętna wojna lub bitwa nie były skutkiem skrzyknięcia się przypadkowych ludzi stojących w obliczu jakiegoś zagrożenia. Tuż obok kwestii zaopatrzenia pojawiał się temat propagandy (w tym neutralnym znaczeniu) – również magiczny obszar. Niemal każda organizacja była zaopatrzona w „wydział propagandy”, który szczegółowo określał co mówić, czego słuchać i co myśleć a przekaz był kierowany tak do „swoich” jak i „obcych” (choć oczywiście nie ten sam). Moja idealistyczna naiwność przechodziła trudną próbę.

Nie chcę tu powiedzieć, że „my tego nie wiemy”. Wiemy, wiemy o tym, że ktoś pociąga za sznurki, tylko mało wiemy o tym z czego te sznurki są zrobione i co siedzi w głowie animatorów. Chcąc lepiej zilustrować problem odpowiedzcie sobie intuicyjnie na pytanie, kto stworzył ISIS (Państwo Islamskie)? W dość popularnym rozumieniu jest to zryw przepełnionych fanatyczną nienawiścią, tępych i niecywilizowanych sympatyków kóz, którym zamarzyło się panowanie nad światem. Gdy dołączmy pytanie o przywództwo tu będzie już trudniej, choć wykręcimy się wskazaniem na religię, natomiast pytanie o „strukturę” pozostanie poza zasięgiem większości. Scalmy teraz ten obraz z rzeczywistością, w której tępy (choć religijny) sympatyk kóz posługuje się najnowszą wojskową technologią komunikacyjną i bronią, potrafi przez lata wodzić za nos najlepsze armie świata, wydaje technicznie bezbłędną prasę, potrafi wstrząsnąć internetem, przejmuje kontrolę nad znajdującym się w jego zasięgu przemysłem wydobywczym a do tego potrafi plony wydobycia sprzedać na całym świecie. Trochę dużo, jak na nierozgarniętego sympatyka kóz.

I oczywiście tu również możemy powiedzieć, że o tym wiemy, ale to wciąż tylko piana na wierzchu kufla. Weźmy Ukrainę, bardzo szybko zrozumieliśmy, że spontaniczny zryw utożsamiających się z Rosją górników w Donbasie to mało przekonująca opcja, gdy owi górnicy nagle stają się specjalistami w obsłudze nowoczesnego wojskowego sprzętu. Tu nie mieliśmy problemu ze zlokalizowaniem „siły sprawczej” czyli Rosji, ale pojawił się mały problem, gdyż tej oczywistości za nic nie jesteśmy w stanie udowodnić, ba, nie tylko my, bo i decydenci tego świata mają z tym problem. (W przypadku ISIS, dopiero po latach ustalono, że w grupie pociągających za sznurki znajdują się kompleksowo wyszkoleni – także w dziedzinie propagandy – byli oficerowie armii irackiej).

Mógłbym wymienić całą masę przykładów (także pozytywnych np. Ruch Praw Obywatelskich M.L.Kinga), w których pozornie spontaniczne pospolite ruszenia okazywały się skutecznie dowodzonymi i zorganizowanymi akcjami. Tu oczywiście trafiamy na „śliski grunt”, gdyż może pojawić się zarzut, że „Solidarność”, „Euromaidan”, „KOD”, etc. były organizowane przez ciemne siły z USA, Niemiec czy innych podejrzanych ośrodków. Cóż, przy tym punkcie poznajmy jeden z kluczowych w propagandzie elementów: „zarzuć przeciwnikowi to co sam robisz” (a każdy chyba słyszał o tym, że KOD – a nawet cała opozycja – to organizacja terrorystyczna finansowana i zarządzana przez Sorosa?).

Zestawmy teraz to co zostało pokrótce powiedziane z naszą polską rzeczywistością. Jeszcze nie tak dawno, tysiące pełnych zapału ludzi wychodziło na ulice, krzyczało do obojętnych „chodźcie z nami!”, lecz mijał dzień lub dwa i ten zapał zanikał, o braku efektów nie wspominając. Nagle okazywało się, że pospolite ruszenie znacznie lepiej miałoby się gdyby posiadało środki transportu, namioty lub żywność potrzebną na dłuższy protest czy choćby wodę mineralną na upalne dni. Nagle okazywało się, że nie ma jakiejś wiodącej idei, choć nawet gdy namiastka takowej istniała to nie istniała „bibuła” (prasa podziemna), nie istniał nikt kto potrafił przekonująco powiedzieć ludziom „wytrwajcie” a wsłuchując się w żarliwe wystąpienia mówców, można było zadać sobie pytanie: „wszystko pięknie, tylko kto mi da wolne?”. Można powiedzieć, że wszelkie wymienione i niewymienione braki próbowano łatać na bieżąco (tu dopiero można wspomnieć o udziale partii opozycyjnych, które starały się przejąć kontrolę nad owym „pospolitym ruszeniem” – autobusy, estrady, itd).
Potencjalnie rzecz można porównać do planu zbrojnego przejęcia miasta z myślą, że broń konieczną do tego przejęcia pozyska się na miejscu np. atakując jakiś miejscowy magazyn broni. Czy ma to szanse powodzenia? W teorii.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja „po drugiej stronie barykady”, kiedy statystyczny kibic doskonale wie co krzyczeć i mówić widząc kamerę, jak reagować na wrogich dziennikarzy czy dokumentalistów, jak zachowywać się w przypadku zatrzymania, jak uzasadniać swoje zachowanie, jakie transparenty nosić przez przypadek przechodząc w przypadkowym miejscu, itd, itp. Nawet niedawny Białystok był imponującym spektaklem socjotechnik. Z uwagi na to, że materiałów wystarczyłoby na książkę, wspomnijmy człowieka, który stanął z wózkiem z dzieckiem naprzeciw gotowego do interwencji kordonu policji lub rozpłakaną dziewczynę, która widząc aresztowanie jednego z gorliwych uczestników zawodziła „zostawcie ojca!” a do ludzi za plecami „policja znów ukradnie mu pieniądze”. Jeżeli ktoś zestawi takie działania z potocznym obrazem idącego na żywioł tępego kibola, to chcąc nie chcą będzie zmuszony nieco swoje poglądy zweryfikować.
Oczywiście pojawiło się domniemanie tzw. „sprawstwa kierowniczego” ze strony kilku działaczy PiS, tyle że zarzut ten oparto na zdjęciu, na którym ktoś stoi obok kogoś, gdy dla ewentualnego śledztwa lepsze byłoby nagranie co wówczas mówiono lub raczej co mówiono na długo przed tym zanim do protestów doszło. Nie dziwmy się jednak takim brakom, „tajemnica jest siostrą konspiracji”.

Ostatnia kwestia, którą chciałem poruszyć to propaganda uprawiana na własną rękę. Chyba każdy obecny opozycjonista miał w rodzinie kogoś, kto należał do zwycięskiej Solidarności (lub sam należał), co w mniemaniu niektórych jest równoznaczne z posiadaniem właściwych kompetencji i cech koniecznych do prowadzenia wielkich ruchów społecznych. Prawdę powiedziawszy, taki stan rzeczy jest spójny z dość popularnym przekonaniem o tym, że Polacy znają się na wszystkim, niezależnie czy jest to pilotowanie Tupolewa czy wchodzenie na szczyty Himalajów. W tak utalentowanym społeczeństwie przywódcą może zostać każdy, każdy może zostać wieszczem, każdy może zostać wielkim organizatorem i… zostaje. Problem w tym, że rzeczywistość często, szybko i dotkliwie weryfikuje takie kompetencje.

Odchodząc nieco od tematyki politycznej, ale pozostając przy propagandzie, Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne w 2017 zwróciło uwagę na pojawienie się nowego zaburzenia, które można byłoby roboczo nazwać „eko-depresją”. (…) Lęk ten wynika z rosnącej świadomości ekologicznej społeczeństwa oraz rosnącej troski o środowisko i otoczenie. Długotrwały stan bezradności wobec zachodzących zmian klimatycznych często prowadzi do fobii lub depresji.(…) i dalej (…) W badaniach skoncentrowano się na opisaniu objawów, jakie towarzyszą lękom – od zmartwień o losy świata, aż po gwałtowne ataki paniki. Psychologowie zaalarmowali, że w cięższych przypadkach lęk może przypominać stany, w których znajdują się ofiary klęsk żywiołowych (…).
Podając ten przykład chcę zwrócić uwagę na negatywny wpływ niekompetentnej, rozproszonej (chaotycznej) propagandy, która może mieć działanie przeciwskuteczne i zamiast motywować może obniżać morale – czy jest lepszy sposób na uziemienie wyznaczonych celów? Nie warto już chyba szerzej wspominać o tym, że straszenie potworem czającym się za rogiem jest skuteczne tylko kilka razy, a dość szybkim efektem jest zobojętnienie lub ironiczne traktowanie takich ostrzeżeń. W kraju, w którym każdy jest zawodowym propagandystą (bo ma internet) jest to poważny problem.

Można oczywiście powiedzieć, że opozycyjna nieudolność jest także jej pancerzem przed zarzutem sterowania i organizowania przez obce i wrogie siły, bo gdyby takie siły istniały i posiadały wystarczający potencjał to zapewne obecna polityczna rzeczywistość naszego kraju byłaby zupełnie inna. Jest to jednak szukanie szczęścia w nieszczęściu.


(źr. gr. IAAC Blog)

SPRAWCZOŚĆ PIS, czyli… DLACZEGO TO DZIAŁA

Co jakiś czas pojawia się słowo „sprawczość”, jako wytłumaczenie magicznej przewagi PiS nad całą armią uznawanych za światłych, kompetentnych, fachowców z opozycji. Dla wielu, taka sytuacja to całkowity dramat i absurd, a więc też powód do krytyki (nie zawsze wybrednej). Jednak krytyka niewiele zmienia. Na czym to polega?

Wyobraźcie sobie awarię hydrauliczną w Waszym domu. Zależy Wam na tym, by usterka została usunięta jak najszybciej. Przetrząsacie internet w poszukiwaniu idealnego fachowca, woda chlupie pod waszymi stopami i sięga już kostek, gdy akurat przechodzi obok Waszego domu pan Stefan, ogrodnik z sąsiedztwa, który mówi: „zaraz sobie z tym poradzimy”. Po chwili wraca ze skrzynką z narzędziami, tu postukał, tam przykręcił, woda została zatamowana.
Pan Stefan pokazał „sprawczość” .
Teraz zmieńmy nieco sytuację. Zatrudniamy fachowca z najlepszymi referencjami lecz ten (zdarza się) kapituluje na polu walki, po czym stara się tłumaczyć swoją niemoc, co jest nie tak, jak wiele wie, co należałoby kupić, ale że to kosztuje, itd, itp. Wiedza fachowca jest nam psu na budę, gdyż woda już sięga kolan. Myślimy: „no niby taki mądry fachowiec, a nie potrafi„.
(Dzwonimy po Stefana).

Sprawczość i kompetencje choć powinny być nieodłącznymi przyjaciółmi to nie zawsze nimi są. Bardzo łatwo w tym kontekście zrozumieć opór ludzi wobec walki z globalnym ociepleniem lub to, że wolą korzystać z usług znachorów a nie lekarzy.
Wielu słysząc o globalnym ociepleniu wygląda przez okno i uznaje, że to jakiś bluff – bo nic nie widać. Ktoś idzie do lekarza i umiera, więc jakie kompetencje ma lekarz lub ile one są warte?
Pamiętajmy: Kompetencji nie widać(!!!)

I teraz do sedna. Co nam po kompetencjach opozycjonistów skoro ci nie potrafią przez 4 lata zawiązać nawet roboczego sojuszu? Praktyka zaczyna podważać teorię! Media „opozycyjne” tętnią od przemądrych debat, analiz, itd, itp. Co z tego? Nic.
Zbierzmy teraz w całość takie konteksty – gdy coś nie wychodziło – (łącznie z obietnicami wyborczymi sprzed lat) i będzie bardzo łatwo – oglądając całokształt – o wniosek, że opozycja po prostu „nie umi”, natomiast PiS, choć niedoskonałe coś stara się robić i robi. Nie zapominajmy, że pan Stefan, hydraulik-amator, dokonując kilku udanych napraw stale krąży pomiędzy domami pytając, czy komuś coś się nie zepsuło, gdy fachowiec z opozycji siedzi od czterech lat w domu i stara się wymyślić super promocyjny tekst na swoją stronę internetową, który przyciągnie miliony klientów. Dodajmy, że pan Stefan chodząc od domu do domu chętnie opowiada spotykanym ludziom o tym, jak to fachowcom z internetu się nie udało i że ta cała wiedza akademicka jest funta kłaków nie warta. Co robi w tym czasie fachowiec? Powiększa na swojej witrynie czcionkę w napisie: „Nie korzystaj z usług fałszywych fachowców” i podziwia jej czerwony kolor myśląc: „Ale Stefanowi dokopałem”.

Oczywiście możemy tu sobie dyskutować o tym, że naprawy Stefana mogą nie być na lata, tyle że one są w ogóle(!). Stefan nie deklaruje, że zrobi po wyborach – robi przed wyborami, nie zapewnia że się zna, tylko robi jak potrafi zyskując przy tym punkty za zaangażowanie i bycie pod ręką.

Wiedza, kompetencje, deklaracje nie zasłonią braku sprawczości.

P.S. Tak ku refleksjom:
„Jeżeli coś wydaje się głupie, ale działa, to znaczy, że nie jest głupie”.

NIE MA DEMOKRACJI TAM, GDZIE…

Nie ma demokracji tam, gdzie obywatele nie posiadają wpływu na politykę (czy to przez brak dialogu, konsultacji, czy brak swojej reprezentacji w parlamencie). Nie ma demokracji tam gdzie wybrani przez połowę połowy uprawnionych do głosowania uzurpują sobie prawo do decydowania o życiu 3/4 pozostałych. Nie ma demokracji tam, gdzie istnieją nasi i nie nasi sędziowie, nasze związki zawodowe i nie nasze związki zawodowe, nasi i nie nasi urzędnicy. Nie ma demokracji tam, gdzie prawa podstawowe obywateli i ich ochrona nie są gwarantowane. Nie ma demokracji tam, gdzie to co wspólne służy interesom jednej partii (media publiczne, edukacja). Nie ma demokracji tam gdzie interesy partyjne stawiane są ponad interesem zbiorowym. O istnieniu demokracji nie świadczą deklaracje.

Można spierać się o kierunki rozwoju, priorytety, wartości, idee polityczne, prognozy ale konieczny jest fundament, który na to pozwala. Ten fundament to demokracja i o ten fundament warto zawalczyć.


(graf.zr.houseofswitzerland.org)