Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

POSTKRYZYS

Gdy rzekomo świetnie działający system nagle potyka się o własne nogi pojawia się zwątpienie. Nieleczone zwątpienie im dłużej trwa tym silniej obrasta gniewem i goryczą. Krąg oskarżanych o kompromitację środowisk staje się coraz szerszy. Oskarżanie nie jest trudne skoro każdy z nas widzi nieprawidłowości wokół siebie. Nie zastanawiamy się nad skalą czy jednostkową winą, gniew na bankierów czy polityków przelewa się na sądownictwo (winni przecież nie zostali ukarani) środowiska naukowe (skoro nie potrafiły przewidzieć i zabezpieczyć), media (które skutecznie nie piętnują), gdzieś w finale na lekarzy czy producentów żywności (którzy być może celowo nas podtruwają aby prościej nas zniewolić i ogłupić). Wrogiem staje się system, ustrój, tworząca go elita.

Obrona ideałów jest skomplikowana. Ile razy przemknęło mi przez myśl pytanie: czy broniąc (jako ogółu) lekarzy, naukowców, prawników, postępuję słusznie? W dobie internetu, dowody (choćby anegdotyczne) na błędność takich przekonań mkną z prędkością światła i potrafią poważnie podkopać wiarę w to, że większość jest w porządku. Czy ktoś zresztą potrafi powiedzieć jak jest? Możemy tylko wierzyć w jedną czy drugą opcję.

Mechanizmy samo-naprawcze?….
Dla oskarżonych (niejednokrotnie) sposobem na ratunek staje się równie proste jak zarzuty odpieranie ich złożeniem deklaracji: „Jestem jednym z was!”.
„Jestem lekarzem ale nienawidzę szczepionek, wierzę w strukturyzatory wody, lampy światła spolaryzowanego i wszystko co sobie tylko wymarzycie”. Podobnie dzieje się w mediach („my jesteśmy polskie media a nie niemieckie”) oraz polityce, w której obietnica zemsty i przywrócenia porządku staje się bardzo cenną obietnicą, choć w ostatnim wymienionym przypadku, gdy przyjdzie co do czego okazuje się, że wszystkiemu winni są geje i uchodźcy. Trudno takie postawy uznać za zwiastuny rehabilitacji i poprawy.

BYĆ BLISKO LUDZI…. EUROPO

Przychodzimy na ten świat, niedługo potem idziemy do szkoły, w której dowiadujemy się o prawie, nauce, wielkich projektach politycznych w których jesteśmy podmiotami (a jakże!). Żyjemy w słodkim przeświadczeniu funkcjonalności tychże do chwili gdy doświadczamy sytuacji, w której prawo nie działa, choć wszystko mówi nam, że powinno zadziałać, że wspaniałe projekty polityczne wykazują zainteresowanie nami jedynie w obszarze tego ile procent naszych odchodów muszą pochłonąć, że świat nauki jest światem nabzdyczonych bubków, żyjących we własnym hermetycznym świecie. Zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne, dlatego ratując stabilność gruntu pod własnymi stopami próbujemy wyjaśniać sobie rzecz tym, że doświadczyliśmy marginalnego błędu, chwilowej anomalii, że czyjaś niekompetencja, że czarna owca, że nie wszystko da się przewidzieć. Z czasem te doświadczenia mogą sumować się i coraz trudniej nazwać je marginesem. Ratując się przed myślą „Przecież nie jesteśmy aż tak głupi” przyjmujemy koncyliacyjny wariant pt.: problem dotyka maksymalnie połowy przypadków (50%) i twardo postanawiamy, że nie cofniemy się dalej nawet o krok.

Jak bardzo teoria rozmija się z praktyką? Jak bardzo jest źle?

– Z pewnością, jest źle na tyle, że każdy kto zechce zachwiać naszym poczuciem stabilności będzie mógł to robić wystarczająco dobitnie, długo i bez większych przeszkód.

CO Z REAKCJĄ?

Szukając obrazowego przykładu przyszła mi na myśl tzw. „mobilność NATO”, który to sojusz kilka lat temu zdał sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie zareagować w ciągu 48 godzin, że potrzebuje znacznie więcej czasu a do owego „większego czasu” należy doliczyć jeszcze weekend (dwa dni) podczas którego urzędnicy wszelkich rad bezpieczeństwa mają ustawowe wolne. Nietrudno dostrzec, że gdyby ktoś wpadł na pomysł przeprowadzenia działań zbrojnych wykalkulowanych na tydzień, to zapewne poważnie zaskoczyłby nasze ośrodki decyzyjne, których ewentualne decyzje byłyby już i tak psu na budę.

Mnożenie groźnych przykładów (choćby współczesny terroryzm) nie jest trudne – ale nie to jest przedmiotem tego tekstu. Kolejny raz chcę zwrócić Waszą uwagę na schemat, który obejmuje praktycznie wszystkie istotne dziedziny naszego życia, schemat, który można ująć bardzo prosto „TO NIE DZIAŁA! – i jakie to niesie ze sobą skutki.

W praktyce…

Gdzieś za oceanem, kilka rodzin mieszkających na odludziu powołało cywilną, lokalną milicję. Oczywiście nie zwolnili szeryfa, nie odwołali panującego prawa, lecz zaopatrzyli się w broń i w ramach działań rozrywkowo-szkoleniowych zajęli się organizowaniem wypadów strzeleckich do lasu. Dziennikarz, który ich nawiedził zapytał, po co zwykłym ludziom (księgowym, ekspedientom, mechanikom samochodowym) granatniki, izraelskie Uzi, rodzima, wojskowa broń szturmowa w ilości sztuk kilku (do kilkunastu) na głowę?
Odpowiedź była prosta:
– Zanim przyjedzie policja, sami będziemy w stanie rozwiązać problem.
Niby logiczne, choć siłą ognia będącą w posiadaniu tych „poczciwych, zwykłych ludzi” można byłoby spokojnie odeprzeć szturm regularnej dywizji wojska (ok. 5–15 tys. żołnierzy). Na to również pojawiła się odpowiedź, choć już nie tak prostolinijna jak poprzednia. Ci ludzie starali się przygotować także na militarną agresję i może nawet nie tyle ze strony komunistów czy zombie co… kto wie, czy nie ze strony rządu, który przecież – jak powszechnie wiadomo – jest uwikłany w spisek, mający na celu eksterminację ludności…

Brzmi strasznie i śmiesznie, ale tam gdzie zachodzi zjawisko pt. „TO NIE DZIAŁA!” pojawia się domorosła prowizorka.
Ta prowizorka dotyczy tak kwestii bezpieczeństwa, jak zdrowia, edukacji czy nawet kultury: tam gdzie nie zadziała prawo pojawi się lincz, tam gdzie nie zadziała lekarz pojawi się znachor, tam gdzie nie zadziała naukowiec pojawi się teoria spiskowa, tam gdzie nie zadziała nauczyciel, edukacją zajmie się ulica, czy wreszcie tam gdzie nie pojawi się informacja pojawi się propaganda.

DLACZEGO TAK SIĘ DZIEJE?

Spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie o przyczyny tego stanu rzeczy. Dlaczego to co miało być na wyciągnięcie ręki, to co miało być zwarte, sprawne i gotowe w chwili nawet drobnego kryzysu (czasu próby) przestaje istnieć/ funkcjonować? Jak to zmienić? Czy wszystko da się wyjaśnić brakiem funduszy?

Rozwiązania bywały różne. Drzewiej, tylko miasta mogły szczycić się jako taką funkcjonalnością i bliskością dóbr cywilizacyjnych. Utrzymywanie wojska czy szpitali na prowincji było ponad stany królewskich czy miejskich skarbców. Sytuacja byłaby „beznadziejna” gdyby nie to, że nigdy nie brakowało chętnych do pełnienia roli kapłanów czy poborców podatkowych, dlatego funkcje państwa na prowincji przejmował kościół. Miasto mogło być sobie wolne, oświecone i demokratyczne, gdy prowincja pod kontrolą kleru stawała się strefą ciemnoty, zabobonu, leczenia modlitwą, diagnozowania grzechem, podwójnego wyzysku chłopstwa (podwójnego gdyż należało opłacić dwie administracje, tę bliższą i tę wyższą). Gdy przyszła tzw. „komuna” dokonano potężnej reformy. Wieś doświadczyła swoistego rozkwitu w dziedzinie edukacji, opieki medycznej, a nawet kultury jednak na dłuższą metę system nie był w stanie rozwiązywać tak bieżących problemów jak i rosnących (aczkolwiek wciąż podstawowych) oczekiwań społecznych. Jedność centrum z ‚okolicą’ okazała się mrzonką. System sprzyjał tworzeniu lokalnych sitw a „centralna władza” pojawiała się tylko wtedy, gdy należało rozliczyć prowincję z podatków lub zrobić sobie ładne ujęcia do Trybuny Ludu po pomalowaniu na zielono skrajnie zapuszczonych trawników.

Czas przemian przyniósł nadzieję pt.: „społeczeństwo obywatelskie”, że „nic o nas bez nas”, że „autonomia małych ojczyzn”, itd., itp. Jak to wyszło? Ano jak zwykle. I nie chcąc już dotykać rzeczy potężnych, rozejrzyjmy się wokół: jak wygląda walka z naciągaczami, w internecie, na babcię, na spółkę energetyczną? Czy płacimy miliony podatków za zamieszczenie na witrynie policji dwu-zdaniowej informacji o treści „uwaga, nie daj się oszukać!”???? Jak idzie walka z dezinformacją, pseudonauką, z „żydzi do gazu” na murze”? Kolejny raz ludzie biorą sprawy w swoje ręce – tam gdzie „NIE DZIAŁA” Bralczyk lub Miodek, tam działa Max Kolonko i Korwin Mikke.

KŁAMSTWA, KŁAMSTWA + KŁAMSTWA

Od jakiegoś czasu obserwuję zjawisko wciskania ludziom ciemnoty i zestawiam te działania z przeciwdziałaniami. Przyznam, że nie dziwię się, że „spiskowe teorie” mają się świetnie. Śmiem nawet twierdzić, że sami autorzy poradników pt. „Jak uniknąć robienia w konia” nie stosują się do swoich zaleceń gdyż to zwyczajnie niemożliwe. Nie jest możliwe zapamiętanie i używanie wiedzy o stu tysiącach dwuznacznych symptomów, nie jest możliwe weryfikowanie każdego napotkanego fejka, nie jest możliwe stworzenie czarnej listy „złych źródeł” lub wymyślenie czegoś na lata, gdyż metody teoretyków spiskowych również ewoluują. Od kiedy zainteresowałem się tematem uważałem, że musi istnieć jakieś prostsze wyjście, metoda, która pozwoli uniknąć robienia z mózgu owsa już na dość pierwotnym etapie. Miałem rację. Po czasie rzetelnego łowienia i weryfikowania mitów pojawia się niemal intuicyjna zdolność wychwytywania – nazwijmy eufemistycznie – nierzetelności. Podkreślam jednak słowo „niemal” gdyż tak naprawdę metoda ta z intuicją nie ma niczego wspólnego.

NIE MUSISZ SIĘ ZNAĆ!

Nie musisz znać się na medycynie, fizyce kwantowej, psychologii, prawie, ekonomii czy jakiekolwiek specjalistycznej dziedzinie by zaliczyć konsumowany artykuł do źródeł o podejrzanej wiarygodności. Sieciowe kłamstwa (a nawet nie tylko sieciowe) posiadają swoje unikalne struktury, które bardzo łatwo wychwycić.

Zapewne spotkaliście się nie raz ze wstępami artykułów lub tytułami o takiej lub podobnej treści: „Po latach wmawiania ludziom…”, „Media mainstreamowe wmawiają nam od lat„, „media lewackie twierdzą, że każdy człowiek z biało-czerwoną flagą to faszysta”, „media twierdzą, że islam jest religią pokoju”, „amerykańska propaganda wmawia nam…”, „Lekarze na łańcuchu koncernów farmaceutycznych wmawiają nam…”, itd. itp. *

Odpowiedzcie sobie szczerze, czy doświadczyliście takiego wmawiania?
Czy potraficie wyszperać w pamięci jakieś oficjalne mainstreamowe źródło lub oficjalną instytucję, która coś podobnego Wam wmawiała? Możecie mieć z tym kłopot, a gdy zastanowicie się chwilę to zauważycie, że o tym wmawianiu dowiadujecie się dopiero z czytanego źródła. Musicie zadać sobie teraz bardzo ważne pytanie:
– Dlaczego ktoś kto kłamie (już we wstępie) miałby mieć wobec nas czyste intencje?

W moim przypadku, wykrycie manipulacji już w pierwszym zdaniu, tytule, akapicie pozwalało na podjęcie decyzji o odrzuceniu źródła do stu diabłów. To ogromna oszczędność czasu i znaczna korzyść dla posiadanej wiedzy. O ile autor źródła upierał się przy swoim, to w 90% przypadków tylko pogarszał swoją sytuację, gdyż na światło dzienne wychodziły sprawy, którymi powinien zająć się raczej prokurator a nie internetowy surfer.

SKORO SIĘ NIE ZNASZ, NIE MUSISZ WIERZYĆ!

Przyznajmy z dłońmi na sercach: gdy nie jesteśmy histopatologami, onkologami, profesorami fizyki teoretycznej (itd.) to nie jesteśmy w stanie zweryfikować podawanej nam treści z tych dziedzin!
Zachowajmy dystans, a szczególnie wobec materiałów w sieci, telewizyjnych programów śniadaniowych czy naukowych wykładów sprzedawców garnków. Pojawia się tu „absurdalny fenomen” naszego gatunku, gdyż zdarza się, że o naszym zaufaniu (uznaniu za prawdę) decydują czynniki zupełnie niezwiązane z uczciwą weryfikacją źródła.

Dlaczego wierzymy (o ile wierzymy)? Co nas urzeka?
Wzmacniacze wiarygodności

Nobliwy wygląd, elegancki strój, sympatyczność? Dlaczego nie zastanowisz się nad tym, co robią dyplomy (z jakich dziedzin?) za plecami eksperta d/s medycyny skoro wiesz od niego samego, że żadnego wykształcenia medycznego, naukowego dorobku czy doświadczenia klinicznego nie posiada?

ossos

Lubisz gdy ktoś Cię ściemnia a może wykład takiej osoby w wynajętej auli uniwersyteckiej sprawiłby, że przekazywane przezeń treści stałyby się dla Ciebie bardziej wiarygodne? Odpowiedzmy sobie szczerze: „Co ma piernik do wiatraka?” – co ma wygląd osoby do wartości jej słów? Skoro „nie znasz się” to nawet gdyby to był głos z nieba, to nie jesteś w stanie tego sprawdzić (przynajmniej w danym momencie, gdyż na naukę nie jest nigdy za późno), więc dlaczego miałbyś/miałabyś uwierzyć?
Przeprowadzono dziesiątki eksperymentów, w których wykazano, że wygląd u ogromnej części ludzi potrafi zasugerować wiarygodność. Elegancki dziennikarz z operatorem kamery za plecami, człowiek w białym kitlu w reklamie, nobliwy profesor z telenoweli, człowiek za którego plecami widać bibliotekę (nawet niekoniecznie tapetę) – spróbujcie pomyśleć logicznie: czy te ‚atrybuty’ miałby dla Was znaczenie gdyby ów ktoś twierdził, że ziemia jest płaska lub 2+2=9? Haczyk tkwi w tym, że w większości tzw. „spiskowych teorii” po prostu nie posiadamy wystarczającej wiedzy by zdemaskować manipulację, kłamstwo, prawdę(!). Intuicja czy inne „pola serca” jak okazuje się, bywają w tych przypadku jak najgorszymi doradcami.

BUSINESS IS BUSINESS

Większość fałszerstw „spiskowych” (politycznych, zdrowotnych, itd, itp) od strony technicznej nie wyszła w 1% poza metody tradycyjnego (internetowego i nie tylko) marketingu. Zwróćcie uwagę na to, że marketing (zasadniczo) nie dotyczy promocji jednego określonego produktu, ale określa schematy działań umożliwiających wypromowanie dowolnego produktu i sprzedaniu go dowolnej grupie odbiorców. Dostrzeganie marketingowych schematów nie jest trudne, choć należy zachować najwyższą ostrożność by nie popaść w rutynę.
Nie dajmy się zwieść i ponieść emocjom. Choć spiskowi teoretycy dotykają tematów bardzo poważnych – takich jak zdrowie, problemy społeczne, to w technicznym wymiarze forma przekazywania tych treści nie różni się niczym od tego co oferuje nam sprzedawca pasty do zębów czy płynu do płukania tkanin.

ŹRÓDŁA…

Zarówno siewcy propagandy (teorii spiskowych) jak i łowcy mitów przedstawiają nam sążniste listy wiarygodnych (ich zdaniem) źródeł. Pomyślcie: być może istnieją ludzie, którzy np. czytają od ćwierć wieku, każdy numer Gazety Wyborczej, Science, Lancet, itd „od dechy do dechy” i weryfikują autentyczność każdego zdania. Nie wiem, nie wierzę w takie istnienia, dlatego chcę zadać kolejne ważne pytanie:
– Czy o jakimkolwiek źródle możemy powiedzieć, że przekazuje wyłącznie fakty? Czy czerpanie z takiego źródła zawsze gwarantuje nam pozyskanie wyczerpującej i rzetelnej informacji?
Odpowiedź brzmi prosto: NIE!
Wiem, że to twierdzenie zgoła niebezpieczne, ale nawet w najszacowniejszej gazecie przytrafi się kaczka dziennikarska, nawet w najbardziej prestiżowym, branżowym magazynie czy wydawnictwie naukowym może pojawić się informacja nierzetelna (np. dobrze spreparowane fałszerstwo powstałe poza wiedzą recenzentów).
Nie możemy mieć pewności, że nie wpisaliśmy akurat takich informacji do katalogu „nasza sprawdzona wiedza”. Koniec końców, skazani jesteśmy jedynie na prawdopodobieństwo wiarygodności a do tego tylko w czasie przeszłym, gdyż nie mamy zielonego pojęcia kto zostanie właścicielem czy redaktorem naczelnym danego źródła za dwa tygodnie i jak to odbije się na treści.
Skoro nie powinniśmy bezgranicznie ufać źródłom cieszącym się znacznym zaufaniem i prestiżem to dlaczego mielibyśmy wierzyć źródłom anonimowym, niezawierającym piśmiennictwa, niefigurującym w żadnym spisie instytucji zajmujących się „informacją”? Powiem Wam szczerze, znacznie łatwiej wykryć kłamstwo niż prawdę.

SMACZEK INSPIRUJĄCY

Dla ukazania jak rzecz wygląda w praktyce, dam świeży przykład. Ktoś zamieścił w sieci artykuł pt.: „Wielki szpital Johns Hopkins w końcu ujawnia prawdę o raku”.
http://zdrowiepowraca.pl/artykul,wielki-szpital-johns-hopkins-w-koncu-ujawnia-prawde-o-raku-
Już w pierwszym akapicie znajdujemy zdanie:
„Po latach wmawiania ludziom, że chemioterapia jest jedynym sposobem walki z rakiem, szpital Akademii Medycznej Johns Hopkins w końcu przyznaje, że istnieje alternatywna metoda…”.

Należę do tych osób, które o owym wmawianiu dowiedziały się dopiero pierwszy raz czytając ów wstęp. Nie znam się na medycynie, leczeniu raka, wiem, że chemioterapię zaleca się z braku innych lepszych metod, mgliście wiem o tym, że nie zawsze jest skuteczna, że raki są różne, itd. Jak żyję nie słyszałem jednak od żadnego lekarza i nie czytałem w żadnym prestiżowym źródle o tym, by lekarz czy badacz stwierdził, że chemioterapia jest jedynym sposobem walki z rakiem(!). Podważam więc wiarygodność tekstu/autora, który mataczy już we wstępie (wmawiając mi przy tym, że ktoś mi coś wmówił). Przeglądam dalszą treść i nie szukam klinicznych dowodów stawianych dalej tez i porad (nie potrafię ocenić czy są prawdziwe czy nie), ale zwracam uwagę na to, że w treści sugeruje się stosowanie suplementów diety (dostępnych w pozaaptecznych punktach sprzedaży), padają nazwy konkretnych substancji. Treść wygląda na zwykły „artykuł sponsorowany”. Wejście do zakładki „Współpraca” kieruje mnie do kilku para-aptek benedyktyńskich(!).
Wyrażam swoje zastrzeżenia w komentarzu i napotykam naturalny w takich przypadkach opór obrońców źródła:
„Romskey, przestań wreszcie zamykać oczy na niewygodne fakty upierając się przy przestarzałych „prawdach” naukowych”.

To mnie mobilizuje. Sprawdzam szpital – jest prywatny i istnieje. Zastanawiam się, czy za opublikowaniem takiej rewolucyjnej treści „cyt.: Johns Hopkins w końcu przyznaje, że istnieje alternatywna metoda” nie stoją jakieś strategie ekonomiczne szpitala (np. przerzucenia się na naturoterapię – wyjątkowo dochodową).
Następnie sprawdzam źródło przedruku artykułu – jest to portal zajmujący się krzewieniem teorii spiskowych (The Liberty Beacon), który oczywiście sugeruje, żeby przedstawiane w nim treści traktować z przymrużeniem oka i oczywiście odżegnuje się od poglądów anonimowego autora. Nie mija 15 minut gdy trafiam prawdziwe „bingo”:
Na oficjalnej stronie szpitala wisi jak byk informacja (tłumaczenie) w skrócie:

/…/
Powielana wiadomość to HOAX! (HOAX – fałszywa informacja pozorująca prawdziwą, kawał, mistyfikacja, teoria spiskowa)

Informacja fałszywie przypisana szpitalowi Johns Hopkins opisuje właściwości komórek rakowych i proponuje sposoby zapobiegania rakowi. Szpital Johns Hopkins nie opublikował tej informacji (dystrybuowanej m.in. jako załącznik e-mail), ani nie popiera jego zawartości. Aby uzyskać więcej informacji na temat raka, prosimy o zapoznanie się z informacjami na naszej stronie internetowej lub na stronie National Cancer Institute .

Prosimy o pomoc w zwalczaniu tej mistyfikacji, by jak najwięcej osób dowiedziało się o fałszerstwie.

Wiadomości oferujące łatwe sposoby na unikanie i leczenia raka są najnowszym trendem w sieci. Aby zyskać wiarygodność, anonimowi autorzy błędnie przypisują swoje prace cenionym instytucjom badawczym, takich jak Johns Hopkins.

Mail sugeruje, że chirurgia, chemioterapia czy radioterapia nie działają, a ludzie powinni zamiast tego wybrać różne strategie żywieniowe.

Tradycyjne leczenie, takie jak chirurgia, chemioterapia i radioterapia działają. Dowodem są miliony ludzi, którzy pokonali raka w Stanach Zjednoczonych i którzy żyją z powodu tych terapii. Zdajemy sobie sprawę, że zabiegi nie działają u każdego pacjenta, czasem działają tylko na chwilę, by potem przestać działać, że istnieją nowotwory, które są trudniejsze do wyleczenia niż inne. Problem ten jest przedmiotem ciągłych badań nad rakiem.
/…/
Johns Kopkins Medicine

źródło: http://www.hopkinsmedicine.org/kimmel_cancer_center/news_events/featured/cancer_update_email_it_is_a_hoax.html

———————————————————————-
KONKLUZJA

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego zawracam Wam pupy pisaniem o jakimś ‚fejku paramedycznym’ gdy na ogół piszę o czymś innym? Otóż poraża mnie podobieństwo działania „naturopatów” z działaniami tzw. „prawicowego drugiego obiegu”, który z pewnością wpłynął na wynik ostatnich wyborów. Oprócz „sensacyjnych portali” istnieje rzeczywisty drugi obieg w postaci setek tysięcy maili rozsyłanych ogłupianym ludziom (w marketingu: tzw. mailing. W przypadku naturopatów takie akcje mailowe poprzedzają na ogół różnorodne „konferencje”, publikacje książek, wyrobów – a mówiąc wprost – napędzają klientelę (w przypadku J.Zięby ok. 150 zł za „wykład”). Naturopaci na podobieństwo księdza Oko, organizują spotkania w nadających powagi i autentyczności wynajętych pomieszczeniach uniwersyteckich.
Pamiętam, ok. 10 lat temu, gdy internet był narzędziem wykształciuchów a nie suwerena, wpadła mi w ręce ulotka kolportowana przez panie z koła różańcowego. Treść była w 3/4 zmyślonym ubecko-komunistyczno-ukraińsko-zdradzieckopolskim życiorysem B.Komorowskiego (strach pomyśleć co na tych kółkach różańcowych rzeczywiście się wyprawia). Takie metody z czasem przelały się do internetu, przy czym skrupulatnie wykorzystano powszechnie dostępne zalecenia marketingowców d/s promocji w sieci i mediach społecznościowych. Można powiedzieć, że nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie brutalne (choć niejako za plecami) atakowanie i zohydzanie konkurencji (np. przemysł suplementów z jaj renifera atakuje przemysł produkujący Ibuprom oraz całą medycynę), wciskanie ludziom ciemnoty (danych niezweryfikowanych), pompowanie nienawiści, dawanie fałszywej nadziei. Gdzieś obok tego wielki biznes czy to ze sprzedaży „odzieży patriotycznej” czy „programatorów wody”. Nie tylko jednak wymienieni. Podobne reguły stosują źródła regularnej międzynarodowej propagandy politycznej. Szambo nas zalewa, ale nawet gdy nie jesteśmy w stanie zweryfikować części danych, to możemy skorzystać z kilku rad, które przedstawiłem.

– Czy ktoś kto mataczy w tytule lub pierwszych zdaniach ma czyste intencje wobec Ciebie?
– Nie musisz się znać a skoro się nie znasz nie musisz wierzyć
– Czego chce od Ciebie artykuł lub film, czy chce Cię poinformować czy sprzedać koc?
– Zawartość merytoryczna nie musi być kłamstwem lub wyłącznie kłamstwem – tylko dlaczego ktoś potencjalną prawdę owija w fałsz?
– Nie ma źródeł doskonałych, ale źródła niedoskonałe są dość widoczne o ile wiemy jak patrzeć.

hoax

* niestety, słowo „wybitny” poprzedzające nazwisko np. cytowanego autorytetu również powinno zastanowić o ile owa wybitność jest dyskusyjna. Możemy mieć do czynienia jedynie ze wzmacniaczem wiarygodności.

KŁAMSTWA, KŁAMSTWA, KŁAMSTWA

Od jakiegoś czasu obserwuję zjawisko wciskania ludziom ciemnoty i zestawiam te działania z przeciwdziałaniami. Przyznam, że nie dziwię się, że „spiskowe teorie” mają się świetnie. Śmiem nawet twierdzić, że sami autorzy poradników pt. „Jak uniknąć robienia w konia” nie stosują się do swoich zaleceń gdyż to zwyczajnie niemożliwe. Nie jest możliwe zapamiętanie i używanie wiedzy o stu tysiącach dwuznacznych symptomów, nie jest możliwe weryfikowanie każdego napotkanego fejka, nie jest możliwe stworzenie czarnej listy „złych źródeł” lub wymyślenie czegoś na lata, gdyż metody teoretyków spiskowych również ewoluują. Od kiedy zainteresowałem się tematem uważałem, że musi istnieć jakieś prostsze wyjście, metoda, która pozwoli uniknąć robienia z mózgu owsa już na dość pierwotnym etapie. Miałem rację. Po czasie rzetelnego łowienia i weryfikowania mitów pojawia się niemal intuicyjna zdolność wychwytywania – nazwijmy eufemistycznie – nierzetelności. Podkreślam jednak słowo „niemal” gdyż tak naprawdę metoda ta z intuicją nie ma niczego wspólnego.

NIE MUSISZ SIĘ ZNAĆ!

Nie musisz znać się na medycynie, fizyce kwantowej, psychologii, prawie, ekonomii czy jakiekolwiek specjalistycznej dziedzinie by zaliczyć konsumowany artykuł do źródeł o podejrzanej wiarygodności. Sieciowe kłamstwa (a nawet nie tylko sieciowe) posiadają swoje unikalne struktury, które bardzo łatwo wychwycić.

Zapewne spotkaliście się nie raz ze wstępami artykułów lub tytułami o takiej lub podobnej treści: „Po latach wmawiania ludziom…”, „Media mainstreamowe wmawiają nam od lat„, „media lewackie twierdzą, że każdy człowiek z biało-czerwoną flagą to faszysta”, „media twierdzą, że islam jest religią pokoju”, „amerykańska propaganda wmawia nam…”, „Lekarze na łańcuchu koncernów farmaceutycznych wmawiają nam…”, itd. itp. *

Odpowiedzcie sobie szczerze, czy doświadczyliście takiego wmawiania?
Czy potraficie wyszperać w pamięci jakieś oficjalne mainstreamowe źródło lub oficjalną instytucję, która coś podobnego Wam wmawiała? Możecie mieć z tym kłopot, a gdy zastanowicie się chwilę to zauważycie, że o tym wmawianiu dowiadujecie się dopiero z czytanego źródła. Musicie zadać sobie teraz bardzo ważne pytanie:
– Dlaczego ktoś kto kłamie miałby mieć wobec nas czyste intencje?”.

W moim przypadku, wykrycie manipulacji już w pierwszym zdaniu, tytule, akapicie pozwalało na podjęcie decyzji o odrzuceniu źródła do stu diabłów. To ogromna oszczędność czasu i znaczna korzyść dla posiadanej wiedzy. O ile autor źródła upierał się przy swoim, to w 90% przypadków tylko pogarszał swoją sytuację, gdyż na światło dzienne wychodziły sprawy, którymi powinien zająć się raczej prokurator a nie internetowy surfer.

SKORO SIĘ NIE ZNASZ, NIE MUSISZ WIERZYĆ!

Przyznajmy z dłońmi na sercach: gdy nie jesteśmy histopatologami, onkologami, profesorami fizyki teoretycznej (itd.) to nie jesteśmy w stanie zweryfikować podawanej nam treści z tych obszarów!
Zachowajmy dystans, a szczególnie wobec materiałów w sieci, telewizyjnych programów śniadaniowych czy naukowych wykładów sprzedawców garnków. Pojawia się tu „absurdalny fenomen” naszego gatunku, gdyż zdarza się, że o naszym zaufaniu (uznaniu za prawdę) decydują czynniki zupełnie niezwiązane z uczciwą weryfikacją źródła.

Dlaczego wierzymy (o ile wierzymy)? Co nas urzeka?
Wzmacniacze wiarygodności

Nobliwy wygląd, elegancki strój, sympatyczność? Dlaczego nie zastanowisz się nad tym, co robią dyplomy (z jakich dziedzin?) za plecami eksperta d/s medycyny skoro wiesz od niego samego, że żadnego wykształcenia medycznego, naukowego dorobku czy doświadczenia klinicznego nie posiada?

ossos

Lubisz gdy ktoś Cię ściemnia a może wykład takiej osoby w wynajętej auli uniwersyteckiej sprawiłby, że przekazywane przezeń treści stałyby się dla Ciebie bardziej wiarygodne? Odpowiedzmy sobie szczerze: „Co ma piernik do wiatraka?” – co ma wygląd osoby do wartości jej słów? Skoro „nie znasz się” to nawet gdyby to był głos z nieba, to nie jesteś w stanie tego sprawdzić (przynajmniej w danym momencie, gdyż na naukę nie jest nigdy za późno), więc dlaczego miałbyś/miałabyś uwierzyć?
Przeprowadzono dziesiątki eksperymentów, w których wykazano, że wygląd u ogromnej części ludzi potrafi zasugerować ich wiarygodność. Elegancki dziennikarz z operatorem kamery za plecami, człowiek w białym kitlu w reklamie, nobliwy profesor z telenoweli, człowiek za którego plecami widać bibliotekę (nawet niekoniecznie tapetę) – spróbujcie pomyśleć logicznie: czy te ‚atrybuty’ miałby dla Was znaczenie gdyby ów ktoś twierdził, że ziemia jest płaska lub 2+2=9? Haczyk tkwi w tym, że w większości tzw. „spiskowych teorii” po prostu nie posiadamy wystarczającej wiedzy by zdemaskować manipulację, kłamstwo, prawdę(!). Intuicja czy inne „pola serca” jak okazuje się, bywają w tych przypadku jak najgorszymi doradcami.

BUSINESS IS BUSINESS

Większość fałszerstw „spiskowych” (politycznych, zdrowotnych, itd, itp) od strony technicznej nie wyszła w 1% poza metody tradycyjnego (internetowego i nie tylko) marketingu. Zwróćcie uwagę na to, że marketing (zasadniczo) nie dotyczy promocji jednego określonego produktu, ale określa schematy działań umożliwiających wypromowanie dowolnego produktu i sprzedaniu go dowolnej grupie odbiorców. Dostrzeganie marketingowych schematów nie jest trudne, choć należy zachować najwyższą ostrożność by nie popaść w rutynę.
Nie dajmy się zwieść i ponieść emocjom. Choć spiskowi teoretycy dotykają tematów bardzo poważnych – takich jak zdrowie, problemy społeczne, to w technicznym wymiarze forma przekazywania tych treści nie różni się niczym od tego co oferuje nam sprzedawca pasty do zębów czy płynu do płukania tkanin.

ŹRÓDŁA…

Zarówno siewcy propagandy (teorii spiskowych) jak i łowcy mitów przedstawiają nam sążniste listy wiarygodnych (ich zdaniem) źródeł. Pomyślcie: być może istnieją ludzie, którzy np. czytają od ćwierć wieku, każdy numer Gazety Wyborczej, Science, Lancet, itd „od dechy do dechy” i weryfikują autentyczność każdego zdania. Nie wiem, nie wierzę w takie istnienia, dlatego chcę zadać kolejne ważne pytanie:
– Czy o jakimkolwiek źródle możemy powiedzieć, że przekazuje wyłącznie fakty? Czy czerpanie z takiego źródła zawsze gwarantuje nam pozyskanie wyczerpującej i rzetelnej informacji?
Odpowiedź brzmi prosto: NIE!
Wiem, że to twierdzenie zgoła niebezpieczne, ale nawet w najszacowniejszej gazecie przytrafi się kaczka dziennikarska, nawet w najbardziej prestiżowym, branżowym magazynie może pojawić się informacja nierzetelna (np. dobrze spreparowane fałszerstwo powstałe poza wiedzą recenzentów).
Nie możemy mieć pewności, że nie wpisaliśmy akurat takich informacji do katalogu „nasza sprawdzona wiedza”. Koniec końców, skazani jesteśmy jedynie na prawdopodobieństwo wiarygodności a do tego tylko w czasie przeszłym, gdyż nie mamy zielonego pojęcia kto zostanie właścicielem czy redaktorem naczelnym danego źródła za dwa tygodnie i jak to odbije się na treści.
Skoro nie powinniśmy bezgranicznie ufać źródłom cieszącym się znacznym zaufaniem i prestiżem to dlaczego mielibyśmy wierzyć źródłom anonimowym, niezawierającym piśmiennictwa, niefigurującym w żadnym spisie instytucji zajmujących się „informacją”? Powiem Wam szczerze, znacznie łatwiej wykryć kłamstwo niż prawdę.

SMACZEK INSPIRUJĄCY

Dla ukazania jak rzecz wygląda w praktyce, dam świeży przykład. Ktoś zamieścił w sieci artykuł pt.: „Wielki szpital Johns Hopkins w końcu ujawnia prawdę o raku”.
http://zdrowiepowraca.pl/artykul,wielki-szpital-johns-hopkins-w-koncu-ujawnia-prawde-o-raku-
Już w pierwszym akapicie znajdujemy zdanie:
„Po latach wmawiania ludziom, że chemioterapia jest jedynym sposobem walki z rakiem, szpital Akademii Medycznej Johns Hopkins w końcu przyznaje, że istnieje alternatywna metoda…”.

Należę do tych osób, które o owym wmawianiu dowiedziały się dopiero pierwszy raz czytając ów wstęp. Nie znam się na medycynie, leczeniu raka, wiem, że chemioterapię zaleca się z braku innych lepszych metod, mgliście wiem o tym, że nie zawsze jest skuteczna, że raki są różne, itd. Jak żyję nie słyszałem jednak od żadnego lekarza i nie czytałem w żadnym prestiżowym źródle o tym, by lekarz czy badacz stwierdził, że chemioterapia jest jedynym sposobem walki z rakiem(!). Podważam więc wiarygodność tekstu, który mataczy już we wstępie (wmawia mi, że ktoś mi wmówił). Przeglądam dalszą treść i nie szukam klinicznych dowodów stawianych dalej tez i porad (nie potrafię ocenić czy są prawdziwe czy nie), ale zwracam uwagę na to, że w treści sugeruje się stosowanie suplementów diety (dostępnych w pozaaptecznych punktach sprzedaży), padają nazwy konkretnych substancji. Treść wygląda na zwykły „artykuł sponsorowany”. Wejście do zakładki „Współpraca” kieruje mnie do kilku para-aptek benedyktyńskich(!).
Wyrażam swoje zastrzeżenia w komentarzu i napotykam naturalny w takich przypadkach opór obrońców źródła:
„Romskey, przestań wreszcie zamykać oczy na niewygodne fakty upierając się przy przestarzałych „prawdach” naukowych”.

To mnie mobilizuje. Sprawdzam szpital – jest prywatny i istnieje. Zastanawiam się, czy za opublikowaniem takiej rewolucyjnej treści „cyt.: Johns Hopkins w końcu przyznaje, że istnieje alternatywna metoda” nie stoją jakieś strategie ekonomiczne szpitala (np. przerzucenia się na naturoterapię – wyjątkowo dochodową).
Następnie sprawdzam źródło przedruku artykułu – jest to portal zajmujący się krzewieniem teorii spiskowych (The Liberty Beacon), który oczywiście sugeruje, żeby przedstawiane w nim treści traktować z przymrużeniem oka i oczywiście odżegnuje się od poglądów anonimowego autora. Nie mija 15 minut gdy trafiam prawdziwe „bingo”:
Na oficjalnej stronie szpitala wisi jak byk informacja (tłumaczenie) w skrócie:

/…/
Powielana wiadomość to HOAX! (HOAX – fałszywa informacja pozorująca prawdziwą, kawał, mistyfikacja, teoria spiskowa)

Informacja fałszywie przypisana szpitalowi Johns Hopkins opisuje właściwości komórek rakowych i proponuje sposoby zapobiegania rakowi. Szpital Johns Hopkins nie opublikował tej informacji (dystrybuowanej m.in. jako załącznik e-mail), ani nie popiera jego zawartości. Aby uzyskać więcej informacji na temat raka, prosimy o zapoznanie się z informacjami na naszej stronie internetowej lub na stronie National Cancer Institute .

Prosimy o pomoc w zwalczaniu tej mistyfikacji, by jak najwięcej osób dowiedziało się o fałszerstwie.

Wiadomości oferujące łatwe sposoby na unikanie i leczenia raka są najnowszym trendem w sieci. Aby zyskać wiarygodność, anonimowi autorzy błędnie przypisują swoje prace cenionym instytucjom badawczym, takich jak Johns Hopkins.

Mail sugeruje, że chirurgia, chemioterapia czy radioterapia nie działają, a ludzie powinni zamiast tego wybrać różne strategie żywieniowe.

Tradycyjne leczenie, takie jak chirurgia, chemioterapia i radioterapia działają. Dowodem są miliony ludzi, którzy pokonali raka w Stanach Zjednoczonych i którzy żyją z powodu tych terapii. Zdajemy sobie sprawę, że zabiegi nie działają u każdego pacjenta, czasem działają tylko na chwilę, by potem przestać działać, że istnieją nowotwory, które są trudniejsze do wyleczenia niż inne. Problem ten jest przedmiotem ciągłych badań nad rakiem.
/…/
Johns Kopkins Medicine

źródło: http://www.hopkinsmedicine.org/kimmel_cancer_center/news_events/featured/cancer_update_email_it_is_a_hoax.html

———————————————————————-
KONKLUZJA

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego zawracam Wam pupy pisaniem o jakimś ‚fejku paramedycznym’ gdy na ogół piszę o czymś innym? Otóż poraża mnie podobieństwo działania „naturopatów” z działaniami tzw. „prawicowego drugiego obiegu”, który z pewnością wpłynął na wynik ostatnich wyborów. Oprócz „sensacyjnych portali” istnieje rzeczywisty drugi obieg w postaci setek tysięcy maili rozsyłanych ogłupianym ludziom (w marketingu: tzw. mailing. W przypadku naturopatów takie akcje mailowe poprzedzają na ogół różnorodne „konferencje”, publikacje książek, wyrobów – a mówiąc wprost – napędzają klientelę (w przypadku J.Zięby ok. 150 zł za „wykład”). Naturopaci na podobieństwo księdza Oko, organizują spotkania w nadających powagi i autentyczności wynajętych pomieszczeniach uniwersyteckich.
Pamiętam, ok. 10 lat temu, gdy internet był narzędziem wykształciuchów a nie suwerena, wpadła mi w ręce ulotka kolportowana przez panie z koła różańcowego. Treść była w 3/4 zmyślonym ubecko-komunistyczno-ukraińsko-zdradzieckopolskim życiorysem B.Komorowskiego (strach pomyśleć co na tych kółkach różańcowych rzeczywiście się wyprawia). Takie metody z czasem przelały się do internetu, przy czym skrupulatnie wykorzystano powszechnie dostępne zalecenia marketingowców d/s promocji w sieci i mediach społecznościowych. Można powiedzieć, że nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie brutalne (choć niejako za plecami) atakowanie i zohydzanie konkurencji (np. przemysł suplementów z jaj renifera atakuje przemysł produkujący Ibuprom oraz całą medycynę), wciskanie ludziom ciemnoty (danych niezweryfikowanych), pompowanie nienawiści, dawanie fałszywej nadziei. Gdzieś obok tego wielki biznes czy to ze sprzedaży „odzieży patriotycznej” czy „programatorów wody”. Nie tylko jednak wymienieni. Podobne reguły stosują źródła regularnej międzynarodowej propagandy politycznej. Szambo nas zalewa, ale nawet gdy nie jesteśmy w stanie zweryfikować części danych, to możemy skorzystać z kilku rad, które przedstawiłem.

– Czy ktoś kto mataczy w tytule lub pierwszych zdaniach ma czyste intencje wobec Ciebie?
– Nie musisz się znać a skoro się nie znasz nie musisz wierzyć
– Czego chce od Ciebie artykuł lub film, czy chce Cię poinformować czy sprzedać koc?
– Zawartość merytoryczna nie musi być kłamstwem lub wyłącznie kłamstwem – tylko dlaczego ktoś potencjalną prawdę owija w fałsz?
– Nie ma źródeł doskonałych, ale źródła niedoskonałe są dość widoczne o ile wiemy jak patrzeć.

hoax

* * niestety, słowo „wybitny” poprzedzające nazwisko np. cytowanego autorytetu również powinno zastanowić o ile owa wybitność jest dyskusyjna. Możemy mieć do czynienia jedynie ze wzmacniaczem wiarygodności.

PROGRAM DLA POLSKI

60% Polaków niepałających miłością do panującej nam władzy, powoli odrzuca marzenia o nowym Piłsudskim, który zstąpi z niebios i zaprowadzi porządek (uznano zapewne, że jest to mało demokratyczny pomysł). Pojawiła się nowa myśl, alternatywa w postaci marzenia o zjednoczonym ruchu z jasnym programem, który nie tylko pogna władzę do stu diabłów ale też potrafił będzie budować.

Niestety. Takie programy posiadają już Razem, Nowoczesna, PO i pozostali. Nie widać by do drzwi ich biur dobijały się miliony zainteresowanych. 60% „opozycjonistów” tworzy bardzo pozorną spójność. Czy ktoś o zdrowych zmysłach uwierzy we wspólny program/projekt Nowoczesnej i Razem, w sojusz lewicy (post-SLD) i PO, itd.? Obawiam się, że żadna z tych partii nie pali się do dialogu i nie pozwoli na to by jakaś „wielka nowa idea” odebrała im wyborców. Ze strony PiS wystarczyłoby wspierać te partie finansowo i pompować ich egoizmy, by szansa na jakąkolwiek opozycję „40%+” była mniejsza niż wygrana w lotto.

opars

CZY KIJOWSKI W ŚWIETLE STAWIANYCH MU ZARZUTÓW POWINIEN ŚCIĄĆ KITKĘ?

Kiedy Facebook miał wejść na giełdę, Mark Zuckerberg przyszedł na spotkanie z akcjonariuszami, inwestorami, itd, w bluzie z kapturem. Opinie o niestosownym zachowaniu twórcy FB poniosły się szerokim pomrukiem po świecie, z czego sam Zuckerberg niewiele sobie zrobił. Wieszczono, że okazany brak szacunku do wystrojonych od stóp do głów przyszłych udziałowców zaważy na notowaniach. Nie stało się tak. Mark był po prostu szczery. Wiedział, że to on rozdaje karty i nie miał zamiaru urządzać taniej szopki.

Czytam i słucham sobie o M.Kijowskim w sieci, mediach, rozmawiam ze znajomymi i zauważam, że jest coś w tych dyskusjach z próby mówienia mu kim ma być, jak powinien postępować, wyglądać, jaki ma być KOD, itd. Dorobiliśmy się całych zastępów „wujków dobra rada”, którzy niejednokrotnie korzystając ze swojej popularności wrzucają w obieg opinii jakieś sugestie, czasem wprost nakazy.

Moim zdaniem, nawet kompetentny w rewolucjach Lech Wałęsa nie ma prawa pouczać M.Kijowskiego, gdyż czasy są inne i doświadczenia inne. Kijowski jest faktem dokonanym. Założył KOD, nawet gdy nie był to jego osobisty pomysł. Dał nowemu ruchowi swoją twarz, dał nazwisko, zaangażował się. Oczywiście, stawał i wciąż staje przed bardzo trudnymi wyborami, ale KOD trwa i to kolejny fakt dokonany. Ludziom, którzy chcą ulepszać KOD zadaję czasem pytanie: czy wprowadzenie proponowanej przez nich zmiany przysporzy KOD-wi sympatyków czy ich liczbę zmniejszy? Kto weźmie odpowiedzialność, gdyby zaszła ta druga ewentualność? Czy ktoś wstąpi do KOD gdy jego propozycja zostanie wysłuchana? Okazuje się, że raczej wolimy radzić niż brać odpowiedzialności lub zaangażować się.

Kijowski ma za sobą dwa bardzo silne fakty dokonane, z których nie można go zwolnić, lub odebrać mu ich, dlatego sporą część dyskusji na temat jego statusu w KOD uważam, za przynajmniej dziwną. Te fakty dokonały się dzięki temu, że był kim jest, że słuchał siebie i ludzi, którym ufał nie ulegając „wujkom dobra rada”, którzy nie mają nic do stracenia.

Kiedyś krążyła w obiegu następująca kwestia: „Jak ona może śpiewać z takimi nogami?”.
Najwyraźniej może.

dziennikpl

PSYCHOLOGIA MOTŁOCHU

Kilka lat temu, krążył w sieci żart. Młody brytyjski parlamentarzysta zasiada w ławie ze swoim sporo starszym i doświadczonym kolegą. Młokos wskazuje na ławy zajęte przez posłów innej partii i szepcze do starszego ze znawstwem:
– To nasi wrogowie.
Starszy poseł kręci przecząco głową i poprawia młodego druha:
– Nie, tam siedzą nasi konkurenci polityczni, nasi wrogowie siedzą za naszymi plecami.

Z politycznymi konkurentami spierać się łatwiej, gdyż niemal wszystkie chwyty są dozwolone. Nie ma w tych sporach niczego osobistego, dlatego bez trudu, niczym bokserzy po walce strony mogą podać sobie ręce i podziękować za spotkanie, które było dla nich dużym wyzwaniem. Gorzej gdy walka pojawia się we własnym stronnictwie, co można byłoby porównać do sytuacji, w której rywalem utytułowanego boksera staje się np. jego dziesięcioletni syn wylosowany przez organizatora. Wszelkie reguły biorą w łeb i to po obu stronach. Markować walkę, starać się nie uszkodzić rywala, zastanawiać się nad tym, kto jest po drugiej stronie i że jest to rodzina? Dylematy z tym związane to lżejsza wersja dylematów obrońców Głogowa, którzy musieli zdecydować czy strzelać do zakładników (własnych synów) przywiązanych do machin oblężniczych wroga. Obrońcy Głogowa nie zastanawiali się długo i pewnie dlatego zapisali się w tej patriotyczno-heroicznej części polskiej historii.

„Trwa bowiem postanowienie ojców, powzięte z niezachwianą mocą, że lepiej, aby rodzice stracili potomstwo, niż żeby obywateli pozbawiono ojczyzny. I, godziwiej jest dbać o wolność niż o dzieci”

Czas względnego pokoju nie stawia nas przed tak trudnymi wyborami, jednak jak postąpić, gdy z jednej strony chcemy bronić ważnej sprawy a uderzyć nie chcemy? Zapewne nie skłamię gdy stwierdzę, że animatorzy podziałów w szeregach nie tylko politycznych przeciwników ale całym społeczeństwie na taki właśnie efekt liczą. To doskonała metoda tworzenia pęknięć i rozłamów, odwracania się ludzi od siebie, wywoływania wzajemnej pogardy i niemocy. Aborcja czy uchodźcy – to przykłady tematów, które niczym ostry nóż zatapiany w torcie dokonują idealnie „równego” podziału na morderców i fanatyków, na naiwnych lub nazistów. Tych osi podziałów jest oczywiście więcej i trudno wymienić wszystkie, jednak przeraża ich siła, która w skrajnych przypadkach może prowadzić nawet do rozłamów wśród ludzi związanych więzami krwi. Jeżeli udaje się podzielić rodziny, to jaki problem stanowi podział grona przyjaciół, społeczeństwa, narodu?

Jak nie ulegać podziałom? Gdyby Gustaw Le Bon żył 100 lat dłużej i przyszłoby mu żyć we współczesnej Polsce, napisałby drugą część „Psychologii tłumu” pt.: „Psychologia motłochu”. Uczyniłby tak, gdyż słowo tłum brzmi poniekąd dumnie skoro tłum jest zdolny także do czynów szlachetnych, gdy motłoch jest zdolny wyłącznie do czynów podłych które za szlachetne uznaje – a więc zasługuje na zupełnie odrębną kategorię.
Le Bon wyjaśniłby nam, że to właśnie motłoch staje się adresatem demiurgów podziałów, gdyż jest ‚tworem’ bezwolnym (łatwo sterowalnym), przewidywalnym oraz zasadniczo tępym (niezdolnym do głębszych refleksji). O zgrozo zauważył to już Adolf Hitler poświęcając w swojej książce Mein Kampf cały rozdział tzw. „propagandzie wojennej”.

Wydaje się, że niebycie motłochem załatwi wszystko, a jednak nie, gdyż czasem okazuje się, że motłoch siedzi za naszymi plecami a nie „tylko” w ławach politycznych konkurentów. Często w ogóle nie zdajemy sobie z tego sprawy, by w krytycznym momencie otrzymać „cios w plecy”. Jak dbać o jedność stronnictwa służącą sprawie, gdy część naszych „braci i sióstr” ulega każdej medialno-politycznej nagonce-sensacji dokonując wewnętrznego sabotażu, rozkładu? Jak postępować, gdy ta część poczuje się wyjątkowo obrażona, gdy zgodnie z prawdą porównamy jej postawę do zachowań ludzi mówiąc delikatnie naiwnych i podatnych na sugestie?

W przypadku organizacji politycznej to poważny problem. Z jednej strony sabotażystów można pozbyć się, ale z drugiej… czy organizację stać na taka rozrzutność gdy każdy głos jest ważny? Istnieje dodatkowe ryzyko, gdyż zwolniony sabotażysta nie zamknie się w ciemnej klitce by wypłakać swoje żale. Na ogół pogna do politycznej konkurencji by zrealizować swą zemstę i ukoić frustrację (dziwić się, że takim ludziom kiedyś oferowano pracę w ambasadach na antypodach, a obecnie np. w spółkach skarbu państwa – spadochroniarze). W polityce to szczególnie trudne wybory.
Zdał sobie z tego sprawę już D.Tusk gdy któryś z posłów jego zdałoby się pozytywistycznej formacji zaczął słyszeć krzyk mrożonych zarodków, dokładnie wtedy kiedy zaczęła o takim krzyku mówić opozycja. W polityce nie można postawić wyłącznie na jakość, gdyż w demokracji tak już jest że ilość również ma znaczenie. Powstają trudne kompromisy.

W prywatnym życiu odcinanie się nie nastręcza większych problemów, można postąpić jak Tuwim, który skłócony ze wszystkimi znajomymi zadedykował im w rezultacie wiersz pt. „Całujcie mnie wszyscy w dupę”. Tylko zawsze jest to jakiś krok ku tym, którzy na podział liczyli i blizna pozostaje.

Jak postąpić gdy mamy do wyboru trudny kompromis lub samotność?
To chyba kwestia wyznawanych priorytetów, wyboru pomiędzy popularnością a autorytetem, miłością a rozsądkiem, marszem po przyszłość a pochylaniem się nad każdym kamieniem.

masz

IDEOLOGIA KONTRA CZŁOWIEK

Kiedyś stwierdziłem, że każda ideologia może stać się źródłem zła gdy przesłoni jej zwolennikom drugiego człowieka.

Nawet najszlachetniejsze ideologie i religie sprzyjają zarysowaniu podziału ludzkości na „szlachetnych wyznawców danej idei” oraz pozostałych. Ten podział skutkuje na ogół powolnym wykluczaniem i odbieraniem człowieczeństwa tym, którzy mają – mówiąc prosto – „inne zdanie”. Rodzi się fanatyzm a problem dotyka zwolenników tak lewicy, prawicy jak i wszelkich religii.

Łatwość, z którą przychodzi fanatykom oceniać innych dziwi mnie i zatrważa. Dla fanatycznego neoliberała każdy ubogi jest sam winien swojej nieudolności, jest roszczeniowcem i leniem. Dla fanatycznego socjalisty każdy posiadający więcej jest złodziejem, oszustem i kanalią; dla fanatycznego rabina każdy Palestyńczyk nie jest wart żydowskiego paznokcia a dla fanatycznego Palestyńczyka każdy Żyd jest mordercą i sukinsynem. Można tak bez końca: dla fanatycznych zwolenników reżimu, każdy opozycjonista jest terrorystą, a dla fanatycznego opozycjonisty każda osoba związana z reżimem to przyszły zasłużony gość szubienicy; dla przedstawiciela jednej religii przedstawiciel drugiej jest groźnym niewiernym. Świat nie jest czarno-biały, lecz fanatyków nie interesuje sprawiedliwy proces, prawo do obrony, prawa człowieka. Fanatycy gotowi są skazywać na śmierć choćby za potencjalną przynależność do obcego obozu, gdyż skoro ktoś nie jest „nasz” to jest wróg i należy go unicestwić.

Język i działania fanatyków cechuje skłonność do uogólniania/generalizacji, niechęć do dialogu, negacja wszelkich źródeł innych niż ich własne, perswazja, wysoki poziom emocji, nienawiść, nierzadko wyznają zasadę: „cel uświęca środki” czy jak kto woli: „po trupach do celu”.

Gdzieś na świecie zrodziła się koncepcja wpisania fanatyzmu na listę psychoz po to by zwyczajnie go/ją leczyć. To ważny pomysł, gdyż w czasach niekontrolowanego obiegu informacji fanatycy niosą szczególne zagrożenie. Nawet gdy w ich mniemaniu nie robią nic złego a jedynie wyrażają swoje racje czy opinie, to racje te przyjmowane przez innych stają się źródłem milczenia wobec ludobójstwa wskazanych jako niegodnych do istnienia lub aktywnego w owym ludobójstwie współudziału.

NOWOCZESNY PATRIOTYZM, KURWA!

W rosyjskim filmie „Kibolski świat” (rok. produkcji 2013), urodziwa studentka zakochuje się w jednym z szefów kibicowskiej „bojówki”. Początkowo nie wie czym zajmuje się obiekt jej westchnień choć prawda o tym, że umiłowany bierze udział w ustawkach nie pozostaje długo w ukryciu. Dziewczyna udaje się do sklepu z gadżetami dla kibiców i chcąc kupić wybrankowi serca jakąś koszulkę wdaje się w rozmowę ze sprzedawcą (również kibolem). Dziewczyna stara się dociec o co w tych bójkach chodzi. Sprzedawca polewa jej i sobie wódki i tłumaczy mniej więcej tymi słowy:
– Widzisz, polityka, gospodarka, ekonomia, nauka – to strasznie skomplikowane sprawy, gdy u nas rzecz jest prosta: tu swój a tu wróg.
– Ale po co, jaki sens? – docieka dziewczyna
– No po prostu, nie jest tak jak dawniej, że ustawiało się np. jedenastu na jedenastu, teraz chodzi o to by wytropić wroga, zaskoczyć go i skopać (ważne: w dobrych butach, żeby nie było obciachu, gdy będzie kopany po ryju).
Dziewczyna robi dziwną minę i podaje wysuszony kieliszek do kolejnej dolewki – „na lepsze zrozumienie” zapewne.

Niedawno wspomniałem gdzieś o tym, że największym problemem humanistów (właściwie nie tylko) jest wiara w człowieka. Zakładanie, że ludzie są do siebie podobni: mają podobne oczekiwania, podobnie rozumują, podobnie chcą rozwiązywać problemy skazuje na bycie wiecznie zaskakiwanym obserwowanym wokół człowieczeństwem. Choćby człek szukał sensu, starał się zrozumieć, dogadać to nie jest w stanie, gdyż to czego szuka nie istnieje w „perspektywach”, które pomagają mu poruszać się po tym świecie.

prow

Czy normalnego człowieka może sprowokować kupa gruzu? Normalnego nie, ale narodowca już tak o czym dowiedziałem się dzięki witrynie Marszu Niepodległości. Autorzy posiłkując się zdjęciami oskarżyli miejską administrację i oczywiście „lewactwo” o przygotowanie prowokacji w postaci pozostawionych na widoku kamieni, desek, łopat, prętów, toy-toyów (najbardziej prowokujące wydawały się te, pozostawione w pobliżu np. sklepów).
Chcąc przetworzyć to na jakąś bardziej zrozumiałą formę, organizatorzy przyjęli założenie podobne do takiego, w którym np. właściciel psa na spacerze domagałby się by inni ludzie nosili kagańce lub na czas spaceru znikali z pola widzenia psa, gdyż mogą go sprowokować(!).
W komentarzach pod wspomnianymi zdjęciami ktoś napisał oświeceniowo, że na trasie marszu mogłyby leżeć nawet Kałasznikowy a żaden patriota nie powinien po takowego sięgnąć, jednak o wiele większą popularnością cieszyły się stwierdzenia: „O, taką dechą to bym lewaka jebnął”. Jakie odruchy wywołałyby u narodowca gruzy zniszczonej w czasie wojny Warszawy??

Głęboko zastanawiając się nad tym wszystkim można dostrzec, że „narodowcy” nie są monolitem, że są ludzie od myślenia i ludzie od napierdalania. Ci pierwsi z premedytacją wykorzystują tych drugich w ramach system rozumowania rosyjskiego kibola, który musi mieć wroga – w tym przypadku wrogiem jest lewactwo. Atakowanie wroga – wg. tych „reguł” – jest cool, a że wroga na ogół trudno rozpoznać (gdyż jest ukryty a przez to bardzo niebezpieczny) musi ktoś (przywódca) tego wroga wskazywać, unicestwienie wroga usprawiedliwić i eksterminatora po głowie pogłaskać (Polacy to my, to my, to my).

Znam kiboli, jeszcze nie „narodowców”, którzy pół życia spędzili na układaniu kostki brukowej i słowo „musli” kojarzy się im z „humusem”. Nie są złymi ludźmi, lubią zarobić, zabawić się, pośmiać, poryczeć pieśni ku chwale klubu o 3 nad ranem, zawsze chętni do pomocy za godziwą zapłatę. Któregoś dnia na „placyku” (wszędzie są takie placyki) doszło do spotkania kibiców i gitarzystów. Wódka lała się szerokim strumieniem i jeden z kiboli obserwując w zadumie całą sytuację stwierdził głośno: „a co, jedni lubią piłkę a drudzy gitarę!”. Nastąpiła wymiana braterskich piątek w ramach „nie mam nic do gitarzystów” / „nie mam nic do lubiących piłkę” i impreza trwała w najlepsze.

Wyobraźmy teraz sobie jakąś „narodową gnidę”, która wkracza w takie towarzystwo, zaczyna węszyć spiski, jątrzyć. Nie bez kozery kaczyński pieprzy wciąż o zagrożeniach wewnętrznych i zewnętrznych, gdyż wie, że bez tego straciłby pozycję tego który oświeca ludzi w swojej prawdzie i prowadzi. To on i jego zafajdana świta od lat umacniały ludzi (dla których polityka, ekonomia czy nauka były za trudne) w przekonaniu, że to inni powinni nosić kagańce a nie ich psy. To świta kaczyńskiego usprawiedliwiała i głaskała psy, które gryzły, to kaczyński i jego świta wprowadziła pojęcie „prowokacji” o wygodnym dla siebie znaczeniu.

Ktoś zada sobie pytanie: dlaczego tak łatwo poszło i ci ludzie mu uwierzyli? I tu należy walnąć się w pierś, gdyż to oświecone elity nie tylko zapomniały o dołach ale i otwarcie dołami gardziły. Elity te zachowywały się dokładnie tak jak wyśmiewani jeszcze niedawno (przez nie same) przedstawiciele „polactwa”, którzy montowali niezliczone kraty na klatkach schodowych w blokowiskach twierdząc „wreszcie odgrodziliśmy się od tego chamstwa” (czyli reszty świata). Kraty zastąpiono wyprowadzkami na strzeżone osiedla, gdzie zajęto się własnym rozkwitem i całkowitym olestwem tego co dzieje się za strzeżonym murem. Za murem działo się wiele. Tak jak nienawiść rodzi nienawiść, tak pogarda rodzi pogardę. Wystarczy wówczas jakiś Kaczyński, Mikke, Farage, Trump, Le Pen czy Kukiz by tę pogardę w wygodny dla siebie sposób ukierunkować i wprawić w czyn by stworzyć rzeczywistość taką jaką jest. Świat pęka na pół.

fakts
(źródło.fot. fakt.pl)

ROMSKEY – INFOWARS

Każdy z nas wie, jak wygląda mrowisko. Dzięki imponującym zbliżeniom w filmach przyrodniczych możemy obserwować interakcje zachodzące pomiędzy mrówkami. Na ogół są to różne rodzaje poklepywań się czółkami i choć nie mam zielonego pojęcia co te poklepywania dokładnie oznaczają to mogę domyślać się, że są to formy komunikacji, a więc wymiany informacji o zagrożeniach, o tym gdzie iść, jak pachnie i gdzie leży ta wielka zdechła dżdżownica, którą należy do mrowiska przytachać.

Wyobraźmy teraz sobie, że ten odwieczny mrówczy porządek ulega przemianie. Powracająca do mrowiska mrówka nie przekazuje mrówce wychodzącej wiadomości
o zdechłej dżdżownicy, lecz mówi jej:
– Słuchaj, rzeczywistość nie jest taką jaką widzisz, rzeczywistość jest tworem Twojej wyobraźni, zapisz się na kurs jogi a zrozumiesz transcendent świata.
Nawet gdy mrówka wychodząca nie da się przekonać, to podbiegnie do niej inna
i powie:
– Słuchaj, olej tę zdechłą dżdżownicę, mamy inny problem i jest on w samym mrowisku. Widziałeś, żeby nasza królowa kiedyś pracowała? To mrowiskowy spisek, w którym mamy być tymi głupimi niewolnikami. Obalmy królową.
Nawet gdyby i to nie było dla mrówki wychodzącej przekonujące, to podejdzie do niej sto innych mrówek, które nawoływać ją będą do przebudzenia, zmiany diety, sojuszu z szerszeniami jako lepszymi kompanami od mszyc, a część wystraszona wieścią o jakiejś apokalipsie stratuje inną grupę. Informacja będąca fundamentem funkcjonowania mrowiska jako wspólnoty, zostanie zablokowana lub zniszczona.
I owszem, mrowisko wcale nie musiało być sprawiedliwe skoro ktoś tyrał i walczył a ktoś inny zajmował się wyłącznie znoszeniem jajeczek i ich zapładnianiem. Jednak panujący system zapewniał mrówczej społeczności przetrwanie, przez sto, dwieście a może milion lat. Nowe przypomina anarchię, staje się wielką niewiadomą.

W ludzkim mrowisku zaszło podobne zjawisko. Powoli upadają tradycyjne nośniki informacji, gdyż wypiera je „wolny” internet. W mojej skromnej i grzecznej ocenie, wylew tak potwornych ilości umysłowego gówna nie ma sobie równych w historii cywilizacji. Powiem nawet coś niemądrego: przywrócenie jakiegoś ładu będzie musiało wiązać się już na samym wstępie z wysadzeniem w powietrze wszelkich serwerowni a najlepiej wyszukiwarek Google, Yahoo itd. Dlaczego? Otóż dla usprawnienia międzyludzkiej komunikacji użyliśmy (choć w dobrej wierze) systemu, który nawet trudno nazwać sztuczną inteligencją. System ten nie dokonuje żadnego filtrowania płynących w nim danych, kieruje się całkowicie nieludzkimi regułami, ustala na podstawie abstrakcyjnych wskaźników co jest mądre a co niemądre, co groźne a co nie np. na podstawie liczby lajków. Wielu nauczyło się już ten system obchodzić lub robić w konia pogłębiając jedynie czarną rozpacz. To internet a nie sztuczna inteligencja może nas zniszczyć jako pierwszy.

Cokolwiek można mówić o wadach przeszłego uporządkowania to obecne zaburzenie obiegu informacji niesie skutek katastrofalny. Być może powrócimy do lasów i jaskiń, zaczniemy polować na siebie, żyć indywidualnie poza wszelką wspólnotą, być może przeżyjemy, a może tylko najsilniejsi.
Zaburzenie obiegu informacji opisano kiedyś w opowieści o wieży Babel, kiedy budowniczym pomieszano języki. Jednostki takie przestają współpracować, pogłębiają wzajemną nieufność, nie kończą swojego dzieła, nie potrafią przekazać informacji o realnym zagrożeniu, zdarzyć się może dokładnie wszystko, z wielkim finałem odcinka „Ludzkość” w serialu pt. „Ziemia”.

Wychodząc na ulicę jeszcze tego nie czujemy, świat wydaje się niespecjalnie inny. Być może Rosja i USA prężą jedynie muskuły, być może uchodźcy jakoś tam się zasymilują lub wyjadą, może jakoś to będzie. Jednak kiedy idę ulicą i spoglądam na mijanych ludzi, to choć wyglądają całkiem normalnie, zadaję sobie pytanie: co kryją ich głowy? Jakie mają przekonania, co sądzą o otaczającym ich świecie, o konkretnych zjawiskach? Część odpowiedzi na te pytania odnajduję w sieci i wiem, że nie istnieje już żaden „mainstream”, żadna słuszna linia, żaden autorytet. Wcześniej czy później powstanie jakaś sieciowa policja, powołana przez lud (nie władze), głupia, wolno ucząca się, ze średnią efektywnością ale o kilka chwil oddali coś bardzo złego co może stać się bardzo szybko.

black-ants