Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

WYSTĄPIENIE

Należę do tych nikczemników (pozbawionych jedynej słusznej przenikliwości), którzy uważają zaledwie, że J.Kaczyński oderwał się od rzeczywistości. Nie biję na alarm, gdyż nie wiem czy coś co kwalifikuje się do politowania lub leczenia należy traktować poważnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że istnieje jakieś prawdopodobieństwo realizacji przedstawianych przezeń zapowiedzi, ale też nie wiem konkretnie co to miałoby być. Choć w łonie opozycji kreślone są liczne scenariusze rodem z przedednia II Wojny Światowej lub Rewolucji Bolszewickiej, to muszę stwierdzić, że Hitler, Goebbels, Mao Tse Tung czy Lenin posiadali jakąś charyzmę, porywali lud, mieli jakieś zaplecze, okoliczności, więc dokonuję kalkulacji sił i zamiarów i wychodzi to na niekorzyść naszego rodzimego kandydata na despotę. Wybaczcie, ale to co dzieje się w kraju jest dla mnie zbyt oderwane od rzeczywistości bym mógł to jakoś przyswoić, ogarnąć rozumem.
Czym to ma być?

Lata świetlne dzielą nasz rodzimy „kaczyzm” od „putinizmu”, a putinizm jest dla mnie jeszcze bardziej abstrakcyjny. Nie pojmuję scenicznych przebierańców ze wschodu, którzy stylizując się na Brusów Springsteenów czy KISS (gwiazdy rocka) wyśpiewują cytaty rodem z Majakowskiego. Nie pojmuję rosyjskich harlejowców, którzy zamiast chwytać wiatr we włosy pędząc ku zachodzącemu słońcu nawiedzają wszelkie oficjalne państwowe uroczystości i biją pokłony portretom Stalina. To jest dla mnie abstrakcja, coś niemożliwego.

I powiem Wam coś: to co robi Putin wydaje się groźne o tyle, że posiada pewną świeżość. Absurd jak widać może być świeży, witalny, pociągający. Może wyłączyć myślenie zastępując je odruchem rozdziawionej gęby. To rzeczywiście może wydać się alternatywą dla podpitego i zmanierowanego zachodu. Wszystko wyśpiewujący rosyjski śpiewak w 4K, przekonany o słuszności każdego wyrzucanego z siebie słowa, o fizjonomii młodzieńca z hitlerowskiego filmu „Triumf woli” wykrzykującego na jednym z wieców: „Jesteśmy żołnierzami Rzeszy (itd.)”, wyzwala jakąś niezgodną z rozumem emocję, jakiś magnetyzm.

triumf-woli-1935 (Trium woli – 1935)

Tylko myślenie nieumacniane taką codzienną propagandową mantrą powraca:
– Czy ten podpity i zmanierowany zachód jest zły? Czy ten harlejowiec indywidualista stroniący od polityki jest zły? Czy wolna, niezależna muzyka jest zła? Co z tego, że za plecami Bono nie występuje Chór Aleksandrowa lub że nie ma w jego utworach jakiegoś post-leninowskiego bełkotu? Czy podpite zmanierowanie zachodu świadczy o rozkładzie tegoż zachodu?
A może po prostu człowiek, który nie musi martwić się o jutro bo ciężko na to zapracował ma prawo się uchlać i leżeć pół dnia w ogrodzie? W czym lepszy jest „wsiegda gotowy” pionier, wierniejszy od psa? – bo pies czasem śpi, a pionier nie. Pionier wciąż wypatruje zagrożenia (w psychiatrii to obsesja, mania prześladowcza), on boi się, że gdy usiądzie lub zaśnie to zginie. Jest gotów dzień cały wymachiwać flagą i recytować patriotyczne slogany bo jest przekonany, że gdy pominie choć jeden gest lub słowo to jego Rosja zniknie, no i główne spoiwo Rosji – Ukochany Przywódca również może gdzieś zniknąć a wtedy to już koniec świata.
Ja po prostu tego nie kupuję. Przeszedłem jakąś drogę mentalną i porównałbym rzecz do mojej relacji z wódką. Wódka nie jest już w stanie mnie niczym zaskoczyć. Wódka może zaskoczyć i pociągać młodych, ale czy „polska wódka narodowa” posiada wymaganą jakość? Rosyjska może tak, ale w Polsce to jakiś cyrk, prowizorka, klasa najobrzydliwszych pomników.

Czasem wydaje się mi, że to wszystko co dzieje się u nas i na świecie jest wyłącznie na potrzeby polityki, wybieralności. Teatr, który musi zwracać na siebie uwagę by istnieć, by wydzielić w społeczeństwie brunatnych i tęczowych by mogli prać się po mordach broniąc świat przed samymi sobą. Być może jestem krótkowzroczny i gdy przyjdą po mnie, będzie już za późno. Jednak czuję się tak, jakby miał po mnie przyjść jednorożec.

Wracając do głównego wątku… Normalny człowiek słysząc wystąpienie prezesa powinien zwyczajnie wyjść, bo to jest poza skalą. To byłaby zwyczajna reakcja na obłęd.

A na finał piosenka o Rosji, w której jest ogień, moc i siła, stal, beton i huta i wszystkiego jest w ogóle najwięcej.

Reklamy

CZY ROZUMIESZ BOGA?

Chciałbym Was czymś zainteresować, ku wieczornym rozmyślaniom.
W Arte pojawił się film pt. „Kto napisał Koran?” i choć filozofia nie jest moją mocną stroną, to (o ile dobrze zrozumiałem przekaz) przedstawiono interesującą koncepcję:
Allach chciał przekazać coś ludziom i zrobił to za sprawą Mahometa.
W związku z tym, powstaje pytanie:
– Czy słowa Koranu są słowami Allaha czy ludzką interpretacją jego przesłania? (chodzi o to, że mamy tu problem podobny do tego, który spotykamy przy dowolnych tłumaczeniach, kiedy np. tłumacz staje przed zadaniem oddania treści i formy tłumaczonego dzieła co nie zawsze się udaje lub jak mówi pewne porzekadło „poezją jest to co ginie w przekładzie”).
Allah nie mówił do Mahometa po arabsku (nawet nie zawsze bezpośrednio), mówił doń swoim nieskończonym, transcendentnym językiem, który Mahomet (dziecko swoich czasów i okoliczności) miał lub był w stanie przetłumaczyć na język ludzki/arabski.
Dla łatwiejszego przyswojenia tej kwestii, można zadać pytanie czy Jezus zwraca się np. do wierzących Holendrów po polsku? Stosuje raczej inną „wyższą” formę komunikacji a słowo w konkretnym języku wiąże się pewnymi problemami, także związanymi z kulturą, etc. Np. dla Araba „chłód w sercu” oznacza to co my Europejczycy nazywamy „ciepłem w sercu” – dzieje się tak, gdyż dla żyjącego w pustynnym skwarze Araba to chłód jest owym kojącym elementem.

W programie Arte, w obecności islamologa i teologa islamskiego osiągnięto pewien „rewolucyjny” konsensus. Otóż przyznano (mniej lub bardziej otwarcie), że osoby traktujące słowa Koranu bez należytej ostrożności czyli dosłownie jako słowa boga, stawiają się niejako na równi z bogiem (pozbywają się poczucia swojej niedoskonałości i ograniczeń) a więc…. – w domyśle – ulegają pysze, dopuszczają się swoistego bluźnierstwa.
Koran w przedstawionym wyżej rozumieniu jest jedynie próbą oddania Nieskończoności marnym ludzkim słowem dlatego czytanie Koranu powinno być raczej drogą do zbliżenia się lub poznawania owej Nieskończoności (zrozumienia oryginalnego dzieła i autora) a nie czymś w rodzaju czytania książki kucharskiej.

Przyznam, że zrobiło to na mnie wrażenie i pomyślałem o części naszych rodzimych wierzących wypełniających „wolę boga”. Może im powinna udzielić się podobna refleksja?

https://www.arte.tv/pl/videos/078732-009-A/kto-napisal-koran/

SEKCIZM

Mam taką refleksję o „bańkach informacyjnych” i ich wpływie na tzw. dogadywanie się.
Wyobraźcie sobie, że zbiera się gdzieś w sieci kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt osób, które zajmują się jakimś problemem. Nie trwa to „jedną notkę”, ale kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt. Bywa że w jakiejś sprawie lub sprawach zostaje osiągnięty konsensus, powstają różne oczywiste oczywistości, rodzi się wewnętrzny slang, stosowane są skróty (literowe i myślowe), niejednokrotnie stanowisko w różnych sprawach zostaje wyostrzone (w ramach „wśród swoich można wykładać kawę na ławę”). Przechodzi się z tym wszystkim dalej i dalej.
W którymś momencie, dołącza do grupy osoba z zewnątrz i przestaje rozumieć nie tylko o czym mowa, ale przestaje wyczuwać emocje panujące w grupie – powody śmiechu, złości, gwaru, milczenia. Z jednej strony wydaje się jej, że rozumie a jednak panuje jakby inny język, inne znaczenia pojęć, tajemnicze komunikaty.

Właściwie to nic nowego w naszym gatunku, gdyż w każdej zbiorowości, zawodzie, firmie, grupie znajomych wykształca się pewna odrębność a nawet bariera komunikacyjna z innymi grupami. Oprócz wspomnianego języka, powstają unikalne kodeksy zachowań dozwolonych i niedozwolonych, tworzą się niewidoczne z zewnątrz hierarchie, skomplikowane sieci relacji. O ile byłaby to fajna teoria dotycząca powstawania np. narodów a może nawet i gatunków, to gdy taki proces zachodzi w realiach jednego społeczeństwa (nacji, grupy kulturowej), to zatraca się możliwość współdziałania, wytwarzania jakiegoś wspólnego frontu, nurtu.

Znamy historie państw w których dokonywał się podział dzielnicowy, albo tzw. „państwo” tworzyły niezliczone autonomiczne księstewka. Takie państwa stawały się bezwolne, bezbronne, skłócone, wyłącznie formalne.

Ludzie funkcjonujący w „bańkach informacyjnych” (a może powinienem użyć słowa „sekta”?) zaczynają żyć w przeświadczeniu, że skoro jest ich kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu to tak myślą wszyscy, że poglądy ich grupy są znane na całym świecie i są oczywiste (skoro podejmowano je publicznie np. w sieci). Trwa to do chwili gdy grupa zechce ogłosić światu jakiś swój manifest – wtedy pojawiają się rozczarowania np. z powodu braku reakcji (i raczej nie – jakby chcieliby grupowicze – z powodu głupoty zewnętrznego świata lub zdrady ze strony tegoż, ale po prostu z powodu braku zrozumienia. Uniwersalny przykład: czy rozumiemy problemy Kurdów? Powszechnie nie, ale powszechnie słyszymy, że warto ginąć za Rojavę). Nawet gdy idea danej grupy jest jak najbardziej poprawna, to może posiąść taki stopień – nazwijmy – „zaawansowania” (niezrozumiałości), że ogłoszona zewnętrznemu światu nie wywoła ciekawości lub poparcia ale co gorsze, może wywołać sprzeciw.

Na poziomie prawidłowo funkcjonującego państwa, zacieraniu takich powstających naturalnie różnic służy państwowa edukacja, państwowe media, państwowa symbolika w przestrzeni publicznej. Państwo za sprawą swoich instytucji scala i cementuje idee. Gdy tych mechanizmów brakuje lub działają nieprawidłowo dokonuje się szybszy lub wolniejszy proces rozbicia, rozkładu, anarchii, marsz ku otwartemu konfliktowi czy konfliktom.

Społeczny aktywizm w Polsce (choć niestety, nie tylko on!) nierzadko przypomina funkcjonowanie hermetycznych sekt a nie działalność publiczną/polityczną/popularyzatorską. Wnioski są w zasadzie dwa: warto dbać o trwałą(!) klarowność i zrozumiałość przekazu (tak na potrzeby wewnętrzne jak i zewnętrzne) oraz sprawdzać czasem, czy istnieją jeszcze jakieś pokrewieństwa lub formy komunikacji z przedstawicielami podobnego do naszego gatunku spotykanego np. na ulicach.

PŁODOZMIAN

Myślałem, że już coś ze mną nie gra, że przeskakuję z kwiatka na kwiatek, że nie jestem w stanie poświęcić się żadnej sprawie na dłużej i jest to powodem mojego wciąż niezaspokojonego głodu perfekcji i sukcesu. Słysząc o geniuszach, którzy rozwijaniu swojego kunsztu poświęcali lata ćwiczeń, starałem się ich naśladować, ale czyniąc już kilka podobnych im kroków dochodziłem do wniosku, że to nie dla mnie, że ja tak nie potrafię. Zaczynałem zajmować się czymś innym, co było i inspirujące i miało w sobie powiew wolności – skoro uwalniało mnie od narzuconego sobie reżimu. O dziwo, po takich chwilach „wytchnienia” wracałem (czasem nawet po miesiącach) do rozpoczętych wyzwań i nagle postrzegałem dany problem jakby na nowo, świeżo, widziałem błędy, których nie widziałem wcześniej, zapamiętywałem lepiej i więcej, odkrywałem nowe rozwiązania. Jak to? – zastanawiałem się – przecież poprzednio wszystko wydawało się nie do przejścia!

Słuchałem niedawno radia. Reżyser W.Smarzowski wspomniał o „płodozmianie”, którego stara się trzymać w swojej twórczości. Słysząc to magiczne słowo nagle coś zaświtało w mojej głowie, to jest to! I możecie powiedzieć, że znalazłem wreszcie wytłumaczenie dla swojego ADHD, niezdyscyplinowania, lenistwa czy diabeł wie czego jeszcze – i powiem: TAK, ZNALAZŁEM! O! Radosna filozofio, która każdą moją wadę wytłumaczysz i przekujesz w wartość!!
Nic z tych rzeczy. W.Smarzowski potwierdził jedynie, że nie tylko ja tak mam a do tego potrafił to nazwać.

„Głównym celem stosowania płodozmianu jest uzyskanie dzięki odpowiedniemu zmianowaniu roślin wzrostu żyzności gleby, co wiąże się ze zwiększeniem ilości i jakości produkcji roślinnej oraz pośrednio zwierzęcej gospodarstwa. Płodozmian odgrywa dużą rolę w zapobieganiu groźnym chorobom roślin uprawnych, często jest główną metodą ich zapobiegania, a bywa, że jedyną. Odgrywa również dużą rolę jako jedna z metod zwalczania chwastów”. (Wikipedia)

(grafika pochodzi z portalu: http://www.zielonyogrodek.pl)

GRZESIU, NIE SPIEPRZ TEGO

Prawdę mówiąc podszedłem do tekstu z Newsweeka z pewnym założeniem. Skoro poleca go ***ktoś***, to pewnie będzie to znowu jakaś forma zachęcania „liberalnej-centrowej-lewicy-demokratycznej” (wybaczcie nazwę ale takie czasy) do głosowania na PO. Zakładałem, że pojawią się oczywiste wzory matematyczne, odwoływanie się do logiki, mniejszego zła, odmrażania uszu na złość mamie, itd, itp. Zakładałem, że wszystko to stanie się za sprawą wygładzonych argumentów, czyli nie mówimy: „głosujemy na PO” tylko „głosujemy przeciwko PiS”, nie mówimy „PO wchłonie Nowacką” tylko „poszerzamy centrowo-lewicowe skrzydło koalicji”. Takie miałem założenia.

Jednak pojawiły się sentymenty gdy Michalski Cezary przywołał argument lojalności Nowackiej, wspomniał Palikota bez wdeptywania go w glebę a przypomnijmy, że za czasów władzy PO dokonywano parszywego niszczenia wszelkiej konkurencji politycznej (czy choćby głosów krytyki wewnątrz partii) dokonywanego tak przez działaczy partyjnych jak i medialnych włazodupów PO. To nawet wybaczyć można ale zapomnieć trudno (tym bardziej, że niedopowiedziane pozostaje to czy KOD nie zdechł z tego powodu). Kiedy jednak Bąkiewicz z ONR kandyduje na prezydenta Pruszkowa to przestaje być zabawnie i matematyka podpowiada inne wzory. Np. gdy na listach koalicji znajdą się ciekawe nazwiska tzw. „lewicy Nowackiej” to właściwie… nie widać przeszkód by PO (jako koalicja) stała się mniej konserwatywna. Oczywiście to tylko sen na jawie i G.Schetyna jest gotów na takie ryzyko, ponieważ nie boi się że Nowacka mu PO przejmie gdyż wie, że „lewica” nie spełnia norm ilościowych.. ale zostawmy to na tę chwilę.
Dalej w tekście Michalski przekonuje o spójności programów w wielu punktach, choć to jest już abstrakcyjne gdybanie, nawet gdy w porywach z sensem („polska polityka jest nieprzewidywalna dalej niż na dwa tygodnie wprzód” – JP). Uwagi o sekciarstwie Zandberga bezcenne(!) (…. Adrianowi też coś wybaczyć byłoby można ale zapomnieć trudno i on wie co, a jak nie wie to niech przypomni sobie progi wyborcze dla koalicji).
Pytanie nr. 1
Co ma tekst C.Michalskiego do wyborów samorządowych, gdy ewidentnie odnosi się do wyborów parlamentarnych? – przy parlamentarnych argumenty polityczne mają nieco większe znaczenie.
Pytanie nr. 2
Jaka będzie reprezentacja ludzi Nowackiej na listach wyborczych 2019 (wybory parlamentarne) i jakie będą ich realne szanse „matematyczne” na wejście do sejmu?

Pytanie drugie jest nawet bardziej istotne i obiecuję obserwować temat ze znacznym zainteresowaniem oraz otwartością. Hasło dnia: „Grzesiu, nie spieprz tego”.

————————————-
Tu link do tekstu, który warto przeczytać i o którym mowa

Zabijanie Barbary Nowackiej w lewicowym kółku. Polemika z tekstem Adama Leszczyńskiego
(http://www.newsweek.pl/opinie/barbara-nowacka-zabijanie-w-kolku-polemika-z-tekstem-adama-leszczynskiego,artykuly,433436,1.html)

A tu skan zmuszonego do aktywności mojego mózgu i jak sądzę Waszego również.

PROWOKACJE 2.0

Któregoś pięknego dnia połączyłem się z internetem, wyszukałem portal YouTube i choć szukałem czegoś konkretnego, zainteresowałem się kolorowymi miniaturami „polecanych dla mnie” filmów. Uruchomiłem jeden, drugi i zacząłem zadawać sobie pytanie dlaczego serwis YouTube poleca mi właśnie to, skoro tematyka nie ma żadnego związku z tym czym interesuję się i co na ogół wyszukuję? Dowiedziałem się, że filmy „polecane przez serwis” to po prostu takie, które zyskują lawinowo popularność, więc mogą być z punktu widzenia serwisu także interesujące dla mnie. Nie były. Pomimo sympatycznej aparycji prowadzącego zawartość wywoływała we mnie mdłości (w jakimś sensie podziwiam ludzi, którzy potrafią takie reakcje wywoływać). Nie chcąc wyrazić słowem lub czynem tego co myślę o autorze i jego przekazie, wybrałem opcję „Nie interesuje mnie” i – nomen omen – „kanał” zniknął z mojego pola widzenia.

Było to w czasach, w których internet zaczynał odstraszać, przygnębiał i obezwładniał. Zalew – mówiąc wprost – ludzkiej głupoty i nienawiści był tak obfity, że można było przyjąć wyłącznie dwa warianty: „albo to ja zwariowałem albo świat”.
Jednak zastosowanie opcji „Nie interesuje mnie” przyniosło niespodziewany skutek. Zniknęła nagle przynajmniej 1/3 irytujących mnie treści, a gdy wykorzystałem tę opcję jeszcze 2 lub góra 3 razy, to ilość „dowodów” wtórnego analfabetyzmu ludzkości spadła praktycznie do zera. „Czyli to nie świat zwariował i nie ja zwariowałem” – zaczynałem rozumieć – „to głośni, płodni i zawzięci – choć nieliczni – idioci z tabloidowym patentem na widoczność są w stanie wrażenie powszechnego debilizmu stworzyć”. Odetchnąłem. Zasubskrybowałem kilka kanałów muzycznych, filmowych, branżowych, związanych z moimi zainteresowaniami i serwis YouTube stał się przyjemnym miejscem. Oczywiście zostawiłem sobie kilka vlogów w ramach „poznaj wroga”, ale zapewniam Was, że poznawanie wroga (lub np. 2 wrogów) a poznawanie wszystkich wrogów naraz zawiera bardzo poważną różnicę we wpływie na psychikę.

Uważam, że wykazałem zdrowe podejście. Jeżeli coś mnie nie interesuje lub irytuje, to nie taplam się w tym jak szambie wylewając swój niesmak na właścicieli i mieszkańców szamba. To nie ma przyszłości. Owszem, wiem, nie zawsze i wszędzie się da, gdyż np. w pobliżu sejmu nie widziałem trzech kropeczek, których kliknięcie ukazałoby napis o treści „Nie interesuje mnie”, jednak zachowanie przyswajalnych dla naszych możliwości proporcji jest z pewnością korzyścią i gdy to możliwe warto z tej opcji korzystać.

O ile moje podejście przyniosło pozytywny skutek dla mnie, to dla tych, z których towarzystwa uprzejmie zrezygnowałem, „zdrowe podejście” wydało się być ponad ich siły. Jak okazało się, ludzie ci nie są zdolni do życia nie będąc prowokowanymi, dlatego będąc fanami Grzegorza Turnaua chodzą na koncerty Slayera lub będąc buddystami chodzą narzekać do meczetów a już najchętniej patrolują miasto w poszukiwaniu tego jedynego geja lub Pakistańczyka, który sprowokuje ich swoim wyglądem. Niestety, dość szybko można domyślić się, że prowokacja wywołana faktem czyjegoś istnienia bądź posiadania odmiennych przekonań nie jest ich głównym celem, gdyż celem tym jest stwierdzenie, że skoro są prowokowani to muszą „wyjechać komuś z kopa”.

Jakoś tak skojarzyło się mi to ze spektaklem Klątwa czy koncertem grupy Behemoth, kiedy to sympatycy określonych treści zebrani w potencjalnie odizolowanych od masowego odbiorcy miejscach „sprowokowali” nieobecnych w tych miejscach „obrońców czystości miejsc wszelakich”. Co warte podkreślenia – ocena „nieczystości” owych miejsc nie została określona z punktu widzenia ogólnie przyjętych norm oraz zwyczajów, ale subiektywnych odczuć urażonych(!). Najwyraźniej, przedstawiciele tego nurtu uważają, że jeżeli powiesiliście sobie brązowe zasłony w swoim domu a Wasi sąsiedzi mają zasłony zielone to Wasze wyglądają jak gówno w lesie i należy je zdjąć. Nie zdziwcie się, że kiedy odeślecie takiegoż analityka kolorów zasłon do stu diabłów to usłyszycie na odchodne, że jesteście „bezczelni!” (tak, Bareja to przewidział lata temu!).
Nie zdziwcie się, gdy zauważycie tych, którzy Waszą wolność i prywatność chcą regulować wg subiektywnie uznanych norm zobaczycie w marszach m.in. partii mających „wolność” w nazwie. Nie zdziwcie się, gdy ludzie, którzy naruszyli Waszą przestrzeń i usłyszą co o nich z tego powodu myślicie kolejnego dnia zaczną grozić Wam procesem (za krytykę!?), a to nie przeszkodzi im kolejnego dnia uczestniczyć w proteście przeciwko cenzurze.

(fot. Newtons cradle – Shutterstock).

PROTEST JEST PRODUKTEM

Cześć I
PRODUKT I KOMUNIKACJA

Kilka lat temu, adepci kursów marketingowych dowiadywali się jak traktować Klienta (celowa pisownia przez duże „K”), jak prowadzić z nimi rozmowy, jak tworzyć „identyfikację wizualną firmy”, jak zadawać pytania, czyli np. zamiast pytania otwartego „co Panu/Pani się podoba?” zadawać pytanie zamknięte „za który z tych produktów Pan/Pani zapłaciłaby, kupiłaby?”. Zanim słuchacze zaczynali podejrzewać, że marketing jest sztuką podstępu lub cynicznej manipulacji przedstawiano im przykład, który pozwalał zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Kazano im na kartkach papieru stworzyć listę cech tzw. „unikalnego (oczekiwanego przez nich) klienta” do którego kierują swój produkt. Na tej liście pojawiały się np. takie słowa jak koneser, inteligentny, o alternatywnych, lewicowych przekonaniach (pisali producenci rebelianckiej konfekcji), oczytany (pisali przyszli księgarze), ktoś z kim można fachowo porozmawiać (pisali właściciele sklepów branżowych, budowlanych).
Kiedy ich listy były gotowe, każdy „student” otrzymywał listę cech „optymalnego klienta” zbudowaną w oparciu o badania rynku. Optymalnym klientem był wówczas średnio rozgarnięty nuworysz (czyt. bogaty idiota), kierujący się emocjami i chęcią ciągłego podkreślania swojego statusu (tak z grubsza). Zestawienie obu kartek dawało prostą odpowiedź: „nie zrobisz interesu dzięki unikalnemu klientowi, lecz dzięki dostosowaniu oferty do optymalnego klienta” a mówiąc inaczej: „Twoje wymagania stoją w sprzeczności z twoimi interesami”.
Podejrzewam, że część z Was mogła pokręcić nosem, gdyż przestawienie się na komercyjny tryb nazywamy potocznie „sprzedaniem siebie, sprzedaniem ideałów”. Owszem, można na to tak patrzeć, tylko co idealiści robili na szkoleniu z marketingu, który miał im pomóc zwiększyć sprzedaż a nawet uchronić przed nadciągającym bankructwem?

„Wolne sądy” są produktem, którego potencjalny Klient potrzebuje a my chcemy go do niego przekonać, dostarczyć mu go, sprzedać a do tego zadbać o to by wrócił do naszego sklepiku. Co robimy?
Otóż gdybyśmy odbyli wcześniej jakieś szkolenie marketingowe, to najpierw zrobilibyśmy badania rynku w celu sprawdzenia i określenia zapotrzebowania na naszą ofertę w danych lokalizacjach, w konkretnych grupach odbiorców (wiek, płeć, itd), ale pomińmy ten temat. Czym obecny sprzedawca wita swojego klienta:
– No wie pan co??? (z pretensją), Pan jest jakiś nienormalny skoro zastanawia się nad zakupem, jest pan nieodpowiedzialny i zwyczajnie głupi. O losie zły, dlaczego wokół sami głupcy, gdzie są młodzi, o ja nieszczęsny, w ogóle pana nie rozumiem, pan w ogóle nie wie co jest dobre a co złe!” – tu należy klienta odepchnąć i krzyczeć „Wolne sądy! Wolne sądy!” a na widok oddziału policji „Gestapo! Gestapo!”. Gdy klient wzruszy ramionami i zrobi obrót na pięcie należy rzucić za nim „hołota” albo „pisowiec!”. Opisana kiść rytuałów powinna zapewnić rozkwit biznesu na miarę Amazona, Microsoftu, Googla czy Apple’a.

Część II
ZAUFANIE

W trakcie jednego ze swoich eksperymentów, Piotr Tymochowicz chciał udowodnić, że jest w stanie wprowadzić dowolną osobę do sejmu. W związku z niepowodzeniem tego projektu, ukułem termin „Błąd Tymochowicza”. Polega on na założeniu, że każde społeczne zapotrzebowanie można wywołać sztucznie (aranżując określone sytuacje, stosując określoną narrację, ubierając przedsięwzięcie w określone symbole /identyfikacja wizualna/, itd. itp). Potencjalnie można takim teatrem zajść całkiem daleko, ale nie na tyle daleko jakbyśmy chcieli. Musi istnieć popyt a przynajmniej uśpiony popyt. Choć twórca kolei szynowych miał stwierdzić „Ludzie nie wiedzą czego chcą i trzeba im to pokazać”, to nie działa to całkiem w taki sposób. Przesiadka z dyliżansów do pociągów przynosiła ludziom bezpośrednią korzyść, której owszem, nie byli w stanie wcześniej sobie wyobrazić ale nawet jednorazowy kontakt z nowym wynalazkiem powodował to, że właściciele dyliżansów coraz poważniej rozpatrywali zmianę zajęcia. Mało tego – z dyliżansów ucieszyli się pocztowcy i handlowcy, którzy odkryli tańszy sposób na transport swoich towarów i usług, tańszy gdyż częściowo na koszt… pasażerów (ale to już inna historia).

Wracając do „błędu Tymochowicza”. Wytworzenie „rzeczywistego teatru” wiąże się praktycznie zawsze z naruszeniem norm etycznych (celowym wprowadzaniem ludzi w błąd). Takie naruszenia mogą zostać w przyszłości (po zwycięstwie) usprawiedliwione „działaniem w ramach wyższej konieczności” ale w przypadku porażki zadziałają na szkodę nie tylko podobnych ale i jak najbardziej autentycznych inicjatyw. W dobie internetu, odkrycie manipulacji jest niezwykle proste, dlatego zabawa z zawleczką tego granatu może różnie się kończyć.

Część III
LIDER SPRZEDAŻY

W niektórych oddziałach specjalnych na świecie przeprowadza się test zdolności przywódczych w dość specyficzny sposób. Dwóch członków oddziału (w trakcie wykonywania misji) dostaje równolegle rozkaz przejęcia dowództwa. Oddział zostaje z tym problemem sam na sam a wybrnięcie z niego (bez uszczerbku dla misji i jedności oddziału) pozwala wyłonić osoby predysponowane do przewodniczenia innym. Warto dodać, że misja na ogół przygotowana jest w taki sposób, by eliminacja nawet jednej osoby uniemożliwia jej wykonanie. Metod postępowania w takich sytuacjach praktycznie nie można się nauczyć, gdyż znaczenie ma kreatywność, osobowość i wiele innych trudno mierzalnych czynników. Wyznaczeni dowódcy dostają „temat wolny swojego wypracowania” i warto tu dodać, że może okazać się, że w danym oddziale „urodzonych przywódców” po prostu nie ma.

Część IV
ANALIZA W CZASIE RZECZYWISTYM

Marketing wraz z nadejściem internetu zmienił się. Długofalowe planowanie kampanii reklamowych i analiza skuteczności po ich zakończeniu to przeszłość. Internet umożliwił śledzenie skuteczności działań promocyjnych w czasie rzeczywistym. Gdy dawniej kampania mogła okazać się w finale fiaskiem, tak dziś można reagować w trakcie jej trwania, modyfikować te elementy, których obecność wywołuje np. spadek zainteresowania lub wzmacniać te elementy, które działają na korzyść.

Część V
PROSTY, KLAROWNY CEL (I METODY)

Korzystając z narzędzi zasygnalizowanych w poprzedniej części, można skupić się na czymś praktycznie kluczowym w każdej kampanii: jasno wyrażonym celu. Jasny cel pobudza ducha pracy zespołowej.

Część VI
SŁÓW KILKA
Powyżej zostały opisane jedynie pewne kluczowe, wybrane zagadnienia. Każdemu można poświęcić grubą książkę, można też doprowadzić do niekończącego się filozoficznego sporu koncepcji. Jednak uogólniającym przesłaniem jest zwrócenie uwagi na treść przekazu, formę (także komunikacji), wartość analizy rzeczywistych reakcji adresatów przekazu w zastępstwie misjonarskiego przekonania pt. „to co robię jest dobre, gdyż w to wierzę”. Wymaganie od życia i innych oraz osobiste ambicje nie muszą przekładać się skuteczność, a to co podpowiada nam intuicja może dość boleśnie zderzać się z praktyką.

KTO MA PROBLEM Z P.ZIMBARDO?

Po II Wojnie Światowej wielu zadało sobie pytanie o korzenie zła. Okrywając kolejne fakty przeprowadzonej na niespotykaną skalę zbrodni, nie byliśmy w stanie zrozumieć jak doszło do sytuacji, w której sąsiedzi zaczęli nękać, prześladować i zabijać swoich sąsiadów. Czy można zbudować bezpieczniejszy świat nie eliminując mechanizmów, które takim skutkom przyczyniają się? Kiedy powinniśmy mówić STOP!?

Nie znaliśmy odpowiedzi. Rzeź Ormian, Rzeź Wołyńska, pogromy Żydów, zbrodnie ZSRR, zbrodnie wojenne w byłej Jugosławii, Kambodża, konflikt w Ruandzie, … lista może okazać się nieskończona. Nawet gdy postawimy najprostszą, intuicyjną odpowiedź: „Tacy jesteśmy, to jest wpisane w nasz gatunek”… to przecież nie jesteśmy tacy, nie budzimy się z myślą by kogoś zabić, pobić, zgwałcić czy ograbić. Nawet gdy istnieją jednostki szczególnie predysponowane do takich działań, to ich czyny nie mają charakteru masowego, powszechnego, przemysłowego. Kiedy przemoc i zabijanie stają się procesami systemowymi musimy szukać odpowiedzi także wokół ludzi.

Philip Zimbardo był jednym z tych, którzy podjęli się próby odpowiedzi. Blisko 40-letni profesor Uniwersytetu Stanford, swój eksperyment przeprowadził w 1971 r, w okresie narastającego, masowego buntu wobec wojny wietnamskiej. Był to czas, w którym każdy trzeźwo myślący Amerykanin widział jak „system” wypycha młodych ludzi do „nie swojej wojny”, jak tysiące z tych ludzi wraca do kraju w metalowych trumnach, jak wraz z nimi docierają do kraju przygnębiające historie o bestialskich zachowaniach żołnierzy.
W podziemiach uniwersytetu w którym pracował, zorganizował symulację zakładu karnego. Zdrowych psychicznie ochotników podzielono na dwie grupy: strażników oraz więźniów, poinstruowano strażników jaka jest ich rola, zapewniono uczestnikom względną anonimowość i maszyna ruszyła (sam Zimbardo czynnie uczestniczył w eksperymencie jako kierownik projektu/”naczelnik więzienia”). Eksperyment nie został ukończony. Przerwała go przyszła żona Zimbardo (Christiana Maslach), która pojawiła się pewnego dnia w uniwersyteckich podziemiach i zapytała: „Co tu do cholery się wyprawia?!”.
A wyprawiało się wiele. Choć eksperyment trwał niespełna tydzień (zakładano, że będzie trwał 2 tygodnie), negatywne zachowania uczestników eskalowały do tego stopnia, że próby ich wyjaśnienia czy usprawiedliwienia badawczą ciekawością, byłyby raczej nie do przyjęcia.

„Proces przemiany następuje, gdy umieści się ludzi w konkretnym kontekście społecznym, ubierze ich w mundury, odbierze tożsamość, wyznaczy rolę, jaką mają odegrać i każe trzymać się ściśle wyznaczonych reguł. Następuje rozproszenie odpowiedzialności. To nie wy jesteście odpowiedzialni, lecz sytuacja, w jakiej się znaleźliście i reguły, którym musicie się podporządkować. W takich warunkach niezwykle łatwo manipulować ludźmi. Sprawić, by przekroczyli barierę pomiędzy dobrem i złem”.
P.Zimbardo

Taka interpretacja obserwacji związanych z eksperymentem więziennym (SPE) spotkała się z krytyką, której kolejna fala dokonuje się obecnie (2017/2018). Krytycy stwierdziwszy uchybienia metodologiczne i przekłamania(?) związane z badaniem, przyjęli słuszne-niesłuszne założenie, że skoro eksperyment był wadliwy to i wnioski są wadliwe. Uczyniono nawet krok dalej – nazwano P.Zimbardo oszustem.

Przyznam, że krytyczna narracja ubodła mnie. P.Zimbardo wniósł bogaty wkład do moich prywatnych dociekań. Jego dokonania kojarzyłem z dorobkiem realizatorów podobnych eksperymentów związanych z analizą ludzkiej natury Stanleyem Milgramem czy Salomonem Aschem. Czy poczułem się oszukany i staram się to wyprzeć?
W najmniejszym stopniu. Badania (SPE) nie ukończono, dlatego od samego początku nie traktowałem obserwacji związanych ze SPE jako jakichś generalnych, wiążących wniosków czy dowodów. Uznawałem je raczej za poszlaki, za elementy większej układanki. Nawet gdy sam Zimbardo przeciągał linę z S.Milgramem o to czy większy wpływ na patologiczne postawy badanych ma autorytet czy przydział konkretnych ról, to w mojej ocenie oba czynniki mogą mieć wpływ, mało tego, nie tylko te dwa ale cały szereg innych.

Krytycy zgodnym chórem ogłosili, że zdecydowany wpływ ma przywództwo, które wykazano w innych eksperymentach (choć tu ironicznie zapytam, czy te eksperymenty zostały równie wnikliwie zweryfikowane co SPE?). Co ja na to? Ależ zgadzam się, przywództwo również. I nie tylko przywództwo! Także dehumanizacja przyszłych ofiar, bierne przyzwolenie oraz przekonanie przyszłych oprawców do tego, że zło które będą czynić jest DOBREM!

W jakimś sensie zacząłem gubić się w tym, czego dotyczy krytyka. Czy chodzi o to, że każda ze stron ma własną wersję „narodzin zła” i stara się wykluczyć pozostałe? A może po prostu krytyka znanej postaci pozwala wydać poczytną książkę lub nakręcić popularny film dokumentalny (niestety nie zetknąłem się z emisją listów protestacyjnych postulujących odebranie Zimbardo tytułu, zwolnienia z uczelni, itd. Czy rzeczywiście chodzi o walkę o naukową rzetelność??).

Kiedy jeden z krytyków, T.Witkowski (dr. psychologii, założyciel Klubu Sceptyków Polskich) stwierdził, że badania Zimbardo i sam Zimbardo uczynił wielką szkodę nauce i ludziom czara mojej cierpliwości i tolerancji przelała się. Jak można sfałszować wyniki nieukończonego eksperymentu? O ile mogę dwiema rękami a nawet nogami podpisać się pod tym, że rzetelność badawcza jest priorytetem i wszelkie manipulacje w tym zakresie powinny spotkać się nie tylko z krytyką ale i odrzuceniem samych badań… to jednak… czy Zimbardo doktoryzował się na wynikach eksperymentu, czy je opublikował a „wnioski” stały się dowodem, który obalił wszystkie inne eksperymenty?

Prawdziwym absurdem był jednak zarzut pt. „Zimbardo usprawiedliwia sprawców” – co jest koronnym dowodem na to, że krytycy nie mają zbyt wielkiego pojęcia o pracach Zimbardo. „Zrozumieć to nie znaczy usprawiedliwić” – tę frazę Zimbardo powtarza jak mantrę.

Zastanawiając się nad tym, co przełamało opory uczestników pogromu kieleckiego (między myślą i słowem a czynem), co wywoływało brutalność Żydowskiej Służby Porządkowej w gettach skoro trafiały do niej na ogół osoby o dobrej opinii i wysokim autorytecie, zastanawiając się nad tym jak działała „fala w wojsku”, jak działają wewnętrzne subkultury więzienne… i wiele innych sytuacji, w których na ogół przypadkowe osoby sięgają po przemoc – nie widziałem sprzeczności z tym co twierdził Zimbardo, Milgram i wszyscy inni z T.Witkowskim włącznie. Nie rozumiem dlaczego miałbym tezę o wpływie sytuacji i wyznaczonych ściśle ról odrzucić, skoro tezę taką potwierdzają rzeczywiste sytuacje.

SPE było zaledwie próbą odtworzenia tego co obserwujemy w rzeczywistości. Być może nieudaną, być może wymagającą większego i ostrożnego dystansu (wszak to symulacja), ale z pewnością zastosowanie brzytwy Ockhama i wykluczenie wskazywanego przez Zimbardo jednego z elementów prowadzi donikąd, bo czy sytuacja na nas nie wpływa? Porównajmy zachowanie przypadkowych ludzi na widok portfela nocą w pustej uliczce a tym jak postąpią na widok portfela leżącego na ludnym deptaku w biały dzień.

———————————————————–
Źródła:
Krytyka (zawiera także zewnętrzne źródła):
https://tomwitkow.wordpress.com/2018/07/02/lucyfer-ktorego-wymyslil-zimbardo-o-konsekwencjach-stanfordzkiego-eksperymentu-wieziennego-i-skandalu-ktorego-stal-sie-obiektem/
Krytyka cz. II:
http://m.newsweek.pl/wiedza/nauka/eksperyment-wiezienny-podwazony-co-to-oznacza-,artykuly,429673,1.html
Odpowiedź P. Zimbardo na krytykę:
http://www.prisonexp.org/response
Opis eksperymentu funkcjonujący w powszechnym obiegu:
https://destrudo.pl/eksperyment-wiezienny/


(źr. http://hip.org.pl/moja-druga-ojczyzna-philip-zimbardo/)
Polski projekt P.Zimbardo:
http://hip.org.pl/poszukiwany-zwyczajny-bohater/
POSZUKIWANY ZWYCZAJNY BOHATER
Jeśli znasz kogoś, kto podjął nieprzeciętne działanie chroniące dobro, zdrowie, bezpieczeństwo innych lub swoje – zgłoś się do nas!
Opowiedz nam tą historię.
Podziękujmy razem! Zróbmy zdjęcie tej wyjątkowej osobie. Na przekór światu, w którym zło i nieszczęścia robią tyle szumu, stwórzmy wielki katalog bohaterów!
Niech wszyscy zobaczą, że dobro jest i zwycięża!

HEJT A OSIĄGNIĘCIA (nie to, że mecz, ale o piłce też będzie).

Kilka lat temu zastanawiałem się nad tym co należy zrobić by wygrywać w piłce nożnej. Oglądając (sporadycznie) mecze, dochodziłem do wniosku, że przygotowanie techniczne i kondycyjne zawodników stoi na wyjątkowo wysokim, nieznanym wcześniej poziomie. Spotykały się drużyny tak profesjonalne, że właściwie bardziej „klinczowały” się niż grały, przez co mecze stawały się zwyczajnie nudne. Szukając odpowiedzi na pytanie: „Kto i dlaczego wygrywa?”, domyślałem się, że może ten kto ma więcej pieniędzy na zakup najbardziej utalentowanych zawodników (z całego świata) lub dochodzi do jakichś układów czy korupcji „na górze”.
Przez przypadek zetknąłem się z opinią człowieka z wnętrza dużego futbolu, który podzielił się ze mną następującą opinią: „Chcąc grać w reprezentacji, należy mieć określone predyspozycje psychofizyczne. Talent i treningowa dyscyplina już nie wystarczą”.

Nie bardzo wiedziałem o co chodzi z tą psychiką, gdyż o „fizyce” opinię już miałem. Zacząłem analizować pewne zachowania na boisku i przytoczę jeden z wielu przykładów:
– Dwóch zawodników walczy o piłkę, nagle zatrzymują się, jeden drugiego uderza głową w głowę, sędzia wyciąga czerwoną kartkę i agresywny zawodnik schodzi z boiska. Poza murawą dowiadujemy się co było przyczyną tego zachowania. Uderzony zawodnik powiedział wcześniej do uderzającego: „Twoja córka, jest w łóżku lepsza od twojej matki”.
Wykładając rzecz jasno: Ten, który uderzył nie posiadał „określonych predyspozycji psychicznych” i dał się sprowokować osłabiając tym samym możliwości swojej drużyny.

Na boisku próby wyprowadzania z równowagi są normą. Odzywki, szarpanie za koszulkę, blokowania. Jak mówi stara choć nie całkiem znana prawda: „Człowiek skrzywdzony nie jest w stanie właściwie zadbać o swoje interesy”. Optymalnym rozwiązaniem dla mniej odpornych bywa zejście z boiska i pozbieranie się na ławce rezerwowych.

Czy boisko to jedyne pole oddziaływania?
Nie ma co ukrywać, oddziaływanie z trybun doskonale współgra z tym co dzieje się na murawie. Zawodnik, który wspiął się na pewien poziom, czuje się zwycięskim gladiatorem, obiektem uwielbienia, szacunku, respektu i podziwu, samo wejście na murawę jest dla niego wejściem do świątyni ku jego czci. Gdy jego but dotyka murawy zamiast fety dopaść go może hejt. Duże wsparcie dla efektu może mieć oprawa stadionowa (wielkoformatowe grafiki), skandowanie określonych haseł, drobniejsze banery np. z treściami rasistowskimi (gdy przeciwna drużyna lub dany zawodnik nie jest „biały”), mogą pojawić się nawiązania do historii, w których nacja przeciwników została upokorzona, itd, itp. Wszystko by poniżyć, zastraszyć, obniżyć morale rywala, zgnieść jego ducha walki.
Profesjonalny zawodnik musi sobie z tym wszystkim poradzić i „robić swoje”. Na ogół radzi sobie, choć zawsze istnieje luka w jego „pancerzu”. Ta luka pojawia się, gdy zwyciężając chce usłyszeć wiwat na swoją cześć:

Zawodnik mieszanych sztuk walki Mamed Khalidov zwycięża z Borysem Mańkowskim. Entuzjazm ze zwycięstwa bije z twarzy polskiego Czeczena (zresztą – ulubieńca polskiej publiczności) gdy nagle słychać gwizdy i buczenie. Fizjonomia Mameda w ułamkach sekund zmienia się, z oczu bije wściekłość, jest muzułmaninem więc doskonale rozumie co oznacza ten gwizd (do tego wygrał z Polakiem). Przerywa kontakt z dziennikarzem, wymyka się bez słowa z oktagonu, znika. Środowisko KSW reaguje niemal natychmiast potępiając zachowanie części kibiców. Mamed dostaje liczne głosy wsparcia, mówi się, że ludzie, którzy gwizdali to garstka idiotów. Czy pomogło? Być może, w każdym razie, po kilku miesiącach, przegrywa z Tomaszem Narkunem. Przez lata był championem.

Podatność na emocje nie jest analizowana tylko w sporcie. W trakcie wstępnej selekcji wojskowych oddziałów specjalnych jest jednym z kluczowych elementów. Niestabilność emocjonalna odbija się na fizycznych wynikach. Żołnierz niestabilny emocjonalnie jest w stanie jednego dnia osiągnąć cel jako pierwszy, gdy drugiego dnia celu nie osiągnie w ogóle. Elitarne oddziały specjalnie nie mogą sobie pozwolić na obecność takich ludzi, którzy zależnie od nastroju wykonają powierzona misję lub nie.

Idźmy dalej. POLITYKA. Ten obszar praktycznie znamy, choć sądzę, że raczej doświadczamy niż znamy. Hejt jest tu zasłużonym narzędziem, pośród kilku innych podobnie szlachetnych. „Wszystko by osłabić rywala, zastraszyć, poniżyć, obniżyć jego morale, zgnieść ducha walki”. Skrzywdzony wróg nie jest w stanie zadbać o swoje interesy. Dziwicie się nadwyżce socjopatów w polityce?

Podsumujmy.
Omówiliśmy sobie pokrótce sport, wojsko i politykę. Dołóżmy klika kolejnych cegiełek: kultura (hejt wobec artystów), media (hejt wobec dziennikarzy), dom („dziewczyna tnie się, gdyż matka mówi jej codziennie, że jest gruba”), praca, szkoła….
Czy właściwie istnieje dziś dziedzina „wolna od hejtu” (hejtu ukierunkowanego na krzywdzenie, wyprowadzenie z równowagi, w celu osiągnięcia przewagi)?

Mieszanie z błotem jest skuteczne. Nie mogąc wygrać na argumenty czy jakość, można wygrać nurzając przeciwnika w rynsztoku.
Zastanówmy się więc, ilu i ile z nas nadaje się do „reprezentacji” i jest w stanie znieść nienawiść, ale nie tę głupią-ludzką, lecz planową i ukierunkowaną na konkretny efekt? Odpowiedzmy sobie, dlaczego nie zawieramy sojuszy z tymi, którzy stali się obiektem hejtu? Pomyślmy wreszcie o tym, gdzie ma zrodzić się jakaś JAKOŚĆ, gdy na powierzchni są w stanie przetrwać wyłącznie ci, którzy dobrze obrzucają błotem innych lub ludzie tak odporni… że tylko pieniądz utrzymuje ich tam gdzie są? Trochę życie skomplikowało się nam. Szary człowiek, dążąc do czegokolwiek musi spełniać dziś wymogi konieczne do zakwalifikowania się do elitarnych oddziałów specjalnych. Gdy specyficzna odporność psychiczna stała się obecnie najwyżej notowanym kryterium koniecznym do utrzymania głowy nad poziomem X, to nie dziwmy się, że odpadają ci, którzy tylko mają talent, tylko dobrze grają, tylko uczciwie myślą, tylko mają dobre pomysły.


(fot.źr.sports-adrenaline.com)

JAK UMARŁA BLOGOSFERA (P)

Istniał czas, w którym można było odnieść wrażenie, że polityczna blogosfera ma na coś wpływ i jest głosem tych, którzy mieli coś do powiedzenia (nierzadko w imieniu innych niesłyszanych) a którzy nie mieli sposobności przekazania czegoś w głównym nurcie.

Okazało się jednak, że politycy nie czytają blogów a samą blogosferę (P) dotknęły wszystkie możliwe choroby i patologie tzw. mainstreamu (pogoń za sensacją, plagiaty, przedruki, niesprawdzone informacje, propaganda polityczna, rywalizacja o pozycję i rozgłos w formie wolnej amerykanki, niska jakość techniczna będąca najczęściej wynikiem szybkiej pracy na kolanie), także z tą dodatkową cechą, że tzw. blogosfera nie posiadała żadnych narzędzi „samooczyszczających”. Nadmiar blogów i maszynowo produkowanych treści wywołał naturalne zjawisko „inflacji”. Spadło zainteresowanie cudzymi opiniami skoro każdy ma własne.