Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

„CZAS HYBRYDOWY”

Czy zauważyliście, że wiele spraw skomplikowało się przez to, że nie są jednoznaczne? Ktoś przekazuje zarówno informacje jak i fejki, ktoś pluje a po chwili modli się solennie, ktoś popiera walkę o prawa gejów ale nie chciałby mieć geja w rodzinie, ktoś uznaje dorobek sufrażystek ale nie cierpi feministek, ktoś nie trawi PiSu ale nie jest z PO, ktoś domaga się obniżenia podatków ale chce wydajnej służby zdrowia, ktoś zamyka swoich niepoprawnych obywateli ale walczy z ISIS, ktoś jest przywódcą Hamasu ale potępia terroryzm, ktoś mówi „Razem” a działa osobno, ktoś popiera wolność aborcji ale sam jej nigdy nie dokonałby, ktoś kocha uchodźców ale nie w miejscu swojego zamieszkania. Nawet napój energetyczny może szkodzić ale daje kopa.

Prościej było gdy tyran był tyranem, szarlatan szarlatanem, kłamca kłamcą a bandyta bandytą i trzymali się tego. Prościej było gdy trucizna była trucizną, a zdrowe jadło zdrowym jadłem. Jak ocenić złodzieja-filantropa opiekującego się dziećmi w hospicjum? Jak osądzić fatalnego artystę, który popiera szlachetną sprawę?

P.S. Znikam na kilka dni, więc wybaczcie brak odpowiedzi, ale piszcie do woli.

Reklamy

M.ROLA I INTELEKTUALNY PRZEWRÓT PRAWICY

Staram się nie poruszać tzw. „bieżączki”, gdyż ta jak w rysunku Raczkowskiego wstrząsa opinią publiczną choć nie ma żadnego znaczenia (dziś jest, jutro nie ma, jest nowe, zapomnij). Jednak w tym przypadku stało się coś wyjątkowego.

W youtubowym „wRealu24.pl” M.Roli, niejaki Sklepowicz powiedział to co powiedział o protestujących kobietach i nie wiedziałem czy w ogóle warto odnosić się do tego choćby niewymagającym wysiłku kliknięciem emotki typu „zły” czy podobnej. Kaliber ‚publicystów prawicy’ ma określoną pozycję w moim prywatnym rankingu dlatego zachowałem się tak a nie inaczej.

W przeciwieństwie do mnie, ludzie (na ogół z lewej strony) oburzają się i z jednej strony słusznie, a z drugiej bez skutku. Nie widać przecież jakiejś szczególnej przemiany np. K.Pawłowicz, której wypowiedzi jeżyły i jeżą włos na głowie wielu. Nie pomagają protesty, listy, felietony i cała ta kulturowa mechanika. „Skoro lewica jest wściekła a prawica doznaje ekstazy to znaczy, że jest dobrze a mnie widać” – przynajmniej tak rozumiem intencje produkujących „masakracyjno-orające” treści.
Wszystko byłoby w normie i tym razem, gdyby pytanie o to kto rucha protestujące nie wywołało zgrzytu po prawej stronie. Tak, dobrze czytacie. Coś nie zagrało w tym praktycznie nie różniącym się od innych swojskim tekście.

Marcin Rola wystosował publiczne przeprosiny. Nie przeprosił „imiennie” kobiet, nawet gdy można odnieść takie wrażenie. Poszło o coś innego, co zgrabnie i dość jasno wyraził Dubitacjusz Szczeciński z portalu „prawica.net”:

/…/
Wracając do proPiSowskich publicystów.
Oni, zaproszeni do mainstreamowym (tj. nieprzyjaznych lub neutralnych) telewizji i skonfrontowani z postępowymi dziennikarzami, potrafią dyskutować w sposób kulturalny, miarkując OSTRE wypowiedzi. Te, pojawiają się w przekazie do „patriotów”.
Czy to znaczy, że odbiorców mainstreamu uważają za normalnych ludzi, a „swoich” za motłoch?
A co ze stroną antysystemową?
Czy ona jest skazana tylko na oranie, masakrowanie, ostro, mocno?

/…/

Przyznam, że jestem w szoku. Dostrzeżenie tego, że pewni ludzie rozmawiając z Michnikiem rozmawiają jak z człowiekiem, gdy komunikując się ze swoimi rozmawiają jak z bydłem, to coś – jak na nasze warunki – bardziej wyjątkowego niż odkrycie fal grawitacyjnych.


(źr.fot.pressmania)

„… TĘ TO BYM ZERŻNĄŁ”

Obejrzałem właśnie vlog dziewczyny, która przez łzy opowiedziała o tym, że jeżdżąc na rolkach przy jakiejś galerii handlowej niemal zawsze słyszy ‚komplementy’ takie jak zawarty w tytule.
Rzecz nie jest osobliwa, to dzieje się w Polsce. Autorka ocierając łzy, stara się przekazać oglądającym, że to nie są komplementy a ona zwyczajnie boi się i wie, że dotyka to masy dziewczyn w naszym kraju.

Temat jest znany, więc wałkowanie go tutaj niewiele zmieniłoby, podejrzewam, że mamy jednoznacznie negatywne nastawienie do tej kwestii. Jednak powód mojego wpisu jest inny, a konkretnie dotyczy tego co znalazłem w komentarzach i nie chodzi o „hejt” w stylu „sama sobie winna”, którego o dziwo nie było.

Jedna z komentujących zostawia słowa:
„Wydaje mi się, że właśnie po to jest feminizm, żeby w końcu zmieniło się coś w tej czarnej rzeczywistości”.
Reakcja autorki jest natychmiastowa:
„Nie muszę uważać się za feministkę, żeby działać, nie chcę należeć do żadnych grup”.

Otworzyłem oczy ze zdumieniem rozumiejąc, że walka o prawa kobiet w dowolnej formie jest już feminizmem. Skąd opór? Co znaczy „nie muszę uważać się” co znaczy „grupy”??
Czy w tej młodej pokrzywdzonej głowie feminizm jest już lewacko-liberalnym ścierwem i wypaczeniem, ideologią gorszą niż gender i jest do tego jakąś sektą?

Być może nad-interpretuję, ale wydało się mi, jakby wykorzystywany pracownik mówił: „Chcę uczciwego traktowania przez pracodawcę, ale od związków zawodowych wolę stronić” albo „jestem czarnoskóry i mam z tego powodu problemy, jednak antyrasiści to nie moja bajka” lub „kocham przyrodę ale nie utożsamiam się z obrońcami puszczy”.

Jestem w stanie zrozumieć niechęć do ekstremistek feminizmu, czyli niechęć do utożsamiania się z biegającymi z gołymi cyckami paniami, które sprawiają wrażenie bardziej walczących z płcią przeciwną niż problemami np. nierównouprawnienia. Jednak ten natychmiastowy opór przed słowem „feminizm” zaskoczył mnie. Czyżby ta dziewczyna wiedziała już, że gdyby nazwała siebie feministką (lub utożsamiła się z tym nurtem), to przy kolejnej wyprawie na rolki mogłaby zacząć się naprawdę bać, gdyż na ogół wiadomo co pewne kręgi chcą robić sierpem i młotem?

Czy walka o szacunek i bezpieczeństwo kobiet ze strony kobiet jest dopuszczalna wyłącznie po przystąpieniu do narodowo-kościelnej organizacji i może wyglądać np. tak? :

„- Oni (muzułmanie) uważają, że białe kobiety niemuzułmańskie trzeba gwałcić! Biała Europa zmierza ku upadkowi. Rządzą nami żydowscy imperialiści, a przybysze wyrżną nas wszystkich w pień! Przyjadą po dzieci, staruszki i wszyscy będziemy bez głów! Nie pozwolimy, by islamskie ścierwo zniszczyło naród polski” – fragmenty wypowiedzi Justyny H., absolwentki chemii, koordynatorki brygady dolnośląskiej ONR w trakcie wiecu we Wrocławiu.

Wspomniałem niedawno o propagandzie strachu i to jest przykład tego jak może działać: „Nie chcesz być zgwałcona, więc rób sobie vloga, ale bądź ostrożna bo wiesz co będzie gdy powiesz o słowo za dużo. Apeluj sobie ale nie szukaj pomocy wśród tych, których my – kwiat narodu – nie za bardzo lubimy. Walcz sobie samotnie ale nie próbuj jednoczyć się z „nimi”, bo będą problemy. Jeżeli chcesz działać to w naszej organizacji, tu też możesz otwarcie piętnować gwałt – oczywiście muzułmański bo o inne sama się prosisz”.

CZEGO BRONIĆ?

Obrona demokracji przypomina próbę bronienia służby zdrowia przed zarzutami tzw. „altmedowców” (zwolenników alternatywnej/alternatywnych „medycyn”). Można podejmować taką obronę dla zasad, bo dla ludzi.. już trudniej.
Pojawienie się tych, którzy kwestionują fundamentalne prawa i reguły nie jest przypadkowe, wywołane jest zwykle przez jakiś dotkliwy kryzys zaufania wobec instytucji stojących na straży tychże praw, reguł a w istocie – całego społeczeństwa.

Weźmy kryzys ekonomiczny ‘2008. Wszelcy zwolennicy teorii spiskowych zyskali swoje 5 minut, gdyż nagle „ci którzy mieli wiedzieć, dbać, chronić” okazali się zupełnie nieskuteczni: nie potrafili przewidzieć kryzysu, naprawa była/jest niedostrzegalna, itd.
a więc powierzanie im zbiorowego bezpieczeństwa staje pod znakiem zapytania.
Co robią ci, którzy kryzysu nie przewidzieli, nie zabezpieczyli ludzi? Wręczają bankierom premie. Zwycięstwo PiS w takich okolicznościach jest jak 2 +2 = 4.

ZWIERZĘTA – TAKIE SAME JAK „MY”

Tyle mówi się o zderzeniu kultur, a gdyby tak zastanowić się nad tym co właściwie różni islamskiego ekstremistę od chrześcijańskiego, to odpowiedzi nie będą krzepiące. Gdyby dać owe sierpy i młoty do wyrzynania czerwonej hołoty „rozmodlonym” uczestnikom pikiety przed Teatrem Powszechnym i rzec: „Czyńcie swoją powinność w imię boga” to jaki byłby skutek?

Nawet kota można nauczyć załatwiać się do „ludzkiej” ubikacji. O ile ubikacja będzie dostępna, o ile będzie istniał „wymiar sprawiedliwości” i kara za odstępstwo od normy, o ile sam kot odczuje jakieś korzyści z zaistniałego stanu rzeczy to z powodzeniem będziemy mogli uznać, że kot został ucywilizowany. Jednak czym jest kultura, cywilizacja? Zbitką wynalazków i przyzwyczajeń do nich. I niechby te przyzwyczajenia wynikały z jakiejś świadomej decyzji wywołanej indywidualnym oświeceniem – jednak nie. Są skutkiem strachu przed karą, efektem procesu „cywilizowania” od najmłodszych lat pt. „to złe, to dobre, tak wolno, tak nie wolno” (i klaps).

Gdyby nie filozofowie można byłoby przyjąć, że cywilizację przynieśli nam kosmici, którzy zbudowali co chcieli, zostawili instrukcję obsługi i kilka regulaminów, po czym odlecieli w najdalszy zakątek wszechświata (czyli jak najdalej od nas). Tylko filozofowie udowadniają niekiedy, że coś z tej cywilizacji rozumieją, że ona od nas pochodzi, a nie z księżyca. Potrafią zarazić takim myśleniem, po czym sami zaczynamy zastanawiać się nad tym, że przecież nie jesteśmy aż tak głupi aby czegoś podobnego nie stworzyć. Wystarczy jednak wojna, głód, cierpienie by te wszystkie piękne mrzonki o nas samych prysły jak bańka mydlana, a zresztą… ilu ludzi potrafi naprawić telewizor?

Sam starałem się niedawno odkryć jakieś symptomy jak zapach potu, wyraz oczu, nieumiejętność odpowiedzi na pytanie, które pozwoliłyby nam odkryć i powstrzymać uznawane przez nas zło (brak cywilizacji w praktyce). W gruncie rzeczy, moje myśli dotyczyły tego czym fizycznie różni się kot załatwiający się do ubikacji od kota, który odwołuje się do tradycji? Czym różnią się? Ano niczym, jeden korzysta z ubikacji a drugi nie i to ten korzystający z ubikacji różni się od kota tradycyjnego a nie odwrotnie.

OBDŻEKTOR

Przestrzeganie praw człowieka łączy się zakazem stosowania tortur, nieludzkiego lub poniżającego traktowania lub wymierzania kar cielesnych.

O ile w sferze religijnej pojawiły się próby wyjaśnienia podobnego przesłania pt. „Nie zabijaj” tym, że chodzi o mordowanie, czyli odbieranie życia niewinnym a nie zabijanie samo w sobie (np. w obronie własnej lub obronie ojczyzny), to w przestrzeni świeckiej problem pozostaje wciąż w zawieszeniu.

Powołujemy (jako demokratyczne społeczeństwo) służby, które ze względu na specyfikę stawianych przed nimi zadań, nie mogą postępować moralnie lub w poszanowaniu praw człowieka (wojsko, policja – zakładają użycie przemocy) a jednocześnie wymagamy stosowania przez nie moralnych reguł lub osądzamy ich działania z moralnego punktu widzenia.
Czy potrafimy wyobrazić sobie wojsko wypełniające swoje obowiązki a złożone z samych „obdżektorów” (obdżektor – określenie (pochodzące od ang. słów: conscientious objector) osoby odmawiającej odbycia obowiązkowej służby wojskowej z powodów religijnych, moralnych lub etycznych)?

Problem nie jest nowy, drzewiej również istniał. Kat miał ścinać i ćwiartować zbrodniarzy za pieniądze ku uciesze gawiedzi, ale musiał mieszkać na uboczu a podanie mu ręki było niedopuszczalne z powodu „kaciej nieczystości”. Na przestrzeni wieków zmieniło się to, że nie chcemy już wykluczać ludzi, którzy w naszym imieniu wykonują tzw. „brudną robotę”, uznaliśmy, że również posiadają prawa, ba!, postanowiliśmy uznawać ich nawet za bohaterów (np. weterani wojenni).

Dla czystego sumienia, działania niemoralne a jednocześnie konieczne staramy się schować pod pojęciem „profesjonalizmu”. Załatwiałoby to sprawę, lecz gorzej z interpretacją, a szczególnie gdy coś pójdzie nie tak (błąd w sztuce). W ocenie każdego pokrzywdzonego, ktoś kto wyrządza mu krzywdę łamie jego prawa, a dowolne użycie przemocy zawsze możemy uznać za tortury, poniżanie, karę cielesną.

Czym powinien być ów profesjonalizm (jakie ramy), by jego zastosowanie nie rodziło obawy „profesjonalisty” o to, że zostanie uznany za „przestępcę”?

CZY NIEMCY POSIADAJĄ KONSTYTUCJĘ?

Co zrobicie gdy ktoś nagle obwieści Wam, że Niemcy NIE POSIADAJĄ Konstytucji?

Od paru lat sięgam do niemieckiej konstytucji (wybiórczo, najczęściej po to by porównać jak sformułowano róże przepisy), dlatego pojęcie „Konstytucja Niemiec” jest dla mnie czymś równie oczywistym jak to, że Niemcy istnieją. Wszystkie źródła, z których korzystałem dotychczas, mówiły o Konstytucji Niemiec, zresztą istnienie niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego wydawało się mi kropką nad „i”.

Okazuje się jednak, że…. Niemcy formalnie nie posiadają Konstytucji lecz tzw. „Ustawę zasadniczą”. To pewna pułapka dla Polaka, w którego języku pojęcia „konstytucja” i „ustawa zasadnicza” oznaczają to samo. Chodzi o artykuł 146 tej ustawy:

„Niniejsza Ustawa Zasadnicza, po urzeczywistnieniu jedności i wolności Niemiec, obowiązująca cały Naród Niemiecki, utraci moc obowiązującą w dniu, w którym wejdzie w życie Konstytucja przyjęta w drodze swobodnej decyzji Narodu Niemieckiego”.

Artykuł ten wyjaśnia się w ten sposób, że (realna) Konstytucja Niemiec zostanie ogłoszona dopiero wówczas, gdy niemiecki naród zjednoczy się, stanie się w pełni wolny, suwerenny i wybierze dla siebie nową w wolnej elekcji (do tego czasu ma obowiązywać Ustawa Zasadnicza zastępując konstytucję. U.Z. weszła w życie dnia 24 maja 1949).

Wskazuje się na dwie przyczyny powstania tego zapisu.
Pierwsza to przegrana wojna i tego skutki. Ustawa Zasadnicza, była pisana pod nadzorem zachodnich aliantów – zapewne z uwagi na brak zaufania do wyborów ówczesnych Niemców. Przyjęto, że po udanej denazyfikacji i ‚resocjalizacji’ Niemcy będą mogli już całkowicie samodzielnie taki dokument stworzyć.

Druga: ogłoszenie Ustawy Zasadniczej a nie Konstytucji(!) uzasadniano równolegle tym, że po drugiej wojnie światowej Niemcy zostały podzielone na strefę kontrolowaną przez aliantów zachodnich i strefę kontrolowaną przez ZSRR. Nie było więc mowy o wspólnym prawie dla wszystkich Niemców. Biorąc pod uwagę tę okoliczność i z szacunku dla Niemców, którzy znaleźli się w strefie wpływów ZSRR, do momentu zjednoczenia się Niemiec postanowiono korzystać z „Ustawy Zasadniczej” czyli w rozumieniu niemieckim „konstytucji tymczasowej” (zwanej też „Konstytucją Niemiec Zachodnich)

Gdy runął mur berliński, o referendum w sprawie konstytucji (do tej pory) nikt nie wspominał, choć zgodnie z założeniami art 146 taka dyskusja powinna mieć miejsce. Można byłoby przyjąć, że komuś zależy na tym, aby Niemcy nie posiadali „pełnoprawnej” Konstytucji lub nie są nadal suwerenni lub zjednoczeni…. Tylko kto taką dyskusję blokuje, no i kto właściwie postuluje zmiany skoro większość ludzi na całym świecie, łącznie (jak domyślam się) z przeważającą częścią Niemców uważa, że Niemcy są krajem wolnym, suwerennym, demokratycznym, zasobnym, w którym żyje się dobrze?

Zasięgnąłem języka w dostępnych źródłach dowiadując się m.in. że brak „pełnoprawnej Konstytucji” doskwiera najbardziej skrajnie prawicowej, populistycznej formacji Bürgerbewegung pro Deustchland, która właściwie zainicjowała dyskusję na ten temat. W retoryce Bürgerbewegung słychać echa znanych także w Polsce postulatów o (narodową) demokrację bezpośrednią, która referendami wręcza władzę w ręce i głosy Narodu (przez duże N).

Wczytując się głębiej w oficjalne i nieoficjalne uzasadnienia, dowiedziałem się, że obecna „lewacko-liberalna” niemiecka Ustawa Zasadnicza podtrzymuje poddańczy charakter Niemiec wobec m.in. USA (+ reszty zachodnich aliantów czyt. UE) co czyni z Niemiec kraj niesuwerenny(!). Dopatrzono się także tego, że kapitulacja Wehrmachtu i wszystkich wojsk lądowych, powietrznych oraz floty III Rzeszy podpisana 8 maja 1945 r. tak naprawdę nie była kapitulacją, gdyż nie skapitulowała III Rzesza, a co za tym idzie brak „właściwych” traktatów pokojowych sprawia, że wciąż trwamy w stanie wojny (lub zawieszenia broni) a Niemcy znajdują się wciąż pod okupacją (amerykańsko-unijną) i nawet o tym nie wiedzą(!)
Nie ukrywa się również, że lewacka Ustawa Zasadnicza uniemożliwia patriotyczną i prospołeczną działalność prawdziwych Niemców taką jak stawianie oporu mniejszościom religijnym i etnicznym, utrudnia decydowanie przez społeczeństwo o budowie meczetów czy ośrodków dla uchodźców.

Bürgerbewegung objeździła pół świata z tym problemem, lecz na ogół spotykało się to z pukaniem w czoło a jedyny przyjazny głos i zrozumienie wyraziła… Moskwa, do której również przybyli emisariusze z hasłem „RFN = III Rzesza”. Jednak…. Moskwa, niedługo potem, choć hasło bardzo jej podobało się, również uznała, że coś z ideami Bürgerbewegung nie gra i sprawa ucichła.

Pomimo solennych obietnic rozwiązywania kluczowych problemów społeczeństwa niemieckiego, Bürgerbewegung zdobywa tak około 0,2% głosów, być może po części dlatego, że nie ukrywa związków z takimi formacjami jak neonazistowska NPD, czy JN (Młodzi Narodowcy).

Zastanawiam się teraz czy nie straciłem czasu na grzebanie się w tym. Jednak nie. Odkryłem – a może raczej utwierdziłem się w przekonaniu, że prawicowy populizm czy to we Francji, Niemczech, w Polsce czy na Węgrzech jest bardzo podobny. ‚Na grzbiecie’ haseł o braku suwerenności, bycia unijnym kondominium, historycznemu rewizjonizmowi, podważaniu legalności panującego prawa, systemu, grzaniu problemu uchodźców, antyislamizmu próbuje się ugrać mniej eksponowaną sprawę. Zdobyć władzę, zmienić konstytucje krępujące ambicje różnej maści „Młodych Narodowców”, stworzyć państwa czyste etnicznie i religijnie, „suwerenne” czyli wolne tak od wpływów UE, Ameryki i MFW jak od praw człowieka czy międzynarodowych konwencji pokojowych.

Powstaje pytanie – czy Niemcy są zadowoleni ze swojej „ustawy zasadniczej” czy może powinni ją zmienić pod wpływem argumentów prawicowych populistów? Potencjalnie, zmiana konstytucji na tę prawdziwą wydaje się kwestią leżącą w zbiorowym interesie Niemców, którzy nawet nie wiedzą w większości, że są okupowani, że są kondominium, że właściwie wojna trwa, a od wrogów zewnętrznych i wewnętrznych aż pulsuje ziemia, itd.

A może po prostu nie chcą jej zmieniać, skoro wprowadzono już ponad 30 nowelizacji w tym cztery uznane za fundamentalne:
/…/Demokratyzm – naród jest jedynym suwerenem władzy w państwie niemieckim. Rządy muszą działać na zasadzie reprezentacji poglądów politycznych społeczeństwa, a każdemu gwarantowane są prawa i wolności obywatelskie. Państwo nie może ingerować w żadnym stopniu w sferę poszanowania godności ludzkiej. Na straży przestrzegania praw i wolności stoją sądy, ze Związkowym Trybunałem Konstytucyjnym na czele./…/

Odzwierciedla te zmiany m.in. /…/Artykuł 20

(1) Republika Federalna Niemiec jest demokratycznym i socjalnym państwem federalnym.
(2) Wszelka władza państwowa pochodzi od narodu. Naród sprawuje ją poprzez wybory i głosowania oraz przez specjalne organy ustawodawcze, władzy wykonawczej i wymiaru sprawiedliwości.
(3) Ustawodawstwo związane jest porządkiem konstytucyjnym, a władza wykonawcza i wymiar sprawiedliwości ustawami i prawem.
(4) Wobec każdego, kto usiłuje obalić ten porządek, wszystkim Niemcom przysługuje prawo do oporu, jeżeli inny sposób przeciwdziałania nie jest możliwy. /…/

P.S.
Mój, tekst powstał w dość krótkim czasie i jest bardziej – na ile to było możliwe – wnikliwą opinią, niż treścią „encyklopedyczną”. Liczę, że znający zagadnienie zgłoszą ewentualne poprawki, im zwięźlejsze tym lepsze.

… A GDY NIE MA STRATEGII? czyli HOMO-DETERMINUS

Często spekulujemy:
– Robi/robią to dla pieniędzy, sławy, władzy, jest agentem.
Gdy nie satysfakcjonuje to nas, staramy się jeszcze głębiej wniknąć w umysły ocenianych diagnozując różne choroby, upośledzenia, zboczenia, stwierdzamy ekstremalny egoizm, kompleksy, brak empatii, chciwość, zawiść, hipokryzję, mściwość. Każdy element działań tych ludzi niepasujący do naszych układanek zaliczamy do cynicznej gry, politycznego lub zwykłego marketingu, a jednak zbierając coraz więcej danych wszystko przestaje się nam zgadzać, pozornie stabilna i logiczna konstrukcja, która miała nas zbliżyć do rozwiązania rozpada się w pył.

Czy naprawdę nasze wspaniałe i logiczne mózgi można tak łatwo ograć?
Czy ktoś może być przebieglejszy od nas, choć wydaje się człowiekiem niezdolnym do poprawnego zawiązania butów?

Nie!

Stajemy się ofiarami własnego deterministycznego myślenia o osobach i zjawiskach, które takimi nie są.

Nie mieści się to nam w głowach, choć akurat Polacy szczególnie znani są z kreatywnej prowizorki i to w Polsce padły słowa „polityka jest nieprzewidywalna na dwa tygodnie wprzód”.

A gdy wszechświat nie powstał z wielkiego wybuchu czy inteligentnego projektu i to co obserwują teleskopy jest zaledwie jedną z nieskończonej liczby eksplozji w nieskończonym i wiecznym wszechświecie?

Wieczność i nieskończoność… nie lubimy tych pojęć, a jednak życie wielu ludzi i stan generowanych przez nich procesów jest dla nich samych swoistą wiecznością i nieskończonością. Zbyt rozległą by szukać przyczyn i skutków, zbyt skomplikowaną by nie wybrać „liczy się tylko teraz”.

Przedsiębiorca X wpada w spiralę zadłużenia. Jego piękne deterministyczne wizje „od pucybuta do milionera” schodzą na drugi plan, liczy się terminowe spłacanie należności, dowolnym kosztem. Wyrasta wielka pula działań podporządkowanych wyłącznie temu celowi.
– Czy masz jakiś plan, jakiś program naprawczy?
– Program? Plan?… chwila, nie teraz, muszę jechać coś załatwiać, bo nóż znów zbliża się do mojego gardła.

Służba specjalna mająca za zadanie eliminować zagrożenia dla państwa w imię pokoju na świecie (a przynajmniej w najbliższej okolicy) natrafia na przypadki dyskusyjne, złożone. Jest kilka sekund na podjęcie decyzji TAK/NIE. Górę bierze taktyka: „jakoś to będzie”. Pokój oddala się.

Hazardzista zamiast snuć strategie, liczyć karty, tworzyć strzeliste wzory na łut szczęścia zaczyna interesować się wyłącznie grą, uczestnictwem w niej. Widząc maszynę musi do niej podejść i zagrać, przeszedł na tryb „automatyczny”.

W konflikcie zbrojnym siły jednej ze stron słabną, dowódcy przestają śnić o zwycięstwie. Podejmują decyzję o przejściu do podziemia, górę bierze zasada „zaatakować i rozproszyć się”. Gdzieś w umysłach tli się jeszcze idea dla której walczą, ale „zaatakować i rozproszyć się” staje się tym co tu i teraz najważniejsze, do ostatniej kropli krwi, do ostatniego żołnierza.

Brak strategii sygnalizować mogą:
– nieprzewidywalność
– ukrywanie planów, komplikowanie i uciekanie w obszary, w których nic nie jest proste
– niekonsekwencja i banalizowanie takiego zarzutu
– uporczywe zaprzeczanie popełnianym błędom
– działanie w tajemnicy i przez zaskoczenie
– działanie metodą faktów dokonanych

Teraz odpowiedz sobie Drogi Czytelniku – czy Twoje życie toczy się dokładnie tak jak zaplanowałeś/zaplanowałaś? Czy Twoja firma funkcjonuje dokładnie tak jak mówił o tym funkcjonowaniu Twój biznesplan? Czy Twoja praca i płaca przynoszą realizację Twoich marzeń? Czy gdy pojawiło się dziecko nic nie zmieniło się w Twoich planach na rzeczywistość? Czy ktoś z kim wiązałeś ważne plany nie zniknął z Twojego życia? Czy partia na którą głosowałeś/głosowałeś zwyciężyła i wszystko rozwija się dokładnie tak jak obiecano?
Zadaję te pytanie by uświadomić nam, że strategie są w gruncie rzeczy rzadkością w naszym świecie. Owszem, jako teoretyczne plany istnieją, lubimy odwoływać się do nich, lecz praktyka jest zbyt złożona by Koran, Biblia, nauka odpowiedziały na wszystkie pytania.

Znając czyjeś dążenia możemy im przeciwdziałać, gdy zagrażają nam. Jednak gdy ktoś działa taktycznie, natomiast my planujemy, to my stajemy się stroną skazaną. Czy taktyka może zwyciężyć z taktyką? Tak…
jak w loterii.

Nie chcę zostawiać Was z ponurymi myślami. Po prostu czasem załóżmy, że ktoś może nie posiadać strategii, a szukanie jego motywów, celów, ambicji pozbawia nas tylko czasu. Możemy mieć do czynienia z przypadkiem, dla którego liczy się uczestnictwo w grze, a nie jej wynik.

diagnozując

CZY CHCESZ MNIE PRZEKONAĆ?

W pewnej grupie, pewien osobnik stwierdził, że żyjemy we wnętrzu (wklęsłej) ziemi
i dlatego widzimy płaski horyzont. Nie będę oceniał, czy autor jest idiotą, żartownisiem, czy misjonarzem, lecz przejdę dalej.

Temat wzbudził kontrowersje pozostałych grupowiczów, więc autor wątku chętnie spieszył z wyjaśnieniami… a raczej wskazywał gdzie są wyjaśnienia. Podał linki do setki sążnistych tekstów w formacie doc. w prywatnym zbiorze (być może własnego autorstwa), kilkudziestu filmików z YouTube, mapek i innych „źródeł”, które zebrane w całość miały być dowodem jego twierdzenia. (W ten sposób odpierał też argumenty zawierające zdjęcia i filmy Ziemi wykonanymi z kosmosu, czy wyjaśnienia pt. „dlaczego widzimy płaski horyzont” – to, były wg niego oszustwa, a dowody znajdowały się w jego źródłach).

Bez trudu można zauważyć, że autor dał swoim „przeciwnikom” i „nieprzekonanym” rok na przygotowanie kontrargumentów lub odniesienie się do tematu, gdy ‚zwolennikom’ 5 minut na uwierzenie i udostępnienie dalej.

Nachodzi mnie taka myśl (powtórzę za kimś).
„Gdy jest sto argumentów potwierdzających daną tezę, to znaczy, że nie ma ani jednego dobrego”.

Czy nie jest tak, że często stawiamy różne tezy ale robimy wszystko, by nie przekonać do nich odbiorców?

DWA GATUNKI? czyli RED IS BAD vs młody anarchosyndykalista

Młody anarchosyndykalista, konstruktywnie ‚strollował’ nową kolekcję sklepu „Red is bad”. Czytając z zainteresowaniem konfrontację argumentów i bluzgów zauważyłem ciekawą rzecz – coś dla psychologów w sam raz:

Anarchosyndykalista napisał w którymś momencie, że NSZ to była banda skurwysynów (tu także krótkie i zwięzłe uzasadnienia), na co pojawiła się odpowiedź taka:
– z kimś kto obraził NSZ w ogóle nie warto gadać.

Wskazuje ów epizod na to, że w kręgach tzw. prawicowych argumenty nie mają znaczenia, znaczenie mają świętości a obrona świętości jest całkowicie odporna na argumenty.

Teraz pytanie/pytania:
Bardzo często – wchodząc w podobne spory – staramy się coś wyjaśniać, gdy nie ma to znaczenia. Czy np. argumenty naukowe przekonują „ziębian” (zwolenników J.Zięby)? Czy wytykanie braku logiki i innych wad raportowi Macierewicza zmienia coś w nastawieniu „smoleńczyków”? Przykładów dających do myślenia można mnożyć.
Np. kościół zareagował natychmiast, gdy ktoś obwiesił puszkami po piwie Lech krzyż w trakcie wydarzeń na Krakowskim Przedmieściu. Jednak trudno uznać profanację za broń, gdy profanacja nie burzy wiary, a może jedynie wzmóc nienawiść wierzących.
W związku z tym:

Czy jest jakiś klucz do serc i umysłów ludzi prawicy lub wierzących, czy istnieje jakaś płaszczyzna wzajemnego zrozumienia? A może jesteśmy skazani na rzeczywistość, w której żyją jednocześnie dwa „mentalne gatunki” stosujące zupełnie różne kategorie odbioru i rozumienia świata?

SZ