Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

447

Widząc plakietki z przekreśloną liczbą „447” na piersiach czołowych aktywistów prawicowych uznałem, że odkryto jakiegoś nowego demona, którym należy postraszyć ludzi. Jak wiadomo, bez straszenia, obronna rola prawicy byłaby mało przekonująca, dlatego podtrzymywanie różnych napięć leży w jej żywotnym interesie. Postanowiłem dowiedzieć się co w prawie… przepraszam, w trawie piszczy.

W 2009 roku, 46 państw (w tym Polska) podpisało tzw. „Deklarację Terezińską” [1]. Deklaracja zobowiązywała sygnatariuszy do uporządkowania problemów związanych z zadośćuczynieniem krzywdom oraz stratom materialnym ofiar Holokaustu oraz pilniejszą reakcję na odradzające się zjawisko antysemityzmu, rasizmu, nietolerancji poprzez edukację, upamiętnienia, badania, etc. Deklaracja ma niewiążący prawnie charakter, choć realizację jej postanowień można określić „obowiązkiem moralnym”.

W ubiegłym roku, Kongres USA postanowił monitorować postępy w realizacji zapisów Deklaracji Terezińskiej poprzez stworzenie raportu w tej sprawie a którego opublikowanie ma nastąpić pod koniec roku 2019. O tym mówi niespełna dwustronicowa ustawa (prawidłowa nazwa: „Justice for Uncompensated Survivors Today” – w skrócie „JUST”. 477 to numer druku senackiego /nie ustawy/) [2].

Prawdopodobnie z uwagi na to, że z „obowiązkami moralnymi” (głównie w Europie Środkowo-Wschodniej) bywa różnie, postanowiono podeprzeć autorytet Deklaracji autorytetem USA. Czy był to dobry pomysł? Część analityków uważa, że nie i nie należy dopatrywać się tu antysemickich konotacji. Podobnie zareagowano by gdyby np. polski sejm przyjął ustawę o monitoringu postępów w naprawianiu krzywd Indian lub niewolników przez Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Eksperci zgadzają się, że zdecydowanie lepiej gdyby tego typu rozliczaniem zajmowało się międzynarodowe gremium, najlepiej naukowe. Sęk – jak można domyślić się – tkwi w tym, że takie gremia znacznie słabiej pobudzają moralność niż USA dysponujące zdecydowanie większym arsenałem argumentów.

Biorąc pod uwagę zapisy i status prawny obu dokumentów (Deklaracja Terezińska oraz „JUST”), lęki wzbudzane po skrajnie prawej stronie sceny politycznej dotyczą raczej ryzyk i może niekoniecznie uzasadnionych ryzyk co „możliwych ryzyk” (można m.in. usłyszeć, że jest to pierwszy krok do przejęcia polskiego majątku przez Żydów, a więc wyrzucania Polaków na bruk). Trudno dyskutować z takimi obawami, gdyż ocena ich ważkości zależy od kroków, które jeszcze nie nastąpiły i nic nie wiadomo o kolejnych (warto też dodać, że Polska nie podlega jurysdykcji USA o czym skrajna prawica zdaje się wciąż nie wiedzieć). Choć liderzy oraz liderzy opinii skrajnej prawicy starają się wypełnić zaistniałe luki własnymi projekcjami, tak w naszym porządku prawnym tego typu argumenty są bez znaczenia. Dodajmy również, że jakieś postępy w realizacji Deklaracji Terezińskiej mają miejsce (miały miejsce także przed jej podpisaniem i były związane z naturalnym wykonywaniem prawa). Raport w tej sprawie (do czego zobowiązuje „JUST”) zapewne rzuci więcej światła na temat.

Z pewnością warto monitorować sytuację.

źródła:
[1] (pl) https://www.nimoz.pl/files//articles/88/Deklaracja_Terezinska%2C_2009.pdf
[2] (en):
https://www.congress.gov/bill/115th-congress/senate-bill/447/text?overview=closed

Reklamy

ZAGROŻENIA XXI WIEKU – INTERNET

Na ile telefony komórkowe czy internet można nazwać „nowoczesnymi” rozstrzygać nie zamierzam, jednak nie ulega wątpliwości, że uruchomiony potencjał tych technologii zaskoczył wielu. Praktycznie po dziś dzień, nie udało się wypracować akceptowalnych powszechnie norm, które przywracałyby coraz bardziej wyczekiwane (bo właśnie tracone) poczucie normalności i bezpieczeństwa. Świat zmieniał się zawsze, jednak skala zachodzących przemian nie znajduje analogii w przeszłości. Wynalazek Gutenberga czy rewolucja przemysłowa blakną przy możliwościach które dała nieskrępowana komunikacja. Pół wieku temu, bardziej byliśmy skłonni uwierzyć w telepatię niż to, że pół wieku później każde dziecko będzie posiadało i obsługiwało technologię niedostępną (ówczesnym) centrom badań kosmicznych.

Otwierając się ufnie na nowe, nie wzięliśmy pod uwagę tego, że dostęp do zaawansowanych technologii nie będzie wymagał zaawansowanych umysłów. Obsługi smartfona jesteśmy w stanie nauczyć dziś nawet szympansa. I pół biedy, kiedy ów szympans spełnia się jedynie jako widz filmików z własnego dzieciństwa. Prawdziwy problem pojawia się gdy szympans dzięki przystępności technologii staje się nadawcą publicznym, a może się takim stawać, gdyż bycie nadawcą jest nie tylko proste, ale wymaga budżetu, który posiada przeciętny szympans.

Społeczeństwo otrzymało wolność i sposobność uwolnienia swojego potencjału. Obszary dostępne dotychczas tylko dla elit znalazły się w zasięgu jednego kliknięcia, dla każdego. Każdy zyskał możliwość realizacji swoich ambicji, każdy może stać się dziś ekspertem, dziennikarzem i redakcją telewizji, radia czy prasy, każdy może prowadzić działalność naukową, terapeutyczną czy rozrywkową i to wszystko o zasięgu globalnym. Liberalizm jest piękny, o ile nie zostaniemy zmuszeni przestać wierzyć w pozytywnie-samoregulującą wszystko niewidzialną rękę rynku, a kiedyś przestać wierzyć musimy.

Mroczna strona internetu odkrywała swoje oblicze stopniowo, niepozornie, właściwie „prywatnie”, być może wtedy, kiedy pierwszy user nazwał drugiego kanalią. Nagle okazało się, że nic co do tej pory znaliśmy nie funkcjonuje. Kolejnym razem user skłamał na temat drugiego usera i tu również nie funkcjonowało nic co znaliśmy. Innym razem user podżegał by skrzywdzić drugiego usera, następnym podzielił się fałszywą informacją, jeszcze innym razem hydraulik podszył się pod lekarza i zajął się świadczeniem usług medycznych on-line, a ktoś kolejny zaczął uczyć jak skonstruować bombę. Zaczynaliśmy przeczuwać, że jakiś wirus wymknął się z laboratorium, a my nie znamy zarówno szczepionki jak i metody leczenia.

Choć zdecydowana większość internautów zajmowała się dorabianiem psiej mordki do własnego zdjęcia i ignorowała niemiłe „incydenty”, tak ciemna strona nie znikała lecz rosła w siłę. Dzięki internetowi lub z wielkim jego udziałem dokonywały się niekoniecznie szlachetne rewolty, powstawały i nabierały znaczenia niekoniecznie szlachetne ruchy społeczne i polityczne, pojawiło się uporczywe nękanie i samobójstwa. Wirtualność zaczęła wpływać na realność i tu musieliśmy przestać udawać, że nic się nie dzieje. Czy przestaliśmy? Okazało się, że nie byliśmy już w komfortowej sytuacji. „Ciemna strona” zdążyła ukuć pancerz z „dobrej strony”: „regulacje? Toż to atak na wolność, polityk, który dotknie internetu będzie skończony!” a najgłośniejszy sprzeciw wobec jakiejkolwiek ingerencji zaczęły wykrzykiwać indywidua zajmujące się szerzeniem nieocenzurowanej (a jakże!) propagandy, siewcy nienawiści, teorii spiskowych, sekciarze, szarlatani. „Ludzie przecież mają prawo mówić co myślą!!!” – twierdzono, opowiadając jednocześnie o depopulacji ludzkości realizowanej przez służbę zdrowia.

Wyjścia są trzy: albo przestaniemy być szympansami, albo ktoś chwyci internet za… twarz, albo nie stanie się nic. W tym ostatnim przypadku nie stracę źródła inspiracji do pisania, którą to pisaninę – być może – ktoś kiedyś wykopie w bańkach po mleku niczym… kroniki Ringelbluma.

SIŁA PROPAGANDY

Wysłuchałem niedawno wywiadu z Andrzejem Draganem, barwnym popularyzatorem fizyki teoretycznej, który ku mojej radości pozostawił słuchaczy z bardzo ważnym, finalnym stwierdzeniem. Wyznał, że jego zdaniem, w sferze mechaniki kwantowej odkryliśmy zaledwie powierzchnię pewnych dziwnych procesów, których istota wciąż jest poza naszym zasięgiem lub jej zupełnie nie rozumiemy, i to co wiemy to wciąż właściwie nic. To bardzo ważna uwaga, szczególnie w świecie, w którym można odnieść wrażenie, że wiemy na ten temat wszystko a nawet potrafimy to wykorzystać i sprzedać, czy to jako „kwantową” metodę na zdrowie, biznes, miłość lub wszystko razem w wersji bundle.

W przypadku politycznego marketingu czy propagandy jest podobnie. W większości przypadków obserwujemy zaledwie powierzchnię. Zliczamy boty, fałszywe konta, ich zasięg, kolekcjonujemy upubliczniane materiały, tropimy adresy sieciowe i analizujemy relacje, wszystko układa się w spójną, logiczną całość. Bez trudu wskazujemy sprawcę: Moskwa, Waszyngton, Teheran, Jerozolima. Tylko później musimy znieść widok W.Putina, który słysząc takie zarzuty mówi: „Wie pan/pani, u mnie w macierzystym resorcie (KGB) była taka zasada, że gdy chcieliśmy coś wiedzieć to pytaliśmy o nazwisko, adres, gdzie i kiedy. Ma pan/pani dowody?”. I tu czar pryska, ale to nie koniec rozczarowań. Ograniczając się do tego co potrafimy udowodnić czyli np. że ileś tam kont nadawało z Rosji, padną jakieś nazwiska i podejrzane przelewy, to pojawi się znacznie trudniejsze pytanie: „jaki to miało realny wpływ np. na wybory prezydenckie w USA lub Brexit?”.

Musicie wiedzieć, że nawet najbardziej bystrzy i doświadczeni analitycy w USA i Europie nie są w stanie tej skali oszacować(!). Po prostu, jak dotąd nikt nie wymyślił wzoru, który przeliczyłby „ilość określonych fejkowych kont i memów” na liczbę oddanych głosów np. na D.Trumpa. Nie ma takiego wzoru. Nie ma takiego wzoru, gdyż „ludzkie poglądy” i ich powstawanie to wciąż temat dyskusji filozofów a nie matematyków czy socjologów. I pomyślicie pewnie, że to o czym piszę nie ma żadnej użyteczności, bo już piękny wróg był, były piękne dowody, było już na kogo zwalić winę za zło tego świata, a ja tu jątrzę, wichrzę, wątpię a może i bronię samego zła. Cóż, jest tak zapewne dlatego, że osobiście bardziej interesuje mnie redukowanie lub eliminowanie zła niż zabawa w modyfikowanie nastrojów społecznych.

W USA (i powoli w Europie) osiągnięto pewien konsensus m.in. co do rosyjskiego wpływu. W zastępstwie niekończącego się spekulowania o skutkach, ustalono, że taki wpływ po prostu był. Kropka. Racjonaliści powinni poczuć się ukontentowani, gdyż właśnie w ten sposób zaczynamy mówić o konkretach a nie życzeniach. Gdy zajmujemy się konkretami, to przestajemy szukać wzoru przeliczającego memy na głosy, lecz zadajemy pytanie na ile taka ingerencja łamie prawo, na ile narusza umowy międzynarodowe, na ile jesteśmy w stanie jej zapobiegać i jak? I nagle pojawiają się zajęcia szkolne uczące młodych sceptycznego podejścia do wszelkich wiadomości, uczące tego, że informacji najlepiej szukać u źródła, pojawiają się pogadanki o tym czym jest zaufanie, wiarygodność, obiektywizm (IREX). Ktoś wpada na pomysł, by antyszczepionkowcy i terroryści szukali innych ambon niż Facebook, Google czy Twitter (francuska AFP/International Fact-Checking Network na Polskę). To się dzieje! Przestajemy zastanawiać się nad tym skąd i jak wielka chmura morowego powietrza do nas płynie lub przypłynie i ile istnień położy trupem, ale zaczynamy zliczać zaszczepionych. Pobudzony zostaje „społeczny układ immunologiczny” w zastępstwie wiecznych debat, politycznych wojenek, zaklęć i składania ofiar w celu przepędzenia choroby.

Jest jeden szkopuł. Procesy te wymagają kadr o stalowych kręgosłupach, a w Polsce, jak doświadczenia uczą, w przypadku ich braku zawsze znajdą się katecheci na zastępstwo.


(gr.źr. walpappercraft)

WIEDZA TAJEMNA – CZYTAJ ZANIM OCENZURUJĄ!

Gdy dowiedziałem się, że zamachowiec z Christchurch napisał manifest, który polecały sobie polskie środowiska narodowe postanowiłem zdobyć dokument. Chcąc zdążyć przed zapowiedzianą pędzącą cenzurą odnalazłem źródło, lecz poznając jego kluczowe fragmenty poczułem rozczarowanie. Zdałem sobie sprawę, że manifest jest zwyczajnie nudny, nudny jak manifest Breivika, nie ma w nim nic ponad to, co można przeczytać każdego dnia w polskim prawicowo-spiskowym internecie. Typowy zbiór komunałów, klisz: „najeźdźcy, niska rodność białych, nie jestem antysemitą, nie jestem nazistą, niesłysząca dziewczynka, ofiara zamachu w Europie zmieniła moje tolerancyjne nastawienie…”. Nowością było pojęcie „ekofaszyzm”.
Pomyślałem: „kolejny zasmarkany rycerz, który postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i obronić świat przed złem, skoro kręgi decyzyjne zdominowane przez złe siły (lewacko-mao-gejo-neomarksistowsko-masońskie) nie kiwną palcem a nawet ochoczo kibicują nadchodzącej zagładzie”.

Słyszałem to setki razy i w różnych wersjach, dlatego tym razem zainteresowałem się tłem, odbiorem. Tu oddam część honoru narodowcom, gdyż w większości natrafiałem na komentarze typu: „co do idei zgoda, ale metoda niedopuszczalna”. Jednak zdarzały się też mniej lub bardziej subtelne pochwały. Zaglądałem więc do profili entuzjastów, czytałem ich blogi (o ile takowe pisali), czytałem ich inne komentarze w sieci, starałem się odkryć co lubią, skąd czerpią wiedzę i odkrywałem pewną prawidłowość.

Uwaga, CENZURA! – na początek

Wybaczcie mały wtręt. Nie ma chyba lepszego wabika na czytelnika, niż zapowiedź rychłego ocenzurowania materiału. Tak, dałem się na to złapać, ale już wiem, że gdy będę chciał zawalczyć o widoczność i zasięg, to użycie frazy „Przeczytaj zanim ocenzurują!” gwarantuje pilną uwagę. Tym sloganem od lat posługują się sekciarskie środowiska i zawsze śmieszyła mnie sprzeczność takiej zapowiedzi ze stanem rzeczywistym, czyli tym, że praktycznie nikt tych treści nie usuwał – nawet przez lata. Hasła i tytuły typu „o tym nie powiedzą w mainstreamie!”, „walczmy o przestrzeń wolnego słowa i prawdę”, „Ukryte terapie” zmuszały mnie do refleksji nad stanem umysłu zainteresowanych, gdyż skoro coś jest powszechnie dostępne to jaka cenzura, jakie zamykanie ust, kto, komu?

Zdecydowanie mniej optymistyczne jest to, że ostrzeżenie przed cenzurą zapewniło zwiększone zainteresowanie także manifestem zamachowca z Christchurch i stale zapewnia widoczność masom mniej lub bardziej groźnych bzdur w sieci.

SPISEK, WIEDZA TAJEMNA, PRAWDA

Choć treść tej części mógłbym skondensować do dwóch dosadnych zdań, to pozwólcie na nieco szersze omówienie (warto przeczytać, bo zaraz ocenzurują!;). To jeden z tych tematów, w których powstaje wrażenie że św. Graal został znaleziony, lecz gdy zechcemy obejrzeć zdobycz wnioski stają się trudniejsze.

Przytoczony wcześniej „cenzurowy wabik” (jeden w wielu różnych wabików) to nie tylko sprytny marketing. Nie tylko daje nam świadomość, że coś ważnego może nas ominąć przez co zmusza do działania. Wabik ów zawiera bardzo istotny, choć niewypowiedziany wprost komunikat: (skoro istnieje cenzura) to istnieje też siła, której żywotnym interesem jest utrudnianie nam dostępu do wiedzy i prawdy. Siła ta musi posiadać środki i możliwości skoro jest w stanie cenzurować niewygodne treści w skali globalnej, a to daje nam kolejną wskazówkę: siła ta z pewnością posiada władzę i pieniądze. Zależnie od gustu za taką siłę zła można uznać Żydów, wojsko, „rząd światowy”, system, przemysł farmaceutyczny, komunistów, kapitalistów, muzułmanów czy operatorów sieci komórkowych. Przemyślane spotęgowanie świadomości ucisku z ich strony pozwala poczuć się niczym pierwsi chrześcijanie ścigani przez Rzym lub nawet sam Jezusek ukrywany przez rodziców w stajence. Jesteś jednak sam…

Badacze analizujący „zachodnią cywilizację” niejednokrotnie zwracali uwagę na skłonność jej uczestników do zawiązywania hermetycznych stowarzyszeń, bractw, gildii, spisków, skłonność do uprawiania partyzantki. Lubimy ten rodzaj aktywności. Jednak żaden spisek nie stanie się atrakcyjny, gdy nie zapewni spiskowcom poczucia bycia tymi jedynymi, wybranymi, bycie wybraną elitą. Gdy ten warunek zostanie spełniony możemy poczuć się naprawdę dobrze. Filozofia pozwalająca zbudować takie poczucie ogranicza się na ogół do zrzucenia win z adepta na wyznaczonego wroga. Jesteś biedny? Ktoś cię okradł. Jesteś głupi? Pamiętaj, że za sowietów dysydentów zamykano w psychuszkach. Jesteś grzeszny? Jezus ukochał grzeszników. Nie wierz lekarzom, którzy mówią „nie da się”! Lekarze kłamią. Przyłącz się do nas. My wiemy kto za tym wszystkim stoi.

SEKTA

Przepis na sektę wydaje się naprawdę prosty. Jeżeli dostarczysz idiocie treść, która uświadomi mu, że wszyscy którzy z niego dotychczas szydzili są durniami, to idiota może naprawdę poczuć moc. Nagle z mentalnego kurdupla przeistacza się w barwnego motyla, może wreszcie poczuć wyższość nad tą częścią świata, której nienawidził, która napawała go wstydem, złością, zawiścią.
I nie myślcie, że szybko i łatwo zrezygnuje z takiego poczucia, bo kto łatwo zrezygnuje z bycia lepszym? Zapewne stąd właśnie biorą się wszystkie porażki tych, którzy chcą wyprowadzić takich ludzi z matni ich przekonań. Z cała pewnością, wiele tych porażek wynika także z nieudanej formy „uświadamiania”, która przypomina delikwentowi wszystko co kojarzy się mu jak najgorzej a co mieści się w słowach „moje kompleksy i cudza wyższość”.

Nie chcę tu streszczać podręczników psychologii, by powtarzać o tym, że sekta zapewnia także grupę wsparcia, wspólnotę, jednoczy podobnie myślących i cierpiących. To z całą pewnością wiecie, a wspominam o tym wszystkim by ukazać jak wiele wątków musi jednocześnie współgrać.

Jesteś dłużnikiem sekty

Skoro sekta zadbała o Twoje poczucie wartości, zapewniła ci schronienie to nie bądź niewdzięcznikiem. Żadna tajemna organizacja zajmująca się kolportażem czystego dobra i prawdy, nie przetrwa bez rozwoju (pomnażania szeregów i zasobów) a więc umacniania swojej – urojonej – potęgi. Konieczne jest poczucie misji i poświęcenie dla ideałów. Czy za urojoną odzyskaną godność warto umrzeć? Jeżeli nic prócz niej nie ma… tak. Bohaterstwo i męczeństwo są przecież cnotą!

Sekta, a szczególnie wirtualna nie musi posiadać przywództwa, choć może posiadać swoich bohaterów, wiodących ideologów. Drzwi do sławy pozostają otwarte dla każdego. W sekcie zrobisz karierę.

Zamachowiec

Niejednokrotnie zastanawiając się nad zamachami koncentrujemy się na cechach osobowych sprawców mając nadzieję odkryć jakąś szczególną, która pozwoli nie tylko połączyć wszystkich zamachowców co przewidzieć skłonność do terroryzmu u osób, które ich jeszcze nie dokonały. I owszem, jedną z ciekawych obserwacji m.in. federalnych służb amerykańskich dotyczących kilku przyszłych lub niedoszłych terrorystów było to, że nie byli osobami szczególnie towarzyskimi. Raczej stronili od ludzi, zamykali się we własnych światach, wsiąkali w radykalne fora w internecie, wąskie środowiska. Z jednej strony nie wyróżniali się z tłumu, bywali grzeczni, uczynni, choć z drugiej, czasem pojawiało się słowo „dziwny”. Na ogół był to mężczyzna, pomiędzy 16 a 40 rokiem życia, bez najbliższej rodziny lub z upośledzonym kontaktem z rodziną, nie budujący trwałych związków. Można powiedzieć, że niemal książkowy rysopis potencjalnego psychopaty/socjopaty. Problem w tym, że takie normy spełnia niemała część populacji.

Kiedy jednak przyjrzymy się środowiskom, nurtom ideowym lub religijnym w których odnajdowali się przyszli terroryści, okaże się, że odnajdziemy więcej cech wspólnych. Co ciekawe, nierzadko skrajne lub chaotycznie pomieszane idee zdawały się być w tych środowiskach jedynie rodzajem parawanu, gdy główną rolę odgrywały opisane wcześniej czynniki czysto psychologiczne (jesteś kimś, jesteś elitą, poznałeś tajemną prawdę, wiesz kto jest odpowiedzialny za twoje problemy, itd). Przekonania terrorystów są bliźniaczo podobne do przekonań szeregowych zwolenników tego rodzaju sekt i o czym wspomniałem już wcześniej, to zwolennicy tych sekciarskich rejonów wyrażają częściej aprobatę dla zamachów, zdecydowanie częsciej niż zwolennicy nurtów od których sekty wyodrębniły się.

Pisząc notkę przemykało mi przez myśl, że to wszystko zostało już gdzieś powiedziane, że narażam Wasz czas. A jednak wydaje się mi, że robię coś ważnego, nawet gdy nie całkiem odkrywczego. W polecanych źródłach sympatyków zamachowca i w jego manifeście znajdowały się podobne treści. Rzućcie okiem na poniższą listę i powiedzcie, czy nic w niej nie widzicie, czy ten potencjalny chaos tematyczny nie tworzy jakiejś spójnej struktury.
(wybór polski)

• jacekmiedlar.pl
• wolna-polska.pl
• DobraFala
• Forum Naturalni
• Gazeta Polska
• KARTA RODZINNYCH GOSPODARSTW
• KRESY.pl
• Młodzież Wszechpolska
• Niezależna.pl
• Ogłoszenia Rolne
• Permakultura.net
• Petycja przeciwko GMO
• Polski Zielnik
• Poradnik Permakulturalny
• Portal Wiano
• Prawo i Sprawiedliwość
• Przepisy Kulinarne
• Romantica Permaculture Ecovillage
• WaySeerWay
• Wedyjska architektura Wastu
• WolneMedia.net
• nasiona ekologiczne


Czarne słońce

KOBIETA W WIKIPEDII

Internetem zatrzęsła akcja „(Nie)znane kobiety Wikipedii”. W uzasadnieniu czytamy: „Tylko jeden z pięciu biogramów w Wikipedii jest biogramem kobiety. Co więcej, polska Wikipedia w porównaniu z wersją anglojęzyczną ma prawie o pół miliona haseł o kobietach mniej. Również blado pod tym kątem wypada nasza Wikipedia przy encyklopedii Britannica.(…)”.
Do akcji dołączyła Polska Wikipedia, Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM w Poznaniu, Wikimedia Polska i coraz więcej mniejszych i większych organizacji kobiecych.

Nie wszystko jestem w stanie ogarnąć rozumem, dlatego czasem potrzebuję snu, który ponoć sprzyja wytwarzaniu nowych połączeń neuronowych. Tym razem jednak, senność mnie nie morzy, bo i nie mam pewności czy akurat w tym przypadku potrzebuję nowych połączeń, a raczej czy stare należy zastąpić nowymi i czy nowe będą lepsze?
Nie zdawałem sobie sprawy, że Wikipedia jako całkowicie otwarte źródło (zarówno dla tworzących wpisy jak i je czytających oraz edytujących) może wzbudzić wspomniane we wstępie zastrzeżenia, a więc i nie spełniać wynikających z tych zastrzeżeń oczekiwań statystycznych.

Dyskryminacja pozytywna

Zjawisko „dyskryminacji pozytywnej” jest znane na świecie. W naszych szerokościach geograficznych pamiętamy m.in. „punkty za pochodzenie”, które miały służyć zniwelowaniu nierówności w dostępie do edukacji wyższej (czasy PRL). Dostrzegano wówczas, że zbyt niewiele wybitnych osobistości ma pochodzenie robotniczo-chłopskie, dlatego postanowiono ułatwić dostęp do edukacji (a więc i zwiększyć szanse osiągnięcia naukowego czy zawodowego sukcesu) ludziom o określonych korzeniach. Nie było w tym niczego zdrożnego, skoro w latach poprzedzających socjalistyczny ład, dostęp do edukacji był dany uprzywilejowanym (nie tylko finansowo czy narodowościowo). Po pół wieku rozpoczęła się podobna dyskusja dotyczących parytetów w polityce. Jednak zastosowanie tej kalki wobec Wikipedii, która grzechem dyskryminacji skażona nie jest, wydaje się – mówiąc najdelikatniej – nieporozumieniem.

Z całą pewnością, „lokalne” wersje Wikipedii odzwierciedlają pewne uwarunkowania kulturowe (w tym przypadku nierówna relacja osiągnięć wg. płci), lecz zilustrowany w ten sposób dowód na istniejącą nieprawidłowość (nierówność) sam w sobie nie jest nieprawidłowością(!).

Argumenty

Myśląc pozytywnie można uznać, że zachęta do wyjścia kobiet z cienia nie jest niczym złym, tylko co ma do tego wskazana statystyka (1/5) a tym bardziej liczby (pół miliona)? Czy określają one pułap, który należy osiągnąć? Czy kiedy w polskiej Wikipedii znajdzie się pół miliona dodatkowych biogramów kobiet, dokona się jakaś kluczowa zmiana? Wybaczcie, ale przypomina mi to trochę przekręcenie licznika w samochodzie.

Wśród zrównoważonych argumentów „za”, znalazłem taki: „W polskiej Wikipedii, biogramy wybitnych Polek są ubogie”. Zgadzam się, moim zdaniem w ogóle polska Wikipedia jest uboga w porównaniu z jej anglojęzycznym odpowiednikiem. Tylko do kogo skierowany jest ten zarzut-wniosek? Przecież to jest mowa do lustra. To Ty i ja możemy tworzyć, czytać i weryfikować Wikipedię! Jedynym kryterium jest jakość dostarczanych informacji! Celem założycieli Wikipedii było dostarczenie „ludzkości przez ludzkość” nieodpłatnej, jak najszerszej encyklopedycznej wiedzy. To wielkie i pracochłonne wyzwanie, więc luk do wypełnienia można znaleźć wiele, choćby w wykazie gatunków kaktusowatych z rodziny Mamilaria. Czy istnienie takiej luki świadczy o czymś więcej niż braku biologów wolontariuszy lub po prostu braku encyklopedycznej wiedzy o tych gatunkach?

Inicjatorzy akcji „(Nie)znane kobiety Wikipedii” zaskakują nie tylko postawieniem na kryterium ilościowe. Akcję zaopatrzono także w limit czasowy(!) od 1 do 31 marca. Czy mam przez to rozumieć (uwaga! ironia), że do 31 marca należy dowieźć autobusami do Wikipedii pół miliona kobiecych nazwisk, by doszusować do „norm światowych”..? Co ma się wydarzyć 31 marca???

Polityka

Czujna prawa strona natychmiast dostrzegła w akcji obszar oddziaływania tajemnej, ściśle określonej politycznej agendy. Czy należy dziwić się takiej reakcji, gdy przedstawione kryteria wpychają Wikipedię w samo centrum politycznej (ideologicznej) wojenki? Nie zdziwię się, gdy 1 kwietnia usłyszymy o akcji odwetowej, kiedy to konkurencyjna strona polityczna uzna za wyraz prześladowania brak pełnej listy żołnierzy wyklętych. W ramach akcji „(Nie)znani wyklęci Wikipedii”, niepokojąca środowiska feministyczne „nierównościowa statystyka” może wrócić do punktu wyjścia (bo nie zapominajmy, że w maju pojawi się akcja „(Nie)znani księża Wikipedii”).

Walka o równouprawnienie kobiet jest walką szlachetną i ważną, lecz akcja „(Nie)znane kobiety Wikipedii” jest przedsięwzięciem poronionym, gdyż wypacza w imię jakże wyraźnych ideologicznych przesłanek nie tylko samą szlachetność co i (a może nawet: przede wszystkim) kryteria naukowe, których od encyklopedii należałoby wymagać. Być może, w kolejnej odsłonie walki o równouprawnienie należy zaatakować biblioteki, w których prawdopodobnie również jest przewaga książek napisanych przez mężczyzn. Gdy nie uda się dostarczyć prac kilku milionów autorek, to dla zrealizowania wyznaczonego celu, w imię równości zawsze można spalić 2/3 męskich książek lub uzupełnić niedobory blogami modowymi (w ten sposób, statystyka również osiągnie światowe normy).

W jakimś sensie cieszę się, że żyję w czasach, w których mogę obserwować jak życie także polityczne przenosi się w przestrzeń wirtualną. To ciekawy proces, w którym tak jak w realu czasem walczy się o symbole a nie efekty. Rozumiem, że czasem głupie pomysły mogą przynieść pozytywny i głębszy skutek, wywołać lub odświeżyć zainteresowanie poważnym problemem i w takiej perspektywie można byłoby uznać, że „cel uświęca środki”, ale czy Wikipedia powinna być tu polem walki?
Pewne dziedziny powinny pozostać wolne.

===========================================================================

Na finał kolejny „pajacyk”. Kilka dni temu w FB pojawił się poniższy obrazek:

Przyglądałem się dziełu przez jakiś czas, próbując dociec sensu. Po kilku kolejnych dniach, kiedy zastanawiających się nad sensem zaczęło przybywać, obrazek wyglądał już tak:

Powstaje pytanie, czy to ludzie głupieją, czy twórcy są zbyt kreatywni?

HITLER RÓWNIEŻ OBIECYWAŁ I SPEŁNIAŁ

Wychodzę z dwóch założeń w stosunku do PiS: „Nie ma nic za darmo” oraz „Jak PiS mogłoby mnie przekonać, że nie idzie śladami Hitlera?” (oczywiście piszę tu o Hitlerze przedwojennym, kiedy jeszcze nikt nie wiedział dokąd prowadzi jego polityka, choć posiadała już pewne charakterystyczne cechy).

Hitler sporo obiecywał i robił dla ludzi (rodowitych Niemców!). Burzył w ten sposób mury braku zaufania kolejnych środowisk. Za niszczonym przez niego „starym ładem” roniono coraz mniej łez gdyż jak wspominała pewna Niemka „Za Hitlera naprawdę ludziom polepszyło się”. Kogo miał obchodzić los komunistów, Żydów, Romów, homoseksualistów, demokracja, parlamentaryzm, tolerancja? Większość społeczeństwa („czystej krwi niemieckiej”!) była w stanie przymknąć oczy na toczące się tuż obok procesy. Nawet początkowo sceptyczna inteligencja i mieszczaństwo powoli przestawały wzdragać się przed wywieszaniem flag ze swastykami i oddawaniem im honorów.

Gdybym dziś wyszedł na ulicę i przeprowadził ankietę wśród przypadkowych 100 osób, dowiedziałbym się, że większość współobywateli woli oddać głos na 500++ niż małżeństwa jednopłciowe, że zdecydowana większość nie chce komunizmu (nawet w postaci „dyscyplinowania najlepiej zarabiających” – co proponowała Razem), że większość pytanych jest wierząca nawet gdy nie całkiem wierząca w kościół i że większość woli dodatek do emerytury niż przyjmowanie uchodźców.

To potencjalnie trudna sytuacja. Nawet w piramidzie Masłowa świat wartości znajduje się nieco wyżej niż szeroko pojęte „podstawowe potrzeby”. Oczywiście można tu nie mieć najgorszych rokowań, gdyż zasobne i godne społeczeństwo o które werbalnie zabiega PiS staje się na ogół liberalne, tolerancyjne, przepełnione duchem indywidualizmu („wygoda usypia ideał” – Léon Degrelle), więc w jakimś sensie PiS kręci sznur na własną szyję. No ale to raczej kwestia długofalowa i nie tak całkiem oczywista, a wcześniej może wydarzyć się bardzo wiele.

Światy wartości takich jak humanizm, tolerancja, liberalizm, demokracja, ekologia – jakkolwiek to zabrzmi – odkrywane są po osiągnięciu pewnego pułapu mentalnego, intelektualnego i materialnego. Zainteresowanie wartościami pojawia się, gdy nie będąc już głodnymi możemy spokojnie zastanowić się nad tym jak ulepszyć otaczający świat, jak pochylić się nad tymi, którzy są w gorszej sytuacji. I można naprawdę stracić masę czasu na przekonywanie głodnego, że wartości to sens życia, jednak zauważalnych skutków oczekiwać nie należy. Zresztą, wątpliwe jest, by np. młody człowiek próbujący sił na rynku pracy dał się wciągnąć w takie dysputy.

Gdy wiodąca obecnie siła polityczna w Polsce kieruje się założeniem „koszula bliższa ciału” a pozostałe chcą tę koszulę wypełniać „postępowym człowieczeństwem” a bywa, że uznają owe człowieczeństwo za ważniejsze od koszuli…. trudno być optymistą.

Trwa kampania, w której partia przewodnia przekonuje jaka jest prodemokratyczna, wolnościowa, proeuropejska i może to być dodatkowo zwodnicze, ale co pozostaje? Potęgowanie strachu przed Chupacabrą? Mnie osobiście najgłębiej boli to, że oświecony świat w swej logice i mądrości nie jest w stanie poradzić sobie z sytuacją, w której ktoś zamierza się na innego kijem baseballowym a zapytany przez przypadkowego świadka o to co czyni, stwierdza: „Przecież ja żartuję!”. Bardzo bym nie chciał przekonać się, że mądrość i oświecenie są wyłącznie skutkiem refleksji nad katastrofą po katastrofie.

KRAINA NARRACJI (STEFAN W. i nie tylko)

Gdy kilka lat temu pojawiały się zarzuty mówiące o polskim antysemityzmie oraz kolaboracji Polaków z III Rzeszą płynące ze strony władz Izraela czy ŚKŻ, starałem się nieco schładzać emocje. Starałem się przekonywać, że nie jest to takie czarno-białe, że władze w Izraelu sprawuje obecnie konserwatywna prawica, że Netanjahu to izraelski Kaczyński, który posługując się (rzekomą!) troską o prawdę historyczną uprawia najzwyklejszą politykę (w końcu lepiej mówić m.in. o Polakach mordercach niż dyskutować np. o Palestyńczykach). Uzasadniałem, że izraelski przekaz skierowany jest głównie do prawicowych wyborców w Izraelu, twierdziłem również, że nie istnieją dane, które uzasadniałyby stosowane generalizacje. Musiałem odczekać kilka lat, by to co było dla mnie oczywiste znalazło się w wypowiedziach znanych polityków czy serwisach informacyjnych. Przez kilka lat refleksji nie było, gdyż „walenie antysemityzmem w pisiory” uznawano za skuteczny oręż i wierzono, że przynosi to efekty. Nie przyniósł, dopiero po przegranych wyborach uciążliwy ból obitych demokratycznych tyłków przyczynił się – w imię starych ludowych zasad – do tego, że funkcje analityczne wróciły (z tylnej części ciała) w miejsce bardziej właściwe.
Niestety, tylko na chwilę i tylko w tej sprawie.

Jak okazuje się „walenie w pisiory” (z dowolnej okazji) wciąż uznawane jest za arcy-skuteczną metodę. I niech tam, miesiąc lub dwa rzucania kamieniami w dinozaury może przynieść efekt, tylko jeżeli ktoś w tej paranoi chce robić za istotę rozumną to oczekiwałbym jakiejś konsekwencji.

Kiedy Stefan W. dokonał zamachu w Gdańsku, jak każdy interesujący się polityką człowiek pomyślałem w pierwszej chwili, że „dobrze” byłoby gdyby zamachowcem okazał się narodowiec-katolik-patriota należący do PiS i sterowany zdalnie z Nowogrodzkiej. Być może powinienem się wstydzić takich oczekiwań, ale miewam takowe, podobnie jak zdarza się mi wierzyć w to, by kolejnym sprawcą zamachu na świecie okazał się już nie ten Arab-muzułmanin tylko np. biały chrześcijanin ze strzelbą. Moje modły zostają niekiedy wysłuchane, jednak nie siła modłów jest w tej chwili istotna.
Jak każdy interesujący się polityką człowiek, oceniam czasem potencjał różnych narracji, a konkretnie: „ile na danej narracji można ugrać?”. Chcąc ocenić taki potencjał należy oszacować, czy dana narracja (np. Mord Polityczny) utrzyma się po konfrontacji z faktami, a więc „ile w niej jest prawdy” lub „na ile to co myślę okaże się zgodne z tym czego się dowiem”.
Tuż po zamachu zrobiłem mały „research”. Dosłownie w godzinę lub dwie, zdobyłem więcej danych niż tzw. media informacyjne, które od pierwszych chwil upowszechniały wiedzę o tym kim był zamachowiec nie wiedząc nawet jak się nazywa (podziw z mojej strony!). Dowiedziałem się, że nie „Stefan Miłosz” lecz „Stefan W…..”, że nie „platforma mi dokopywała” tylko „platforma mnie torturowała”, itp. O samym sprawcy wiedziałem już, że odbywał karę więzienia za napady na banki, że lubił siłownię, że za młodu był dziwny ale potencjalnie niegroźny i dopiero w zakładzie karnym stan jego głowy znacznie się pogorszył. Poznałem kilka opowieści z jego życia, jego profile w mediach społecznościowych i choć były to skrawki danych, koncepcja „narodowca-katolika-patrioty z PiS sterowanego z Nowogrodzkiej” zaczęła upadać.
Moja diagnoza brzmiała okrutnie: „Ten osobnik nie będzie młotem na PiS”.

Nie zdziwiłem się, gdy moje wnioski pokryły się częściowo z diagnozą stworzoną po stronie PiS czyli: „zaburzony psychicznie bandyta a nie żaden tam mord polityczny!”. Zdarza się i nie ma w tym niczego dziwnego, gdyż PiS potrafi odwołać się do faktów, gdy akurat te są dla PiS wygodne. Oskarżenie o sprawstwo kierownicze (czego oczekiwała strona postępowa) musi być lepiej udokumentowane (udowodnione) niż tylko oczekiwaniami. Zbyt wiele tu nie pasowało, a choćby „torturowanie przez PO (w zakładzie karnym)” – wykrzyczane ze sceny mówi nam wystarczająco wiele o stanie umysłu zamachowca.

Moje nieczarno-białe wnioski zmierzały w stronę centrum. Nie wiedziałem powodu, by fakt zamachu dokonanego przez osobę mniej sprawną psychicznie (a więc potencjalnie bardziej podatną na propagandę lub podobne wpływy) miał być przyczynkiem do zamknięcia tematu „mowy nienawiści” czy atmosfery w Polsce. To, że nie zostanie skazany Kaczyński lub Kurski (wraz z całym PiSem) nie jest jeszcze powodem do odłożenia wszystkiego na bok. Nie podzielałem przy tym obaw tych, którzy uważali, że uznanie Stefana W. za chorego sprawi, że wyjdzie na wolność. Przecież tak czy owak czeka go izolacja.
Z każdym kolejnym dniem odkrywałem argumenty potwierdzające ów znienawidzony prawdopośrodkizm – znienawidzony podobnie jak „symetryzm” (znienawidzone dlatego, że każda koncepcja, która odbiera 100%-owy monopol na rację i nie pozwala radykalnie odróżnić się od politycznego wroga musi być znienawidzona – przynajmniej w tej upolitycznionej części świata).
Gdzieś w dyskusjach zastanawiałem się dlaczego nie stworzono równie intrygujących diagnoz i ciągów logicznych po zamachu w biurze poselskim PiS w Łodzi? Chociaż, właściwie stworzono, tylko po tamtej stronie. Jak sądzę, ocena zależy od preferencji politycznych i działa mechanizm: gdy „nasz” to „niepoczytalny”, gdy „ich” to „mord polityczny”; gdy można oberwać to katastrofa lotnicza, gdy trzeba dołożyć to zamach. Sprowadzenie sytuacji do postaci czarno-białej nie służy prawdzie, nie służy też bezpieczeństwu choć służy polityce.

Na próżno oczekiwałem, że moje wcale nie odosobnione wnioski (w różnych odcieniach szarości) znajdą jakieś odbicie na szczytach politycznych i medialnych czym wywołają coś pożytecznego. Jednak nie! Ledwie wczoraj, TVN24 znów przypomniała wypowiedź prezesa towarzystwa psychiatrycznego, który nawoływał by nie łączyć chorych z agresywnymi zachowaniami. Chwilę później położono akcent na pytanie: „Czy Stefan W. był poczytalny w trakcie zamachu?”. Łącząc oba przekazy uzyskujemy magiczną miksturę: „chorzy nigdy nie są agresywni, więc Stefan był zdrowy, a skoro Stefan W. był świadomy, to znaczy, że mord polityczny!”.

No piękny powrót do punktu wyjścia, ale to przecież „walenie w pisiory!” więc słuszne, jest cel i jasność, jest kolejny kamień w dinozaura. Tylko żal, że w polityce są wciąż ludzie, którzy wolą wygrywać urojeniami typu „zamach w Tupolewie” niż jakością – w jakiekolwiek dziedzinie. Wybaczcie ten mój symetryzm, ale gdy narracje z dwóch stron barykady stają się w równym stopniu oderwane od rzeczywistości (nawet gdy w różnych kierunkach) to robi się smutno, tym bardziej gdy przynajmniej jedna ze stron twierdzi, że przeciwko irracjonalizmowi wytacza racjonalizm. Nie wytacza.

OPOZYCJA WYKLĘTA

Opozycja uliczna. Rzadko odnoszę się do działań tzw. „opozycji ulicznej”, gdyż nie uważam siebie za alfę i omegę dysponującą moralnym mandatem do osądzania zaangażowania innych, nie jestem też w stanie przewidzieć i zdiagnozować jakie stosowane przez nią środki posiadają właściwy potencjał. Owszem, mam swoje wątpliwości, gdyż z jednej strony działania opozycji ulicznej stają się paliwem dla rządowej propagandy (plotącej w nieskończoność o agresji przeciwników władzy), a z drugiej, nikogo innego na tej ulicy nie ma. Jeszcze nie tak dawno, była opozycja uliczna – w czasach KOD, była opozycja uliczna w obronie sądów, konstytucji, miały miejsce wielotysięczne zdarzenia, których znaczenia politycznego pominąć się nie da, nawet mając do dyspozycji czerwone paski w tvp. Jednak tej opozycji nie ma już na ulicy. Słyszymy o niej dopiero gdy do puszki prezydenta Adamowicza trafia kilkanaście milionów, gdy ECS ukazuje swoją odporność na oferty modernizacyjne ze strony ministerstwa.

Opozycja wyklęta

Jeden z żołnierzy wyklętych opowiadając swoją historię stwierdził, że zabrakło poparcia społecznego. Obwinił za ten stan rzeczy komunistyczną propagandę ale i prospołeczne działania władzy, które m.in. wyciągały polską wieś z cywilizacyjnej nory. Jego zdaniem ludzie odwrócili się od walczących i ideałów niepodległej ojczyzny, gdyż zostali przekupieni, zastraszeni lub zmanipulowani.
Dostrzegacie analogię?!

Czy rzeczywiście Polacy z dnia na dzień pokochali nowy „sowiecki ład”? Socjalizm w jakiejś mierze owszem, ale czy „sowiecki”? To była raczej trudna miłość, skoro powstało państwo w państwie, państwo szeptane, niezależne od oficjalnego. W domach, w tajemnicy, jak za okupacji rozmawiano o historii, Katyniu, Piłsudskim, Powstaniu Warszawskim, a każde złamanie nowo narzuconych reguł było uznawane za słuszny sabotaż (nawet gdy nie wszyscy i nie wszędzie). W ogólnym rozrachunku zarówno walka zbrojna jak i „państwo szeptane” podkopywały system, rozpuszczały go, nie pozwalały mu na spokojny sen.

Obecna, głośna choć nieliczna uliczna opozycja, nie posiada elementu „poparcia społecznego” (bardziej dla metod niż idei) pozwalającego zupełnie inaczej oceniać podejmowane przez nią działania. Gdy kilkutysięczny tłum wywozi na taczkach skorumpowanego urzędnika to nie powstaje dyskusja taka jak w przypadku gdy tegoż urzędnika usiłuje wywieźć kilka osób. Gdy nie ma robiącej wrażenia reprezentacji lub konkretnego mocodawcy rodzą się pytania: „kogo ci ludzie reprezentują (i tu pada brutalne – oprócz samych siebie)?”.
Wciąż nachodzą mnie skojarzenia z przeszłością, kiedy podobny brak synchronizacji miał miejsce gdy jednocześnie istniał rząd na uchodźstwie oraz szlachetny samograj Henryk „Hubal” Dobrzański. Cenimy „Szalonego majora” (jak nazywali go Niemcy) za honor, męstwo, hart ducha ale licząc spalone w ramach odwetu wsie zadajemy sobie pytania czy to była właściwa cena? Pozwólcie, że pominę w tej analogii wątek obecnego plebiscytu dotyczącego tego kto jest tym właściwym „rządem na uchodźstwie” – PO, PSL, SLD, Nowoczesna, Razem a może Wiosna Biedronia?

Honor lub pokój

Po stronie „wyklętych” nie jest łatwo. Ten kłopot wiązał ręce przywódcom, rebeliantom od wieków. Uwikłani w konflikt często szukali odpowiedzi na pytanie jak osiągnąć pokój (zatrzymać przelew krwi) a jednocześnie nie być zwyciężonym? Tu niekiedy pomagała dyplomacja, niekiedy przedziwne sojusze choć w gruncie rzeczy była to całkowita loteria. I tak, dla chwały można być wiecznie tym ostatnim Mohikaninem, Powstańcem Warszawskim czy obrońcą Masady. Dla sprawy zaś, należy być kimś zupełnie innym. Co wybrać?

Protest – prawo wirtualne?

Gdy spróbujemy odpowiedzieć na pytanie o to, co jest dopuszczalne w trakcie protestu, dojdziemy do wniosku, że nic. Okaże się że nie można krzyczeć, nie można siedzieć na ulicy, nie można mieć transparentów, ulotek i nie można ich zostawić na chwilę na chodniku, gdyż zostanie to uznane za zaśmiecanie prywatnego terenu. To jakiś konstytucyjny absurd, który od dawna powinien być uporządkowany. Nie wiem czy wiecie, ale nawet prawo do strajku było swojego czasu podważane przez przedsiębiorców, którzy powoływali się na to, że strajk jest utrudnianiem gwarantowanej konstytucyjnie wolności prowadzenia działalności gospodarczej(!). W takim razie, które prawo podstawowe jest ważniejsze? Ilu ludzi musi brać udział w strajku/proteście by uznać że interes publiczny usprawiedliwia podjęte środki? A może nie ilość ma znaczenie lecz idea (jaka?)? To należy koniecznie uporządkować.

Moja bierność

Bywa, że po prostu nie mam ochoty odzywać się czy uczestniczyć. Nie popieram, nie potępiam, gdyż nie potrafię rozstrzygnąć które racje, motywy lub działania są właściwe, dopuszczalne. Nie znajduję stabilnego punktu odniesienia, systemu wartości do którego mógłbym odwołać się (moralności? prawa? obyczaju? sumienia?) by rozgryźć ten przeplataniec. Wielu nie ma z tym problemu, jest takich najwyższych sędziów wielu – szczególnie w sieci, szkoda tylko, że nie mówią jednym głosem, czym zmuszają do zadania pytania o to czy sprawiedliwość jest pojęciem aż tak elastycznym? To wszystko zniechęca a wynikająca z tego bierność boli.

Społeczne poparcie

Jednego z amerykańskich prezydentów odwiedził człowiek proponujący jakąś zmianę w prawie pracy czy podobnej dziedzinie – nie pamiętam. Prezydent wysłuchał gościa, przyznał mu rację, ale by za postulatem poszły konkretne działania prawne prezydent potrzebował czegoś więcej i padły wówczas znamienne słowa:
– Teraz przekonaj mnie, że powinienem to zrobić.
Kolejnego dnia na ulice wyległy dziesiątki tysięcy ludzi, co rozwiązało wątpliwości dotyczące wielkości poparcia społecznego dla zaproponowanej zmiany.

Jestem demokratą.

Opór
Nikt mi nie każe, więc nie oglądam telewizji publicznej, nawet nie wiem co w niej obecnie jest. Kiedy ostatnio do niej zajrzałem zobaczyłem:

Pomijając wszelkie wzniosłe argumenty, upartyjnienie mediów publicznych jest zwyczajnie nieuczciwe względem zróżnicowanych ideowo abonentów. Czy skupienie braku zgody na taki stan rzeczy i pokojowe(!) wyładowanie frustracji na M.Ogórek i jej samochodzie jest adekwatnym działaniem, które jest w stanie zmienić telewizję? A może zdarzenie to należy rozpatrywać pod kątem presji, czyli rzucaniem kamieniami w dinozauro-mamuta, które ma przynieść efekt za dwa miesiące? Nie wiem. Wydaje się mi, że skuteczną formą dyscyplinowania mediów publicznych byłby po prostu sprzeciw abonentów, ale taka idea nie pojawia się – być może ze względu na jakąś telenowelę.

Rzućcie okiem:

.
.
.
.
.

CZY EMPATIA ISTNIEJE?

Bardzo ładnie brzmią niekiedy słowa: „Rozumiem cię” ale doskonale wiemy, że mężczyzna (np. policjant) nie jest w stanie odczuwać w danej chwili emocji zgwałconej kobiety. Nawet gdy policjant ma podobne doświadczenia (gdyż np. sam został kiedyś zgwałcony), to jest w stanie jedynie wyobrazić sobie co czuje druga osoba sięgając do własnej pamięci (wyobrażenie to nie odczuwanie!). Istnieje tu pewien problem: skoro empatia jest zaledwie wyobrażeniem a nie jakąś transmisją np. cierpienia, to takie wyobrażenie może być błędne (np. część ludzi wierzących lituje się nad niewierzącymi ze szczerej troski, choć ci drudzy wcale nie są nieszczęśliwi). Skąd w takim razie możemy wiedzieć, czy nasze „empatyczne wyobrażenie” jest celne? Dodajmy inny przykład: niekiedy dajemy się naciągnąć udającym cierpienie, więc czy nasza empatia działa prawidłowo?

Dylematy takie jak powyższe, skłoniły mnie do wysnucia wniosku, że definicja „empatii”, którą przyjmujemy jako coś oczywistego, jest błędna, gdyż taka empatia po prostu nie istnieje. Próba odczuwania emocji innych ludzi, kończy się moim zdaniem na pierwszym kroku, którym jest zwykła próba i chęć zrozumienia drugiej osoby. Tu kończą się fakty. Kolejne kroki są wyłącznie wyobrażeniem i możliwe, że błędnym (tym bardziej, gdy zasób naszych osobistych doświadczeń jest w danym zakresie nikły).

Co Wy na to?

(źródło grafiki: PsychAlive)

KOWBOJE I ANIOŁY (JANUSZE ZARZĄDZANIA LUDŹMI)

Powód, który skłonił mnie do napisania tego tekstu nie jest wart przytaczania, gdyż jest błahy. Jednak mechanizm który został uruchomiony i którego miałem przyjemność doświadczyć błahy nie jest.

Szukając uniwersalnej ilustracji problemu sięgnę do tytułu dzisiejszej notki. Wyobraźmy sobie, że przez całe życie nie mamy kontaktu z policją, a w mediach słyszymy o jej dobrych wynikach, o rosnącym do niej zaufaniu, itd. Któregoś dnia spotykamy na swojej drodze policyjnego Janusza, czyli „kowboja”, który nie jest „aniołem” posługującym się regułą „chronić i służyć”. Dewizą kowboja Janusza jest: „dostarczyć dzienną normę mandatów szefowi i wypróbować (z osobistą satysfakcją) wszelkie znane techniki obezwładniania”. Oczywiście w tym wyobrażeniu istotne jest to czy popełniliśmy jakieś wykroczenie lub przestępstwo, dlatego przyjmijmy, że nie mamy takiej świadomości ani motywu, zaś przebieg kowbojsko-januszowej interwencji mocno nas dziwi.

Z jakim wrażeniem pozostajemy? Zasadniczo, istnieją dwie możliwości: uznajemy, że „doświadczyliśmy marginalnego nadużycia” lub że „doświadczyliśmy krajowej normy”. To, którą opcję wybierzemy zależy od wielu czynników i trudno je automatycznie wymienić, ale niezależnie od tego, pozostaje nam w rękach mandat uwierający poczucie ładu tego świata. Konsekwencje mogą być różne:
– w ankiecie na temat zaufania do policji nie odpowiemy już tak szybko i odruchowo jak onegdaj. Nawet wystawiając pozytywną ocenę wspomnimy, że jednak zdarzają się też wątpliwe sytuacje.
W drugim przypadku stwierdzimy, że zawiodła nas policja oraz system, który na taką policję pozwala i chętnie obalimy ten system (damy swojemu oburzeniu wyraz np. w dniu wyborów). Możemy tu na chwilę zatrzymać się by zapytać, czy taka ewentualność jest częsta lub groźna? Trudno ocenić, choć z pewnością jej prawdopodobieństwo rośnie w przypadku spotkania większej grupy podobnych „zawiedzionych i bezsilnych”.

Oczywiście nie wszystko jest do uniknięcia. Racjonalnie rzecz biorąc nadużycia władzy lub uprawnień zawsze będą miały miejsce, zamierzone czy niezamierzone, jednak ważne jest co z nimi zrobimy. Z pewnością korzyści nie przyniesie założenie pt.: „jakoś to przyschnie”. Warto również pamiętać o tym, że będąc kowbojem wystawione zostaje świadectwo danemu (reprezentowanemu) środowisku, zwierzchnikom, wyznawanej ideologii, systemowi. W przypadku kolizji można wybrać: rozmowę z poszkodowanymi lub po wcześniejszej próbie zrobienia z nich idiotów (lub terrorystów) wysłać na nich czołgi – ten drugi scenariusz może skończyć się korzystnie tylko wówczas, gdy w pobliżu znajdzie się W.Putin jako adwokat.

Czy warto być kowbojem? W bezdyskusyjnych przypadkach owszem. Kiedy bandyta rzuca się na Ciebie z nożem a Ty oddajesz do niego kilka strzałów ze służbowej broni – działasz w sytuacji bezwarunkowej (jesteś w jeszcze lepszej sytuacji, gdy całe zajście masz zarejestrowane na kamerze). Kiedy jednak kamery nie masz lub niszczysz nagranie, kiedy nóż gdzieś znika lub go nie było a na ulicy leży trup – można zadać sobie pytanie, czy nie dało się inaczej?

Kowbojskie zachowania nie są marginalne w naszych szerokościach geograficznych, choć nie posunąłbym się do stwierdzenia, że są normą. Zdecydowanie cierpimy na deficyt aniołów dających poczucie profesjonalizmu, sprawiedliwości, bezpieczeństwa. Doświadczając lub słysząc o praktykach pracodawców, kierowników, partyjnych kacyków, policjantów, czy nawet moderatorów forów internetowych śmiem twierdzić, że wielu kowbojów powinno wybrać inne zajęcie niż wykonywane – jak mawiał klasyk ich kompetencje mentalne mogłyby zawieść nawet w przypadku prowadzania kur do wychodka. Natomiast gremia, których interesy kowboje chcąc nie chcąc reprezentują, powinny podjęcie takich rezygnacji zdecydowanie ułatwiać.