Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

PRZEGRALIŚMY, ŻYJEMY

Przegraliśmy wybory. Entuzjazm nas nieco opuścił, „lepszy normalny świat” raczej oddalił się niż zbliżył. Niczym kibice przegranej drużyny rozchodzimy się do swoich „bezpiecznych” przestrzeni. Ci którzy wciąż wierzą, wznoszą jeszcze głośne okrzyki, mówią o odegraniu się, ale drudzy (może większość) postanowili zamienić się w przetrwalniki, które w świecie bakterii mogą pozostawać uśpione nawet setki lub tysiące lat. Smak porażki i pytanie: o co się szarpać gdy świat działa wg. niepojętych reguł, gdzie wszystko co wiemy, potrafimy i w co wierzymy okazuje się mieć wartość książki trzymanej w zakurzonej walizce na strychu?

W ramach szokowej terapii dowiedzieliśmy się, że istnieje inna wolność, niechby nazywana otumanioną, sztuczną, niepojętą ale ta wolność odniosła sukces. Ludzie, którzy w nią wierzyli wykazali o wiele większą determinację, możliwości organizacyjne, mobilizacyjne, skuteczność. Dziś postanowili nas uszczęśliwić, a nam wciąż trudno zrozumieć, że nie wszyscy myślą o tej samej wolności, że niektórych burka, krzyż, broń w szufladzie czy wrogie podejście do ‚niepasujących do szablonu’ czynią wolnymi, ba, nasza wolność skrzywdziłaby ich(!). Wolałem słowo „normalność”, ale domyślam się, że świat podsłuchów czy całodobowego ścigania tajemnych zdrajców ojczyzny, również może być dla kogoś normalnością.

W naszym „anty-obozie” zdania na temat wolności również były podzielone, niestety, poszliśmy w rozsypkę tuż przed główną wyborczą bitwą. Nie zdawaliśmy sobie sprawy ze skutków wyboru pomiędzy „głosowaniem za wyznawanymi ideałami” a „głosowaniem przeciwko temu, kto te ideały może zniszczyć”. Jednak kto znał przyszłość, kto miał być spoiwem? Koalicja nie wyszła, mieliśmy dość „zgranych” twarzy, nie pojawiły się żadne silne, nowe, do tego LGBT, feminizm, gender, świeckość, Ukraina, Rosja, UE, uchodźcy, Żydzi, PRL i marihuana. Nakreślono tak wiele linii podziałów, że nawet nie sposób oddać tego w jakimś obrazowym schemacie, choć od drugiej strony rzecz jest klarowna: „My Suweren jesteśmy (temu) przeciw!”.

KOD miał wyrwać ludzi z amoku, nawet rozpalił entuzjazm, uznano, że tak również można o coś zawalczyć. Skuteczność? Porównanie KOD do Hamasu i ignorancja „bo My! Suweren mamy dziś władzę, a nie wy …”. Dlaczego tak łatwo to idzie?
Cóż, weźmy choćby spór o Trybunał. Z pozoru walka o fundament – trójpodział władzy, a w szczegółach…. Zazdroszczę niemieckim sędziom konstytucyjnym którzy mogą powiedzieć wprost „Mamy większy mandat demokratyczny niż rząd, gdyż wybiera nas 2/3 parlamentu” (w Polsce sędziowie wybierani są większością głosów). Czy trudne jest wyprowadzenie z tego punktu wniosku (choćby kołtuńskiego), że większość ubiegłego sejmu wybierała własnych sędziów lub że na patologię należy odpowiedzieć patologią z wyższej konieczności? Walka o stan „idealny” gdy ten idealny nie był nie jest słodka.

Jak długo to potrwa?
Ktoś powie: „Gdy nic nie zrobimy to bardzo długo” ale czy właśnie to co robiliśmy nie doprowadziło nas do punktu, w którym znaleźliśmy się? A. Einstein miał powiedzieć kiedyś: „głupotą jest robić to samo i oczekiwać innych rezultatów”. Może warto o tym pomyśleć.

phil

ZAWÓD: SZARLATAN

Mogłoby się wydawać, że zawód wędrownego kupca-magika wykorzystującego ludzką łatwowierność należy do przeszłości. Nic bardziej mylnego. Szacuje się, że dochody współczesnych szarlatanów sięgają milionów, co świadczy nie tylko o nich ale i ich klientach. Oczywiście prawo wywarło swój wpływ: współcześni przedstawiciele nurtu nie są tak groźni jak jeszcze kilka lat temu, nie oferują podejrzanych specyfików, stali się bardziej ostrożni w promowaniu alternatywnych terapii, nie starają się zbyt silnie wpływać na swoich pacjentów sugerując im rezygnację ze standardowego leczenia. Ich działalność zdaje się czynić szkodę wyłącznie portfelom tych, którzy płacą kilkakrotnie więcej za ten sam specyfik, który można nabyć w zwykłej aptece, ale jest coś jeszcze.

Handlarzom, którzy za wszelką cenę chcą utrzymać się na rynku zdominowanym przez potężną konkurencję pozostaje niekiedy tylko kampania negatywna. Chcąc udowodnić, że ich produkt jest lepszy, muszą udowodnić, że produkt konkurenta jest gorszy i gra ta praktycznie nie posiada żadnych reguł. Kampanię negatywną chroni wolność słowa dająca prawo publicznego plotkowania, spekulowania, domniemywania, podejrzewania co ochoczo wykorzystywane jest w reklamie. Koniec końców, sugerowanie realnych czy wydumanych wad konkurencji nie napotyka większych oporów.

Kluczem do sukcesu – gwarantującym pełną bezkarność i szereg korzyści okazuje się metoda stara jak świat – teoria spisku*. Najlepiej sięgnąć po sprawdzone wzorce:
– spisek żydowski –
„Jak powszechnie wiadomo” Żyda nie widać, rządzi światem, wciąż knuje i wysysa krew z dobrych i bogobojnych autochtonów. Skoro rządzi światem, to rządzi także rządami i przemysłem farmaceutycznym. Dowody? Proszę bardzo: „Żydzi w Izraelu umierają na raka rzadziej niż chorzy w Europie a to dlatego, że żydowscy lekarze w Europie realizują plan eksterminacji nie-żydów poprzez chemioterapię. Żydzi wpływają na rządy państw tak, by ten proces szedł pełną parą przy jednoczesnym blokowaniu rozwoju tradycyjnej (narodowej i zgodnej z dekalogiem), leśnej medycyny.
Pozwólcie, że pominę milczeniem autora tej rewelacji, ale jeżeli ktoś zechce dopytywać to chętnie się podzielę, albo odeślę wprost do jego sklepu.
– spisek nazistów –
Obrzydzenie produktów np. firmy Bayer jest jeszcze prostsze. Wystarczy wspomnieć eksperymenty medyczne przeprowadzane w obozach koncentracyjnych przy udziale ówczesnych niemieckich koncernów farmaceutycznych by zasugerować ciągłość procederu. Czy można zaufać firmie, pod której nosem rozwijał się proces zaplanowanego mordowania milionów? Czy testowane leki nie służyły eksterminacji, czy współczesna produkcja nie służy takiemu celowi? (to również autentyk).
– spisek wykształciuchów –
Nie wierzcie nauce – nauka to banda skorumpowanych przez koncerny cwaniaków, którzy wydadzą dowolną ekspertyzę o ile ktoś dobrze zapłaci. Nie wierzcie lekarzom, którzy zapiszą wam nie to co wam pomoże ale to co przyniesie im dochód. Policzcie ofiary szpitalnego leczenia, by zdać sobie sprawę z tego, że klasyczna medycyna nie leczy lecz zabija i jest to zaplanowane działanie! Nie wierzcie aptekarzom, nie wierzcie dziennikarzom będącym na usługach koncernów, nie wierzcie politykom, którzy za krwawe pieniądze uniemożliwiają działalność tym, którzy realnie chcą wam pomagać. Nie usłyszelibyście o tym gdyby nie internet i niezależne źródła, które mówią o tym jaka jest prawda.

Z takimi argumentami trudno polemizować i niechby, wolność słowa i wolny rynek pozwalają na takie praktyki, to dzieje się także coś głębszego i niestety ponurego: dokonuje się nie tylko odgrzewanie negatywnych stereotypów ale podważone zostaje też wszystko co cieszyło się przez dziesięciolecia szacunkiem oraz zaufaniem.
Czy komercyjny cel usprawiedliwia metodę? Nawet gdy przyjmiemy część argumentów za zasadne, to czy wpływ na ogólny wizerunek środowisk, instytucji, a nawet polityki nie powinien napawać nas grozą?

Pojawiły się głosy mówiące o tym, że ogólnie pojęta „naturoterapia” jest tańsza od klasycznej opieki medycznej. Nie trzeba kształcić specjalistów, nie trzeba prowadzić badań, kontrolować przebiegu produkcji leków czy leczenia, nie trzeba budować szpitali (można leczyć się w domu). Skoro słowa i wiara w niezwykłe właściwości duszy działają ze skutecznością placebo (nawet 30-50%) to ze względów ekonomicznych poważne branie pod uwagę tej alternatywy jest zasadne. Pozostaje jedynie 50-70% przypadków, w których placebo nie działa lub nie ma prawa zadziałać. Czy ci ludzie usłyszą, że nie osiągnęli odpowiedniego poziomu rozwoju duchowego, więc sami są sobie winni?

Perspektywy rozwoju naturoterapii są obiecujące. Naturoterapeuci z chęcią przejmą sektor uprawy leczniczej marihuany, dostarczą alternatywnych szczepionek i co ważne nie poniosą żadnej odpowiedzialności gdyż powołają się na wolność wyboru, którą posiada pacjent.

snake-oil-salesman


* Teoria spiskowa wspiera budowę syndromu oblężonej twierdzy sprzyjającego jednoczeniu szeregów i izolacji od zewnętrznych źródeł. To klasyczne narzędzie psychomanipulacji.

TRUDNY ŚWIAT

Kiedy młodzi w ramach subkulturowego buntu zaczynają wielbić konserwatyzm a leciwi przedstawiciele społeczeństwa wykazują zainteresowanie egzotycznymi nurtami filozoficznymi pokroju NEW AGE pozostaje stwierdzić:
– Przesadzono, świat stał się zbyt trudny dla zwykłego człowieka.

Proste odpowiedzi i rozwiązania stały się obiektem zbiorowego głodu z czego szybko skorzystali populistyczni politycy, szarlatani i podobni, choć pogłębili jedynie problem. Mający nieść ratunek przedstawiciele polityki, nauki, prawa, biurokraci rozłożyli ręce: Nie możemy nic zrobić, nie możemy się cofnąć.

Gdy jeszcze kilka lat temu mówiono wiele o ekonomicznym rozwarstwieniu społecznym, to dziś doświadczamy kolejnego rozwarstwienia i trudno użyć słowa „intelektualnego”, choć o taki zakres chodzi. Z jednej strony naukowcy zderzający hadrony a z drugiej ludzie biegający po ulicach ze smartfonami w poszukiwaniu pokemonów. Z jednej strony przeintelektualizowana lewica, z drugiej prostacka prawica…. jakby zapadł się gdzieś środek. Ten środek stanowiła niegdyś klasa średnia. Owszem, taki projekt jak 500+ może pomóc stworzyć ekonomiczną klasę średnią (tak mieli uczynić Orban czy Erdogan) ale co z nazywaną szeroko cywilizacją? Wrócimy mentalnie do średniowiecza?

Dwa światy rozdzielają się coraz silniej, a mostów coraz mniej.

Można zapytać: kogo obchodzi jakaś cywilizacja? Czy musimy się rozwijać, pędzić w kosmos? Co nam to daje, gdy mamy problem ze zrozumieniem regulaminu usługi oferującej nam złote góry za ćwierć ceny? Nowe źródła energii? Może i przydatne, ale po co nam one będą w kalifacie?

Spory i rozmowy o skrajnościach ukazują, że można osiągnąć konsensus, konsensus w postaci stwierdzenia uznanego przez strony: wszystko jest wielkim G. Jednak optymizm buntuje się: „No przecież tak nie można, jakieś światła w tunelu są… znaczy mogą być… znaczy ewentualnie powinny być”.

chaos

MOJA INKWIZYCJA

Po trosze z przypadku odkryłem w sobie inkwizytora. Wystarczyło kiść niedorzeczności uznać za herezję by ruszył proces torturowania czarownicy. Tym razem padło na Stasia, który oddał się z upodobaniem ezoterycznej samo-naprawie.

Ezoteryka to nie najlepsze słowo, gdyż jaką wiedzą tajemną jest pisanie o czymś w publicznym blogu? – jednak opisywanie rzeczywistości pod szyldem: „Prawda jest zupełnie inna niż myślicie. Ja ją znam i krzewię” – wzbudziło pewną ciekawość. Okulbaczyłem konia, w juki wetknąłem stare księgi i ruszyłem do odległej pustelni, by poddać głoszoną prawdę próbie zgodności z pismem świętym… tfu! z logiką i tzw. aktualnym stanem wiedzy. Proces badania trwał dosyć długo, więc nie przypomnę już sobie, które słowo było pierwsze, a które kolejne. O jednym przekonałem się najprędzej: „W pracy inkwizytorskiej poznałem zbyt wiele z głoszonych prawd, by uznać je za plon samodzielnych odkryć podejrzanego”:
– Zdradź Stasiu wspólników i to jak kontaktujesz się z diabłem, przyznaj się po dobroci, zanim wyciągnę straszliwe narzędzia!

Staś bez większych oporów wspomniał licznych, niewartych modlitwy skazanych na stos, szubienicę czy poćwiartowanie, którzy głosili podobne do jego przekonań lecz zastrzegł, że w osobiste kontakty z Lucyferem jak i pozostałymi nie wchodził. Podejrzany przyznał, że poznawał spisywane przez nich księgi magiczne, słuchał ich mów na miejskich rynkach ale brał z nich tylko to co osobiście mogło mu służyć. Wymienił zbawienne efekty różnorakich wywarów i zaklęć, które uwiarygodnił własnym uśmiechem i dobrym samopoczuciem.

Podjąłem kolejną kwestię:
– Chodzą słuchy o tym, że nauczasz ludzi a jednak część tez, które propagujesz nie są zgodne z doktryną!

Usłyszałem wiele gorzkich i nierzadko prawdziwych słów o „moim kościele” oraz samej doktrynie. O tym, że nie wszystkie modlitwy działają, nie wszyscy kapłani kierują się przypodobaniem stwórcy, nęci ich mamona, blask sławy, władza. Skoro tworzą tę wiarę tak mizerne persony, to jak wierzyć samej wierze? Zaoponowałem:

– W każdym stadzie odnajdziemy czarne owce, ale czy można na tej podstawie oskarżyć całe stado a co gorsza ideę? Wśród heretyków mamy stada pełne czarnych owiec! Zresztą, ja tu jestem inkwizytorem!

Im bardziej starałem się skupiać na wyłuskiwaniu podejrzanych założeń w naukach Stasia, które chciałem poddać dyskusji, tym narastał jego opór. Owe wyłuskiwane ziarna herezji starał się zakryć wielkim baldachimem dobra, serca, miłości co zdawało się się ucieczką od tematu. Ilekroć udawałem się na spoczynek, opowiadał ludziom zaglądającym przez okienko jego celi o tym jak bardzo się mylę.

Któregoś wieczora zapaliłem świecę, rozpostarłem na starym stole pergamin i zacząłem spisywać protokół: „Podejrzany przekonująco wyparł się relacji z diabłem. Nie potwierdziły się również doniesienia o jego zażyłych kontaktach z groźnymi heretykami. Nie kupczy z nimi, nie knuje, nie kaptuje. Podejrzany potępił nawet te działania wrogów „kościoła”, które wielu z nich zaprowadziły na stos”…
Zadumałem się:
– To do czego zmierza nie jest złe, ba! jest dobre, ścieżki jedynie nazbyt pokrętne…
Umoczyłem pióro w atramencie:

„Niewinny od najcięższych zarzutów” – podpisałem i przybiłem pieczęć.

Z nieuchwytnej przyczyny odetchnąłem z ulgą. Nie wiecie bowiem o tym, że łączyła nas onegdaj długotrwała przyjaźń, która z powodu zwiększenia się liczby moich obowiązków (nie tylko inkwizytorskich) została narażona na próbę rozłąki. Sam nie wiem czy bardziej martwiłem się o los przyjaciela czy świata i doktryny.
Może jedno i drugie, zawsze taka konstelacja stanowi kłopot.

Zacząłem przygotowywać się do powrotu. Gdy dosiadłem konia, spojrzałem przez ramię na Stasiową pustelnię. Pomyślałem o Hiszpanach, których armada zmierza ku naszym portom. Pomyślałem o tym, że gdy nie stawimy wespół oporu wyrżną w pień tak jego jak i mnie, wyplenią moją wiarę i jego, wymażą z historii i ludzkiej pamięci nasze ślady. Morze po horyzont było jednak ciche.

bilb

POLSKA – TRUDNY SOJUSZNIK

Trudny sojusznik to ktoś, kto przynależąc do zorganizowanej struktury jest skłonny do działań samowolnych. Podporządkowanie się wymogom i celom wyznaczanym przez zgromadzenie członków sojuszu traktuje wrogo, jako naruszenie własnej suwerenności, choć z drugiej strony wykazuje poważne ambicje decydowania o kształcie i kierunkach działań całej struktury. Gdy władcza ambicja trudnego sojusznika nie zostaje uwzględniona, gotów jest oczekiwaną przez siebie reakcję sojuszu wymusić czy to przez prowokowanie samodzielnie wyznaczonego zewnętrznego przeciwnika, szantażowanie członków sojuszu, tworzenie struktury w strukturze (stronnictwa, sekty), sugerowanie agenturalnej działalności na rzecz domniemanego wroga tych członków sojuszu, którzy nie aprobują proponowanej przez niego linii.
„Trudny sojusznik” to ciągły problem i niepewne ogniwo gotowe doprowadzić do kryzysu a nawet rozpadu sojuszu. Konieczność ciągłego spoglądania mu na ręce odwraca uwagę od poważnych i długofalowych zadań. Trudny sojusznik zdaje się zupełnie nie rozumieć tego, że jego poczucie siły wynika wyłącznie z uczestnictwa w sojuszu, który swoją postawą oraz działaniami sabotuje i osłabia.

nato

INŻYNIERIA SPOŁECZNA – SPRZĘŻENIE ZWROTNE

Inżynierię społeczną kojarzymy na ogół z totalitaryzmami, w których grupa sprawująca władzę stara się ukształtować sposób myślenia i postępowania ogółu wg. ustalonego wzorca i co można dodać: wzorca przynoszącego zasadniczą korzyść jedynie grupie sprawującej władzę. Realizacja projektów inżynierii społecznej wymaga przejęcia, stworzenia, podporządkowania wszelkich nośników informacji, kultury, komunikacji, edukacji oraz ograniczenia dostępu do innych źródeł spoza kontrolowanego obszaru. Projekt taki rozłożony jest na lata i koncentruje się zazwyczaj na kształtowaniu młodych pokoleń.

Internet – posądzicie mnie o małą obsesję – stworzył wyłom w sferze obiegu informacji. Trudno współcześnie oczekiwać możliwości wdrażania projektów inżynierii społecznej w tradycyjnej formie. Kontrolowanie tzw. „mainstreamu”, rozmów telefonicznych, ośrodków religijnych, kulturalnych czy procesu edukacji nie da spodziewanych wyników, gdyż coraz większa liczba ludzi komunikuje się, kształtuje opinie, pozyskuje wiedzę za pomocą internetu. Zakusy kontrolowania sieci spotykają się z bardzo silnym sprzeciwem, dlatego działania władz – o ile te posiadają totalitarne ambicje – muszą być bardzo ostrożne w tej materii. Istnieje jednak drugie dno.
O ile tradycyjnie realizowana inżynieria społeczna napotkałaby opór to sam internet generuje tysiące, niekiedy bardzo indywidualnych, samodzielnych projektów mających na celu kształtowanie świadomości i postaw. Powiecie: tak działa społeczeństwo, różne grupy ludzi darzących się sympatiami lub wspólnymi celami od wieków realizowały jakieś własne plany, zawiązywano stowarzyszenia, itd., itp. To prawda, ale gdy te bardzo różnorodne grupy będą posiadać wspólny mianownik? Wyobraźcie sobie dowolne forum ezoteryczne. Liczycie uczestników i uznajecie, że to garstka bez większego wpływu ma kształt „ogółu”. Co gdy takich forów są setki tysięcy? Jaki mają wpływ na „zbiorową świadomość”? Można tu przywołać brytyjskie statystyki, które ukazały, że blisko połowa Wyspiarzy wierzy w zabobony. Podobnie można potraktować np. „zgrupowania” ludzi klasyfikujących siebie jako nacjonaliści. Grupy te mogą być pół-martwe i praktycznie niepowiązane ze sobą, jednak scala je kilka elementów ideologicznych czy wspólna niechęć np. do komunistów, demokratów, liberałów. Ma to swoje oczywiste konsekwencje wyborcze. Zadajmy sobie teraz pytanie:
– czy w interesie władzy o totalitarnych ambicjach będzie ograniczanie czy kontrolowanie takich inicjatyw? Nie. W jej interesie będzie właśnie ich wspieranie czy to medialne, czy materialne, a że w polityce nie ma nic za darmo, tak i tu pojawi się element długu i zadośćuczynienia.

Wolność może być drogą do zniewolenia, o tyle groźniejszą, że przyjętą samodzielnie
i w zgodzie z „etyką niezależności”.
Zauważcie tzw. „ruchy tożsamościowe” w Europie, na świecie. Jestem wciąż pod wrażeniem tego, że anty-systemowy bunt młodych przeradza się w pochwałę konserwatyzmu – to prawdziwy ewenement. Czy zwolennicy rzeczywiście chcą feudalnych teokracji, podziałów klasowych, kontroli każdego aspektu ich życia? Sądzę, że nie, choć ich punkt widzenia sprzyja wynoszeniu do władzy tych, którym takie właśnie porządki bardzo odpowiadają.

Obserwując przemiany w Polsce, Europie i poza nią, trudno nie dostrzec samo-realizacji opisanego wyżej scenariusza, nawet gdy wspomniani w nim ludzie zastrzegają, że dysponują w miarę mocną polityczną intuicją. Ośrodki odpowiedzialne, racjonalne, naukowe, dzielące się rzetelną informacją zanikają, są wypierane przez nieskrępowaną ‚wolność’, gdy – o zgrozo! – właśnie dzięki wywalczonej niegdyś wolności ośrodki te mogły zaistnieć i to one stanowiły pierwszą linię frontu przeciwko manipulacji związanej ze społeczną inżynierią. „Cios w plecy”.

eginers
(graph.:esc.fnwi.uva.nl)

CZASY TRUDNEJ POLITYKI

Pożegnaliśmy erę kontroli informacji, wiodących nurtów, słusznych linii. Neoliberałowie powinni poczuć satysfakcję, gdyż monopole medialne straciły na znaczeniu i obecnie każdy może wytwarzać lub odbierać dowolny przekaz. Milton Friedman zakładał, że wywołany takim otwarciem chaos uporządkuje z sukcesem „niewidzialna ręka rynku” zastępująca interwencje ze strony państwa. Jednak czy ludzie samodzielnie wykształcą mechanizmy porządkujące, obronne? Będziemy mogli obserwować sprawdzalność tej teorii, póki co licząc trupy.

Coraz częściej boję się tego, że mogę napisać w sieci co myślę. Nie jestem w stanie przewidzieć skutków i możecie powiedzieć, że przemawia przeze mnie próżność skoro mój głos jest zaledwie jednym z miliardów, więc dlaczego miałby na coś wpłynąć?
Być może, jednak podobnej do mojej refleksji nie zauważam przynajmniej u milionów.

Internet stał się papierkiem lakmusowym. Chcąc sprawdzić potencjał dowolnej myśli, projektu, idei wystarczy wprowadzić w obieg hasło i obserwować reakcje. Idea negowana lub przemilczana przez mainstream, a nawet naukę może doskonale sprzedać się w wolnym obiegu a to już może być sygnałem dla polityków, by o czymś mówić otwarcie.
W internecie każda idea znajdzie swoich zwolenników. Wystarczy ją podlewarować, okrasić kilkoma lotnymi sloganami, symbolami by stała się znacząca, by uruchomić efekt śnieżnej kuli. Znaczek „Lubię to” może zamieścić człowiek z dowolnego miejsca na ziemi a milion popierających lokalny polityczny projekt robi wrażenie, tylko czy głosują lokalsi? Nikt tego nie sprawdza, liczy się to, że jest „branie”.

„Kontrola informacji”, która wydaje się antidotum na nieporządek, kojarzy się źle, godzi w poczucie „wolności słowa”, kojarzy się z tym, że ktoś, gdzieś w ciemnym gabinecie wykreśla czarnym markerem to co nie powinno trafić do ogółu lub dopisuje to co do ogółu trafić powinno. My Polacy doskonale rozumiemy czym była „polityczna cenzura” dlatego duch anarchizmu wyrażania myśli jest w nas silny. Czasem jednak oczekujemy reakcji systemu, nie oponujemy gdy z obiegu znika przekaz terrorystyczny, pedofilski, scena gwałtu. Okazuje się, że wolność wyrażania poglądów nie w każdym przypadku jest dla nas piękna, tylko co będzie gdy system nie zadziała?

Historia ruandyjskiego radia powinna być dla każdego przestrogą. Zaczynało się od muzyki i żartów, skończyło się na zachętach do zabijania, radio było „wszędzie”, władze nie reagowały, radio władzy sprzyjało. Możemy twierdzić, że jesteśmy cywilizowani, dobrzy i nawet gdyby wszystkie portale mówiły jednym głosem, to ludzie nie wyjdą na ulice z maczetami, bo nawet nie ma tylu w sprzedaży. Możemy twierdzić, że duch chrześcijańskiego miłosierdzia unosi się nad nami, tylko jak ukazała Młodzież Wszechpolska bardzo łatwo z idei „jezusowych” przejść do starotestamentowych zaleceń dotyczących np. homoseksualistów. Przed drugą wojną światową również wielu mówiło „to niemożliwe” a przed pierwszą niemal wszyscy.
Niemożliwe staje się coraz częściej możliwe i tak zwolennicy jak i przeciwnicy m.in. północno-afrykańskich reżimów nie przewidzieli powstań, długotrwałych wojen, mas uchodźców. Mówili tylko co myślą, a rola internetu w Wiośnie Arabskiej była ogromna: pomimo cenzury w tradycyjnych mediach, głoszeń w meczetach, ludzie dzięki sieci dowiedzieli się, że myślą podobnie, że mogą coś zdziałać. Sieciowy tłum postępuje zgodnie z obserwacjami badaczy sprzed 100 lat. Tłum jest zdolny tak do czynów szlachetnych jak i podłych, zależy kto go animuje. ISIS bez internetu byłoby marginalną grupą wywrotowców bez szans. Bez internetu ukraiński Majdan wyglądałby zupełnie inaczej, bez internetu miliony uchodźców nie wiedziałyby dokąd (do jakiego raju) zmierzają. To dzieje się na naszych oczach, a co najciekawsze lubujemy się w obciążaniu sprawstwem jakichś mrocznych sił politycznie dobranych, bo przecież nie sieć, sieć jest nasza, są w niej wszyscy nasi przyjaciele.

Tradycyjne metody uprawiania polityki stają się przeszłością. Rękę na pulsie trzymali ludzie d/s rynku, którzy szybko zdali sobie sprawę z tego, że internet zmienił całkowicie reguły. Z marketingu „statycznego”, w którym efekty kampanii reklamowych badano po tygodniach lub miesiącach dokonano przejścia do marketingu „aktywnego” w którym efekty można badać w czasie rzeczywistym, on-line i co najważniejsze bardzo szybko zmieniać to co już w pierwszej fazie nie przynosi oczekiwanych skutków. Reakcja polityki na wpływ internetu jest znacznie wolniejsza. Wielu wciąż ufa w stabilność tego co było stabilne 10 czy 20 lat temu, a przecież nawet fizykę klasyczną wypiera kwantowa, która z dnia na dzień wzbogaciła się o miliardy ekspertów – również dzięki internetowi.

Mówi się, że każde pokolenie, w pewnym momencie zaczyna dziwić się coraz bardziej niezrozumiałej rzeczywistości, zbyt nowoczesnej, zbyt tajemniczej, szybkiej a nawet głupiej. Czy doświadczamy jedynie naturalnego cyklu, czy czegoś więcej? Czy świat zawali się? Z pewnością zawali się jakiś stary świat.

running
(fot:istockphotos.com)

LIST DO NAS (UKRAINA)

Nie wiem jak zacząć, więc zacznę od biurokracji. Tak bardzo irytująca nas biurokracja jest wiernym odzwierciedleniem naszej polskiej (słowiańskiej) mentalności. Lubimy sobie pogadać, popisać i pragniemy jednocześnie by ktoś kto nas słucha i czyta pochylił się nad każdym zdaniem, zadumał i stwierdził: „Tak masz rację, musimy coś z tym zrobić” (i zrobić). W praktyce wygląda to tak, że 10 tys. ludzi pisze jednocześnie rozwlekłe (w zamyśle precyzyjne) listy do polityka czy urzędnika licząc na to, że akurat jego sprawa zostanie dogłębnie przebadana, pozytywnie rozpatrzona a do tego w znośnym terminie. Jest to technicznie niewykonalne i gorzkim przykładem skutków są sądy tonące w pozwach (akurat sądy – w przeciwieństwie do wielkich korporacji – muszą każdą sprawę wziąć pod uwagę). To dziwne, że nasze umiłowanie wytwarzania nadmiaru słów zupełnie nie przeszkadza nam w wymaganiu szybkich decyzji, reakcji – prawdopodobnie nie zauważamy związku (nie nazwę tego egoizmem, choć taka postawa ma coś z głębokiej koncentracji na sobie), a to, że milczący telefon w biurze obsługi klienta jest dla nas dowodem pomiatania klientem a nie np. skutkiem przeciążenia linii przez nam podobnych – pozostawiam na boku. Nie dziwmy się, urzędnicy są także Polakami.

Grupa ukraińskich intelektualistów (w tym dwóch byłych prezydentów i patriarcha kijowski) wystosowali list do Polaków. Treść przypomina znane w Polsce orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich, które pamiętamy jako: „przebaczamy
i prosimy o przebaczenie”. Pomimo, że rozmiar tekstu raczej zawęża krąg jego odbiorców ucieszyłem się, gdyż list Ukraińców jest prawdopodobnie dokumentem najwyższej dotychczas rangi a chęć zmierzenia się z trudną historią na tak wysokim szczeblu jest z pewnością dobrym znakiem.

W trakcie lektury natrafiam jednak na zdanie:
„Prosimy o wybaczenie za popełnione zbrodnie i krzywdy – to nasz główny motyw. Prosimy o wybaczenie i tak samo przebaczamy zbrodnie i krzywdy uczynione nam – to jedyne uczucia, które powinny być w każdym ukraińskim i polskim sercu pragnącym pokoju i porozumienia.”

Pierwsza moja myśl – wybaczcie szczerość – brzmiała: „Tak nie pisze się przeprosin, gdyż trudno je odróżnić od oskarżeń” ale to nie była najistotniejsza refleksja. Postawiłem się na miejscu przeciętnego Polaka, który słysząc o winach polskich wobec Ukraińców popukałby się w czoło. Niestety, bracia Ukraińcy, wiedza w Polsce o tym co Polska uczyniła Ukrainie jest tak samo powszechna jak na Ukrainie wiedza o tym co Ukraińcy uczynili Polakom. Nasze narody jednakowo czują się ofiarami wzajemnych negatywnych wpływów. Naprawdę nieliczni – do których należę – są w stanie zadać sobie pytanie o źródła nienawiści – by zrozumieć. W większości przypadków przyjmuje się najprostszą odpowiedź „Ukraińcy/Polacy to genetyczni zbrodniarze a krzywdzenie innych narodów – a w szczególności siebie nawzajem – mają we krwi”.

Obraz Ukraińca w Polsce ukształtowały praktycznie trzy historie. Rzeź Wołyńska, obozy koncentracyjne i okupowana Warszawa. Niemal każda relacja ocalałych z pierwszych obozów koncentracyjnych zawiera wzmiankę o ubranych w czarne uniformy ukraińskich „najemnych” strażnikach. Faktem jest, że relacje te nie są zawsze negatywne, niekiedy odnajdujemy w nich współczucie, gdyż w przypadku niesubordynacji wobec niemieckich zwierzchników status ukraińskich strażników okazywał się niewiele wyższy od statusu więźniów a właściwie równy. Nie pozostaje jednak żadna wątpliwość co do tego, że staliśmy po dwóch stronach barykady. Obecność Ukraińskiej Policji Pomocniczej (Ukrainische Hilfspolizei) zapamiętali nawet Warszawiacy.

Dziś możemy starać się zrozumieć to, że wykorzystano Was, że podgrzewano Wasze uprzedzenia. W 1940 roku, Hans Frank (w latach 1939–1945 generalny gubernator okupowanych ziem polskich) powiedział:
W rozwiązaniu tych problemów (polski ruch oporu) przyjdzie wam z pomocą 600 tys. Ukraińców, wrogów Polski od kolebki. Będziemy świadomie przyciągać tych Ukraińców i angażować ich do policji oraz służb publicznych. Mamy pod ręką sokoły, które nie będą oszczędzać Polaków„.
UH uczestniczyła (ponoć z zapałem) także w likwidacji gett.

Jako Polak nie mam najmniejszego problemu z wymienieniem win ukraińskich wobec moich rodaków. Zapewne (o czym już wspomniałem) również Wy, bracia Ukraińcy nie macie problemu z wymienieniem setek aktów dyskryminacji i prześladowania Was przez Polaków. Tylko, że tam my jak i Wy – statystycznie, jako narody – o tym nie wiemy. Wychowuje się w nas poczuciu dumy z własnych historii, którą tworzyły wyłącznie jednostki szlachetne, warte szacunku i naśladowania. W naszych historiach to my byliśmy napadani, gwałceni i mordowani. Nigdy nie byliśmy napastnikami, zawsze przestrzegaliśmy praw, a kiedy już gdzieś wtrącaliśmy się to zawsze w obronie wolności „naszej i waszej”. Nie jestem pewien czy powołanie kolejnego tworu w rodzaju „Polsko-Rosyjska Grupa do Spraw Trudnych” co wydaje się być konsekwencją listu coś zmieni, a przynajmniej szybko. Przede wszystkim nie jestem pewien, czy jestem właściwym adresatem Waszych słów.
Nie oceniam Was przez pryzmat historii a więc czy powinienem wybaczać? Obserwuję współczesną wymianę kulturalną, występy ukraińskich zespołów muzycznych, wielu Ukraińców pracuje w Polsce. Historyczne zadry w ogromnej mierze zostały zasypane kurzem czasu. Nie jestem uprzedzony, natomiast ci, do których prawdopodobnie list został skierowany ze swoich uprzedzeń nie zrezygnują. Ci, którzy nienawidzą i chcą widzieć Ukrainę na kolanach, błagającą o przebaczenie nie zamierzają podać po jezusowemu ręki i rzec „wstań i nie grzesz więcej”. Nienawiść do Ukraińców spaja ich szeregi, oni muszą posiadać zewnętrznego wroga. Choć nienawiść do Ukraińców została częściowo wyparta przez nienawiść do uchodźców i muzułmanów, to jednak te polskie grupy bardzo sprawnie przejmują narrację rosyjską (typu: Ukraińcy to faszyści), dlatego reaktywacja antagonizmów jest bardzo prosta.

Popieram intencje, podzielam ideę wzmacniania pozytywnych relacji między naszymi narodami, ale czy pogrążanie się w martyrologii lub „nieufność” wobec Rosji mogą stać się trwałym fundamentem naszej zgody? To wschodni model sprawowania polityki. Wznieśmy się ponad to. Budujmy pozytywne relacje międzyludzkie, zwalczajmy akty wzajemnej wrogości, studźmy ekstremizmy. Od ponad 50 lat nie wyrządziliśmy sobie szkody, to wystarczająco długo by zapomnieć, by nowe pokolenia były dla siebie otwartymi księgami. W dobie internetu jest to trudne, gdyż sieć stała się tubą propagandy nienawiści, wytykania i wyolbrzymiania najdrobniejszych błędów, nierzadko idiotycznego interpretowania zdarzeń. Doceniam list jako gest, choć znam również swój naród i wiem, że część moich rodaków lubuje się w rozdrapywaniu blizn i jątrzeniu niezagojonych ran, oni nie wybaczą i nie zapomną. Ja nie muszę wybaczać i nie proszę o wybaczenie. Część mojej rodziny uniknęła rzezi na Wołyniu, gdyż została ostrzeżona przez… Ukraińca. Powikłane są ścieżki naszych historii, tak jak powikłane są ścieżki prowadzące do wolności.

Drodzy Pobratymcy,

zbliżają się dni pamięci po poległych synach i córkach naszych narodów. W historii stosunków Ukraińców i Polaków jest wiele kart zarówno jednoczących nas jak braci, jak i krwawych. Epizodem szczególnie bolesnym i dla Ukrainy, i dla Polski pozostaje tragedia Wołynia i polsko-ukraińskiego konfliktu z lat II wojny światowej, w wyniku którego zginęły tysiące niewinnych braci i sióstr.

Zabijanie niewinnych ludzi nie ma usprawiedliwienia.

Prosimy o wybaczenie za popełnione zbrodnie i krzywdy – to nasz główny motyw. Prosimy o wybaczenie i tak samo przebaczamy zbrodnie i krzywdy uczynione nam – to jedyne uczucia, które powinny być w każdym ukraińskim i polskim sercu pragnącym pokoju i porozumienia.

Morderstwa, tortury, poniżanie z pobudek religijnych lub narodowych, społeczny wyzysk i deportacje – nasze narody dobrze znają te słowa. Zaznaliśmy każdego z tych cierpień.

Dopóki będą żyć nasze narody, dopóty będą nas boleć rany historii. Ale żyć będą nasze narody tylko wtedy, jeśli – na przekór przeszłości – nauczymy się traktować siebie nawzajem jak równych sobie pobratymców.

Największym złem w naszych stosunkach była nierówność wynikająca z braku państwa ukraińskiego. Katastrofa ukraińskiej państwowości prowadziła do ruiny państwowości polskiej. Ta reguła to tragiczny aksjomat stosunków między Ukrainą a Polską.

Państwo ukraińskie stoi jeszcze przed zadaniem pełnego sformułowania swego całościowego i godnego stosunku do doświadczeń, jakie przeszliśmy, ich przyczyn, a także własnej odpowiedzialności za przeszłość i przyszłość.

Polska myśl winna w pełni uznać samodzielność ukraińskiej tradycji narodowej jako sprawiedliwej i godnej szacunku walki o własną państwowość i niepodległość. Uznajmy wreszcie siebie nawzajem zarówno w myśli, jak i w sercu. Najważniejszym pomnikiem naszych narodów staną się nie osobne panteony, lecz wyciągnięte ku sobie ręce.

Współczesna wojna Rosji przeciwko Ukrainie jeszcze bardziej zbliżyła nasze narody. Walcząc przeciwko Ukrainie, Moskwa prowadzi również ofensywę przeciwko Polsce i całemu wolnemu światu.

Dziś przypominamy o tym ze szczególną troską, aby przestrzec polityków obu krajów przed mową nienawiści i wrogości, która może wyprzeć chrześcijańskie poczucie przebaczenia i porozumienia. Tragedie przeszłości wymagają pokuty. Ale wykorzystywanie wspólnego bólu do politycznych rozrachunków doprowadzi do niekończących się oskarżeń. Krzywda jest bowiem zawsze obustronna – i wobec mogił, i wobec pamięci, i wobec przyszłości.

Wzywamy naszych sojuszników, polskie władze państwowe i parlamentarzystów, aby nie przyjmowali jakichkolwiek niewyważonych deklaracji politycznych, które nie ukoją bólu, lecz jedynie przysporzą korzyści naszym wspólnym wrogom. Nie mamy wątpliwości – ofiarami ich wrogiej propagandy staną się oba społeczeństwa.

Pamiętajmy również, że Kijów i Warszawa to strategiczna wschodnia opoka całej Europy. Musimy sobie uświadomić, że przykład naszego porozumienia może się stać wzorem dla całej przestrzeni europejskiej.

W przeddzień uroczystości rocznicowych, które w lipcu odbędą się w obu państwach, wzywamy do powrotu do tradycji wspólnych apeli parlamentarnych – nie dzieliły nas one, ale łączyły w pokucie i wybaczeniu. Kierując się duchem braterstwa, wzywamy razem do ustanowienia wspólnego Dnia Pamięci Ofiar Naszej Przeszłości i Wiary w Niepowtórzenie się Zła.

Wieczna i godna pamięć o naszych świętościach zależy od wielkiego i mądrego porozumienia między nami zawartego na zawsze.

Wierzymy, że nasz głos zostanie usłyszany przez polskie społeczeństwo.

Leonid Krawczuk, prezydent Ukrainy (1991-94);
Wiktor Juszczenko, prezydent Ukrainy (2005-10);
patriarcha kijowski i Wszechrusi-Ukrainy Filaret, Ukraiński Kościół Prawosławny Patriarchatu Kijowskiego;
Światosław Szewczuk, najwyższy arcybiskup Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego;
Wiaczesław Briuchowecki, literaturoznawca, honorowy rektor Narodowego Uniwersytetu „Akademia Kijowsko-Mohylańska”;
Iwan Wasiunyk, współprzewodniczący Obywatelskiego Komitetu na rzecz Uczczenia Pamięci Ofiar Hołodomoru – ludobójstwa lat 1932-33, wicepremier Ukrainy (2007-10);
Iwan Dziuba, akademik, literaturoznawca, działacz społeczny;
Danyło Łubkiwski, zastępca ministra spraw zagranicznych Ukrainy (2014);
Dmytro Pawłyczko, poeta, działacz polityczno-społeczny;
Wołodymyr Panczenko, literaturoznawca, pisarz, profesor Narodowego Uniwersytetu „Akademia Kijowsko-Mohylańska”;
Myrosław Popowycz, akademik, filozof, dyrektor Instytutu Filozofii im. Hrihorija Skoworody;
Wadim Skuratowski, historyk sztuki, literaturoznawca, akademik Narodowej Akademii Sztuk Ukrainy;
Ihor Juchnowski, akademik, pierwszy prezes Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej.

ukraina

PATRIOTYZM Z TARGOWISKA

Od kilku dni, krąży w sieci list wnuczki rtm. W. Pileckiego

Drodzy Państwo

Jestem oburzona tym , że w ostatnim czasie środowiska polityczne i narodowe wykorzystują wizerunek i życiorys mojego dziadka dla własnych, partykularnych interesów i rozgrywek.

Rtm. Witold Pilecki służył nie Polsce podzielonej, ale Polsce wolnej od uprzedzeń, podziałów i nienawiści. Witold nie dzielił ludzi ze względu na światopogląd i wyznanie, nikogo nie wykluczał. Był człowiekiem wielkiej wiary w Boga i człowieka.

Szczególny mój sprzeciw wywołały marsze w Toruniu i wczorajszy w Łodzi zorganizowany przez ONR i Młodzież Wszechpolską w czasie trudnym dla naszej rodziny, w rocznicę zamordowania dziadka.
Proszę wszystkich Patriotów : zapoznajcie się z życiorysem i raportami Witolda.
Patriotyzm i nacjonalizm to przeciwieństwa!… Patriota chce DOBRA dla kraju, nacjonalista chce kraju dla siebie…

z poważaniem Beata Pilecka-Różycka
Warszawa 26 maja , 2016

Gdzieś w tyle głowy zaświtała mi domyślna odpowiedź wymienionych środowisk, ale pozostanę przy łagodniejszej wersji:
– Czy to źle, że młodzi ludzie sięgają do patriotycznej przeszłości i czy należy im to utrudniać?

A jednak..
Choć autorka listu wskazuje osobiste, polityczne i ideologiczne aspekty problemu, to nie porusza, moim (i nie tylko moim) zdaniem dość istotnej o ile nie fundamentalnej kwestii.
Porównując zdjęcia, czyny, poezje, język wspomnień m.in. Powstańców Warszawskich z dokonaniami ich współczesnych „naśladowców” osiągniemy raczej żenujący wniosek: przepaść. Fakt, można próbować tę różnicę bronić tym, że historię wygładzano, wyodrębniano z niej chwalebne wątki pomijając milczeniem te mniej dumne. Czy jednak po stronie współczesnych, rodzimych patriotów-nacjonalistów możemy wyodrębnić coś wartego naśladowania, zapisania w historii? W mojej subiektywnej, skromnej ocenie „NIE” i nie mam na myśli zasług, których współcześni ze zrozumiałych względów nie posiadają ale samo to jak zaczynają. Porównywanie tzw. „kibolstwa ustawkowego” do harcerzy z Szarych Szeregów (co bywa sugestywnie nam przekazywane) jest chore, wyjątkowo prymitywne, śmieszne lub jak kto woli krzywdzące. Z pewnością nie są to „tacy sami młodzi ludzie”.

Polski „kulturowy dualizm” trafnie opisała niedawno moja znajoma Astrid:
/…/Ostatnio odczuwam i doświadczam, że bliżej mi do pewnego typu ludzi (czuję się wśród nich lepiej i bardziej na miejscu) przez wzgląd na to, kim są, a nie z powodu miejsca w którym się urodzili. Dobrze się czuję wśród osób, które trzymają pewien poziom kultury osobistej, życzliwości wobec pozostałych, zachowują się etycznie./…/

W Stanach Zjednoczonych podobną kategorię oceny wyraża pojęcie „good moral character”, które w wolnym choć trafnym przekładzie brzmi: „Dobry Człowiek”.
W naszym kraju to kategoria wciąż niepojęta. Wiele dyskutuje się o zagrożeniu ze strony multikultikulturalizmu, o zderzeniu cywilizacji – gdy realnie od lat doświadczamy tego typu konfrontacji na własnym podwórku i nie chodzi o podziały na prawicę, lewicę, wierzących czy niewierzących. Powiedzmy sobie szczerze, zderzeń kultur (szczególnie tych osobistych) doświadczamy niemal każdego dnia: w pracy, tam gdzie mieszkamy, na ulicy, czytając lub słuchając wiadomości.

Polacy już raz doświadczyli „rewolucji kulturowej” po II wojnie światowej, kiedy to bydlak stawał się urzędnikiem skoro posiadający kompetencje do pełnienia takiej funkcji okazywał się politycznie niepoprawny. Gloryfikacja chamstwa i prymitywu w imię zdeptania i zmarginalizowania „niewygodnych” była jednym z narzędzi systemu. Prawdziwe zdziwienie wywołuje to, że powrócono do podobnych praktyk także w Wolnej Polsce, gdy uzyskaliśmy pełną swobodę rekonstruowania tego co starano się wykorzenić a co było dla nas cenne. Skutki?

W jakim punkcie znalazł się obecnie ten najbardziej jaskrawy, wyrazisty patriotyzm? Otóż, znalazł swoje tętniące źródło na targowisku. Obok t-shirta z nadrukiem „Podaj piwo kobieto” czy „Ssij” oglądamy całą galerię orłów, flag, husarzy a obsługę stanowi zapyziały sprzedawca z petem, dokładnie ten sam który jeszcze kilka lat temu oferował Che Guevarę z liśćmi marihuany. Znajdujemy patriotyzm w cuchnących mentalnym kanałem i nienawiścią „patriotycznych” portalach, w których 1/3 powierzchni zajmują reklamy producentów złotych „Polsk Walczących”. Patriotyzm odnajdujemy u spitego do nieprzytomności patrioty, którego strzeże wygrawerowany na łydce Mały Powstaniec. Wyjątkowo wyrazisty patriotyzm odnajdujemy w wystąpieniach Mędlara. Patriotyzm w takim wydaniu trudno zaakceptować dlatego wielu mówi „dość!”, izoluje się, choć nie od Polski i polskości, ale „nośników”.

Zdrowy patriotyzm spaja, sprawia, że obywatele chcą i utożsamiają się z narodowymi symbolami, z państwem, współobywatelami, historią i kulturą gdy patriotyzm potraktowany jak barwy żylety klubu piłkarskiego to nie problem ideologiczny, polityczny czy religijny. To sekciarstwo i ciemnota.

SKUTECZNOŚĆ WOBEC PROWOKACJI

Jedno jest pewne: ocena skuteczności nie powinna podlegać terminom. Niekiedy, zapoczątkowane bez fajerwerków procesy, narażone na potknięcia i wątpliwości, przynosiły po latach plony, nierzadko znacznie przekraczający oczekiwania inicjatorów. Nierzadko spektakularne i szybkie sukcesy kończyły się sromotną klęską.

Jak być skutecznym wobec prowokacji?

Jedną z fundamentalnych spraw jest znane z porzekadła niewchodzenie na terytorium idioty a mówiąc inaczej: nie należy wstępować na wyznaczone przez prowokatora ścieżki. Jeżeli prowokator oczekuje od nas danej reakcji to rozczarujmy go. Rozczarowanie prowokatora nie jest jeszcze sukcesem, ale krokiem w dobrym kierunku.

Prowokacja

Ustalmy ludzkim językiem czym jest prowokacja. Wyobraź sobie, że czytasz w sieci artykuł i zamiast chłodnej świadomości pogłębiania swojej wiedzy doznajesz emocjonalnej burzy, gniewu, goryczy, wściekłości, oburzenia, zniesmaczenia, strachu, nienawiści, skrzywdzenia, zmarginalizowania, bezsilności. Gdy doświadczasz tego typu emocji możesz mieć pewność, że autor nie miał na celu wzbogacić Cię czymkolwiek lecz wywołać taką właśnie reakcję. Możecie nie zgodzić się z tym, że prawda jest „chłodna”, że np. poznawanie historii z wielu perspektyw wzbudzi raczej nasze wątpliwości lub to, że plusy i minusy osiągną najczęściej równowagę (zero), ale z prawdą jest trochę tak jak ze sztuką. Sztuka ma pobudzić Twoją wyobraźnię, zawładnąć nią na jakiś czas, ale wszelką interpretację i emocje pozostawia Tobie. Czym innym jest tzw. „design” – mówiąc brzydko „sztuka przemysłowa”. Ten drugi rodzaj operuje tymi samymi środkami ekspresji, formy, ale cel ma zupełnie inny – ma wywołać Twoją określoną reakcję (np. zakupy w sklepie). Za przykład designu podaje się fluorescencyjne tabliczki wskazujące wyjście ewakuacyjne. Niektóre są naprawdę bardzo estetyczne, ale w najmniejszym stopniu ich celem jest wzbudzenie Twoich artystycznych uniesień.

Dlaczego prowokator wybiera emocje?

1. Emocje są silniejsze niż rozsądek, emocje są w stanie rozsądek przyćmić, odłożyć go na bok, na jakiś czas go wyeliminować, wywołać zagubienie, zapętlenie myśli. Stare porzekadło mówi „tonący brzytwy się chwyta” a robi tak dlatego, że chwyta się każdej możliwej okazji uratowania swojego życia. Prowokator podaje rozemocjonowanemu tonącemu brzytwę a nie dłoń a udaje się to dlatego, że tonący nie jest w stanie odróżnić brzytwy od dłoni. Siedząc w wygodnym fotelu trudno to sobie wyobrazić, ale tonąc zaczęlibyśmy „niemyśleć” inaczej.

2. Gdy zdarzeniom towarzyszą emocje lepiej je zapamiętujemy i bardziej te negatywne niż pozytywne, dlatego m.in. pamiętamy lepiej złe rzeczy niż dobre i tyranów bardziej niż tych dobrych. Gdy prowokator wyzwoli w nas burzę emocji (np. strach) to i jego przekaz doklejony do tych emocji zapadnie nam lepiej w pamięci. To nie matrix, ale taki implant może zostać wykorzystany w dowolnej chwili. W wielkim uproszczeniu do obrazu nawały krwiożerczych islamistów można dolepić wizerunek silnego przywódcy, który stanowi antidotum na zagrożenie. Gdy maszyna propagandowej prowokacji zadziała dobrze, to widok każdego Araba na ulicy wywoła w nas wspomnienie antidotum, a najlepiej gdy takie wspomnienie pojawi się tuż przed wyborami („najlepiej” niekoniecznie dla nas).

3. Emocje są zagadkowe, emocje są szybsze niż analiza. Napisano wiele o budowie i funkcjonowaniu mózgu dlatego nie chcę Was męczyć. W każdym razie, najpierw czujemy zapach a dopiero potem analizujemy skąd pochodzi czy co dokładnie pachnie. Zapach chloru zapewne wywoła u nas najpierw odruch wycofania niż jakąkolwiek myśli w ogóle. Stańcie kiedyś twarzą w twarz ze znajomy i ostrzeżcie go nagle, że coś leci w jego kierunku (z tyłu). Krzyknijcie: „uważaj!” i skulcie się jakbyście sami nie chcieli oberwać. Zapewniam Was (choć to zależy od Waszych zdolności aktorskich), że Wasz znajomy najpierw zrobi unik nim zacznie zastanawiać się nad tym czy mówicie prawdę.

Powiecie, że takiej analizy nie sposób zapamiętać, nie sposób uchronić się. Pocieszę Was. Nie musicie nic z powyższego pamiętać. Ogromnie często – o ile nie w zdecydowanej większości przypadków – celem prowokatora, jak internetowego trolla jest wprowadzenie zamętu, rozbicia dyskusji, zniszczenie spoiwa łączącego ludzi. Podział daje mu przewagę, gdyż w jedności moglibyście być dla niego zagrożeniem.
Tu jest w ogóle tragedia, jeżeli zdamy sobie sprawę z tego jak często i w jakich dziedzinach życia sięgano po prowokację. Prosty przykład:
Przemysłowiec chce wyżyłować do cna swoich pracowników. Pracownikom to nie podoba się więc zaczynają szeptać z niezadowoleniem między sobą. Widmo strajku czy jakiejś rewolucji zawisa nad fabryką, dlatego przemysłowiec wpada na świetny pomysł: nierównego wynagrodzenia. Jednym daje więcej, innym mniej, nagradza sukinsynów, obcina zarobki uczciwym. O ile procedura taka zostanie przeprowadzona fachowo (wielo-poziomowo np. dodanie odpowiedzialności zbiorowej, uruchomienie sieci kapusiów /wzbudzenie nieufności/), to nie tylko załoga podzieli się na lepszych i gorszych (niewspółpracujących ze sobą), ale sukinsyny będą trzymać stronę przemysłowca. To, że sukinsyny są na ogół bezwzględne i silne sprawi, że żadne rewolucyjne pomysły nie zagoszczą na długo w głowach umiarkowanych.

Jedność

Po zamachach w Paryżu prezydent Hollande wezwał do jedności narodowej. Dziwne? Nie. Po prostu właściwie zdiagnozował jeden z głównych celów terrorystów, którym jest właśnie rozbicie spoiw społecznych, wywołanie podziałów, strachu prowadzącego do ustępstw, osłabienie przeciwnika, itd. Większość, najbardziej niebezpiecznych prowokatorów ma jedną misję: wywołać podziały dlatego jednoczenie się jest tym czego oczekują najmniej. Strach doskonale sprawdza się w oddzielaniu zastraszonych od zaangażowanych, masowo upowszechniana pogarda doskonale zniechęca do udziału w różnych grupach, akcjach, burzy morale grupy, kontrowersje doskonale dzielą.
Czyli jedność i nieuleganie prowokacjom?
Proste choć trudne.

unity-logo

P.S.
Oczywiście nie sposób omówić tematu w pełni, gdyż prowokują artyści, imbecyle bez konkretnego powodu, czasem ktoś prowokuje w pozytywnych celach „by wstrząsnąć”. Być może warto ustalić „piramidę priorytetów” spraw dla nas ważnych czyli tych, które czynią nas silniejszymi i czasem zastanowić się, czy ktoś przy tym nie grzebie.