Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

MASOWA INWIGILACJA – CZY ISTNIEJE

Gdyby ktoś starał się przekonać Was, że ukrywa słonia w pudełku po butach, to zapewne w większości uznalibyście taką deklarację za mocno naciąganą. Nasza niewiara wynikałaby ze zwykłej świadomości rozmiarów słoni i pudełek. Jednak w zetknięciu z pojęciem „masowej inwigilacji” dzieje się odwrotnie. Jest to zrozumiałe gdyż arkana technologii cyfrowych są wciąż postrzegane jako rodzaj czarnej magii. Brak danych o możliwościach sprzętu z którego na co dzień korzystamy zastępujemy różnorodnymi wyobrażeniami i tu mówiąc wprost – potrafimy nieco przeszacować. Gdybyśmy jednak potrafili dokonać w pełni miarodajnych szacunków, to – co czasem zdarza się – błędem byłoby wysnucie wniosku, że skoro w pudełku nie ma słonia to znaczy, że nie ma w nim zupełnie niczego.

Strona praktyczna

Kupujemy nową kamerę i kręcimy wszystko na co mamy ochotę. Zapewne dość szybko zdamy sobie sprawę z tego, że pamięć kamery jest ograniczona, dlatego zakupimy kolejne karty pamięci lub zaczniemy kasować to co uznaliśmy za zbędne. Miniaturyzacja potrafi miło zaskoczyć (skoro na karcie pamięci wielkości paznokcia możemy zapisać zawartość wielkiej biblioteki) dlatego możemy słusznie założyć, że filmy dokumentujące wybrane zdarzenia z 10 lat naszego życia zmieścimy bez problemu w paczce po zapałkach. To niewiele i zapis 10 lat życia miliona osób zająłby powierzchnię miliona paczek po zapałkach czyli gdyby ustawić je na sobie to powstałby słupek o wysokości 10 km. Zmagazynowanie takiej ilości danych jest osiągalne (np. dla rządów) zarówno pod względem miejsca przechowywania i kosztów. Zdecydowanie mniej osiągalny jest – zdałoby się banalny – cel pt.: „kto miałby to przeglądać?” (a wspomnijmy, że te milion osób każdego dnia dostarcza kilka nowych paczek). Oczywiście nie musimy zakładać, że rząd musiałby zatrudnić liczbę analityków równą (a nawet większą) liczbie inwigilowanej populacji, gdyż mamy przecież „sztuczna inteligencję”, tylko że możliwości sztucznej inteligencji również potrafimy nieco przeszacować. Uprzedzając zastrzeżenia, tak, owszem, „masowa inwigilacja” jest teoretycznie możliwa, jednak „możliwość” a więc prawdopodobieństwo np. wygranej w lotto to nie to samo co odebranie wygranej (tym także różni się matematyka od fizyki).

Czy wiecie, że na oceanach dryfują wyspy plastikowych śmieci, a jedna z takich wysp ma wielkość Francji? Nie jest to agitacja ekologiczna – choć tej również należałoby poświęcić trochę miejsca – tylko zwrócenie uwagi na to, że człowiek generuje całkiem sporo śmieci także w obszarze cyfrowym. Właściwie, to nie minąłbym się z prawdą, gdybym stwierdził, że produkujemy głównie śmieci, skoro np klienci serwisów komputerowych prosząc o „wgranie nowego systemu” zastrzegają, że można skasować wszystko, tylko jedynie zdjęcia z wesela zostawić. Ktoś, kto projektowałby masową inwigilację zetknąłby się z podobnymi uwarunkowaniami. Można podejrzewać, że służb specjalnych nie interesuje 50 milionów półgodzinnych filmików pt. „krowa je”, „pies się bawi” lub „pociąg jedzie”. Odsianie tego co interesujące od tego co nieinteresujące wymaga możliwości obliczeniowych większych niż było potrzebnych do ich stworzenia. Skutek taki łatwo opisać problemem CERN, gdzie dane ze zderzeń są stale zbierane (koszty zbierania i przechowywania sięgają miliardów euro), lecz ich analiza zderza się z problemem ich …zakorkowania. Czyli mówiąc wprost jest ich nieco więcej niż można sensownie czy na bieżąco przetworzyć.

Powiecie, że obłudnie Was tutaj uspokajam, ale zadajmy sobie praktyczne pytanie, czy jakikolwiek rozumny inwigilator miałby ochotę ponosić koszty przeglądania wyspy śmieci o rozmiarach Francji w poszukiwaniu jednego patyczka higienicznego na którym znajduje się jakiś ślad w postaci DNA? Jeżeli przerzucenie takiej sterty odpadów kosztowałoby miliard dolarów to wcześniej czy później pojawi się myśl, czy nie byłoby łatwiej takiego patyczka zdobyć inną metodą np. za 10 dolarów? Jak słusznie domyślacie się, zmierzam do tego, że zdecydowanie łatwiej i taniej inwigilować jednego opozycjonistę, niż dwoić się i troić nad wyłuskaniem jednego opozycjonisty z danych kilkudziesięciu milionów ludzi (czyli w większości danych o których już wspomniałem, a więc typu „krowa je”, „pies się bawi” lub „pociąg jedzie”). Choć miały i mają miejsce pomysły masowego poszukiwania np. „niebezpiecznych słów” zostawianych np. w internecie (co z przyczyn technicznych jest o niebo prostsze niż analiza np. filmów lub audio), to osiągnięcia związane ze stosowania tej metody nie są spektakularne i nie będę już opisywał znanych (bo komicznych) przypadków w których FBI dopadło człowieka, który kupił szybkowar lub matkę przedszkolaka, która podzieliła się wrażeniem z bombowego przyjęcia w przedszkolu. Do tego, nikt przecież nie powiedział, że cel inwigilacji w ogóle korzysta z telefonu, komputera czy internetu w ramach realizowania swojej tajemnej misji. Oznacza to mniej więcej tyle, że w wyspie śmieci w ogóle nie musi znajdować się to czego szuka „wielki śledczy”. To zmienia trochę postać rzeczy – przyznajcie.

Pod lupą

Nośność mitu „masowej inwigilacji” ma nieco inne podłoże i wracamy tu do punktu: „w pudełku nie ma słonia, ale to nie znaczy, że nic w nim nie ma”. Uogólniając – internet zbiera o nas różne dane i jest to owe ziarno prawdy, na którym buduje się różne teorie. Do rozwoju tego obszaru przyczynił się rozwój „cyfrowego marketingu” i wprowadzić musimy tutaj nowe/stare pojęcie „śladu cyfrowego” (zetknąłem się również z nazwą „punkt informacji”). Nieszczególnie przepadam za spiskogennymi nazwami, w których można zmieścić wszystko, dlatego sprecyzujmy czym są i mogą być ślady cyfrowe. Śladem cyfrowym jest np. historia odwiedzanych witryn, śladem cyfrowym jest np. informacja o zakupionych produktach, oglądanych reklamach, polubieniach w Facebooku, dane o używanym oprogramowaniu. Śladem cyfrowym mogą być także nasze personalia, nasz wizerunek, PESEL, miejsce zamieszkania, stan zdrowia, powiązania rodzinne – czyli ogólnie wszystko co mądrze lub niemądrze zostawiamy w sieci. Takie dane nieco różnią się od danych na temat każdego naszego kroku o czym była mowa wcześniej. Danych tego rodzaju jest znacznie mniej a ich przetwarzanie jest stosunkowo proste.

Praktycznie nie wiemy jak wiele „internet” wie o nas i tu jak z pojemnością mikro kart pamięci możemy zostać zaskoczeni. Algorytmy przetwarzające ślady cyfrowe są w stanie stworzyć nasz w miarę poprawny profil fizyczno-psychologiczny i to na podstawie tej bardzo małej ilości danych. Taki profil nie musi być w 100% prawdziwy (i pełny), gdyż oprócz tego, że strasznie śmiecimy to i prawdy o nas, które zostawiamy w sieci nie zawsze są całkiem prawdziwe. Jednak nie da się ukryć, że algorytm potrafi wyłonić co nieco na nasz temat jak i na temat pewnych zbiorowych trendów. Tworzenie profili i trendów nazywamy psychografią lub psychometrią (oczywiście chodzi o cyfrową odmianę tych dziedzin). Jeden z psychologów a zarazem współtwórca algorytmów stwierdził, że można dowiedzieć się więcej o nas poznając preferencje naszych znajomych niż nas samych. Brzmi ciekawie i trudno taką deklarację podważyć. Gdy mamy wśród znajomych Owsiaka, Frasyniuka, Rzeplińskiego, Biedronia i Sorosa to raczej mało prawdopodobne jest, że biegamy po mieście z flagą z krzyżem celtyckim i ryczymy coś o pedałowaniu. Takich historii o algorytmach jest wiele, ponoć stwierdzono m.in. związek np. antysemitów z sympatią do marki wafelków KiteKat.

Wielki regał zawierający skany naszych dowodów tożsamości z dopiętymi załącznikami o tym co lubimy a czego nie, stanowi jakieś źródło wiedzy o nas. Zaciera się granica pomiędzy danymi osobowymi, danymi prywatnymi lub niespersonalizowanymi identyfikatorami klienta ale podkreślmy jedno – trudno taki zbiór danych nazwać inwigilacją podobną do tej prowadzonej np. przez służby, które dysponują większością takich danych zanim w ogóle przystąpią do działań operacyjnych.
Nie oznacza to, że te dane to dane śmieciowe. Można wykorzystać je w kampaniach reklamowych a co ostatnio nieco smutne – także w kampaniach politycznych. Znając preferencje czy oczekiwania wyborców można uszyć np. „doskonały” program polityczny oraz wiedzieć komu podsunąć go pod nos, by wiedział na kogo głosować.

W pewnym sensie to nic nowego. Handlowcy i politycy od lat starają się poznać preferencje ludzi. Lata temu narzędziem służącym temu były sondaże, dziś narzędziem stał i staje się internet. Problematyczna różnica polega na tym, że dziś nie bardzo wiemy, że ktoś nas bada, jak i kiedy z tego korzysta. Pewne jest to, że zainteresowani nami nie wyciągają od nas więcej niż sami w sieci zostawiamy (celowo wyłączam tu działania hakerów, którzy działają raczej jak służby niż marketerzy).

Podsumowując. W pudełku nie ma słonia o imieniu „Masowa Inwigilacja”, natomiast jest w nim kot o imieniu „Masowe Profilowanie” i jest z nim trochę jak ze znanym kotem Schrödingera, o którym nie za bardzo wiemy czy jest żywy czy martwy. Jak dotąd nie udało się określić konkretnego wpływu jaki można za jego pomocą wywrzeć np. na proces wyborczy. Wiemy jedynie, że taki wpływ istnieje lub ma miejsce. Gdy znajdziemy odpowiedź na to pytanie, zdecydowanie łatwiej będzie stworzyć regulacje, określić ramy legalności.
Choć może będzie już za późno? 😉

Reklamy

ZAUFANIE

Nie wiem ile razy można odkrywać Amerykę, ale pewnie dość często, a tym częściej, gdy obserwowanie świata wokół odbiera pewność czy Amerykę na pewno odkryto. Być może brzmi trochę tajemniczo, jednak kilka sytuacji z kilku różnych obszarów znów ułożyło się w zgrabną historię, którą pozwolę sobie Wam przedstawić.

Radio TokFM, wzorując się na Guardianie, postanowiło zaostrzyć ton wypowiedzi związanych z ocieplaniem klimatu wierząc, że pomoże to w przełamaniu ludzkiego sceptycyzmu czy tzw. „denializmu”. Nie pamiętam już zaproponowanego słowniczka mającego wspomóc ten proces, ale chodziło mniej więcej o to, by zamiast „zmiany klimatyczne” stosować pojęcie „katastrofa klimatyczna”. Nie musiałem długo czekać, by pojawiły się komentarze – nie przeczę – bliskie mojemu nastawieniu do tego pomysłu. Ktoś ironicznie zagaił „a może klimatyczny holokaust?”.
Sam napisałem coś o utopijnej wierze radiowców w sprawczą moc słów, o tym, że podkręcanie „głośności” może robić wrażenie „czegoś robienia” choć to aktywność pozorna i wreszcie: „To jak ma to teraz być:
– Co zrobiliście dla walki z globalnym ociepleniem?
– Zaostrzyliśmy nazewnictwo!”.
Prawdę mówiąc przez chwilę miałem wrażenie że się czepiam, bo skąd wiem, że to nie przyniesie skutku, choć z drugiej strony czułem przez skórę, że sedno konfliktu tkwi gdzie indziej, że ludzi niepokoi wizja zamykania kopalń czyli związane z tym bezrobocie, zapaść gospodarcza górniczych regionów. Pomijanie tego tematu pogłębia tylko podejrzliwość, opór lub wyparcie. Dziad o gruszce a baba o pietruszce, trudno rokować sukces głośniejszego czy dosadniejszego mówienia o którymś z warzyw gdy nie ma płaszczyzny porozumienia. Ale to jeszcze nie najważniejsze w tym tekście.

By podbić nieco napięcie jak u Hitchcocka dodam, że podobnie potraktowałem decyzję jednego z przyjaciół-znajomych, który uznał, że czas skończyć z intelektualnym gadaniem a czas zacząć mówić wprost „PIS Wy****lać!!!”. Tu zaproponowałem wzmocnienie przekazu marszczeniem brwi co powinno zdecydowanie przyspieszyć upadek PiSu.

Bo na czym to właściwie polega? Otóż w obu przypadkach (i kilku innych, do których nawiążę) chodzi o bardzo proste słowo, o którym – jak o tym, że Ameryka została odkryta – nieco zapomnieliśmy. To słowo to „zaufanie”.
Osoba której ufam może mi powiedzieć coś szeptem i to wystarczy, gdy nawet darcie ze mnie pasów w celu przekonania mnie do jakiejś racji przez osobę, której nie ufam nie przyniesie skutku. Perswazja (podnoszenie głosu, niekiedy perswazja upaństwowiona) daje efekt krótkotrwały. Można kogoś zakrzyczeć, wyszydzić, zawstydzić, zastraszyć ale w głębi duszy on i tak będzie swoje wiedział, a gdy tylko poczuje okazję da temu upust.
Zupełnie inaczej dzieje się gdy perswazję zastąpi zaufanie, zaufanie otwiera zupełnie inne, głębsze wrota.

I owszem, tu i ówdzie dostrzegany jest ten element i przebąkuje się coś o konieczności odzyskania zaufania wyborców, pacjentów, uczniów, jednak ten proces idzie koślawo o ile w ogóle. Dzieje się tak, gdyż okoliczności są specyficzne. Można naprawdę robić wiele dla budowania swojego wiarygodnego wizerunku, ale niewiele należy oczekiwać, gdy wielokrotnie większa grupa ludzi będzie działać na rzecz unurzania tego wizerunku w błocie.

O niszczeniu zaufania

Możecie się nie zgadzać, ale powtórzę swoją starą mantrę: „winny jest internet”. Żadne inne medium nie wpłynęło tak głęboko na podważenie zaufania do ludzi czy instytucji cieszących się jako takim autorytetem i zaufaniem. Ucierpiały polityka, państwo, medycyna, nauka. W internecie plotka nabrała prędkości turbo i stała się faktem, to w internecie ludzie znikąd i bez dorobku stali się przewodnikami tłumów a manipulacja sięgnęła perfekcyjnych poziomów. Wyobraźcie sobie człowieka, który poświęca 20 lat na badanie zmian klimatycznych, który dzieli się swoją wiedzą, gdy pada magiczne: „ale przecież ten gość donosił na katolików w PRL”. Wyobraźcie sobie lekarza z 30-letnim stażem, który mówi o tym co myśli i co wie o szczepionkach, gdy pada magiczne: „ten gość jest skorumpowany przez przemysł farmaceutyczny!”. Mógłbym wymienić tu wiele podobnych zarzutów dając pod namysł ich niezwykłą lepkość (skuteczność).

Gra polskimi (a może ogólnoludzkimi) uprzedzeniami, lękami, jest naprawdę skuteczna. Niegdyś, wystarczało wskazanie na Żydów jako nosicieli tyfusu i wszawicy, by zbudować lub pogłębić społeczny dystans lub wprost odrazę. Ale to nie koniec, ta operacja zataczała kolejne kręgi działając już niczym perpetuum mobile, gdyż ci którzy w imię honoru i zasad postanawiali trwać przy Żydach, stawali się dla otoczenia potencjalnymi nosicielami zarazy przez sam kontakt ze „źródłem zła”. Dziś rolę wszy i tyfusu pełnią „podejrzane idee”: gender, LGBT, ekologia za którymi ma stać sam Lucyfer i apokalipsa, a więc cały ten spisek – „marksizm kulturowy”.
Kto zna listę polskich uprzedzeń ten zna klucz do polskich serc (statystycznych) i jest w stanie spokojnie zarządzać społecznym zaufaniem. Korupcja, donosicielstwo, żydostwo, „lewactwo”, niepowszechne preferencje seksualne, zdradzieckość. Fenomenalne w swojej prostocie zarzuty, nie do obalenia, gdyż jak obalić zarzut brania w łapę? Przecież to tak jak tłumaczyć się z tego, że nie miało się kontaktów cielesnych z diabłem.

O budowaniu zaufania

Smuci, że XXI w. wszystko co zostało powiedziane wcześniej działa, ale czy są wyjścia? Poszukiwania sposobu odbudowy zaufania w obecnych realiach przypominają poszukiwania świętego Graala. W jakimś stopniu zrozumiała jest towarzysząca temu bezsilność, która podpowiada, że może dałoby się zakrzyczeć swoją niemoc, zaostrzyć kurs, zakląć los pozorem działania na rzecz tego co ważne, ale to chroni chyba tylko przed szaleństwem.

Wbrew pozorom święty Graal istnieje, tylko musimy sięgnąć do podstaw, podstaw które logika nie wiedzieć czemu omija. Zastanówcie się, komu i dlaczego łatwiej nam zaufać? Na płaszczyźnie czysto ludzkiej zaufamy tym którzy podali nam rękę w trudnej chwili, którzy uczynili jakiś niewielki gest, którzy wzięli nas w obronę, byli obecni, zapewnili bezpieczeństwo, którzy zostali przy nas nawet gdy zrobiliśmy coś złego. Nie zaufamy tym, którzy napinają się i krzyczą, że są warci zaufania (tym jeszcze mniej skłonni będziemy zaufać), nie zaczniemy ufać tym, którzy szantażują nas twierdząc, że nasz brak zaufania do nich jest skutkiem naszych problemów z piątą klepką. Jesteśmy gotowi zaufać tym, którzy coś dla nas bezpośrednio zrobili lub przynajmniej potrafili nas przekonać, że to zrobili a do tego z potrzeby serca. Obecnie i nierzadko mamy ufać tym, którym nie powierzylibyśmy kluczy od domu.
Jest nad czym popracować.

Zostań bohaterem codzienności.
Na zdjęciu nowojorski policjant kupił buty bosemu bezdomnemu.

NA WŁASNĄ RĘKĘ…?

Prawdę mówiąc, pisanie o niezorganizowanym oporze, ma w obecnej chwili wiele wspólnego z „Polak mądr po szkodzie…”, jednak na swoje usprawiedliwienie mam to, że szkoda do póki nie zaistnieje jest tylko możliwością, gdy szkoda zaistniała staje się faktem. Z faktami pracuje się zdecydowanie lepiej, dlatego pozwólcie, że pozostawię kilka myśli.

Choć od wielu lat wspomina się tu i ówdzie o wątpliwej skuteczności „pospolitego ruszenia” zgrabnie opisanego przez klasyka: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i? – jakoś to będzie!”, to wciąż nie podchodzimy do instytucji „pospolitego ruszenia” z rozsądną dozą dystansu, wciąż traktujemy takie „zrywy” z pewnym szacunkiem i sentymentem. Poniekąd rzecz można zrozumieć, gdyż w każdej dobrej bajce w odpowiedniej chwili przybywa kawaleria, odsiecz lub co w tym tekście ważniejsze „ludzie się ruszą” czyli nie pozwolą na to czy na tamto. Jednak tylko w bajkach wszystkie takie historie kończą się zwycięstwem. W życiu bywa różnie i w pewnym sensie zabawne jest, że samo podważanie „husarskiej natury i zdolności” Polaków, wiązać się może z podejrzeniami o antypatriotyzm, agenturalność czy postradanie zmysłów. Mimo to zaryzykuję.

Moje wątpliwości związane ze skutecznością „ludowych zrywów” wynikły m.in. z dość banalnego powodu. W opracowaniach historycznych dotyczących różnych konfliktów zbrojnych (nie tylko polskich), zawsze intrygowało mnie coś czego wcześniej w ogóle nie brałem pod uwagę, a były to kwestie zaopatrzenia. Napotykając dokumenty związane z tą kwestią, przestawałem widzieć wojnę z perspektywy heroizmu pola walki a zaczynałem rozumieć, jak żołnierze na pole walki w ogóle trafili a do tego skąd brali do walki siły. Gdzieś za pięknymi ideałami stał ściśle zorganizowany „przemysł”, którego rozmiary uświadamiały mi, że przeciętna wojna lub bitwa nie były skutkiem skrzyknięcia się przypadkowych ludzi stojących w obliczu jakiegoś zagrożenia. Tuż obok kwestii zaopatrzenia pojawiał się temat propagandy (w tym neutralnym znaczeniu) – również magiczny obszar. Niemal każda organizacja była zaopatrzona w „wydział propagandy”, który szczegółowo określał co mówić, czego słuchać i co myśleć a przekaz był kierowany tak do „swoich” jak i „obcych” (choć oczywiście nie ten sam). Moja idealistyczna naiwność przechodziła trudną próbę.

Nie chcę tu powiedzieć, że „my tego nie wiemy”. Wiemy, wiemy o tym, że ktoś pociąga za sznurki, tylko mało wiemy o tym z czego te sznurki są zrobione i co siedzi w głowie animatorów. Chcąc lepiej zilustrować problem odpowiedzcie sobie intuicyjnie na pytanie, kto stworzył ISIS (Państwo Islamskie)? W dość popularnym rozumieniu jest to zryw przepełnionych fanatyczną nienawiścią, tępych i niecywilizowanych sympatyków kóz, którym zamarzyło się panowanie nad światem. Gdy dołączmy pytanie o przywództwo tu będzie już trudniej, choć wykręcimy się wskazaniem na religię, natomiast pytanie o „strukturę” pozostanie poza zasięgiem większości. Scalmy teraz ten obraz z rzeczywistością, w której tępy (choć religijny) sympatyk kóz posługuje się najnowszą wojskową technologią komunikacyjną i bronią, potrafi przez lata wodzić za nos najlepsze armie świata, wydaje technicznie bezbłędną prasę, potrafi wstrząsnąć internetem, przejmuje kontrolę nad znajdującym się w jego zasięgu przemysłem wydobywczym a do tego potrafi plony wydobycia sprzedać na całym świecie. Trochę dużo, jak na nierozgarniętego sympatyka kóz.

I oczywiście tu również możemy powiedzieć, że o tym wiemy, ale to wciąż tylko piana na wierzchu kufla. Weźmy Ukrainę, bardzo szybko zrozumieliśmy, że spontaniczny zryw utożsamiających się z Rosją górników w Donbasie to mało przekonująca opcja, gdy owi górnicy nagle stają się specjalistami w obsłudze nowoczesnego wojskowego sprzętu. Tu nie mieliśmy problemu ze zlokalizowaniem „siły sprawczej” czyli Rosji, ale pojawił się mały problem, gdyż tej oczywistości za nic nie jesteśmy w stanie udowodnić, ba, nie tylko my, bo i decydenci tego świata mają z tym problem. (W przypadku ISIS, dopiero po latach ustalono, że w grupie pociągających za sznurki znajdują się kompleksowo wyszkoleni – także w dziedzinie propagandy – byli oficerowie armii irackiej).

Mógłbym wymienić całą masę przykładów (także pozytywnych np. Ruch Praw Obywatelskich M.L.Kinga), w których pozornie spontaniczne pospolite ruszenia okazywały się skutecznie dowodzonymi i zorganizowanymi akcjami. Tu oczywiście trafiamy na „śliski grunt”, gdyż może pojawić się zarzut, że „Solidarność”, „Euromaidan”, „KOD”, etc. były organizowane przez ciemne siły z USA, Niemiec czy innych podejrzanych ośrodków. Cóż, przy tym punkcie poznajmy jeden z kluczowych w propagandzie elementów: „zarzuć przeciwnikowi to co sam robisz” (a każdy chyba słyszał o tym, że KOD – a nawet cała opozycja – to organizacja terrorystyczna finansowana i zarządzana przez Sorosa?).

Zestawmy teraz to co zostało pokrótce powiedziane z naszą polską rzeczywistością. Jeszcze nie tak dawno, tysiące pełnych zapału ludzi wychodziło na ulice, krzyczało do obojętnych „chodźcie z nami!”, lecz mijał dzień lub dwa i ten zapał zanikał, o braku efektów nie wspominając. Nagle okazywało się, że pospolite ruszenie znacznie lepiej miałoby się gdyby posiadało środki transportu, namioty lub żywność potrzebną na dłuższy protest czy choćby wodę mineralną na upalne dni. Nagle okazywało się, że nie ma jakiejś wiodącej idei, choć nawet gdy namiastka takowej istniała to nie istniała „bibuła” (prasa podziemna), nie istniał nikt kto potrafił przekonująco powiedzieć ludziom „wytrwajcie” a wsłuchując się w żarliwe wystąpienia mówców, można było zadać sobie pytanie: „wszystko pięknie, tylko kto mi da wolne?”. Można powiedzieć, że wszelkie wymienione i niewymienione braki próbowano łatać na bieżąco (tu dopiero można wspomnieć o udziale partii opozycyjnych, które starały się przejąć kontrolę nad owym „pospolitym ruszeniem” – autobusy, estrady, itd).
Potencjalnie rzecz można porównać do planu zbrojnego przejęcia miasta z myślą, że broń konieczną do tego przejęcia pozyska się na miejscu np. atakując jakiś miejscowy magazyn broni. Czy ma to szanse powodzenia? W teorii.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja „po drugiej stronie barykady”, kiedy statystyczny kibic doskonale wie co krzyczeć i mówić widząc kamerę, jak reagować na wrogich dziennikarzy czy dokumentalistów, jak zachowywać się w przypadku zatrzymania, jak uzasadniać swoje zachowanie, jakie transparenty nosić przez przypadek przechodząc w przypadkowym miejscu, itd, itp. Nawet niedawny Białystok był imponującym spektaklem socjotechnik. Z uwagi na to, że materiałów wystarczyłoby na książkę, wspomnijmy człowieka, który stanął z wózkiem z dzieckiem naprzeciw gotowego do interwencji kordonu policji lub rozpłakaną dziewczynę, która widząc aresztowanie jednego z gorliwych uczestników zawodziła „zostawcie ojca!” a do ludzi za plecami „policja znów ukradnie mu pieniądze”. Jeżeli ktoś zestawi takie działania z potocznym obrazem idącego na żywioł tępego kibola, to chcąc nie chcą będzie zmuszony nieco swoje poglądy zweryfikować.
Oczywiście pojawiło się domniemanie tzw. „sprawstwa kierowniczego” ze strony kilku działaczy PiS, tyle że zarzut ten oparto na zdjęciu, na którym ktoś stoi obok kogoś, gdy dla ewentualnego śledztwa lepsze byłoby nagranie co wówczas mówiono lub raczej co mówiono na długo przed tym zanim do protestów doszło. Nie dziwmy się jednak takim brakom, „tajemnica jest siostrą konspiracji”.

Ostatnia kwestia, którą chciałem poruszyć to propaganda uprawiana na własną rękę. Chyba każdy obecny opozycjonista miał w rodzinie kogoś, kto należał do zwycięskiej Solidarności (lub sam należał), co w mniemaniu niektórych jest równoznaczne z posiadaniem właściwych kompetencji i cech koniecznych do prowadzenia wielkich ruchów społecznych. Prawdę powiedziawszy, taki stan rzeczy jest spójny z dość popularnym przekonaniem o tym, że Polacy znają się na wszystkim, niezależnie czy jest to pilotowanie Tupolewa czy wchodzenie na szczyty Himalajów. W tak utalentowanym społeczeństwie przywódcą może zostać każdy, każdy może zostać wieszczem, każdy może zostać wielkim organizatorem i… zostaje. Problem w tym, że rzeczywistość często, szybko i dotkliwie weryfikuje takie kompetencje.

Odchodząc nieco od tematyki politycznej, ale pozostając przy propagandzie, Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne w 2017 zwróciło uwagę na pojawienie się nowego zaburzenia, które można byłoby roboczo nazwać „eko-depresją”. (…) Lęk ten wynika z rosnącej świadomości ekologicznej społeczeństwa oraz rosnącej troski o środowisko i otoczenie. Długotrwały stan bezradności wobec zachodzących zmian klimatycznych często prowadzi do fobii lub depresji.(…) i dalej (…) W badaniach skoncentrowano się na opisaniu objawów, jakie towarzyszą lękom – od zmartwień o losy świata, aż po gwałtowne ataki paniki. Psychologowie zaalarmowali, że w cięższych przypadkach lęk może przypominać stany, w których znajdują się ofiary klęsk żywiołowych (…).
Podając ten przykład chcę zwrócić uwagę na negatywny wpływ niekompetentnej, rozproszonej (chaotycznej) propagandy, która może mieć działanie przeciwskuteczne i zamiast motywować może obniżać morale – czy jest lepszy sposób na uziemienie wyznaczonych celów? Nie warto już chyba szerzej wspominać o tym, że straszenie potworem czającym się za rogiem jest skuteczne tylko kilka razy, a dość szybkim efektem jest zobojętnienie lub ironiczne traktowanie takich ostrzeżeń. W kraju, w którym każdy jest zawodowym propagandystą (bo ma internet) jest to poważny problem.

Można oczywiście powiedzieć, że opozycyjna nieudolność jest także jej pancerzem przed zarzutem sterowania i organizowania przez obce i wrogie siły, bo gdyby takie siły istniały i posiadały wystarczający potencjał to zapewne obecna polityczna rzeczywistość naszego kraju byłaby zupełnie inna. Jest to jednak szukanie szczęścia w nieszczęściu.


(źr. gr. IAAC Blog)

SPRAWCZOŚĆ PIS, czyli… DLACZEGO TO DZIAŁA

Co jakiś czas pojawia się słowo „sprawczość”, jako wytłumaczenie magicznej przewagi PiS nad całą armią uznawanych za światłych, kompetentnych, fachowców z opozycji. Dla wielu, taka sytuacja to całkowity dramat i absurd, a więc też powód do krytyki (nie zawsze wybrednej). Jednak krytyka niewiele zmienia. Na czym to polega?

Wyobraźcie sobie awarię hydrauliczną w Waszym domu. Zależy Wam na tym, by usterka została usunięta jak najszybciej. Przetrząsacie internet w poszukiwaniu idealnego fachowca, woda chlupie pod waszymi stopami i sięga już kostek, gdy akurat przechodzi obok Waszego domu pan Stefan, ogrodnik z sąsiedztwa, który mówi: „zaraz sobie z tym poradzimy”. Po chwili wraca ze skrzynką z narzędziami, tu postukał, tam przykręcił, woda została zatamowana.
Pan Stefan pokazał „sprawczość” .
Teraz zmieńmy nieco sytuację. Zatrudniamy fachowca z najlepszymi referencjami lecz ten (zdarza się) kapituluje na polu walki, po czym stara się tłumaczyć swoją niemoc, co jest nie tak, jak wiele wie, co należałoby kupić, ale że to kosztuje, itd, itp. Wiedza fachowca jest nam psu na budę, gdyż woda już sięga kolan. Myślimy: „no niby taki mądry fachowiec, a nie potrafi„.
(Dzwonimy po Stefana).

Sprawczość i kompetencje choć powinny być nieodłącznymi przyjaciółmi to nie zawsze nimi są. Bardzo łatwo w tym kontekście zrozumieć opór ludzi wobec walki z globalnym ociepleniem lub to, że wolą korzystać z usług znachorów a nie lekarzy.
Wielu słysząc o globalnym ociepleniu wygląda przez okno i uznaje, że to jakiś bluff – bo nic nie widać. Ktoś idzie do lekarza i umiera, więc jakie kompetencje ma lekarz lub ile one są warte?
Pamiętajmy: Kompetencji nie widać(!!!)

I teraz do sedna. Co nam po kompetencjach opozycjonistów skoro ci nie potrafią przez 4 lata zawiązać nawet roboczego sojuszu? Praktyka zaczyna podważać teorię! Media „opozycyjne” tętnią od przemądrych debat, analiz, itd, itp. Co z tego? Nic.
Zbierzmy teraz w całość takie konteksty – gdy coś nie wychodziło – (łącznie z obietnicami wyborczymi sprzed lat) i będzie bardzo łatwo – oglądając całokształt – o wniosek, że opozycja po prostu „nie umi”, natomiast PiS, choć niedoskonałe coś stara się robić i robi. Nie zapominajmy, że pan Stefan, hydraulik-amator, dokonując kilku udanych napraw stale krąży pomiędzy domami pytając, czy komuś coś się nie zepsuło, gdy fachowiec z opozycji siedzi od czterech lat w domu i stara się wymyślić super promocyjny tekst na swoją stronę internetową, który przyciągnie miliony klientów. Dodajmy, że pan Stefan chodząc od domu do domu chętnie opowiada spotykanym ludziom o tym, jak to fachowcom z internetu się nie udało i że ta cała wiedza akademicka jest funta kłaków nie warta. Co robi w tym czasie fachowiec? Powiększa na swojej witrynie czcionkę w napisie: „Nie korzystaj z usług fałszywych fachowców” i podziwia jej czerwony kolor myśląc: „Ale Stefanowi dokopałem”.

Oczywiście możemy tu sobie dyskutować o tym, że naprawy Stefana mogą nie być na lata, tyle że one są w ogóle(!). Stefan nie deklaruje, że zrobi po wyborach – robi przed wyborami, nie zapewnia że się zna, tylko robi jak potrafi zyskując przy tym punkty za zaangażowanie i bycie pod ręką.

Wiedza, kompetencje, deklaracje nie zasłonią braku sprawczości.

P.S. Tak ku refleksjom:
„Jeżeli coś wydaje się głupie, ale działa, to znaczy, że nie jest głupie”.

NIE MA DEMOKRACJI TAM, GDZIE…

Nie ma demokracji tam, gdzie obywatele nie posiadają wpływu na politykę (czy to przez brak dialogu, konsultacji, czy brak swojej reprezentacji w parlamencie). Nie ma demokracji tam gdzie wybrani przez połowę połowy uprawnionych do głosowania uzurpują sobie prawo do decydowania o życiu 3/4 pozostałych. Nie ma demokracji tam, gdzie istnieją nasi i nie nasi sędziowie, nasze związki zawodowe i nie nasze związki zawodowe, nasi i nie nasi urzędnicy. Nie ma demokracji tam, gdzie prawa podstawowe obywateli i ich ochrona nie są gwarantowane. Nie ma demokracji tam, gdzie to co wspólne służy interesom jednej partii (media publiczne, edukacja). Nie ma demokracji tam gdzie interesy partyjne stawiane są ponad interesem zbiorowym. O istnieniu demokracji nie świadczą deklaracje.

Można spierać się o kierunki rozwoju, priorytety, wartości, idee polityczne, prognozy ale konieczny jest fundament, który na to pozwala. Ten fundament to demokracja i o ten fundament warto zawalczyć.


(graf.zr.houseofswitzerland.org)

KOMUNIKATYWNOŚĆ

Natrafiłem niedawno w sieci na tekst dotyczący obniżenia poziomu publicznej debaty (jako symptomu „zanikania” demokracji), dlatego chciałbym podzielić się z Wami pewnym problemem-spostrzeżeniem. Kilka lat temu nazywałem go „rozwarstwieniem intelektualnym”, choć zastrzegam(!), że stworzyłem to pojęcie bez chęci podzielenia społeczeństwa na głupich i mądrych. Chodziło raczej o kwestie czysto językowe, które dosadnie ukazuje żart:

„W sądzie, po odczytaniu wyroku i uzasadnienia, powód nieśmiało zwraca się do sądu:
-Wysoki sądzie, zgadzam się z każdym słowem, tylko niech wysoki sąd powie mi jeszcze czy wygrałem czy przegrałem?”

Ktoś ze środowiska sędziowskiego potwierdził, że uzasadnienia są pisane na ogół z myślą o sądach wyższej instancji, a nie głównych zainteresowanych.

Kolejny przykład – tym razem ze Szwecji, gdzie ktoś w urzędzie dostrzegł tabliczkę z pouczeniem dla urzędników: „Mów jak do przyjaciela”. Założenie było proste, petent ma zrozumieć co dzieje się w jego sprawie, gdy zalewanie go „urzędowym bełkotem” raczej nie byłoby dobrym wyjściem.

Choć przykładów znam więcej, to przejdę do sedna. Z jednej strony, mówimy tym samym językiem, a jednocześnie mamy problem ze zrozumieniem siebie. Lata temu poziom debaty publicznej, był uznawany za wysoki, jednak okazało się, że stosowany język przestał być komunikatywny. Nawet w takich dziedzinach jak popularyzowanie nauki stosowano tzw. „naukowy bełkot”, więc o jaką popularność (czyją uwagę) zabiegano? To rozwarstwienie szybko wykorzystali populiści stosujący język prosty, dosadny, zrozumiały, „kumpelski”.

Dla wielu ludzi zejście na poziom debaty tzw. „ulicy” jest nie do przyjęcia, godzi w ich poczucie wartości, tylko powstaje tu pewien konflikt. Z jednej strony chcemy budować czy umacniać demokratyczne społeczeństwo, gdy z drugiej, robimy naprawdę wiele, by adresat tego prodemokratycznego przekazu niczego nie zrozumiał.


(gr. zr. Maine Auto Credit)

O HISTORII PISANEJ NA NOWO

Lech Kaczyński pił wódkę z Kiszczakiem w Magdalence (ale się nie fraternizował), wybory 4 czerwca odbyły się (ale to nie były wybory, lecz kontrakt polityczny z Jaruzelskim, w którym elity gotowe były unieważniać wybory, których wyniki nie odpowiadały elitom), Komorowski rzeczywiście został skazany za zorganizowanie obchodów Święta Niepodległości w 1979 (ale aresztowanie Komorowskiego było jedynie przykrywką dla przeprowadzenia z nim kontaktu operacyjnego, który w innych warunkach mógłby wzbudzić podejrzenia)…

Można wymieniać długo i przyznam się, że w jakiejś części przypadków (a może we wszystkich?) pozostaję bezradny, nie byłem w danym miejscu, nie słyszałem rozmów, nie siedziałem w czyjejś głowie, nie wiem które dokumenty służb zostały sfałszowane a które są prawdziwe. Stosowanie „argumentum ad ignorantiam” czyli odwoływanie się do niewiedzy adresata przekazu – a w tym przypadku mające na celu (przynajmniej) zasianie wątpliwości – to technika święcąca obecnie swój złoty okres. Stosują ją nagminnie wszelkiej maści szarlatani i naciągacze, którzy doskonale wiedzą, że ludziom niewyspecjalizowanym w danej dziedzinie, potencjalnie można wcisnąć wszystko. Jednak to nie jest takie proste, a przynajmniej w każdym przypadku.

Czasem trudno znaleźć specjalistę, który potwierdzi lub zaprzeczy słowom pani A, która w prywatnej rozmowie powiedziała pani B, że amerykańska partia komunistyczna wprowadziła (w pierwszej połowie ubiegłego wieku) do amerykańskiego kościoła katolickiego 1100 gejów, ateistów i zwykłych niemoralnych ludzi, by dokonywali rozkładu kościoła od środka. Pani A była znaczącą postacią w amerykańskim ruchu komunistycznym, więc wedle norm które powszechnie uznajemy jest wiarygodna, nawet gdy o opisanej operacji nie zachował się żaden inny ślad. Gdy pani A, zeznając nieco wcześniej przed senacką komisją twierdziła pod przysięgą, że amerykański ruch komunistyczny infiltrował w ten sposób związki zawodowe i środowiska nauczycielskie, to teza o ewentualnym choć przemilczanym infiltrowaniu kościoła nabiera jeszcze silniejszej „aury” wiarygodności…
Zastanawiając się nad tym (pytając o cel wyciągnięcia przez kogoś tego tematu teraz, w Polsce), można odnieść wrażenie, że sensem spiskowej opowieści jest wykazanie, że za wszelkie potknięcia kościoła odpowiada komunistyczna agentura działająca w jego wnętrzu a nie sam kościół, a więc realny wróg jest gdzieś indziej, poza kościołem, gdzieś w bijącym ukrytym źródle marksizmu kulturowego, a więc wśród „zdrajców narodu”, a więc opozycji.
Chyba prawdziwym szczęściem w nieszczęściu jest to, że opowieść pani A, nie przebiła się z drugiego obiegu do głównego nurtu, zapewne z tego powodu, że agenturalność należałoby przypisać także hierarchom, którzy tuszowali przypadki m.in. pedofilii, a tu należałoby dotknąć kilku „uświęconych” nazwisk.

Zdecydowana większość takich opowieści opiera się na identycznym schemacie (pełna lista nielojalnych chwytów erystycznych, błędów logicznych, użycie fałszywego autorytetu). Choć potrafimy ów schemat wypatrzyć – co zapewne pozytywnie wpływa na zbudowanie umiarkowanego sceptycyzmu wobec tego typu rewelacji – to właściwie nie mamy nic więcej, dotykamy zaledwie powierzchni i na jej podstawie budujemy osąd.
O ile walka z wyjątkowo prymitywnymi mitami przynosi jakieś efekty (łatwo je podważyć), tak z bardziej przemyślanymi mitami politycznymi jest znacznie trudniej, nie potrafimy dotrzeć do prawdy. Co właściwie wiemy o ustaleniach zachodzących w zaciszu gabinetów? Co wiemy o rozmowach dwóch polityków siedzących w łódce pośrodku jeziora? Co wiemy o działalności wywiadów? Skąd możemy wiedzieć, czy ktoś pijąc wódkę mentalnie fraternizował się lub nie ze współbiesiadnikiem?

W amerykańskim sądownictwie, decydujący głos posiada ława przysięgłych. Obiektywnie, ława przysięgłych nie przesądza o zgodności werdyktu z faktycznym stanem rzeczy (prawdą), jej werdykt zasadniczo odzwierciedla to, która ze stron sporu (oskarżenie/obrona) wzbudziła jej większe zaufanie, która za stron bardziej przekonała przysięgłych. To nie jest najbardziej komfortowa czy satysfakcjonująca sytuacja. Niekiedy niezwykle dobry materiał dowodowy stawał się bezużyteczny wobec „narracji” obrońców, choć zdarzało się też, co w przypadku podjętego dziś tematu jest szczególnie ważne, że o werdykcie przesądziło pytanie: dlaczego w takim razie, tak szlachetny i nieskazitelny oskarżony tyle razy kłamał w trakcie składania zeznań?

My, jako obywatele jesteśmy taką ławą przysięgłych. W przypadku, gdy nie możemy dotrzeć do pełnej prawdy, to odwołując się do poszlak, dowodów pośrednich, życiorysów, sumień czy wyznawanych wartości możemy stwierdzić, co uważamy za wiarygodne i dlaczego uważamy nasz osąd za sprawiedliwy. Zawsze, nawet gdy nasz osąd okaże się chybiony, możemy przypomnieć o argumencie, który za nim stał: dlaczego kreujący się na tego nieskazitelnego kłamał tak wiele razy?

CZY JA SIĘ CIESZĘ?

Przyznam się Wam, że zaczynam chyba piątą notkę, w której chciałbym podzielić się z Wami jakimiś myślami, ale po kilku chwilach zapadam się w oparcie fotela i pytam sam siebie: „Ale co tu właściwie pisać? Książkę mam napisać? Co to zmieni?”. O wiele korzystniejszą opcją od próby streszczenia ponad 10 lat wydaje się włączenie ratunkowego „co-mnie-to-obchodziejstwa” i zajęcie się czymś prywatnie pożytecznym.

Dawno…

Polityczne emocje przestały mnie dotyczyć gdzieś po 2010 roku. Pamiętam ten przełom, kiedy na ulicach Warszawy rozpoczęły się przepychanki dwóch zwaśnionych plemion a służby porządkowe nie reagowały gdy grupa agresywnych, rozochoconych narodowo-konserwatywnych aktywistów huśtała oddzielającą plemiona barierką. Dopadała mnie myśl: „przecież gdy ta barierka runie i dojdzie do rękoczynów, nikt nie zareaguje, w co ja się pakuję?”. I nagle, za tą myślą spłynął na mnie jakiś trudny do opisania spokój, spojrzałem na wszystko z dystansu. Poczułem, że mógłbym teraz spokojnie wejść w tłum tych, których chwilę wcześniej postrzegałem jako wrogów. Stali się mi obojętni i vice versa. Wyłączyłem się. To było dziwne. Wściekłość na PO, która nie potrafi zareagować na napór agresywnej, wymachującej pięściami dziczy ryczącej coś o mordercach w kierunku zwykłych ludzi sprawiła, że pomiędzy mną a rządzącymi wyrósł mur. Przestałem być uczestnikiem.
– Czy rządzący są w stanie obronić demokrację, skoro nie są w stanie poradzić sobie z czymś takim?

Wielokrotnie próbowałem racjonalizować (a może usprawiedliwiać) zachowanie władzy. Być może nie chciano by porównano służby porządkowe do ZOMO, nie chciano by w świat popłynął obraz państwa, które pałuje obywateli, nie chciano eskalować agresji? Tylko znajmy granice! Czy władza chce udawać, że nic się nie dzieje, że jest świetnie, że mamy tylko sukcesy, że Polska to normalny, europejski kraj? Czy władza niczym dyrekcja szkoły robi wszystko, by nie wyszło na jaw, że w szkole jedne dzieciaki zatłukły innego dzieciaka? W gruncie rzeczy, czy odpowiedzi na te pytania powinny mnie obchodzić? Przecież wówczas miała miejsce atmosfera pogromowa, i to ja miałem być tym Żydem, żydokomuną i zdrajcą! Państwo nie robiło nic. Nie dało żadnego sygnału bojówkom, że państwo istnieje, że istnieją jakieś reguły, które będą twardo respektowane i egzekwowane.

Potem było tylko gorzej. Nie reagowano, gdy opozycyjne PiS wespół z kościołem głaskały swych nowych bohaterów, dawały im wsparcie, broniły, rozgrzeszały, przyznawały słuszność, „rozumiały emocje”, pochwalały, klepały po plecach i sugerowały „więcej, więcej”. Milcząca władza zdawała się przejmować narrację opozycji, że to jest właśnie demokracja bo to jest wolność słowa, wolność wyrażania przekonań. Czyżby? Na oczach władzy negowano prawo do polskości współobywatelom, nie widziano agresji, gróźb, zastraszania, rzucania fałszywych oskarżeń – czy to są przejawy demokracji? Kilku ludzi pytało mnie wówczas: „Czy to jest normalne, dlaczego nikt nie reaguje?”. Moja odpowiedź była niezwykle prosta: „Nie wiem, też tego nie rozumiem”.

Tam gdzie nie ma odpowiedzi pojawia się spiskowe myślenie i już wtedy przemykało mi przez myśl, że może na tym polega ta gra, by ludzie się bali, bo gdy ludzie przestaną się bać to przestaną głosować na PO! To wydawało się spójne, przecież zlikwidowanie zagrożenia sprawiłoby, że główny argument ochrony demokracji przez pisem runąłby, ludzie nie doświadczając „pisu” zapomnieliby o zagrożeniu i zaczęli głosować sobie na Palikotów czy innych. Ale „wróg wewnętrzny”? Wówczas i nawet dziś wydaje się mi to absurdalne, by potencjalnie demokratyczna partia sięgała po znane w ustrojach totalitarnych psychologiczne metody sprawowania władzy… jednak, to przecież polityka…

Byłem jednym z pierwszych kontestatorów straszenia pisem. Nie dlatego, że pis nie stwarzało zagrożeń dla demokracji, ale dlatego, że straszenie to stawało się nudne, żenujące, tym bardziej gdy miało zasłaniać wszystkie inne problemy. Gdy w chwilach spokoju, ludzie zaczynali przebąkiwać o tym, że to czy tamto nie działa najlepiej, że można coś zrobić inaczej lub zmienić, byli ignorowani, uciszani, pojawiał się generalny argument: „siedźcie cicho, bo przyjdzie pis!”. Niezły patent. W jakimś sensie działał, w jakimś sensie Platformie udało się zbudować mitologiczny związek „PO = demokracja” (brak PO = brak demokracji).
Jednak gdzieś obok, poczucie bezruchu w marszu po europejskość gęstniało. Choć politycy obozu rządzącego i prorządowe media zalewały nas grafikami rosnących słupków PKB i PKB per-capita, opowiadały o zielonej wyspie a wokół rozrastały się drogi, to obywatel średnio odczuwał to na stanie własnego portfela i w swoim osobistym życiu. Sam liberalizm PO stawał pod znakiem zapytania gdy podniesiono VAT, gdy rosła biurokracja. Nie chcę tu opisywać wszystkich czynników, które potęgowały zwątpienie i które można uznawać za uzasadnione lub nieuzasadnione. Lista mogłaby być bardzo długa, każdy jest w stanie taką listę stworzyć.

Strach i propaganda sukcesu przestawały działać. Próbą ratowania sytuacji i dostarczenia ludziom jakiejś idei były nowe „unijne” (a nawet globalne) liberalne pomysły. Brzmiało to mniej więcej tak: Słuchajcie kochani, klimat się ociepla, musimy chronić planetę (piękny dalekosiężny cel), więc zamknijmy kopalnie. Górnicy jakoś tam się przebranżowią albo pójdą na bezrobocie (przecież i tak mają dobrze), a my wtedy dokoptujemy do ich dzielnic 50 tys uchodźców (bo przecież z każdym tonącym na Morzy Śródziemnym Europa traci część swojej duszy). Gdy już sobie będą radośnie mieszkać razem, urządzimy im paradę równości (bo przecież równość to też piękna idea).
To chyba przerosło możliwości, nawet Niemców. I możemy mówić o tym, że siły „antydemokratyczne” nie próżnowały, że potęgowały lęki, że Rosja nie spała, jednak nie da się zaprzeczyć, że liberałowie stracili kontakt z rzeczywistością, przestali widzieć rzeczywistość z perspektywy przechodnia.
Choć głęboko szanuję i wierzę w piękną demokrację, w to że ludzie czują się wolni, różnorodni, solidarni, że rozwijają się, itd, itp. to widziałem jak nowe koncepcje działały na społeczeństwo, zarówno tych z szukających społecznego awansu, jak i tych którzy awansowali, ale utknęli w błocie. Gdyby ktoś zapytał: „Jak rozjuszyć ludzi, to właśnie tak”. Temat uchodźców, walki z kopalniami, „związki partnerskie” i szereg innych czynników stały się kluczowymi elementami kampanii wyborczych, dały wystarczającą motywację, w Polsce zwyciężyło PiS a w USA Trump. Wygrało najprostsze antidotum: zero uchodźców, ochrona miejsc pracy i energetyka oparta na węglu, żadnych zwyrodnialców. Znacie to skądś, z czyjegoś programu?

Dziś…

„Liberalny projekt na demokrację” został zweryfikowany przez rzeczywistość. Aspiracje klasy średniej nie doczekały się realizacji. Trwa właśnie prezentacja projektu „konserwatywno-narodowego”, powstaje nowa klasa średnia, w stylu tureckim czy Orbanowskim, socjalna, nie liberalna. PiS ma osiągnięcia, gospodarka nie runęła, nie powstały obozy koncentracyjne, ubytki na wolności czy sumieniu zostają skutecznie zapychane socjalnymi podarunkami, rzesza ludzi zaangażowała się politycznie (frekwencja) – to już cztery lata! Czasem słyszę: „Kurcze, żeby oni jeszcze tacy kościelni nie byli, parę groszy ludziom dali, więc idzie przeżyć”. Nietrudno o wniosek, że ogromna część zwolenników „dobrej zmiany” została stracona przez liberałów, którzy za mocno skoncentrowali się na czubkach własnych nosów.
Wbrew alarmistycznym zapowiedziom, władza PiS nie okazała się brakiem demokracji, oznacza inną demokrację, inny model. Ten również kiedyś dojdzie do ściany, dlatego pozostaję ze swoim marzeniem o demokracji, ale wreszcie bez przymiotników.

447

Widząc plakietki z przekreśloną liczbą „447” na piersiach czołowych aktywistów prawicowych uznałem, że odkryto jakiegoś nowego demona, którym należy postraszyć ludzi. Jak wiadomo, bez straszenia, obronna rola prawicy byłaby mało przekonująca, dlatego podtrzymywanie różnych napięć leży w jej żywotnym interesie. Postanowiłem dowiedzieć się co w prawie… przepraszam, w trawie piszczy.

W 2009 roku, 46 państw (w tym Polska) podpisało tzw. „Deklarację Terezińską” [1]. Deklaracja zobowiązywała sygnatariuszy do uporządkowania problemów związanych z zadośćuczynieniem krzywdom oraz stratom materialnym ofiar Holokaustu oraz pilniejszą reakcję na odradzające się zjawisko antysemityzmu, rasizmu, nietolerancji poprzez edukację, upamiętnienia, badania, etc. Deklaracja ma niewiążący prawnie charakter, choć realizację jej postanowień można określić „obowiązkiem moralnym”.

W ubiegłym roku, Kongres USA postanowił monitorować postępy w realizacji zapisów Deklaracji Terezińskiej poprzez stworzenie raportu w tej sprawie a którego opublikowanie ma nastąpić pod koniec roku 2019. O tym mówi niespełna dwustronicowa ustawa (prawidłowa nazwa: „Justice for Uncompensated Survivors Today” – w skrócie „JUST”. 477 to numer druku senackiego /nie ustawy/) [2].

Prawdopodobnie z uwagi na to, że z „obowiązkami moralnymi” (głównie w Europie Środkowo-Wschodniej) bywa różnie, postanowiono podeprzeć autorytet Deklaracji autorytetem USA. Czy był to dobry pomysł? Część analityków uważa, że nie i nie należy dopatrywać się tu antysemickich konotacji. Podobnie zareagowano by gdyby np. polski sejm przyjął ustawę o monitoringu postępów w naprawianiu krzywd Indian lub niewolników przez Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Eksperci zgadzają się, że zdecydowanie lepiej gdyby tego typu rozliczaniem zajmowało się międzynarodowe gremium, najlepiej naukowe. Sęk – jak można domyślić się – tkwi w tym, że takie gremia znacznie słabiej pobudzają moralność niż USA dysponujące zdecydowanie większym arsenałem argumentów.

Biorąc pod uwagę zapisy i status prawny obu dokumentów (Deklaracja Terezińska oraz „JUST”), lęki wzbudzane po skrajnie prawej stronie sceny politycznej dotyczą raczej ryzyk i może niekoniecznie uzasadnionych ryzyk co „możliwych ryzyk” (można m.in. usłyszeć, że jest to pierwszy krok do przejęcia polskiego majątku przez Żydów, a więc wyrzucania Polaków na bruk). Trudno dyskutować z takimi obawami, gdyż ocena ich ważkości zależy od kroków, które jeszcze nie nastąpiły i nic nie wiadomo o kolejnych (warto też dodać, że Polska nie podlega jurysdykcji USA o czym skrajna prawica zdaje się wciąż nie wiedzieć). Choć liderzy oraz liderzy opinii skrajnej prawicy starają się wypełnić zaistniałe luki własnymi projekcjami, tak w naszym porządku prawnym tego typu argumenty są bez znaczenia. Dodajmy również, że jakieś postępy w realizacji Deklaracji Terezińskiej mają miejsce (miały miejsce także przed jej podpisaniem i były związane z naturalnym wykonywaniem prawa). Raport w tej sprawie (do czego zobowiązuje „JUST”) zapewne rzuci więcej światła na temat.

Z pewnością warto monitorować sytuację.

źródła:
[1] (pl) https://www.prchiz.pl/storage/app/media/pliki/Deklaracja_Terezinska_2009.pdf
[2] (en):
https://www.congress.gov/bill/115th-congress/senate-bill/447/text?overview=closed

ZAGROŻENIA XXI WIEKU – INTERNET

Na ile telefony komórkowe czy internet można nazwać „nowoczesnymi” rozstrzygać nie zamierzam, jednak nie ulega wątpliwości, że uruchomiony potencjał tych technologii zaskoczył wielu. Praktycznie po dziś dzień, nie udało się wypracować akceptowalnych powszechnie norm, które przywracałyby coraz bardziej wyczekiwane (bo właśnie tracone) poczucie normalności i bezpieczeństwa. Świat zmieniał się zawsze, jednak skala zachodzących przemian nie znajduje analogii w przeszłości. Wynalazek Gutenberga czy rewolucja przemysłowa blakną przy możliwościach które dała nieskrępowana komunikacja. Pół wieku temu, bardziej byliśmy skłonni uwierzyć w telepatię niż to, że pół wieku później każde dziecko będzie posiadało i obsługiwało technologię niedostępną (ówczesnym) centrom badań kosmicznych.

Otwierając się ufnie na nowe, nie wzięliśmy pod uwagę tego, że dostęp do zaawansowanych technologii nie będzie wymagał zaawansowanych umysłów. Obsługi smartfona jesteśmy w stanie nauczyć dziś nawet szympansa. I pół biedy, kiedy ów szympans spełnia się jedynie jako widz filmików z własnego dzieciństwa. Prawdziwy problem pojawia się gdy szympans dzięki przystępności technologii staje się nadawcą publicznym, a może się takim stawać, gdyż bycie nadawcą jest nie tylko proste, ale wymaga budżetu, który posiada przeciętny szympans.

Społeczeństwo otrzymało wolność i sposobność uwolnienia swojego potencjału. Obszary dostępne dotychczas tylko dla elit znalazły się w zasięgu jednego kliknięcia, dla każdego. Każdy zyskał możliwość realizacji swoich ambicji, każdy może stać się dziś ekspertem, dziennikarzem i redakcją telewizji, radia czy prasy, każdy może prowadzić działalność naukową, terapeutyczną czy rozrywkową i to wszystko o zasięgu globalnym. Liberalizm jest piękny, o ile nie zostaniemy zmuszeni przestać wierzyć w pozytywnie-samoregulującą wszystko niewidzialną rękę rynku, a kiedyś przestać wierzyć musimy.

Mroczna strona internetu odkrywała swoje oblicze stopniowo, niepozornie, właściwie „prywatnie”, być może wtedy, kiedy pierwszy user nazwał drugiego kanalią. Nagle okazało się, że nic co do tej pory znaliśmy nie funkcjonuje. Kolejnym razem user skłamał na temat drugiego usera i tu również nie funkcjonowało nic co znaliśmy. Innym razem user podżegał by skrzywdzić drugiego usera, następnym podzielił się fałszywą informacją, jeszcze innym razem hydraulik podszył się pod lekarza i zajął się świadczeniem usług medycznych on-line, a ktoś kolejny zaczął uczyć jak skonstruować bombę. Zaczynaliśmy przeczuwać, że jakiś wirus wymknął się z laboratorium, a my nie znamy zarówno szczepionki jak i metody leczenia.

Choć zdecydowana większość internautów zajmowała się dorabianiem psiej mordki do własnego zdjęcia i ignorowała niemiłe „incydenty”, tak ciemna strona nie znikała lecz rosła w siłę. Dzięki internetowi lub z wielkim jego udziałem dokonywały się niekoniecznie szlachetne rewolty, powstawały i nabierały znaczenia niekoniecznie szlachetne ruchy społeczne i polityczne, pojawiło się uporczywe nękanie i samobójstwa. Wirtualność zaczęła wpływać na realność i tu musieliśmy przestać udawać, że nic się nie dzieje. Czy przestaliśmy? Okazało się, że nie byliśmy już w komfortowej sytuacji. „Ciemna strona” zdążyła ukuć pancerz z „dobrej strony”: „regulacje? Toż to atak na wolność, polityk, który dotknie internetu będzie skończony!” a najgłośniejszy sprzeciw wobec jakiejkolwiek ingerencji zaczęły wykrzykiwać indywidua zajmujące się szerzeniem nieocenzurowanej (a jakże!) propagandy, siewcy nienawiści, teorii spiskowych, sekciarze, szarlatani. „Ludzie przecież mają prawo mówić co myślą!!!” – twierdzono, opowiadając jednocześnie o depopulacji ludzkości realizowanej przez służbę zdrowia.

Wyjścia są trzy: albo przestaniemy być szympansami, albo ktoś chwyci internet za… twarz, albo nie stanie się nic. W tym ostatnim przypadku nie stracę źródła inspiracji do pisania, którą to pisaninę – być może – ktoś kiedyś wykopie w bańkach po mleku niczym… kroniki Ringelbluma.